----- Reklama -----

Monitor 12/01/2017

Kilka dni temu dostałem krótki tekst od znajomego o następującej treści: Cholera, bylibyśmy dziś milionerami! Dołączony był do tego link do artykułu w Business Insider. A tam pisano, że jeśli ktoś w listopadzie 2010 r. wydał na zakup bitcoinów niecałe 10 dolarów, to dziś zwrot wyniósłby ćwierć miliona. Wydając wtedy więcej, na przykład tysiąc, dziś można by rozglądać się za prywatną wyspą na ciepłym morzu.

Faktycznie, siedem lat temu rozmawialiśmy na ten temat. Wtedy bitcoin dopiero zaczynał funkcjonować, kosztował dosłownie grosze i mało kto orientował się, czym właściwie jest. To prawda, że zastanawialiśmy się wówczas, czy dla żartu nie zainwestować i nie kupić nieco tej cyfrowej waluty. Zrobiło to kilka innych osób, więc czemu nie? No nie, bo właściwie nie wiadomo co to jest, pewnie jakiś przekręt, szwindel i oszustwo. Poczekamy, zobaczymy...

Jak widać na powyższym obrazku, doradcą finansowym byłbym kiepskim, kolega zresztą też. Nie będę też ukrywał, iż wielu prawdziwych doradców, z którymi wtedy ten temat w rozmowach poruszałem, było podobnego zdania, dziś pewnie ze wstydu nie wychodzą z domów. W tamtym okresie wśród osób zajmujących się na co dzień finansami waluta, której nie można było wypłacić w banku, włożyć do kieszeni i normalnie pracując zarobić, nie miała prawa istnieć. Odradzali inwestowanie i zachęcali do kupna akcji cementowni w Ohio lub producenta żarówek.

Trzeba przyznać, że jazda cen bitcoina jest nieprawdopodobna. Dziś nie ma wątpliwości, że to, co się dzieje jest nadmuchaną do nieprzyzwoitości bańką, która lada chwila pęknie. Należy pogratulować tym, którym udało się kupić za grosze, trzymać kciuki za tych, którzy w ostatniej chwili wskoczyli do pędzącego pociągu wydając życiowe oszczędności, bo mogą je w jednej chwili stracić. Ja z kolegą do tematu na pewno nie powrócimy, dla zachowania dobrego samopoczucia będziemy go unikać jak ognia. Według specjalistów i samych inwestorów zaangażowanych w obrót bitcoinami, ta elektroniczna moneta warta jest dziś ok. 100 dolarów, a nie około 10 tysięcy płaconych za nią w tym tygodniu. Wartość rzeczywista nie ma jednak żadnego znaczenia, bo przecież ważne jest, ile inni chcą zapłacić. Na tym polegają inwestycje, na tym też można się mocno przejechać, gdy kupujący nagle zmienią zdanie.

Kontynuując więc niejako temat, warto przypomnieć sobie, że w przeszłości ludzie stracili miliardy na wydawałoby się pewnych inwestycjach. Na myśl przychodzi choćby rozsławiony przez film „Powrót do przyszłości” samochód DeLorean. Tak, to ten z otwieranymi do góry drzwiami, którym bohater przemieszczał się w czasie. Wtedy inwestorzy pchali się do producenta drzwiami i oknami. Ale z różnych powodów nie sprzedano ich zbyt wiele, w związku z czym firma stanęła na krawędzi bankructwa. Może by się i udało wyjść z tarapatów, gdyby nie akcja FBI, podczas której przyłapano właściciela firmy DeLorean Motors z walizką kokainy wartości 24 milionów. Na nagraniu z ukrytej kamery zachwala towar agentowi federalnemu mówiąc, że jest lepszy od złota. Po tym DeLorean zwinął się szybciej, niż jesienny liść i dziś jedynie kilku kolekcjonerów może pochwalić się funkcjonującymi samochodami tej marki.

Kolejna opowieść sięga czasów dawniejszych i funkcjonuje dziś już tylko jako ostrzeżenie przekazywane studentom ekonomii przez oczytanych profesorów. Chodzi o tulipany, kwiaty znane chyba każdemu. Popularne i wszechobecne. Kiedyś jednak było inaczej. W pierwszej połowie XVII w. jakiś holenderski podróżnik przywiózł do domu kilkanaście cebulek pochodzących z Turcji. W krótkim czasie w całym kraju zapanował tulipanowy szał. Ludzie zaczęli sprzedawać swe posiadłości i inwestować w importowane cebulki. Dosłownie, wartość kilku sztuk równa była kilku hektarom ziemi z budynkami i inwentarzem. Nie trwało to długo, okazało się bowiem, że tulipany można z powodzeniem hodować na miejscu, co zaczęło robić tysiące ludzi. Ceny gwałtownie, bardzo gwałtownie spadły, inwestorzy poszli z torbami. Do dziś Holandia pozostaje królestwem tulipanów, a sam kwiat kojarzy się ze złym rozpoznaniem rynku.

Można by teraz przypomnieć historię Enronu lub Washington Mutual, ale to było niedawno i wszyscy pamiętają. Są jeszcze różne piramidki finansowe, inwestycje w kosmosie i prawa do wydobywania nieistniejących minerałów. To z kolei byłaby raczej opowieść o ludzkiej głupocie.

Więc kilka słów o papierosach bez dymu. Tak, zanim w ogóle pojawił się pomysł elektronicznych papierosów, jakże dziś popularnych, firma R.J.Reyolds pracowała nad zdrowszymi pałeczkami tytoniowymi. Chodziło o wyeliminowanie pewnych skutków ubocznych palenia, wiadomo... raka, chorób płuc, zawałów, czy wylewów krwi do mózgu. W latach 80. wymyślono Premier Smokeless Cigarette, ekskluzywnego papierosa bezdymnego. Było to urządzenie dostarczające nikotynę do organizmu, które wyglądało jak papieros i... na tym koniec podobieństw, podobnie jak w przypadku dzisiejszych pałeczek elektronicznych. Przewidywano, iż sprzedaż będzie błyskawiczna i lawinowa. Na wymyślenie urządzenia, zrobienie kilku prototypów, budowę linii produkcyjnej i akcję promocyjną wydano ponad miliard ówczesnych dolarów. Okazało się jednak, że papieros ten pozostawia w ustach smak węgla i jest doskonałym sposobem dostarczania organizmowi innych, trujących substancji poza nikotyną. Klapa była wielka, choć Reynolds nie odczuł tego boleśnie, to były wciąż złote czasy dla firm nikotynowych. Problem w tym, że jak każda porządna firma, do inwestycji wykorzystała pieniądze innych.

Wracając do bitcoinów, na razie szaleństwo trwa. Zainteresowani mogą jednak poczytać sobie o flozz.com, firmie oferującej dokładnie to samo w 2001 r. Może się skończyć podobnie, ale nie musi. W końcu czasy inne i towar nieco lepszy.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 329: Terminologia nieruchomości dochodowych

TAB (total assets of a business) – łączne aktywa biznesu: całkowita własność przedsiębiorstwa, na którą składa się zarówno własność nieruchoma i ruchoma: budynki, inwentarz, sprzęt, gotówka, kontrakty, prawa autorskie, patenty, nazwa, itd.

TACKING – łączenie okresów przedawnienia: całkowity okres wymagany do uzyskania udogodnienia przez przedawnienie / zasiedzenie (easement by prescription) może być kumulowany przez osoby określane jako „korzystający następcy” (successors in interest), np. spadkobierca, lokator, lub nabywca, który przejął nieruchomość i nadal korzysta z udogodnienia przechodzącego przez działkę sąsiada bez jego zgody.

take-it-or-leave-it offer – oferta „przyjmij albo odrzuć”: typ oferty stosowany w sytuacji, kiedy wszystkie argumenty zostały wykorzystane w negocjacjach i strony nie są skłonne do porozumienia. Może okazać się nieefektywna, ponieważ polega na przyparciu do muru i wywarciu presji, co może spowodować emocjonalną decyzję jej odrzucenia.

TAX ASSESSMENT APPEAL – odwołanie / apelacja dotycząca wysokości oszacowanej wartości: Od momentu otrzymania Zawiadomienia o Proponowanej Oszacowanej Wartości (Notice of Proposed Assessed Valuation), właściciel nieruchomości ma 30 dni na złożenie odwołania, jeśli uważa, że wartość nieruchomości została zawyżona. Każdy powiat na swojej stronie internetowej podaje listę powodów, które trzeba uwzględnić przy składaniu odwołania. Zwykle istnieją trzy rodzaje apelacji: 1. Pomyłka taksatora dotycząca opisu nieruchomości (property description error appeal). 2. Brak jednolitości (lack of uniformity): należy udowodnić, że w naszej okolicy są podobne nieruchomości (o podobnym metrażu, wielkości działki i wieku), których oszacowana wartość jest niższa. 3. Zawyżenie przybliżonej wartości rynkowej (overvaluation appeal): należy udowodnić, że w ostatnim czasie w naszej okolicy podobne domy sprzedawały się za sumy niższe od proponowanej wartości rynkowej naszej nieruchomości (proposed property value).

TAX ASSESSOR – taksator: Urzędnik dokonujący oceny wartości nieruchomości (tax assessment) w celu ustalenia wysokości podatku. W stanie Illinois wartość każdej nieruchomości określana jest przez urzędników co cztery lata, za wyjątkiem powiatu Cook, gdzie obowiązuje trzyletni cykl.

TAX EXEMPTIONS – ulgi podatkowe: ulgi podatkowe obniżające kwotę podatku od nieruchomości, np. ulga podatkowa dla właściciela domu (homeowner’s exemption), ulga podatkowa dla osób w wieku emerytalnym (senior homestead exemption), oraz ulga polegająca na zamrożeniu podatków dla osób w wieku emerytalnym (senior citizens assessment freeze).

taxation – opodatkowanie: jeden z przywilejów państwa, na który właściciele nieruchomości nie mają żadnego wpływu. Rząd nakłada na każdą nieruchomość podatki od nieruchomości (real estate taxes) na cele publiczne i utrzymanie administracji państwowej. Jeśli właściciel nieruchomości zalega z opłatą podatków, agencja rządowa ma prawo do sprzedaży danej nieruchomości w celu uzyskania środków finansowych na zapłacenie zaległych podatków (tax sale).

TAX-EXEMPT PROPERTY – nieruchomość zwolniona z podatków: nieruchomość, która nie podlega opodatkowaniu, np. budynek rządowy.

TEMP (temporary no showings) – tymczasowo żadnych pokazów: skrót stosowany w MLS oznaczający, że nieruchomość została zdjęta z rynku, jest tymczasowo niedostępna i nie może być pokazywana potencjalnym nabywcom, np. podczas świąt, kiedy właściciele pragną zapewnić sobie spokój. 

TENANCY AT SUFFERANCE (inne określenie: estate at sufferance) – kontynuowanie wynajmu nieruchomości po wygaśnięciu kontraktu: sytuacja ta zachodzi wtedy, kiedy lokator nadal przebywa na terenie nieruchomości po wygaśnięciu jego praw do wynajmu, wbrew woli właściciela.    

TENANCY AT WILL (inne określenie: estate at will) – wynajem nieruchomości na nieokreślony okres czasu: podobnie jak periodic tenancy, umowa ta nie posiada określonej daty wygaśnięcia kontraktu. Może być rozwiązana w każdej chwili. Lokator posiada prawo do wynajmu nieruchomości dopóki jej właściciel wyraża na to zgodę.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 20-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645  
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.       
Web: www.CaretRealty.com

iPhone X po zamówieniu w oficjalnym sklepie internetowym Apple'a zostanie obecnie dostarczony w ciągu 1-2 tygodni. Do niedawna jednak czas oczekiwania był znacznie dłuższy. Skąd taka zmiana? Na pewno nie z małego zainteresowania jubileuszowym modelem, co podkreśla Ming Chi Kuo, czyli analityk KGI Securities. Ten w przeszłości dostarczał sprawdzonych informacji z obozu giganta z Cupertino.

Kuo twierdzi, że szybszy czas realizacji zamówień wynika przede wszystkim z polepszenia procesu produkcji. Szacuje, że chińskie fabryki obecnie są w stanie wytwarzać nawet aż 450-550 tys. sztuk iPhone'ów X dziennie. Dla porównania, miesiąc czy dwa temu było to tylko 50-150 tys. egzemplarzy.

Apple początkowo borykało się z dostawami wybranych komponentów. To dotyczyło modułów LCP dla anten LTE czy projektora kropek dla funkcji Face ID. Problemy te udało się rozwiązać i dostawcy w postaci firm Career, LG Innotek oraz Sharp wywiązują się coraz lepiej z powierzonych zadań. Dlatego Foxconn był w stanie zwiększyć produkcję. 

Snapchat wprowadza filtry, które same rozpoznają zwierzęta i jedzenie

Snapchat wprowadził po cichu w karuzeli filtrów nowe opcje i te odpowiadają za automatyczne rozpoznawanie m.in. zwierząt i jedzenia, które znajdują się na snapach. Na tej podstawie dobierane są automatycznie odpowiednie grafiki.

Nowe funkcje nie dotyczą wyłącznie zwierzaków czy jedzenia. Są też zgodne z obiektami sportowymi, a nawet miejscami, jak plaża czy koncert. Nowa funkcja bazuje na rozpoznawaniu obiektów, które Snap opatentował w lipcu.

Snapchat obecnie pracuje nad nową aplikacją na Androida. Ta zostanie kompletnie przeprojektowana i firma wierzy, że to pozwoli pozyskać jej więcej użytkowników. 

Facebook z nową opcją do oznaczania znajomych w komentarzach

Facebook oczywiście pozwala już od dawna oznaczać znajomych w komentarzach. Można to zrobić poprzez wpisanie @ i następnie kilku pierwszych liter imienia danej osoby. Wtedy wyświetla się lista pasujących znajomych, gdzie można wskazać tego właściwego. Możliwe, że niedługo będzie to można zrobić także w inny sposób.

Facebook testuje właśnie nową opcję. Tym razem ma ona postać osobnego przycisku. Jego kliknięcie powoduje wyświetlenie całej listy znajomych, którą można przewijać.

Dosyć podobna opcja znajduje się w panelu tworzenia nowego posta. Tam można znaleźć przycisk o nazwie “Oznacz znajomych”, gdzie można wybrać osoby.

Tesla Semi

Tesla Semi to ciężarówka elektryczna, którą Elon Musk zaprezentował w trakcie specjalnej konferencji. Pojazd prędko nie wyjedzie na ulice, bo jego produkcja rozpocznie się dopiero w 2019 roku. Szef Tesli wierzy jednak, że auto znajdzie zainteresowanie wśród lokalnego transportu. Tym bardziej, że koszty pokonania jednej mili mają być o 25 centów niższe w porównaniu do ciężarówek z silnikiem diesla.

Semi ma silnik elektryczny, który pozwoli rozpędzić auto do 100 km/h w ciągu zaledwie 20 sekund. Co ciekawe, dotyczy to obciążenia z ładunkiem o masie 36 ton. Zasięg na pełnym naładowaniu wyniesie do 500 mil, czyli około 800 km. Musk obiecuje, że po 30 minutach ładowania auto ma być w stanie pokonać około 640 km.

Tesla wyposaży Semi w autopilota. Ten zapewni pewne funkcje z zakresu autonomicznej jazdy. To pozwoli na utrzymywanie jazdy na pasie czy automatyczne hamowanie. Fotel kierowcy umieszczony jest po środku kabiny, a nie z boku.

Nowy pojazd Tesli z pewnością jest ciekawy. Ciężarówka nie będzie jednak tania.

Według serwisu CNBC Walmart potwierdził, że zamówił w przedsprzedaży piętnaście sztuk elektrycznych ciężarówek Tesli. Dziesięć z nich będzie używanych w transporcie na terenie Stanów Zjednoczonych, zaś pozostałych pięć powędruje do Kanady.

Microsoft ogłasza Skype Professional

Skype Professional Account to nowa odsłona popularnego komunikatora Microsoftu, którą przygotowano z myślą o małych firmach. Program będzie najpierw dostępny w wersji Preview, gdyż z gigant z Redmond chce najpierw wysłuchać opinii o nowym narzędziu. Potem zdecyduje się na udostępnienie aplikacji dla wszystkich.

Skype Professional Account ma ułatwić prowadzenie rozmów biznesowych, zarządzanie notatkami, planowanie spotkań czy odbieranie płatności. Normalnie do takich zastosowań potrzeba różnych narzędzi. Tutaj wszystkie potrzebne opcje mają być dostępne w jednym, scentralizowanym miejscu.

Microsoft obiecuje, że z czasem w usłudze pojawią się dodatkowe opcje, nad którymi prace już trwają.

Bitcoin z rekordową wartością

Bitcoin rośnie jak na drożdżach. Jego wartość przekroczyła już 10 tysięcy dolarów. W międzyczasie w sieci pojawiły się informacje, jakoby twórcą popularnej kryptowaluty był sam Elon Musk. Szef Tesli oraz SpaceX zabrał jednak osobiście głos w tej sprawie i zaprzecza, jakoby był samym Satoshi Nakamoto.

Bitcoin ostatnimi czasy naprawdę szybko się umacnia. Kilka dni temu jego wartość przekroczyła 9 tysięcy dolarów. Obecnie kryptowalutę wycenia się już na ponad 10 tysięcy dolarów. Dzieje się tak pomimo głosów, które sugerują, aby nie inwestować w Bitcoina na obecnym etapie.

Opracował: Daniel Odroniec               
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Za najważniejszą książkę ubiegłego roku uznano powieść Elizabeth Strout zatytułowaną „Mam na imię Lucy”. Uznał tak przynajmniej prestiżowy magazyn „Książki”, zestawiając dziesięć tekstów wydanych w roku 2016, które niosły ze sobą na tyle znaczenia i na tyle istotności, by się nimi specjalnie zainteresować i zająć.

Dlaczego akurat „Mam nam imię Lucy” jest na pierwszym miejscu tej listy? Pytanie jest tylko częściowo idiotyczne, bo przecież zawsze można coś w tym układzie poprzestawiać, w zależności od upodobań i preferencji. Tak czy owak książce Elizabeth Strout należy się bliżej przyjrzeć, z co najmniej z dwu powodów:

Pierwszy to szukanie odpowiedzi na pytanie; dlaczego uznano ją za numer jeden i drugi – czy na pewno powinna zajmować tak wysoką pozycję w rankingu „Książek – magazynu do czytania”. Oczywiście pozostaje jeszcze pytanie: dlaczego z końcem roku 2017 zajmujemy się wydarzeniami literackimi z roku 2016? Ta ostatnia sprawa nie wymaga jakiegoś specjalnego wysiłku, by znaleźć jej wyjaśnienie. W roku 2017 wydano po prostu kolejne powieści Elizabeth Strout w polskim tłumaczeniu i dzięki temu mamy teraz znacznie lepszy wgląd w warsztat pisarski autorki.

Pierwsza kwestia, która natychmiast nasuwa się przy czytaniu „Mam na imię Lucy” to problem gatunkowy. Czy to jest na pewno powieść? Mamy bowiem mocne, a nawet samonarzucające się przekonanie, że jest to swoisty zapis seansu terapeutycznego, jakaś forma osobistego dziennika, coś na kształt autobiografii. I mimo że tytułowa bohaterka ma na imię Lucy, a nie Elizabeth - nie mamy złudzeń, że dotyka nas niezwykle intymna historia, istotnie naznaczona doświadczeniami samej autorki. Nie ma natomiast w tekście tego, co dla powieści charakterystyczne: wielowątkowości, manipulacji czasem i przestrzenią, a co najważniejsze: zredukowana fabuła ogranicza akcję do przeżyć jednej osoby, której wszystkie inne są podporządkowane. Całość fabuły „dzieje się” z punktu widzenia Lucy (mimo ważności osoby jej matki, jako rozmówczyni) i ma służyć wyłącznie budowaniu postaci Lucy. Jak już pisałem:

„Kameralna, rozpisana na dialog dwóch głównych bohaterek. Pozornie oddalona od współczesnych realiów. Krótka, bo da się ja przeczytać w jeden wieczór, nie zarywając nocy. […] Dostrzegamy w niej powieść o kimś zepchniętym na dno, kto – za sprawą wewnętrznej siły, ale też napotkanych po drodze ludzi – buduje w sobie poczucie godności, niezbędne, by mógł się stać etycznym człowiekiem i pełnowartościowym członkiem wspólnoty”. (s.10)

O książce tak piszą inni:

„Powieść jednej z najważniejszych pisarek ostatnich lat, nagrodzonej Pulitzerem autorki powieści "Olive Kitteridge", przeniesionej na ekran w serialu HBO.

Lucy Barton, dojrzałą kobietę, pisarkę wychowującą dwójkę dzieci, podczas przedłużającego się pobytu w szpitalu odwiedza niewidziana od lat matka. Niewinne rozmowy o ludziach z przeszłości otwierają furtkę do bolesnych wspomnień: biedy, wykluczenia i rodzinnych tajemnic.

W oszczędnej narracji Strout buduje kruchą nić porozumienia pomiędzy kobietami, dla których ta niespodziewana pięciodniowa wizyta staje się najintymniejszym momentem ich relacji. Strout misternie konstruuje, wydawać by się mogło, uporządkowany świat, który na naszych oczach się rozpada. Nie znajdujemy w tym jednak dramatu, lecz cichą akceptację i zrozumienie dla ludzkich słabości.

Powieść zachwycająco prosta i powściągliwa... Rzeczy, o których trochę wiedzieliśmy, ale nie potrafiliśmy ich wyrazić, zostały nam wreszcie wytłumaczone. Czujemy ulgę, czujemy się zrozumiani. Myślimy sobie wtedy: »To właśnie to. Tak wygląda życie«."
(National Public Radio)

"Elizabeth Strout dowiodła po raz kolejny, że jest mistrzynią w tworzeniu niezapomnianych postaci. Jej opowieści otwierają się przed czytelnikiem w sposób, który wydaje mu się znajomy i może się z nimi utożsamiać, ale wtedy Strout uderza i można jedynie zachwycić się jej talentem."
(The Post and Courier)

Jak wynika z tych, wyrywkowo wybranych, recenzji głównym elementem zachwycającym i przykuwającym uwagę jest intymny charakter tekstu Strout. I coś rzeczywiście w tym jest, bo kolejne jej powieści, czy raczej rozbudowane opowiadania, zarówno „To, co możliwe” i „Bracia Burgess” są swoistą kontynuacją metody przedstawiania i opisu rzeczywistości, znanego nam z „Mam na imię Lucy”: ta sama główna bohaterka (wybitnie zdolna uczennica, której, jako jedynej z miasteczka, udaje się wyrwać z zaklętego kręgu istnienia „na uboczu” i dzięki stypendium zdobywa pozycję znanej pisarki), ten sam krąg tematyczny (rodzina), ten sam sposób budowania postaci, poprzez ukazanie rodzinnych relacji w świecie małomiasteczkowych układów i więzów. Jednym słowem znowu dostajemy coś na kształt zapisków z seansu u psychoanalityka. Szczególnie ostro widać to w „To, co możliwe”. Lucy wraca w niej do swego rodzinnego domu, jako znana już bardzo pisarka i spotyka się ze swoim rodzeństwem. To jest oczywiście jedynie pretekst ku temu, by przejrzeć się z bliska wszystkim tym, którzy w jakiś sposób byli częścią ich traumatycznego dzieciństwa, pełnego upokorzeń i bólu z powodu ostracyzmu, jaki dotykał ich rodzinę. Doświadczenie upokorzenia i społecznego odrzucenia z powodu życia w permanentnej biedzie i to takiej, gdy szuka jedzenia w śmietnikach, przytłaczające ubóstwo, dziwny układ między rodzicami, życie w świecie tak małym, że każdy wie o każdym wszystko, pozwala Strout zbudować postać Lucy Barton tak, byśmy mogli oglądać ją z wielu miejsc, perspektyw i punków widzenia. W efekcie, postać głównej bohaterki jest przefiltrowana przez osoby, miejsca i zdarzenia, które stanowią wprawdzie samodzielne rozdziały powieści (osobne historie, mini opowiadania), ale te autonomiczne „short stories” ostatecznie służą tylko i wyłącznie misternemu procesowi modelowania postaci Lucy. To warsztatowe mistrzostwo w kreowaniu świata głównej bohaterki sprawia, że koncept powieści zasadzający się na podobieństwie do seansu psychoanalitycznego, pozwala czytelnikowi wniknąć bardzo głęboko w „terapeutyczne” odszukiwanie siebie/jej. Po raz kolejny okazuje się, że freudowska psychoanaliza jest wiecznie żywa, i jeśli nawet odrzucimy jej skrajności typu seksualnego czy archetypicznego (choćby kompleks Edypa), to zawsze pozostaje nam do przepracowania to, co zdeterminowało i określiło nas w dzieciństwie, a raczej trzeba by powiedzieć to, co nas wtedy straumatyzowało tak mocno, że naznaczyło ową traumą całe nasze dorosłe życie. Lucy wprawdzie wraca po siedemnastu latach do rodzinnego domu, „by ostatecznie zamknąć drzwi do przeszłości”, ale to zamknięcie kończy się atakiem paniki i ucieczką z miejsca pełnego demonów nie do pokonania.

Zbyszek Kruczalak

Kim są świadkowie eksperci?

Reguły Sądu Najwyższego w Illinois („Illinois Supreme Court Rules”) uznają trzy kategorie świadków. Jedna kategoria to świadkowie świeccy („lay witnesses”); są to osoby świeckie. Świadkowie świeccy mogą zeznawać o tym, co zaobserwowali lub o czym faktycznie wiedzą. Przykładem świadka świeckiego jest naoczny świadek kolizji samochodowej. Świadkowie świeccy nie mają specjalistycznej wiedzy na temat spraw, na temat których zeznają.

W innej kategorii znajdują się świadkowie eksperci niezależni („independent expert witnesses”). Są to zwykle lekarze, którzy prowadza lub leczą osobę poszkodowaną. Nie są specjalnie zatrudnieni na przegląd dokumentów oraz kartotek medycznych, lecz mają konkretną, specjalistyczna wiedzę.

Trzecia kategoria to świadkowie eksperci kontrolowani („controlled expert witnesses”). To właśnie o tej kategorii mowa, gdy potocznie się słyszy o świadkach ekspertach. Przykłady to ekspert od DNA w procesie karnym, lub ekspert od rekonstrukcji w przypadku kolizji samochodowej. W przypadkach spraw dotyczących obrażeń cielesnych oraz błędów w sztuce lekarskiej, jest to lekarz zatrudniony przez jedną stronę w celu przeglądnięcia dokumentów oraz kartotek medycznych i przedstawienia opinii, których lekarz prowadzący nie może przedstawić z różnych powodów.

Dlaczego są potrzebni eksperci?

Weźmy przykład kolizji samochodowej. Samochód kierowcy stojącego na czerwonym świetle jest uderzony od tylu i wepchnięty w samochód stojący przed nim. Podczas kolizji, kierowca doznaje obrażeń szyi; później chodzi na leczenie. Reprezentant ubezpieczenia kierowcy, który uderzył samochód poszkodowanego akceptuje fakt, że ubezpieczony dopuścił do zaniedbania oraz kolizji, lecz kwestionuje to, że obrażenia szyi poszkodowanego były spowodowane przez to uderzenie.

Kiedy decydujemy się na ekspertów?

Załóżmy, że lekarz prowadzący poszkodowanego mówi, że istnieje związek przyczynowy między tym uderzeniem oraz urazami doznanymi.

Świadkowie eksperci kontrolowani („conrolled expert witnesse”) mogą być w takiej sprawie zaangażowani na kilka sposobów.

Firma ubezpieczeniowa kierowcy, który uderzył samochód poszkodowanego może zaangażować eksperta, który przedstawi opinię, że takie uderzenie nie mogło spowodować poważnych obrażeń z powodów biomechanicznych. Ekspert biomechaniczny może zeznawać, że ‘kolizja przy niskiej prędkości’ nie powoduje znaczących obrażeń. Kierowca poszkodowany może będzie potrzebował zeznania swojego eksperta biomechanicznego, żeby wykazać błędność twierdzeń eksperta zaangażowanego przez ubezpieczenie kierowcy, który uderzył samochód poszkodowanego.

Kierowca poszkodowany może także zaangażować eksperta od rekonstrukcji kolizji samochodowej, który może pomóc w stwierdzeniu, że kierowca mógł doznać obrażeń w tej kolizji. Także kierowca poszkodowany może zaangażować eksperta lekarza, który będzie mógł wytłumaczyć, że istnieje związek przyczynowy między tym uderzeniem oraz urazami doznanymi, jeżeli lekarz prowadzący poszkodowanego nie będzie mógł tego zrobić.

Kto płaci za ekspertów?

Każda strona płaci za swoich ekspertów. Na tym polega problem dla wielu poszkodowanych.

Eksperci liczą setki dolarów za godzinę. Koszt czasu eksperta można liczyć w dziesiątki tysięcy dolarów przez czas trwania sprawy - ekspert musi przeglądnąć dokumenty, przygotować się do zeznania pod przysięgą („deposition”), odpowiadać na pytania podczas zeznania pod przysięgą, przygotować się do rozprawy sądowej, oraz zeznawać podczas procesu sądowego.

Czy ławnicy wierzą ekspertom?

Czasami tak, a czasami nie.

Często eksperci zaangażowani przez firmy ubezpieczeniowe oskarżonych zeznają prawie wyłącznie po stronie oskarżonych.

Poszkodowanym jest trudno zaangażować ekspertów; często najlepiej kwalifikowani eksperci są wcześniej zatrudnieni przez firmy ubezpieczeniowe oskarżonych. Potencjalni eksperci także często nie mogą zeznawać po stronie poszkodowanych, żeby nie naruszyć relacji ze swoimi pracodawcami (np. ze szpitalem).

Stawia to poszkodowanego na trudnym stanowisku, ponieważ musi finansować kosztowną sprawę, musi zatrudnić kosztownych ekspertów i poświęcić czas na przygotowanie tych ekspertów do zeznawania pod przysięgą, bez gwarancji odzyskania odszkodowania.

Powyższe informacje nie powinny być traktowane jako porady prawne w jakiejkolwiek istniejącej sprawie, oraz nie powinny być traktowane jako tworzenie formalnej relacji adwokat-klient.

Brukalo Law, P.C.
Tel. 312-450-3630
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.BrukaloLaw.com
Dwie lokalizacje – Chicago (Downtown) i Park Ridge

Chociaż ostatnio media zachłystują się skandalicznymi rewelacjami o seksualnych ekscesach polityków, nie tak dawno wiadomości dominowały relacje na temat policyjnej brutalności. Niewyraźne filmiki z telefonów były uzupełniane w biegu jakimiś szokującymi komentarzami na temat wyżywających się na społeczeństwie stróżach prawa, a ciesząca oczy tą przemocą gawiedź pojękiwała ze zgrozy. Nie było w dobrym tonie zastanawianie się chociaż przez moment – każdy prześcigał się w wyrazach potępienia dla brutalnych policjantów, i domagał się ich natychmiastowego zwolnienia i uwięzienia. A prawda jest taka, że bez tej brutalności policja traci rację istnienia.

Jak zawsze, zacznijmy od wyjaśnienia sobie paru spraw. Policja powstała generalnie dlatego, że indywidualnie członkowie społeczeństwa nie chcieli już przeciwstawiać się przestępcom czy rozwiązywać problemów kryminalnych na swoją rękę. Zamiast pilnować stad bydła samemu, czy uganiać się za pijakami wszczynającymi burdy po tawernach, mieszkańcy danego miasteczka robili tak zwaną zrzutkę i wynajmowali szeryfa. W ten sposób mieli kogoś od brudnej roboty, nie musieli więcej nadstawiać własnego karku, i mieli więcej czasu na rozwijanie biznesu, czy pracę. Ten system istnieje do dzisiaj, oczywiście w nieco zmienionej formie, ale też nie tak bardzo. W stanie Illinois każdy powiat ma swojego szeryfa, ale rzecz jasna nie pracuje on sam. Wioski, miasta i miasteczka mają swoje departamenty policji, a nad całym stanem pilnuje porządku policja stanowa.

Dlaczego jednak policja musi być brutalna? Oczywiście nie chodzi mi o to, że powinna być brutalna cały czas. Większość sytuacji nie wymaga używania żadnego stopnia siły, a za czym idzie – brutalności. Są jednak sytuacje, gdzie przemoc jest nie do zastąpienia. Dla wielu osób problem ze zrozumieniem tego konceptu bierze się stąd, że interpretują zdarzenia przez pryzmat własnego systemu wartości. Ich rozumowanie wygląda mniej więcej tak: jeżeli policjant mówi mi, że mam wysiąść z samochodu, to znaczy że mam wysiąść z samochodu (bardzo mi się to nie podoba, uważam że policjant nie ma racji, ale muszę się go słuchać). Dlatego ci właśnie ludzie, którzy oglądają te klasyczne ostatnie 15 sekund filmiku z zatrzymania, kiedy policjant wyciąga kogoś z auta przez okno, łapią się za głowę i histeryzują na temat policyjnej brutalności. Dla tych wszystkich przestrzegających prawo osób, które jednocześnie nie mają zbyt rozwiniętej wyobraźni, spieszę wyjaśnić, że rzeczywistość jest nieco inna. Tak, jak za czasów szeryfów z Dzikiego Zachodu, tak i teraz, jest grupa ludzi, którzy z tych czy innych względów, nie mają zamiaru przestrzegać prawa i podstawowych norm społecznych. To właśnie dla tych osobników zarezerwowana jest policyjna brutalność.

Większość ludzi ma problem ze zrozumieniem prostego faktu – nie wszyscy słuchają się poleceń stróżów prawa. Nie chodzi mi tu tylko o osoby pod wpływem alkoholu, czy innych używek, albo osoby przeżywające kryzys psychiczny lub socjopatów Jest cała kategoria ludzi, która pod wpływem lewicowej ideologii, mającej na celu podważanie wszelkich autorytetów, z założenia będzie przeciwstawiać się jakimkolwiek poleceniom policjanta. Czy wobec tego tenże policjant powinien zrezygnować z egzekwowania posłuszeństwa wobec prawa?

Wyobraźmy sobie taką sytuację: wasz sąsiad, ponownie pijany, włączył muzykę na cały regulator. Jest 11-ta w nocy, rano idziecie do pracy. Dzwonicie na policję, bo sami nie chcecie (lub boicie się) konfrontować pijanego sąsiada. Policja przyjeżdża i każe sąsiadowi ściszyć muzykę. On zaczyna wyzywać policję i mówi im, żeby poszukali sobie innego gościa do szykanowania. Po czym rzuca butelką od piwa w policjanta. Co wolicie? Opcję europejską – policja negocjuje do rana, licząc na to, że sąsiad wytrzeźwieje i przestanie się awanturować (oczywiście Ty również nie śpisz do rana), czy opcję amerykańską – policja łapie pijaka za łeb, dostaje parę pał w ramach tak zwanego attitude adjustment, i zabierają go do aresztu, a po wytrzeźwieniu odstawiają do sądu, gdzie zapłaci niezłą grzywnę za te wybryki?

Wydaje mi się, że dla normalnych ludzi (nie mówię tu o ideologicznie wypaczonych osobnikach), decyzja jest bardzo łatwa. Proszę jednak zauważyć, że bez pewnej dozy brutalnej przemocy, taka opcja nie była możliwa do zrealizowania.

Czy nadużywanie siły fizycznej czy środków przymusu zdarza się wśród policji?  Jasne, że tak. Nikt nie jest święty. Tak jak nie każdy duchowny pójdzie do nieba, nie każdy księgowy ma zawsze bilans na zero, i nie każdy kontraktor wypłacił pracownikowi dniówkę. Problem tylko polega na tym, że na 100 zarzutów nadużywania siły przez policję, okazuje się, że może dwa czy trzy tak naprawdę tym nadużyciem były. Bierze się to stąd, że przeważająca większość ludzi zabierająca głos w tej sprawie, nie ma zielonego pojęcia o pracy policjanta, nie zna się na prawie, i jest totalnie niedoinformowana co do obowiązujących procedur policyjnych. Tym niemniej, na fali moralnego oburzenia i konieczności zabrania głosu, znaczna ilość ludzi wyraża publicznie swoje opinie. Przodują w tym przedstawiciele środków masowego przekazu, którzy dla popularności zdobywanej sensacją, są bardzo często w stanie minąć się z prawdą.

Nie jestem zwolennikiem przemocy w rozwiązywaniu konfliktów. Jeżeli tylko można i pozwala na to czas, należy spróbować innych metod rozładowania napięcia i doprowadzenia do kooperacji. Realia życia uczą jednak, że policja nie może zawsze pozwolić sobie na taki luksus, i dlatego brutalna przemoc musi pozostać w arsenale stróżów prawa.

Marcin Vogel

Marcin Vogel jest chicagowskim policjantem, wykładowcą na Akademii Policyjnej. Ma tytuł Master of Art z psychologii. Występuje w audycji "Kwadrans Policyjny" w środy o 16:45 na Polskim FM, prowadzi audycję radiową "Sprawa dla policjanta" w czwartki o 17:25 na 1080 AM oraz podcasty "Marcin Vogel prezentuje" na YouTube.

Chociaż istnieją lokalne i stanowe przepisy dotyczące zakazu pisania smsów podczas jazdy samochodem, zwykle nie są one egzekwowane. Właśnie dlatego policja z miasteczka Niles na północnych przedmieściach zorganizowała akcję pod nazwą "No Text Tuesday" (wtorek bez tekstowania) wyszukując kierowców piszących wiadomości tekstowe podczas prowadzenia samochodu.

"Kiedy jeżdżę, patrzę teraz na wszystkich" - powiedział policjant Fotis Markadas. Znajdował się na drodze mniej niż 10 sekund, kiedy zauważył pierwsze naruszenie w związku z tekstowaniem podczas jazdy. Kierowca otrzymał mandat w wysokości 100 dolarów.

Policja z Niles poinformowała, że zauważyła wzrost liczby kierowców rozproszonych podczas jazdy przez telefony komórkowe, więc postanowili poświęcić jeden dzień w tygodniu na zajęcie się tym problemem. Prowadzenie i jednoczesne pisanie wiadomości jest niezgodne z prawem stanowym, ale także z lokalnymi przepisami.

"Jedziesz, nie patrzysz na drogę... wybiega dziecko... dochodzi di wypadku" - powiedział komendant policji w Niles, Robert Tornabene.

Według National Safety Council of Distracted Driving, wysyłanie wiadomości tekstowych podczas jazdy jest odpowiedzialne za około 1.6 miliona wypadków rocznie, w których obrażenia odnosi 330,000 osób. Jeden na cztery wypadki drogowe spowodowany jest przez smsy.

Populacja Niles liczy około 30,000, ale nawet 75,000 kierowców przejeżdża każdego dnia przez miasteczko, szczególnie po ruchliwej Milwaukee Avenue. Oficer Markadas powiedział, że bardzo łatwo jest zauważyć kierowców, którzy łamią przepisy drogowe dotyczące korzystania z telefonów komórkowych podczas jazdy.

Badanie wykazało, że 94 procent kierowców uważa, że pisanie smsów podczas jazdy jest niebezpieczne, ale 35 procent przyznaje, że i tak to robi.

Monitor

Nie wiem, czy kiedyś się nad tym zastanawialiście, ale jest wiele absurdów i innych przyzwyczajeń oraz zachowań kulturowych USA, które dla przyjezdnego Europejczyka mogą się wydać naprawdę dziwne i szokujące.

“Hi! How are you?”

Przypomniałam sobie sytuację z Norwegii, w której miałam okazję mieszkać i pracować. Pewnego razu zauważyłam, że koleżanka często ma muchy w nosie, kiedy rozpoczynałam z nią zmianę w pracy. Po kilku razach oglądania jej humorków, zapytałam wprost: “Co się dzieje!?”, po czym odpowiedziała mi, że ona zupełnie nie rozumie, dlaczego pytam ją na dzień dobry, jak się ma... W pewnym momencie zwątpiłam, ponieważ nie sądziłam, że ktoś może to źle odebrać, a jednak. Dlatego też wyjaśniłam jej, skąd się bierze to powiedzenie, podobnie jak brytyjskie: “How do you do?” i że oczywiście to wszystko zależy od kultury, bo przecież w języku polskim również nie zapytasz obcego: “Jak się masz?”.

Amerykański uśmiech

W Polsce mawiamy, że nietrudno rozpoznać Amerykanina - jego “Colgate uśmiech” widać na odległość. W Polsce uważa się często, że jest on bardzo nieszczery. Ja jednak pracując z klientami z USA, których bacznie obserwowałam, mam inne wnioski i osobiście wolę uśmiechniętych i pogodnych ludzi, niżeli naburmuszone osoby z żelazną maską na twarzy.

Amerykanin, który w 10 minut opowie Ci całe swoje życie

Wyobraź sobie, że siedzisz w poczekalni u lekarza w Polsce i starsza kobieta męczy Cię swoimi opowieściami, takie sytuacje zdarzają się często, jednak w USA tego rodzaju “spotkania” mają miejsce również w toalecie, podczas biwakowania, podziwiania zachodów słońca, w kolejce w supermarkecie. Niejednokrotnie kiedy chcieliśmy cieszyć się chwilą dla siebie, otoczeni piękną przyrodą, “mieliśmy szczęście” do takich osób, co w kilka minut dzieliły się swoimi również traumatycznymi doświadczeniami z życia, o których nie przyszłoby mi nawet myśleć podczas podziwiania pięknego zachodu słońca nad Crater Lake.

Starbucks everywhere

Litry wypijanej “jakiejś” kawy z mlekiem lub mrożonej, której daleko od prawdziwej mrożonej kawy są ciekawym zjawiskiem. Na co trzeciej ulicy znajdziesz Starbucksa, a w nim kolejki ludzi, a co trzeci spotkany przechodni trzyma w ręku papierowy kubek ze znanym logo. Zastanawiałam się czy to moda, lenistwo czy też “dziwne” przyzwyczajenie? Z jednej strony rozumiem wspieranie ekonomii kraju, ale czy dobrej jakości kawa nie smakuje lepiej w domowym zaciszu przy kawałku pysznego domowego ciacha i ulubionej muzyce w tle?

Od fast foodów mieni się w oczach!

Mcdonald's, Taco Bell, Burger King, Wendy’s itp. Owszem jest taniej, ale czy społeczeństwo ciągle jest tak nieświadome, co pakuje w swoje brzuchy i brzuszki swoich dzieci? Podczas pierwszych dni naszego pobytu w USA ze smutkiem patrzyłam na liczbę otyłych ludzi w USA, łapiąc się za głowę. Być może teraz nie zwracam tak na to uwagi... jednak wiem, że ludzie większych rozmiarów są tu częściej widziani niżeli w Europie.

Drive-thru, bo wygodniej

Najbardziej zaskoczyło nas to, jak wygląda “restaurowanie” się w lokalu Sonic. Każdy samochód ma swoje stanowisko, przy którym zamawia jedzenie, a później spożywa je w samochodzie. Po takim obrazie uświadamiasz sobie, że w tym kraju nie ma mowy o przyjemności ze spożywania posiłków.

Drive Thru od aptek, po banki i kościoły w Vegas, w których można wziąć szybki ślub.

Piknik z chlebem tostowym, masłem orzechowym i paczką chipsów

To chyba nie wyjątki, a taka natura amerykańskim pikników, nieprawdaż?

“Because hard bread is not real bread”

Twardy chleb? Ale jak to, co masz na myśli? Jeden z naszych znajomych wszedł z nami w dyskusję na temat jakości amerykańskiego jedzenia, próbując przekonać nas do mrożonych, gotowych, przetworzonych produktów. Śmiale podtrzymywał swoje zdanie, że przecież chleb tostowy to prawdziwy chleb, który jest świeży przez 2-3 tygodnie. Taki ewenement! Myślę, że reszty nie muszę komentować. Wystarczy mi fakt pozwolenia na produkcję GMO.

“Czekolada mleczna pochodzi od brązowej krowy”

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam tego newsa w radiu, głośno się zaśmiałam i powiedziałam: “Bzdura!” - przecież ludzie nie mogą w to wierzyć. Kilka miesięcy później poznaliśmy dziewczynę, której rodzice prowadzą farmę, na której czasami pracuje i przyjmowali grupy uczniów ze szkół, dodam również nastolatków. Znajoma studiowała w Europie, więc śmiało może ocenić poziomy oraz system nauczania europejskich szkół. Wspomniała między innymi o anegdocie, jak to społeczeństwo ciągle wierzy to, że czekolada mleczna pochodzi od brązowej krowy (20% społeczeństwa). W głowie się nie mieści. Ale mam na to jasne wytłumaczenie. W Europie w większości krajów do końca naszej edukacji szkolnej uczymy się zarówno matematyki, jak i sztuki, geografii czy też biologii, nie ma wyboru kursów, poza oczywiście tymi, które mają pomóc w przygotowaniu się do egzaminu dojrzałości, co daje nam możliwość obycia się z różnymi dziedzinami.

“Większość krajów poza USA jest niebezpiecznych”

I wtedy zadajesz sobie pytania: “W ilu krajach na świecie sprzedaje się legalnie broń? W ilu krajach na świecie ludzie trzymają broń w domu lub w swoim samochodzie? W jakich krajach na świecie dochodzi do częstych strzelanin w szkołach czy też kościołach?” - oczywiście nie ruszając tematu ataków terrorystycznych.

Pewnego razu rzucono nam wzmiankę: “Byliście na Kubie? Przecież tam jest tak niebezpiecznie!” No właśnie, jakie jest pojęcie Amerykanina na temat bezpieczeństwa w innych krajach?

Marketing placówek religijnych, czytaj kościołów

Reklama wielkich rozmiarów: “Mamy dowód na to, że widzieliśmy Boga! Zadzwoń do nas pod numer xxx…” Czy to naprawdę dzieje się w XXI wieku?

Wizerunek profesjonalistów sprzedawany na billboardach

Z racji mojego zawodu obserwuję amerykańskie reklamy, które kuszą oko. Jestem wręcz zaskoczona, jak ludzie sprzedają swój osobisty wizerunek, podając na billboardach swoje prawdziwe dane oraz umieszczając zdjęcie swojej twarzy tylko po to, aby zyskać jak największą liczbę klientów. Czy slogany są tak mało atrakcyjne?

Co kraj to obyczaj i jak to się mawia: “Wszędzie można żyć”, ale Stany Zjednoczone zaskakują swoim dziwactwem i unikalnymi przyzwyczajeniami społeczeństwa. Choć jakby tak spojrzeć na Polaków z boku, to na pewno znaleźlibyśmy też wiele absurdów i ciekawych historii.

A jakie są Twoje doświadczenia z życia lub odwiedzin w USA? Podziel się swoimi wrażeniami w komentarzu.

Ewelina Orzech
podróżniczka, autorka bloga One Way 2 Freedom
www.oneway2freedom.com