----- Reklama -----

Monitor 02/02/2018

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 338

ACCESSION – przejęcie urządzeń handlowych: jeśli urządzenia handlowe (trade fixtures) nie zostaną usunięte z wynajmowanego lokalu przed wygaśnięciem umowy wynajmu, ich nowym posiadaczem zostaje właściciel nieruchomości, który zgodnie z prawem „przejmuje” pozostawiony sprzęt.   

ACCRETION – przyrost lądu przybrzeżnego: proces zwiększania się powierzchni gruntu przybrzeżnego w rezultacie działania wody. Właściciel nieruchomości zachowuje prawo do całej powierzchni działki bez względu na to, w jakim stopniu uległa ona zwiększeniu.

AESTHETIC VALUE – wartość estetyczna: wartość nieruchomości ze względu na jej atrakcyjny wygląd lub położenie, np. nieruchomość z widokiem na jezioro osiągnie wyższą cenę ze względów estetycznych niż podobna własność pozbawiona takiego widoku.

AFFORDABLE HOUSING – mieszkania po przystępnych cenach: programy umożliwiające zakup nieruchomości rodzinom o niskich dochodach, oparte przede wszystkim na zmniejszeniu wymagań przy staraniu się o pożyczkę hipoteczną.  

AFFORDABILITY – przystępność cenowa: zdolność potencjalnych nabywców do zakupu nieruchomości mieszkalnej, mierzona za pomocą indeksu przystępności (affordability index) wskazującego na zdolność nabycia domu za średnią cenę (median-priced home) przez rodzinę o średnich dochodach (median-income family).

AFTER-REPAIR VALUE (w skrócie: ARV) – wartość po naprawie: przewidywana wartość nieruchomości po dokonaniu napraw i renowacji.

AFTER-TAX CASH FLOW (w skrócie: ATCF) – przepływ gotówkowy po podatkach: okresowe wpływy pieniężne, którymi dysponuje inwestor po odliczeniu wszystkich kosztów operacyjnych (operating expenses) oraz kosztów obsługi zadłużenia (debt service), oraz po potrąceniu podatku dochodowego.

AIRPORT ZONING – strefa lotniska: przepisy kontrolujące zagospodarowanie przestrzenne wokół lotniska, mające na celu wyeliminowanie czynników niebezpiecznych dla samolotów, np. ograniczenia dotyczące wysokości budynków.

AIR RIGHTS – prawa powietrzne: prawa do niezakłóconego użytkowania przestrzeni powietrznej znajdującej się nad daną działką; np. wysoki budynek z prawami do przestrzeni znajdującej się nad sąsiednimi działkami uniemożliwiałby zbudowanie nieruchomości o tej samej wysokości na sąsiadującej działce, która nie posiada takich samych praw.  

ALLUVIUM (inna nazwa ALLUVION) – aluwium: osady ziemi nagromadzone przez działanie wody w procesie accretion (przyrost lądu przybrzeżnego). 

AMORTIZATION SCHEDULE – harmonogram amortyzacji: dokument zawierający szczegółowe informacje dotyczące wysokości odsetek i części sumy głównej, które składają się na każdą ratę zamortyzowanej pożyczki, tzn. takiej, w której każda rata spłaca pewną część odsetek jak również określoną część sumy głównej.

AMORTIZATION TERM – termin amortyzacji: liczba miesięcy potrzebna do zamortyzowania, czyli pełnego spłacenia zamortyzowanej pożyczki hipotecznej.

ANCHOR TENANT – najemca główny / najemca strategiczny: główny i najważniejszy najemca, zwykle zajmujący w centrum handlowym najobszerniejszy lokal, który stanowi dla centrum handlowego magnes i swoim prestiżem przyciąga inne firmy do wynajęcia sąsiednich lokali, podwyższając w ten sposób atrakcyjność całego centrum handlowego.

ANCILLARY TENANT – najemca dodatkowy: najemca zajmujący w centrum handlowym mniejszy lokal i cieszący się mniejszym prestiżem niż najemca główny (anchor tenant).

APPURTENANCES – przynależności: wszystkie elementy związane z daną nieruchomością, „przynależące” do niej, chociaż nie zawsze stanowiące jej integralną część, np. wyznaczone miejsce parkingowe przy bloku mieszkalnym lub prawo do przechodzenia przez teren należący do innego właściciela (easement).

”AS IS” CONDITION – w stanie „tak jak jest”: klauzula w kontrakcie sprzedaży / kupna nieruchomości informująca nabywcę, że nieruchomość zostaje przekazana w obecnym stanie, bez żadnych gwarancji i napraw – nabywca ma jednak prawo przeprowadzić inspekcję i wycofać się z kontraktu, jeśli stan fizyczny nieruchomości okaże się niesatysfakcjonujący.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645  
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.        
Web: www.CaretRealty.com

Za kilka dni rozpocznie się olimpiada. Zimowa, warto dodać, choć biorąc pod uwagę panującą obecnie aurę trudno byłoby w tym kraju zorganizować teraz letnią. Nawet jeśli odbywają się one w Korei Południowej.

Spora grupa kibiców nie przygotowała się odpowiednio i na miejscu zobaczy góry i śnieg. Wydawało im się, że jeśli w nazwie jest określenie "południowa", to przywita ich słońce, plaża i niebieska woda. Przykładów nie brakuje - Karolina Południowa, Afryka Południowa, itd. Zapomnieli o biegunie. Też jest "południowy".

Synoptycy zapowiadają, że tegoroczne igrzyska będą najzimniejszymi od Lillehammer w 1994 roku. A było wtedy zimno, cała Norwegia w okowach lodu, z nieba sypał śnieg.

To już były czasy dokładnych przekazów telewizyjnych, błyskawicznych relacji i nalotów reporterskich. Widzieliśmy na ekranach telewizorów, jak pod stokiem narciarskim, na którym miał się odbywać slalom gigant, stoi grupka zawodników gospodarzy, bez czapek, bez rękawiczek, z rozpiętym pod szyją dresem, z bułką i kawałkiem łososia w dłoni czekając na rozpoczęcie zawodów. Reprezentanci innych krajów z kubkami gorącej kawy wychodzili dopiero z ciepłych autobusów w asyście bagażowych niosących futra w barwach narodowych. Nigdzie jednak nie było widać dziennikarzy...

Tajemnica wyjaśniła się kilka lat temu, gdy miałem przyjemność rozmawiać z amerykańskim dziennikarzem sportowym oddelegowanym kilkukrotnie do obsługi zimowych igrzysk. W Lillehammer też był. Przyznał on, że zwykle jest zimno, bardzo zimno. Jednak dziennikarze nie odczuwają chłodu. Nie dlatego, iż są tak zaprawieni, zahartowani i dobrze ubrani. Oni po prostu nie mają zbyt wielu okazji do przebywania na zewnątrz.

Czy ktoś widział, by po udanym skoku, przejeździe lub występie do zawodnika biegło stado dziennikarzy? Nie? Wiecie dlaczego? Bo wszyscy znajdują się w ciepłym, zaopatrzonym we wszelkie luksusy, oddalonym od skoczni lub stoku pomieszczeniu wyposażonym w telewizory.

Nie chcę być złośliwy, ale wygląda to tak:

- stacja kupuje prawa do transmisji wydarzeń sportowych

- wysyła na miejsce ekspertów i dziennikarzy, by ci oglądając wszystko na miejscu relacjonowali gawiedzi telewizyjnej najważniejsze wydarzenia

- organizatorzy przygotowując obiekty planują wszystko tak, by dziennikarze nie poumierali im z chłodu i zmęczenia

- budowane są specjalne centra nadawcze obok każdego obiektu lub na jego terenie, planowane są połączenia autokarowe, wszystko po to, by dziennikarz miał dobrze, ciepło, wygodnie i wyrażał się o kraju w samych superlatywach

- w związku z tym po przebyciu tysięcy mil taki reporter przewożony jest z lotniska do hotelu, potem przez godzinę albo dłużej z hotelu do centrum nadawczego tylko po to, by na ekranie telewizora oglądać zawody i opowiadać wszystko innym udając, że widzi to na własne oczy

Zwróćmy uwagę, że nawet zdobywający medale zawodnicy zapraszani są studia, gdzie relacjonują walkę i próbują przypomnieć sobie towarzyszące zwycięstwu emocje.

Można się więc zastanowić, dlaczego w ogóle tam jadą, skoro można robić to nigdzie nie wyjeżdżając. Albo wyjechać w ciepłe kraje i stamtąd nadawać. Na przykład z Hawajów. Przecież to samo zobaczą na ekranie telewizora.

Jak tłumaczył mi rozmówca, podczas takiego wyjazdu nie chodzi wyłącznie o sport, ale w równym stopniu o wszystkie inne wydarzenia towarzyszące zawodom. Bo jak inaczej dowiedzielibyśmy się, że zawodniczka z Bułgarii zabłądziła w nocy wracając z pokoju norweskiego narciarza. Albo o niedziałających spłuczkach klozetowych w wybudowanym na otwarcie igrzysk hotelu. Albo o tym, jak po nieudanym skoku jeden z zawodników pobił w szatni swego trenera. Dla takich plotek jeździ się na miejsce. Również w celu poznania lokalnych zwyczajów i kultury.

Opowiadający mi o pracy na igrzyskach w Lillehammer dziennikarz wspominał, z jakim przejęciem ekipa amerykańska wpatrywała się w talerze podczas posiłków. Chodziło o rozpoznanie kawałków mięsa, które mogły przecież pochodzić z reniferów. Tych słodkich zwierzątek, ciągnących sanie Mikołaja i bawiących kolejne pokolenia dzieci. Dopiero ekipa Kanady przekonała naszych, że nie ma się czego bać, że to normalne na północy, gdzie trudno hodować inne zwierzęta na rzeź. W wyniku tego połowa zawodników z USA powróciła do kraju z medalami i głębokim przekonaniem, iż wegetarianizm jest najlepszą formą dostarczania naszym organizmom energii.

Zimowe igrzyska są niedoceniane. Dostarczają sporo emocji, plotek, ale też rozrywki. Wystarczy przypomnieć sobie pierwszy w historii złoty medal Australii. To był łyżwiarski wyścig w Salt Lake w 2002, w którym zawodnik tego kraju nie miał szans z pozostałymi. Został więc w tyle licząc, że w którymś momencie ktoś popełni błąd, a on wśliźnie się na jego miejsce. Poszło znacznie lepiej. Kilkadziesiąt metrów przed linią mety czoło się zaplątało i wszyscy zawodnicy upadli na lód. Australijczyk przejechał obok nich spokojnie i z ostatniego miejsca zdobył zimowe złoto. Pierwsze dla swego kraju w historii świata. Na zimowych igrzyskach znacznie mniej się oszukuje, niż latem, ale też się zdarza. Na przykład w Grenoble kobieca drużyna saneczkarska z NRD podgrzewała płozy.

Mam nadzieję, że wszyscy znajdziemy chwilę, by oglądając zmagania sportowców odpocząć od seriali, wiadomości i informacji o grypie.

Miłego weekendu

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Pod wpływem ostatnich wydarzeń na nowo wraca dyskusja o polskim stosunku do Holokaustu. Warto powiedzieć przy tym, że nieprawdą jest zarówno zarzucanie państwu polskiemu udziału w Zagładzie Żydów, jak i pokazywanie Polaków jedynie jako Sprawiedliwych i bohaterów.

Ostatnia nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadza (w skrócie) nakładanie sankcji karnych na osoby obwiniające państwo i naród polski o współudział w Zagładzie czy udział w innych zbrodniach wojennych oraz pomniejszanie winy Niemców. Odpowiedzialność karna dotyczyć ma zarówno obywateli Polski, jak i cudzoziemców. Przepisy wyrosły ze zgodnego przekonania o tym, że należy zdecydowanie walczyć z nieprawdziwymi informacjami nt. wydarzeń II wojny światowej, zwłaszcza z pojawiającym się w mediach określeniem „polskie obozy śmierci”.

Zapis nowej ustawy wzbudził jednak duże kontrowersje – zarzuca się mu chęć karania wszelkich głosów krytycznych w sprawie historii polsko-żydowskiej w czasie wojny czy przynajmniej wprowadzenie tzw. efektu mrożącego („będę miał problemy, nie będę się tym zajmował”). Przeciwko ustawie protestował Izrael oraz amerykański Departament Stanu, wywołując duży kryzys dyplomatyczny, który w chwili obecnej wciąż pozostaje nie rozstrzygnięty.

Problem ten powiązany jest bardzo wyraźnie z toczącą się od lat dyskusją na temat relacji polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. O ile w PRL temat ten był ze względów politycznych zamrożony, o tyle w latach 80. zaczął znowu się ożywiać – już w 1987 roku Jan Błoński opublikował w „Tygodniku Powszechnym” esej pt. „Biedni Polacy patrzą na getto”, w którym stawiał krytyczne pytania o stosunek Polaków do Zagłady Żydów.

Przełomem był rok 2000 i książka polsko-amerykańskiego socjologa i historyka Jana Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”, która nagłośniła sprawę pogromu na Żydach dokonanego w lipcu 1941 roku w Jedwabnem przez mieszkających tam Polaków. Sprawa ta stała się bardzo głośna i kontrowersyjna – wywołała wiele sporów i polemik, ale także oficjalne przeprosiny prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Sprawa Jedwabnego otworzyła cały krytyczny nurt badań i publikacji nt. stosunków Polaków i Żydów w czasie II wojny światowej czy polskiego antysemityzmu.

Wspomniany nurt krytyczny, którego symbolem jest wspomniany Jan Tomasz Gross, zwracał uwagę na ciemne karty II wojny światowej. Chodzi m.in. organizowanie pogromów Żydów na terenach zajętych przez ZSRR po agresji niemieckiej w czerwcu 1941 roku, szmalcownictwo, (szantażowanie Żydów i osób ich ukrywających i grożenie wydaniem ich Niemcom) czy udział tzw. „granatowej policji” i chłopów w nagonkach organizowanych przez hitlerowców na ukrywających się Żydów. Ważną sprawą jest także kwestia wzbogacenia się wielu Polaków na majątku żydowskim – mieszkaniach, sklepach, zakładach rzemieślniczych czy zwykłych przedmiotach domowych. Istnienie wszystkich tych zjawisk jest potwierdzone źródłowo. Badacze „krytyczni” stawiają tezę, że potwierdza to polski antysemityzm oraz fakt, że Polacy brali współudział w Holokauście – wobec tego państwo i społeczeństwo polskie powinno przepracować tamte wydarzenia, potępić je i przeprosić.

W kontrze do tego poglądu narodziła się opowieść o jednoznacznie heroicznej postawie Polaków w czasie wojny. Historycy tego nurtu przypominają, że państwo polskie nie uczestniczyło w Zagładzie, a jej wykonawcą byli przede wszystkim Niemcy, którzy budowali obozy śmierci, organizowali getta i mordowali Żydów. Polskie Państwo Podziemne zorganizowało konspiracyjną Radę Pomocy Żydów „Żegota”, która koordynowała pomoc dla prześladowanych przez nazistów, tworząc największą w okupowanej Europie organizację humanitarną. Wielu Polaków pomagało też na własną rękę, często ryzykując życie (za ukrywanie Żydów groziła śmierć całej rodziny). Postacie takie jak Irena Sendler z referatu dziecięcego „Żegoty” czy rodzina Ulmów, zamordowana w podkarpackiej Markowej w 1944 roku za pomoc Żydom, są symbolem polskiej pomocy. 6706 Polaków (najwięcej na świecie) zostało odznaczonych medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, honorującym osoby pomagające ludności żydowskiej. Warto też dodać, że Armia Krajowa wykonywała wyroki na szmalcownikach. Fakt te, również zgodne z prawdą, mają świadczyć o pozytywnej postawie Polaków wobec Żydów i niesłuszności wszelkich zarzutów. Towarzyszy im często podkreślanie ogromu polskich cierpień w czasie wojny, a czasem również antysemityzm.

Obydwie postawy – współudział w zbrodniach i ratowanie ludności żydowskiej – miały niewątpliwie miejsce. Należy jednak stanowczo powiedzieć: zdecydowana większość społeczeństwa polskiego była tylko obserwatorem dziejącej się w czasie wojny tragedii – nie była antysemitami czy ludźmi chcącymi odnieść korzyści, ale również nie miała w sobie heroizmu, nie chciała ryzykować, żyła własnymi problemami. Na każdego Sprawiedliwego czy szmalcownika przypadało kilku (kilkunastu?) „zwykłych Polaków”, którzy nie byli ani dobrzy, ani źli, nie ze swojej winy będąc świadkami Zagłady, wywołanej przez Niemców.

Prosta alternatywa „zbrodnia kontra bohaterstwo” w przypadku relacji polsko-żydowskich w czasie wojny nie ma sensu. Mówimy bowiem o bardzo wielu postawach: jednoznacznie dobrych lub złych, wątpliwych moralnie lub wartych docenienia, czy w końcu obojętnych. Warto mówić prawdę o pomocy Żydom i tym, że „polskie obozy” nie istniały, pamiętając jednocześnie, że wielu Polaków miało też na sumieniu straszne grzechy. Bo taka właśnie jest historia – skomplikowana.

Tomasz Leszkowicz

Fascynacja laserami towarzyszy im od momentu powstania i od samego początku uchodzą za szczyt zdolności ludzkiej inteligencji i osiągnięć techniki. Słowo laser upowszechniło się do tego stopnia, że jest spotykane praktycznie wszędzie, a każdy z nas w domu ma przynajmniej kilka urządzeń wykorzystujących światło laserów.

Od lat są też szeroko wykorzystywane w nauce i technice, a i coraz szerzej w medycynie. Ze względu na prostotę działania, dużą niezawodność i łatwość obsługi, mają praktycznie nieograniczone zastosowanie. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do Wikipedii, ale z mojego doświadczenia i spotkań z ludźmi, którzy się na nich znają, naprawdę nie ma tam nic skomplikowanego. Kiedyś też byłem zafascynowany technologią laserów i przechodziłem specjalne kursy zastosowań i obsługi tych urządzeń. Zafascynowany do momentu, kiedy jeden z techników regularnie serwisujących moje lasery, nie otworzył mi oczu. "Tu się nie ma co zepsuć" - powiedział, i czar prysł. To taka sama technologia, jak każda inna i tak powszechna, że już nie zwracamy uwagi, co z czego jest zbudowane, po prostu ma działać.

Podobnie było zastosowaniem laserów w medycynie. Na początku towarzyszyło zafascynowanie możliwościami leczenia zmian patologicznych, których w inny sposób leczyć nie można było, do momentu, kiedy kiedyś na dużej konferencji medycznej któryś z moderatorów nie podsumował, że jest to forma "grillowania mięsa". Tylko tak, jak ze wszystkim, trzeba wiedzieć, jakie lasery zastosować i jak je poustawiać, żeby tego "mięsa" nie przypalić. Tak jak samo urządzenie jest proste w działaniu i obsłudze, tak wyniki leczenia zależą od operatora i jego doświadczenia. I na tym polega cały sekret laserów. Jak chcemy za dużo i za szybko, to możemy skaleczyć, a jeśli jesteśmy zbyt ostrożni, to końcowy efekt może być niezadowalający.

W leczeniu chorób żył i żylaków, lasery i urządzenia pochodne, takie jak IPL (Intense Pulsed LIght), od lat są szeroko stosowane. Wykorzystują one różnice kolory skóry i koloru przebiegających przez skórę lub przeświecających się przez nią żył. Promieniowanie świetlne o innej długości fali jest absorbowane przez czerwone, innej przez niebieskie, a jeszcze innej przez zielone żyłki, doprowadzając do ich przegrzania i zaniku. Skuteczność leczenia i możliwość powikłań, szczególnie oparzeń i przebarwień, zależy od kontrastu naświetlanych laserem struktur i otaczającej skóry. Jeszcze inne lasery są wykorzystywane do wewnątrznaczyniowego zamykania żył, gdzie lasery służą do kontrolowania dostarczania energii i przegrzewania dużych żył od wewnątrz, co przy specjalnym znieczuleniu nasiękowym, zapewnia bezpieczeństwo i bardzo dobre wyniki leczenia tą metodą. Niestety, jak każda forma termodynamiczna, laserowe zamykanie żył może doprowadzać do powikłań, takich jak nadmierne przegrzanie tkanek z towarzyszącym im nadmiernym stanem zapalnym lub uszkodzeniem tkanek otaczających, na przykład skóry lub nerwów. Konieczna jest dokładna znajomość anatomii leczonych miejsc i ostrożność w ustalaniu ustawień lasera.

Skoro lasery są takie wszechmogące, niezawodne i proste w obsłudze, to co może być lepszego do leczenia i zamykania żył? Coś, co większość z państwa ma u siebie w szufladzie i każdy wie, jak tego używać.

SUPERGLUE, a właściwie jedna z odmian klejów cyanoacrylatowych, znalazł zastosowanie w medycynie. Od dawna klej ten jest używany w neurochirurgii, ortopedii i chirurgii naczyniowej. Klej ten jest łatwy w użyciu, praktycznie niezastąpiony przy niektórych zabiegach, ma specyficzne właściwości jedyne dla tego związku, a przy tym jest bezpieczny. Jest elastyczny, wiąże w wilgotnym otoczeniu, ma właściwości bakteriobójcze. Zastosowanie w zamykaniu żył znalazł po tym, jak jeden z radiologów zabiegowych używających superglue do zamykania wrodzonych nieprawidłowych połączeń naczyniowych, wpadł na pomysł, dlaczego nie żyły. I tak powstał pomysł zestawu VENASEAL. Zestaw ten składa się z instrumentów służących do wprowadzania kleju do wnętrza żyły i jej zaklejenia. Cały zabieg jest przeprowadzany przy malutkim znieczuleniu miejscowym skóry. Do znieczulenia używamy malutkiej i cienkiej igły, której ukłucie boli najczęściej nie bardziej niż ugryzienie komara. Po malutkim nacięciu skóry wprowadza się do żyły cieniutki cewnik, przez który wprowadza się jeszcze cieńszy cewnik z klejem, przez który to cewnik, wyciągając, wprowadza się klej do żyły i przyciskając żyłę, zlepia się jej ścianki, zamykając światło naczynia. I już. Pacjent wstaje i idzie do domu. To tak w przybliżeniu, ale mniej więcej tak wygląda proces leczenia. Cały zestaw został tak dobrany, a kolejność czynności tak ujednolicona, aby nie doszło do przyklejenia pacjenta do stołu, stołu do lekarza, zestawu do lekarza lub kilku innych możliwości, które możemy sobie tylko wyobrazić.

Zestaw ten jest na rynku od kilku już lat i mamy pierwsze wyniki badań, wskazujące na duże bezpieczeństwo i dużą skuteczność leczenia.

Bezpieczeństwo zależy od dokładnego doboru pacjentów. Pacjenci uczuleni na kleje, ze stanami zapalnymi żył czy miejscowymi lub ogólnymi zakażeniami bakteryjnymi, nie powinni być leczeni tą metodą. Po leczeniu istnieje teoretyczna możliwość uczulenia się na klej, powstania nieprawidłowych połączeń naczyniowych (np. pomiędzy żyłą a tętnicą), krwawień z miejsca wprowadzenia cewnika, zakrzepów żylnych, zatorów płucnych, obrzęków, krwiaków, przebarwień skóry, zakażeń, zapaleń skóry i tkanek podskórnych, miejscowych zaburzeń czucia, zapaleń żył, pokrzywki. Jak wspomniałem, są to teoretyczne możliwe powikłania, bardzo rzadkie i najczęściej wieloprzyczynowe.

Po zabiegu pacjent może od razu powrócić do swojej normalnej aktywności i nie musi nosić pończoch uciskowych.

Zabieg ten jest uznany i finansowany przez Medicare i niektóre ubezpieczenia komercyjne. Leczenie przeprowadza się ze względów medycznych, po uprzednim ultrasonograficznym potwierdzeniu niewydolności żylnej i zarzucania krwi w żyłach (reflux) podskórnych, położonych na tyle głęboko, że niewidocznych.

Najczęstsze objawy niewydolności żylnej i podwyższonego ciśnienia hydrostatycznego w żyłach to żylaki, bóle, obrzęki, uczucie ciężkości, zmęczenie, skurcze mięśniowe, swędzenie, przebarwienia skóry, owrzodzenia nóg. W sumie jakiekolwiek dolegliwości nóg mogą być powodowane przez lub towarzyszyć przewlekłej niewydolności żylnej. Po zamknięciu dysfunkcjonalnych głównych żył podskórnych, objawy najczęściej ustępują lub następuje znaczna poprawa kliniczna i kosmetyczna, i to jest najlepszy moment na rozpoczęcie leczenia żylaków.

Doktor medycyny Błażej Łojewski, M.D. 

(Blazej Lojewski)

„Śpiącemu człowiekowi nie można nic sprzedać. Dlatego z punktu widzenia ekonomii sen jest nieopłacalny. To ostatnia granica człowieczeństwa, która broni nas przed zalewem konsumpcji” (z: P. Wilk, Miasta bezsenne, w: Przekrój nr 1, 2018)

Czy sen jest koniecznością? Czy potrzebne nam śnienie? Czy mamy jakikolwiek pożytek z przesypania ogromnego fragmentu naszego życia? Czy nie lepiej byłoby żyć bez przerwy na jawie? Pytania te są tylko pozornie retoryczne. W istocie śpimy i śnimy coraz mniej, coraz rzadziej i coraz gorzej. Zapominamy o ważności śnienia, o tym, że stanowi ono paradoksalnie, istotną część naszej samoświadomości. Nie trzeba koniecznie być wyznawcą psychoanalizy i nurzać się w teoriach freudowskich, by mieć świadomość istotności nieświadomości, przejawiającej się miedzy innymi w marzeniach sennych.

To „grzebanie” się w podświadomej, gdzieś głęboko zepchniętej w ciemne zakamarki nas samych, ma służyć między innymi pokonaniu pustki i bólu istnienia. Poszukiwanie sensu jest zatem w jakiś sposób uzależnione od umiejętności rozumienia tego, o czym śnimy. Nie jest to jednakowoż warunek konieczny do pracy nad ogarniającym nas uczuciem bezsensu i wydrążenia. Pustkę przecież można zapełnić czymś zupełnie innym, niż analizą marzeń sennych. Można ją na przykład poddać próbie zakupów: im więcej kupimy, tym lepiej się poczujemy i to bez udziału w seansach psychoanalitycznych. Zarzucimy zatem dręczące nas poczucie pustki zakupami, pozostając w iluzji marketingowej perswazji, iż kolejna nabyta rzecz oddali od nas lęku i drżenia przed samotnością, śmiercią i pustką codzienności.

W jakiś dziwny i nie do końca zrozumiały sposób, uznaliśmy ten rodzaj działania za znakomitą terapię leczącą wszelkie smutki i niepokoje, które nas dopadają. Targani koniecznością nieustannej pracy, ciągłego zarabiania większej i większej ilości pieniędzy, żądzą posiadania coraz większej i większej ilości przedmiotów, wymogiem ciągłej aktywności zawodowej, utrzymywania się w znakomitej formie wizerunkowej, szaleństwie wiecznej młodości i ułudzie nieśmiertelności – rzuciliśmy się w szajbę bezmyślnej i wszechogarniającej konsumpcji. Spożywamy, a raczej pożeramy wszystko, co się tylko da. Kupujemy mnóstwo i bez ustanku, bez względu na to, czy jest nam to potrzebne, czy nie i zapominamy, że terapeutyczne działanie zakupoholizmu jest wyjątkowo krótkotrwałe i nieskuteczne.

Uwierzyliśmy z łatwością, że kupowanie „więcej i taniej” przyniesie nam ulgę w cierpieniu i strachu przed innymi, że da nam poczucie szczęścia i spełnienia. To się nawet zdarza, gdy dopada nas uczucie błogostanu, jeśli wprawimy sąsiada w stan hipnotycznej zazdrości i trudnej do ukrycia zawiści, gdy zobaczy na naszym garażowym podjeździe najnowszy model kolejnego samochodu, który właśnie kupiliśmy na kredyt. Kompletnie zmanipulowani chwytami marketingowymi masowej kultury, przestaliśmy rozpoznawać nasze rzeczywiste potrzeby i nasze rzeczywiste oczekiwania. Idziemy raczej za głosem reklamy i społecznej presji, aniżeli własnego wewnętrznego głosu.

W książce „Żyjąc w czasie pożyczonym”, profesor Zygmunt Baumann i Citlali Rovirosa-Madrazo, rozmawiają o ponowoczesnym korzystaniu z wszelakich dóbr na kredyt. Ta pozorna łatwość i przyjemność z posiadania rzeczy, jest jednakowoż niebezpieczną pułapką:

„Szeroko poruszyli temat wzajemnych zależności historycznych bliźniaków, do których zaliczyli zgodnie Kościół i państwo. Zwrócili uwagę na fakt, iż obie instytucje zarządzające ludźmi, posiadają wspólną cechę, którą jest umiejętność kierowania lękiem. Owo świeckie i religijne oko zmieniło się w wyrachowany przemysł nadzoru, który wzajemnie wspiera się w misji zarządzania lękiem. W dalszych rozmowach w brutalny sposób nazwie następnie Zygmunt Bauman nasze społeczeństwo rasą kredytobiorców, którzy wkręceni w mafijną spiralę bankową, zaciągają kredyty na całe życie, czy wręcz następne pokolenia”. (za: kuznia.art.pl)

Jeśli by jednak spojrzeć na to wszystko w swoistym odwróceniu, to co złego jest w chęci posiadania? Cóż takiego okropnego jest w rugowaniu snu z naszego aktywnego życia, cóż niebezpiecznego może by w otwartych całą dobę sklepach i instytucjach, czego niepokojącego można się doszukać w nieustannym „podłączeniu” do sieci, co komu przeszkadza, że pracuje się dłużej, wydajniej i intensywniej, że ma się dużo więcej rzeczy niż potrzeba, że dba się o siebie i swój wygląd wydając ogromne pieniądze na operacje plastyczne, że odrzuca się przekonanie o nieuchronności śmierci, że je się więcej i kupuje coraz taniej? Cóż w tym złego?

Pozornie nic, w istocie wszystko. W tym niewinnym paradoksie kryje się cała rozpacz człowieka współczesnego. Iluzja szczęścia, które ma wynikać z posiadania, otwiera go na doznanie przejmującego lęku. Powszechne bowiem przekonanie o konieczności posiadania - na przykład - domu (ten, kto ma dom jest mądry, zapobiegliwy, roztropny, rozważny) nie uwzględnia prostego faktu, że poddanie się tego typu społecznej presji skazuje właściciela na wieloletnie wyrzeczenia, finansowe zobowiązania i podporządkowanie praktycznie całej życiowej aktywności spłacaniu pożyczek, z których lwia cześć trafia do bankierów i wszelkiego rodzaju instytucji finansowych, agentów nieruchomości, pośredników, firm ubezpieczeniowych, remontowych i budowlanych, instytucji miejskich i stanowych - i to nie tylko w formie spłacanych procentów od wspomnianych pożyczek, ale także w formie podatków i wszelkich innych finansowych zobowiązań, takich choćby jak ubezpieczenia. Ten cykl może przybierać formy zwielokrotnione, przez kolejne pożyczki zaciągnięte pod zakupioną, już i tak na kredyt, nieruchomość.

Piętrzące się zobowiązania finansowe przekładają się na poczucie nieustannego strachu przed katastrofą. Co będzie, jeśli nie podałam spłatom? Nie wypełnię podpisanych zobowiązań? Groźba bankructwa nie jest przecież w żadnej mierze ułudą, w przeciwieństwie do poczucia dumy i spełnienia z posiadania domu.

To tylko jeden z przykładów wiary w fałszywe sugestie i kulturowe przekłamania. Może by tak raczej iść śladem świętego Franciszka z Asyżu i nie martwiąc się o to, co będzie jutro, kochać zwierzęta i być wegetarianinem?

„O bracie Leonie, owieczko Boża, choćby brat mniejszy mówił językiem aniołów i znał koleje gwiazd i moce ziół, i choćby mu objawiły się wszystkie skarby ziemi, i choćby poznał właściwości ptaków i ryb, i zwierząt wszystkich, i ludzi, i drzew, i skał, i korzeni, i wód, zapisz, że nie to jest radość doskonała” (Kwiatki św. Franciszka, rozdział 8)

No, ale jakże to? Jakże tak? Nic z tych rzeczy? Żadne posiadanie, żadne kupowanie? Czy da się tak żyć?

W niewielkim objętościowo tekście „Joga odżywiania”, autor Omraam Mikhael Aivanhov namawia do przemyślenia życia regulowanego przez kulturę pożądania rzeczy w dużej ilości. Kupowanie ponad potrzeby, kompulsywne, to działanie grzeszne, bo wiąże się z kupowaniem rzeczy tanich, a te nie biorą się z powietrza. „Dużo i tanio” niesie ze sobą:

- pracę niewolniczą
- złą, albo niską jakość produktów,
- skandalicznie niskie wynagrodzenie dla wykonujących te produkty i ogromne zyski dla korporacji międzynarodowych,
- pracę dzieci.
- ogromne zaśmiecenie planety, bo taniej jest kupić nowe, aniżeli naprawić zepsute.

Tani produkt jest korzystny tylko dla generowania korporacyjnych zysków. Dla innych jest tragicznym źródłem chorób, cierpienia i bezsilności (tani wytwórcy), albo lekiem na całe zło i sposobem na zabijanie poczucia bezsensu i lęku (nabywcy).

Ale co z tym wszystkim ma wspólnego bezsenność?

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Od kilku tygodni trwa walka o przyszłość osób, które kwalifikowały się na pozwolenie na pracę na podstawie programu DACA. Były to dzieci nielegalnych imigrantów, które przyjechały do USA przed 16 rokiem życia i uczęszczały tutaj do szkoły.

Kongres wiele lat temu obiecał osobom w tej sytuacji status imigracyjny, ale ponieważ obietnicy nie dotrzymał, wobec tego w 2012 roku prezydent Obama wprowadził program, który pozwalał tym osobom na staranie się o ochronę przed deportacją i pozwolenie na pracę. Była to czasowa ulga do czasu, kiedy Kongres wprowadzi coś bardziej trwałego w postaci pobytu stałego. Niestety, Kongres do dzisiaj nie znalazł prawnego rozwiązania dla tych osób, a walka o to jest teraz krytyczna, ponieważ we wrześniu ubiegłego roku prezydent Trump odwołał dekret Obamy, dający tym osobom pozwolenia na pracę i ochronę przed deportacją.  

Demokraci chcieli nawet zablokować rząd federalny nie dając mu budżetu, aby zmusić republikanów do głosowania o przywrócenie DACA. Ale zgodzili się na kilkutygodniowe przedłużenie. A prezydent swoje zamiary imigracyjne przedstawiał w orędziu State of the Union.

Mimo że prezydent mówi, że zależy mu na powrocie programu DACA, to aby go przywrócić chce wprowadzić bardzo negatywne zmiany w prawie imigracyjnym. To, czego żąda, to oprócz budżetu na budowanie muru na granicy południowej, także olbrzymie okrojenie sponsorowania przez rodzinę (coś, co przeciwnicy imigracji nazywają "chain migration") oraz likwidacja loterii wizowej. O ile likwidacja loterii ma duże wsparcie, o tyle okrojenie o ponad połowę imigracji przez sponsorowanie rodzinne jest nie do przyjęcia. Na szczęście wszyscy demokraci, a i duża ilość reprezentantów republikańskich, nie zgadza się na takie warunki i nie wyobraża sobie likwidacji żadnych kategorii rodzinnych. Na takich warunkach przywrócenie programu DACA kosztowałoby za wiele. Jeszcze przed końcem poprzedniego roku republikanie obiecywali, że wprowadzą przywrócenie DACA jako odrębną ustawę bez żadnych innych warunków, ale Trump nie chce na to się zgodzić. Wobec tego spodziewamy się, że DACA prawdopodobnie przestanie istnieć w marcu, i osoby, które z niej korzystały, będą musiały szukać innej drogi legalizacji.  

Agata Gostyńska-Frakt
Adwokat imigracyjny i rodzinny
Tel. 312-644-8000
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Rabat, niedziela, 5 listopada 2017

Słońce wstaje dzisiaj o godzinie 7 rano lokalnego czasu. Budzimy się wyspani i wypoczęci w należącym do sieci Accor hotelu Diwan, gdzie serwują pyszne śniadanie - jest m. in. pachnąca kawa, europejskie świeżutkie pieczywo, są oliwki... Na każdym kroku widać wpływy Francuzów, którzy okupowali Maroko od 1911, a rok później ustanowili Rabat stolicą swojego "protektoratu". Po uzyskaniu przez Maroko niepodległości w 1956 roku miasto pozostało stolicą królestwa zyskując w 2012 status Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Dzisiaj jest dużym, przestronnym, zadbanym, dwumilionowym miastem z reprezentacyjnymi bulwarami zdobionymi szpalerami palm, z ruchem drogowym nie tak uciążliwym jak w pobliskiej Casablance, z licznymi zabytkami zarówno z czasów średniowiecza jak i z dobrze zachowaną architekturą kolonialną. Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że tak naprawdę Rabat jest dwuczęściowy, gdyż po przeciwnej (północnej) stronie rzeki znajduje się jego równie stara część zwana Sala. Poza funkcjami administracyjnymi Rabat jest ważnym ośrodkiem przemysłowym i rzemieślniczym z coraz większą rolą turystyki.

Rabat (od wyrazu Aribat oznaczającego twierdzę) jest miastem starym, powstałym w 1150 roku u ujścia rzeki Bu Rakrak do Atlantyku, tuż obok miejsca, gdzie za czasów Imperium Rzymskiego istniała osada Sala Colonia, a jeszcze wcześniej był fenicki port. Miasto, jakie dzisiaj oglądamy, założył kalif Abd el-Mumina z dynastii Almohadów z myślą o łupieżczych wypadach na Półwysep Iberyjski.

Zwiedzanie stolicy Maroka zaczynamy o 9 rano od wizyty na terenie rozległego pałacu królewskiego Dar el-Makhzen, gdzie Mohamed VI już co prawda nie mieszka, ale w celach reprezentacyjnych korzysta z okazałych XVIII-wiecznych gmachów. Niedawno gościł tutaj prezydent Francji i premier Federacji Rosyjskiej. Spacerujemy na zewnątrz budynków podziwiając wartowników i przedstawicieli kilku różnie umundurowanych formacji wojskowych królestwa. Z pałacu przejeżdżamy do zbudowanego w roku 1971 Mauzoleum Muhammada V, imponującego z zewnątrz, jednak przykuwającego naszą uwagę bardziej z racji panoramy miasta rozłożonego po obu stronach rzeki Bu Rakrak, ze starym miastem (medyną) i solidną twierdzą nad Atlantykiem. Poza samym mauzoleum jest tutaj ciekawy kompleks największego w założeniu meczetu Maroka, gdzie sułtan Abu Jusuf Jakub al-Mansur (1184-1199) z dynastii Almohadów zapragnął wybudować największy minaret w islamskim świecie, ale ambitna budowla pozostała niedokończona z racji jego nagłej śmierci. Jako ciekawostkę przypomnę, że ten wielki władca posiadał również swoją rezydencję w Sewilli, w należącej wówczas do Almohadów Andaluzji. Jakub al-Mansur zbudował grube mury wokół Rabatu i doprowadził do powstania innych znanych obiektów: Meczetu Księgarzy w Marrakeszu (dzisiejsza ikona miasta) oraz minaretu Giralda (1184-1196), który zachował się do dzisiaj jako część Katedry Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jednego z najwspanialszych gotyckich kościołów na świecie!

Od meczetu Hassana podążamy do ufortyfikowanego miasta-fortecy (kazba), aby mile spędzić godzinę spacerując po uroczych, wąskich uliczkach starówki. Słuchamy dalszych ciekawostek z historii miasta; to właśnie tutaj tłumnie przybywali muzułmańscy uchodźcy z Emiratu Granady wraz z około 5 tysiącami Żydów wypędzonych z Hiszpani w 1492 roku. Stare baszty do złudzenia przypominają hiszpańskie twierdze na wyspach Karaibów, widać tutaj rękę iberyjskich budowniczych. Oglądając fortyfikacje, które w XVIII wieku stanowiły (aż do 1829) "niezależną" od sułtana Republikę Korsarzy, sączymy mocną i smaczną herbatkę z miętą patrząc jak za murami, przy brzegu oceanu, marokańska młodzież oddaje się surfingowi.

Opuszczamy Rabat podziwiając za oknami rozmach, z jakim dokonuje się przebudowa do tej pory zaniedbanego terenu wzdłuż rzeki. A jednak ta niegdyś zaniedbana część miasta jest czymś w rodzaju klamry spinającej oba jej brzegi: Rabat i Sale. Obecnie jest to jeden wielki plac budowy, gdzie rosną nowe gmachy publiczne, przyszłe teatry, sale konferencyjne, biura, apartamenty mieszkalne, centra handlowe a nawet obiekt wyraźnie inspirowany Operą w Sydney!

Z Rabatu czekają nas dwie godziny jazdy do Meknes, kolejnego miasta cesarskiego Maroko, które było stolicą państwa przez zaledwie 45 lat. W Meknesie spędzamy niecałe dwie godziny urządzając postój na sfotografowanie monumentalnej bramy wjazdowej Mulaja Ismaila, na krótki spacer po kolorowym, lokalnym suku (targowisku) i wizytę w spichlerzach. Brzmi to może dziwnie, ale najsłynniejszy władca Meknesu, znany z okrucieństwa Mulaj Ismail (1672-1727) kochał... konie arabskie i zbudował dla nich stajnie zdolne pomieścić dwanaście tysięcy pięknych zwierząt. Królewskie stajnie to swojego rodzaju arcydzieło architektury; grube mury chroniły przed upałem lata, system akweduktów dostarczał zwierzętom bieżącej wody, zasobne spichlerze zapewniały im dostatek pożywienia! Takich warunków do życia nie miała większość mieszkańców miasta! Stajnie są niedostępne dla zwiedzających, ale tuż obok znajdują się wspaniałe spichlerze, magazyny Heri-el-Swani w postaci sklepionych komnat uszeregowanych w kilkadziesiąt korytarzy. Architektura obiektu zachwyca, nic też dziwnego, że tutaj powstały kadry znanej hollywodzkiej produkcji "Klejnot Nilu" z 1985 roku.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Kulka

Autor jest właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki z polskim przewodnikiem po całym świecie, również do Afryki. Bliższe informacje na stronie internetowej www.andrzejkulka.com lub pod nr tel. 773 237 7788.

Wywiad z dr Dorothy Anasinski

Nadchodzą Walentynki, które kojarzą się nam z bliskością, z druga osobą oraz z romansem. W dzisiejszym wywiadzie dr Anasinski podzieli się z nami ważnymi tematami o związku higieny jamy ustnej i romansu.

Dr Dorothy Anasinski jest lekarzem, który pomaga przedłużyć życie zębom, a jeśli komuś ich brakuje, to pomaga je zastąpić poprzez drugą szansę, jaką są implanty dentystyczne. Dr Anasinski jest periodontą oraz implantologiem dentystycznym i od lat specjalizuje się w chorobach dziąseł oraz implantach dentystycznych, jest dyplomowana w tych dziedzinach. Dodatkowo dr Anasinski jest profesorem na wydziale dentystycznym UIC, oraz dzieli się swoją wiedzą z innymi lekarzami w trakcie szkoleń organizowanych dla lekarzy stomatologów. Dr Anasinski leczy pacjentów w profesjonalnej klinice dentystycznej Dental Specialists of Niles.

M. P.: Chociaż wydaje się to bez znaczenia, to jednak okazuje się, że zdrowa jama ustna gwarantuje powodzenie. Jaki wpływ na nasze relacje i związki mają zdrowe zęby?

Dr Anasinski: Wszyscy wiemy, że w życiu najważniejsze jest zdrowie. Bez zdrowia i dobrego samopoczucia nie możemy w pełni cieszyć się życiem. Zdrowie to przede wszystkim zdrowa jama ustna. Utrata zębów skraca życie średnio o dziesięć lat. Ludzie bez zębów mają poważne problemy z jedzeniem, żuciem i trawieniem. Dodatkowo brak zębów powoduje zmianę wyglądu twarzy, postarza, przyśpiesza powstawanie zmarszczek i pozbawia pięknego uśmiechu.

Wszyscy wiemy, że nasz uśmiech to pierwsze wrażenie, jakie robimy na innych ludziach. Utrata zębów ma wpływ na jakość naszego życia i poczucie własnej wartości. Nie mam wątpliwości, że w dużym stopniu zdrowe zęby gwarantują zdrowe relacje międzyludzkie. Lubimy ludzi radosnych i uśmiechniętych. Uśmiech to nasza wizytówka. Naukowcy zajmujący się wpływem stanu jamy ustnej na stan zdrowia całego organizmu odkryli bezpośredni związek między chorobami przyzębia, a chorobami krążenia, zapaleniem stawów, chorobą Alzheimera, a także zaburzeniem erekcji u mężczyzn. Wyniki badań opublikował naukowy dziennik medyczny UroToday. Wcześniej udowodniono, że cukrzyca i choroby sercowo-naczyniowe wpływały na męską potencję. Od niedawna do listy chorób, które nie służą mężczyznom dopisano choroby przyzębia. 50% mężczyzn borykających się z cukrzycą, cierpi również na zaburzenia erekcji, które powoduje wysoki poziom cukru we krwi. Inny problem, który zgłaszają pacjenci, a który ma wpływ na relacje międzyludzkie, to nieświeży oddech i nieprzyjemny zapach z ust. Ten problem może dotyczyć nawet 85% ludzi na świecie, w samych Stanach Zjednoczonych z nieświeżym oddechem boryka się 90 milionów Amerykanów. Nieprzyjemny zapach z ust przekłada się na jakość życia, poczucie własnej wartości, często prowadzi do problemów w pracy i w związku. Trudno o zbliżenie, czy całowanie się z kimś, kto ma naprawdę nieświeży oddech.

M. P.: To niesamowite, jak wiele zależy od zdrowia jamy ustnej. Skąd bierze się nieprzyjemny zapach z ust?

Dr Anasinski: Powód 90% przypadków nieprzyjemnego zapachu z ust tkwi w jamie ustnej. Bezpośrednią przyczyną może być niewłaściwa higiena lub choroby przyzębia czy zapalenie dziąseł. Dla wielu ludzi jest to problem krótkotrwały, przejściowy, występujący najczęściej rano, po przebudzeniu, albo w ciągu dnia po zjedzeniu niektórych potraw.

M. P.: Jakie potrawy powodują nieświeży oddech?

Dr Anasinski: Na pewno czosnek i cebula. Dodatkowo kapusta, ryby i nabiał. Nieświeży oddech często łączy się z nadużywaniem kawy, alkoholu i paleniem papierosów.

M. P.: Jeżeli nie spożywamy wyżej wymienionych produktów, nie palimy, a mimo to mamy nieładny zapach z ust, który trudno zwalczyć, to co może być przyczyną?

Dr Anasinski: Wtedy przyczyną może być nieodpowiednia higiena jamy ustnej, bakterie na zębach, dziąsłach i języku, pozostałości pożywienia, próchnica, suchość jamy ustnej, choroby dziąseł i przyzębia, drożdżyca, infekcja błon śluzowych, zapalenie migdałków. Zaburzenia trawienia i powikłania żołądkowe mogą także być przyczyną nieświeżego oddechu. Badania wskazują, że nieładny zapach z ust to jeden z objawów niekontrolowanej cukrzycy, dysfunkcji nerek i chorej wątroby.

M. P.: Jak radzić sobie z nieświeżym oddechem?

Dr Anasinski: Na początku najlepiej ustalić, co jest przyczyną nieprzyjemnego zapachu z ust. Należy pamiętać o dobrej higienie jamy ustnej: myć zęby po każdym posiłku, używać nitki dentystycznej do czyszczenia powierzchni między zębami. Nie wolno zapomnieć o języku. Język czyścimy specjalną skrobaczką do języka albo zwykłą łyżeczką plastikową. Nie dopuszczamy do suchości w ustach, pijąc zimą więcej płynów. Utrzymujący się nieładny zapach z ust może być oznaką ukrytej poważnej choroby. Ważne jest właściwe zdiagnozowanie przez odpowiedniego lekarza specjalistę. W przypadku chorób dziąseł i przyzębia wizyta u lekarza pozwala szybko pozbyć się problemu i ocalić zęby. Ważna jest prewencja. Paradontoza nie boli, ale pierwszym z objawów może być nieprzyjemny zapach z ust. Regularne czyszczenie zębów w gabinecie dentystycznym jest prostym sposobem zapobiegawczym. Dental Specialists of Niles gwarantuje dobre rezultaty w leczeniu chorób przyzębia.

M.P.: Od lat specjalizuje się pani z dużym sukcesem w leczeniu paradontozy, chorób przyzębia i w implantach dentystycznych. Bardzo często pacjenci poddają się leczeniu, a problemy wracają – dlaczego?

Dr Anasinski: Bardzo często pacjenci szukają najtańszych usług. Najtańsze usługi nie zawsze są dobrze wykonane i nie zawsze przez właściwego lekarza specjalistę. Dlatego pacjenci muszą wykonać je ponownie i wtedy płacą podwójnie. Często źle wykonany zabieg niesie ze sobą poważne komplikacje. Dlatego polecam korzystanie z usług najlepszych specjalistów, którzy gwarantują dobre rezultaty. Jeżeli decydujemy się na wstawienie implantów dentystycznych, to swoje zdrowie i powodzenie całej procedury powinniśmy powierzyć w ręce wykwalifikowanych lekarzy specjalistów. Warto sprawdzić, czy lekarz ma ukończone odpowiednie kursy i szkolenia, oraz wieloletnie doświadczenie. To na pewno uchroni nas przed niespodziankami, dodatkowym cierpieniem i kosztami.

Po więcej informacji proszę skontaktować się z gabinetem dr Anasinski 847-685-6686 i umówić wizytę dla siebie i ukochanej osoby.
Klinika mieści się w Niles, pod adresem 8216 W Oakton.