----- Reklama -----

Monitor 10/13/2017

Słownik Tematyczny Branży Nieruchomości w Ameryce, część 322: Terminologia nieruchomości dochodowych

RADON TESTING – badanie obecności radonu: badanie przeprowadzone przez wykwalifikowanego inspektora, który wykrywa obecność radonu w budynku za pomocą specjalnego urządzenia (radon monitor) odczytującego poziom stężenia radonu w powietrzu.

REAL ESTATE APPRAISAL – wycena nieruchomości: oszacowanie rynkowej wartości nieruchomości przez licencjonowanego rzeczoznawcę majątkowego (appraiser). Rzeczoznawcy przygotowują wyceny głównie na zlecenie banków, dla których satysfakcjonująca wycena nieruchomości jest warunkiem udzielenia pożyczki hipotecznej na finansowanie jej kupna. Aby pożyczka została przyznana, nieruchomość musi się „wycenić” (the property must appraise), tzn. jej wartość rynkowa według opinii rzeczoznawcy (appraised value) nie może być niższa od ceny sprzedaży ustalonej w kontrakcie.

REAL ESTATE AUCTIONS – aukcje nieruchomości: dziedzina, która rozwinęła się niezwykle dynamicznie w ostatnich latach kryzysu ekonomicznego, gdyż aukcje zajmują się sprzedażą głównie nieruchomości przejętych przez banki (foreclosures). Osoby przeprowadzające aukcje (auctioneers) w stanie Illinois muszą posiadać specjalną licencję aukcyjną (auction license), jak również licencję brokera (real estate broker license).

REAL ESTATE SUBDIVISION AND DEVELOPMENT – podział i zabudowa ziemi: specjalizacja skupiająca firmy deweloperskie (developers) zajmujące się dzieleniem obszarów ziemi na działki (subdivision) i budową na nich osiedli, domów lub budynków komercyjnych (development – co w dosłownym tłumaczeniu oznacza rozwój).

REAL ESTATE TITLE – tytuł własności nieruchomości: dokument stanowiący dowód na to, że dana osoba lub instytucja jest prawnym właścicielem danej nieruchomości.

REAL PROPERTY – własność nieruchoma, majątek nieruchomy: termin ten ma szersze znaczenie niż real estate, bowiem obejmuje również wszystkie uprawnienia właściciela wynikające z posiadania nieruchomości (tzw. bundle of legal rights).

REAL PROPERTY DISCLOSURE REPORT – raport ujawniający defekty nieruchomości: standardowy dokument, który sporządza sprzedający w momencie wystawienia nieruchomości na sprzedaż, nawet jeśli jest przekonany o braku jakichkolwiek defektów. Potencjalny nabywca powinien otrzymać kopię raportu przed złożeniem oferty kupna.

RECONCILIATION – analiza zastosowanych metod wyceny (dosłownie „pogodzenie”, „pojednanie”): końcowy etap procesu wyceny nieruchomości polegający na analizie wyników zastosowania każdej z metod w odniesieniu do wycenianej nieruchomości, w celu określenia ostatecznej wyceny.

RECTANGULAR SURVEY SYSTEM (inna nazwa: government survey system) – prostokątny system pomiaru gruntów / rządowy system pomiaru gruntów: system pomiaru gruntów wprowadzony przez Kongres w 1785 roku, stosujący dwa rodzaje przecinających się linii: główne południki (principal meridians) biegnące w kierunkach północ-południe, oraz równoleżnikowe linie główne (base lines) biegnące w kierunkach wschód-zachód. W Illinois nieruchomości opisywane są w odniesieniu do jednego z trzech południków: Drugiego, Trzeciego, lub Czwartego Głównego Południka (Second, Third, or Fourth Principal Meridians). Linie równoległe do linii głównych, biegnące w kierunkach wschód-zachód, określane są jako township lines, i tworzą pasy gruntów o nazwie township tiers. Z kolei linie równoległe do głównych południków noszą nazwę range lines i tworzą pasy gruntów w kierunkach północ-południe. Linie township oraz linie range przecinają się ze sobą, tworząc podstawowe jednostki rządowego systemu pomiaru gruntów – kwadratowe obszary ziemi o nazwie township squares.     

REDEMPTION PERIOD – okres odzyskania nieruchomości: okres, w czasie którego właściciel może odzyskać utraconą własność, przejętą przez bank w wyniku zaniechania spłat pożyczki hipotecznej, poprzez zapłacenie całego zadłużenia i kar.

REDLINING –odmowa udzielania pożyczek hipotecznych: nielegalna praktyka polegająca na odmowie udzielania pożyczek hipotecznych na nieruchomości w dzielnicach uznanych za podupadające, pomimo tego, że potencjalni nabywcy kwalifikują się na otrzymanie takiej pożyczki. Redlining dosłownie oznacza „zaznaczanie czerwoną linią” na mapie danych rejonów.

Zbigniew Pieńkowski – magister filologii angielskiej ze specjalizacją w kulturoznawstwie amerykańskim (Uniwersytet Warszawski, 1994 rok). Tłumacz zawodowy z 18-letnim doświadczeniem. Realtor®, Real Estate Managing Broker, właściciel firmy Caret Realty Inc. Od 2004 roku służy pomocą przy kupnie, sprzedaży oraz najmie nieruchomości.
Tel.: 773-719-3645  
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.        
Web: www.CaretRealty.com

Światowe serwisy informacyjne żyją informacjami o Katalonii, regionie Hiszpanii, który dąży do ogłoszenia niepodległości. Kryzys wokół konfliktu Madryt-Barcelona może wstrząsnąć Europą. By zrozumieć o co w nim chodzi, warto zajrzeć w historię.

Bez wątpienia kryzys kataloński ma swoje bardzo istotne przyczyny bieżące – zwolennicy niepodległości zdobyli sobie poparcie dzięki kryzysowi gospodarczemu i konieczności dokładania się do innych regionów, a także dzięki obecnej w dzisiejszym świecie tendencji do wspierania małych narodów i regionów. Do problemów przyczynił się też prawicowy rząd hiszpański, który nie próbował rozładować kryzysu (tak jak Londyn, który pozwolił na referendum w Szkocji, które zadecydowało o pozostaniu tego kraju w Zjednoczonym Królestwie), wolał natomiast wygrażać pięścią i iść na siłowe starcie z Katalonią. Jednak sprawa ma też swoje głębsze przyczyny, osadzone głęboko w historii.

Warto pamiętać o jeszcze jednej rzeczy – Katalończycy posiadają doskonałe public relations. Barcelona jest jednym z najpopularniejszych miast świata, a mieszkańcy regionu potrafili stworzyć wizerunek swojej kultury jako wyjątkowej. Dzięki temu łatwo przekonali światową opinię publiczną (a przynajmniej jej część) do popierania swojej sprawy. Warto jednak nie ufać im w każdej kwestii.

Język kataloński jest blisko spokrewniony z językiem okscytańskim – gałęzią języków romańskich, bliską francuskiemu. Oprócz samego faktu, że różni się on od języka hiszpańskiego, istotne jest również to, że różnice występują również pod względem kulturowym. W czasach średniowiecza północno-zachodni rejon Morza Śródziemnego posiadał swoją wyjątkowość, związaną nie tylko z klimatem, ale nadmorskim charakterem. Tereny Prowansji (dzisiejsza południowa Francja) i Katalonii odróżniały się od obszarów w głębi lądu. Najlepszym tego przykładem było występowanie średniowiecznych herezji, w tym słynnych katarów, którzy podważali rzeczywistość wieków średnich. Krucjaty, które zniszczyły katarów, zniszczyły też odrębność tych ziem.

Tak jak Prowansja została włączona w obręb Francji, tak Katalonia weszła w skład królestwa Aragonii. Warto bowiem pamiętać, że w średniowieczu coś takiego jak Hiszpania... nie istniało. W pierwszym tysiącleciu ziemie te podbili Arabowie, utrzymując się na nich przez kolejne stulecia, aż do XIII-XV wieku (śladem po nich są chociażby pałace i meczety w Grenadzie i Kordobie). Górskie tereny dzisiejszej Hiszpanii w naturalny sposób podzieliły się na królestwa – Aragonii, Nawarry, Kastylii, Leonu i Galicji. Przez całe średniowiecze, jednocześnie z tzw. rekonkwistą (odzyskiwaniem terenów arabskich) trwał proces rozbicia półwyspu na wiele państw. Ostatecznie „Królestwo Hiszpanii” powstało dopiero w końcu XV wieku, w wyniku małżeństwa dwójki władców: Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego (znanych m.in. z tego, że byli sponsorami wypraw Krzysztofa Kolumba).

Istniało więc jedno królestwo hiszpańskie ze stolicą w Madrycie, ale poszczególne tereny zachowały swoją różnorodność. Katalonia wyróżniała się tutaj, ponieważ posiadała własny język, tradycje niezależności oraz rodzącą się tożsamość (jej ważnym elementem był położony w górach klasztor Montserrat z cudowną figurką Czarnej Madonny). Katalończycy próbowali ugrać coś dla siebie wykorzystując wojny hiszpańsko-francuskie, ostatecznie jednak nic im z tego nie wyszło.

Zmiana zaszła w latach 30. XX wieku, gdy Hiszpania stała się Republiką, rządzoną przez lewicowych polityków. Katalonia, podobnie jak jeszcze bardziej odmienny od reszty Hiszpanii kraj Basków, uzyskała wtedy autonomię. Niestety, w 1936 roku przeciw Republice zbuntowała się prawica hiszpańska, na czele której stanął gen. Francisco Franco. Zaczęła się wojna domowa, w której Katalonia stanęła po stronie Republiki, będąc jedną z podpór jej obrony (pisał o tym George Orwell w książce „W hołdzie Katalonii”).

Franco jednak w 1939 roku wygrał wojnę domową i objął dyktatorskie rządy w Hiszpanii na ponad trzydzieści kolejnych lat. Był Kastylijczykiem i zwolennikiem hiszpańskiego nacjonalizmu – dlatego jego reżim zwalczał wszystkie odrębności, w tym tę w Katalonii. Zwalczano wówczas język kataloński i wszystkie przejawy niezależności. Mieszkańcy regionu bronili się przed tym różnymi sposobami. Kluczowym miejscem oporu był... znany na całym świecie klub piłkarski FC Barcelona. Stadion Camp Nou był ostoją katalońskości – można było tam mówić w rodzimym języku i kultywować własną tożsamość. Słynne Gran Derbi Real Madryt-FC Barcelona mają więc nie tylko sens sportowy – mecz katalońskiej drużyny z „królewskimi” z Kastylii to zawsze okazja do pokazania politycznego konfliktu.

W 1975 roku Franco umarł, wkrótce Hiszpania się zdemokratyzowała. Katalończycy zażądali autonomii – uzyskali ją w 1979 roku. Od tej pory mogli w części spraw rządzić się samodzielnie i budować swoją tożsamość. Spory polityczne z Madrytem doprowadziły ich jednak do żądania referendum niepodległościowego, a w efekcie obecnego kryzysu.

Problem Katalonii jest jednym z wielu przykładów zjawisk, które występują na świecie – powstawania i rozwijania się narodów. Mieszkańcy tego regionu spełniają warunki, by uznać ich za naród. Żądają wobec tego dla siebie prawa do samodzielnego decydowania o sobie. W jakim stopniu powinni je uzyskać i czy niepodległość to najlepsza droga, pozostaje już zupełnie innym pytaniem.

Tomasz Leszkowicz

Po raz kolejny zgubiłem klucze. Właściwie część. Tę samochodową. Bo po ostatnim zagubieniu służące do niektórych drzwi noszę na osobnym breloczku. Swój własny mają też niewielkie kostki pamięci, na których umieszczam różne pożyteczne rzeczy. Jeszcze niedawno wszystko wisiało na jednym kółku, ważyło pół kilo i ginęło razem. Nauczony doświadczeniem dzielę te skarby na mniejsze porcje, dzięki czemu wszystko gubię w odstępie kilku dni. Tym razem sprawa wydała się poważna, bo godzina ostatecznego wyjazdu z domu zbliżała się nieubłaganie. Tradycyjnie poklepałem się po kieszeniach, obejrzałem wszelkie płaskie powierzchnie w domu i spojrzałem na lodówkę. Lodówka i jej okolice, wbrew pozorom, to miejsce w którym często zostawiam klucze. Telefon też. Portfel także. W ostatniej chwili, gotowy do wyjścia, czasami do niej zaglądam, by złapać coś na drogę. Ręce zwykle mam już zajęte, więc na chwilę odkładam to, co w nich mam, by sięgnąć po prowiant. Najczęściej na blat tuż obok, w drugiej kolejności na górę tego urządzenia, ale zdarzyło mi się również, że na półkę wewnątrz. Niestety, nie tym razem...

Zacząłem w pamięci odtwarzać ostatnie godziny. Wybiegłem więc na zewnątrz i upewniłem się, że nie ma ich w środku, obok, a także pod samochodem. Co miałem ostatnio na sobie?? Szybko, myśl człowieku! Wpadłem do domu i szaleńczo zacząłem przeszukiwać kieszenie kurtek, spodni i koszul. Nie ma. Dokładnym oględzinom poddałem drewniany stół za domem, a także, na wszelki wypadek, donice z kwiatami. Po co, nie wiem. Chyba, by być dokładnym. Zauważyłem jedynie, iż stół trzeba by pomalować na wiosnę, a rośliny podlać. Możliwie szybko.

Zdesperowany zacząłem systematycznie przeszukiwać cały dom, nawet piwnicę, w której nie byłem od tygodnia. W takich momentach człowiek przestaje myśleć logicznie. Dowodem na to było zaglądnięcie do chlebaka, za lustro w łazience i podejrzenia rzucane na koty. No cóż, pomyliły mi się zwierzęta, bo oczami wyobraźni widziałem już jak inteligentna bestia, jaką niewątpliwie jest Sylwester, przenosi w pysku pęk moich kluczy w jakieś tajne i ciemne miejsce. Po co? Na złość oczywiście. W ostatniej chwili przypomniałem sobie, że to raczej psy i lwy noszą klucze w pyskach i dałem niewinnym sierściakom spokój...

Do absolutnie ostatecznego momentu opuszczenia domu pozostało 10 minut. Więc przez kolejne pięć zajrzałem do pralki i suszarki. Następnie zmywarki i jeszcze raz lodówki. Tym razem z zamrażalnikiem. Pobiłem rekord życia w biegu na pół mili okrążając całą działkę za domem i ponowie zahaczając o podjazd, na którym cierpliwie czekał milczący samochód. Zacząłem już włączać aplikację Ubera przekonany, że tym razem klucze okazały się sprytniejsze ode mnie. Jeszcze w ostatniej chwili, spokojny i powodowany czystą ciekawością, zajrzałem do garażu. Stał tam na środku mały, zielony, plastikowy Jeep z napędem elektrycznym. Mojemu niemal trzylatkowi służy do przemieszczania się na niewielkie odległości. W zimie z kuchni do sypialni, latem z garażu na działkę i z powrotem. Coś przyciągnęło mą uwagę... w niewielką szparę mającą w tej zabawce naśladować stacyjkę z zapłonem wetknięte były moje nieszczęsne klucze. Całe i zdrowe, choć nieco samotne i przestraszone. Coś mruknąłem pod nosem, na szczęście nie pamiętam co, wybiegłem na zewnątrz, odpaliłem własny pojazd i pojechałem przed siebie. Wracając wieczorem do domu postanowiłem wstąpić na małe zakupy. Dobrze, że małe, bo po zaledwie kwadransie lawirowania między półkami stanąłem w kolejce do kasy. Gdy nadeszła moja kolej, ładnie wszystko wyłożyłem i sięgnąłem do kieszeni. Znalazłem w niej klucze, ale nie znalazłem portfela. Tradycyjnie poklepałem się po kieszeniach, bez większych efektów, przeprosiłem, zwinąłem towar z powrotem do koszyka i oddałem obsłudze zapewniając, że za chwilę powrócę, tylko muszę skoczyć po portfel do samochodu...

Nie było go na siedzeniach, pod siedzeniami, w bagażniku, schowku i kieszeniach w drzwiach. Zacząłem zastanawiać się nad stanem swego umysłu i ponownie tego dnia analizować ostatnie godziny. Kiedy widziałem go po raz ostatni? Wczoraj na stacji? Nie.. Dziś przed wyjazdem z domu? Chyba tak.. Zabrałem ze sobą? Chyba taaak...

Zdając sobie sprawę z braku jakichkolwiek dokumentów ostatni, króciutki etap trasy pokonałem przepisowo, jak nigdy w życiu. Na egzaminie z prawa jazdy dostałbym najwyższą, możliwą ocenę. Jechałem nie śpiesząc się, jak pracownik miejski i ostrożnie, jak farmer wiozący na targ świeże jaja. Wszedłem do domu, gdzie na powitanie wybiegł z hukiem wspomniany wcześniej prawie trzylatek. Coś do mnie krzyczał, ale ja nic nie słyszałem skupiony na trzymanym przez niego w dłoni portfelu. Słuch włączył mi się z opóźnieniem...

- Masz kluce? Mas? Gdzie mas kluce? Jak mas kluce to pojedziemy duzym smamochodem do klepsu po lody! Choś! No choś, pojedziemy po lody! Cekoladowe! Dobze?

Uśmiechnąłem się, no bo jak tego nie zrobić. Zawróciłem w drzwiach i prowadzony za rękę w stronę samochodu zastanawiałem się, czy odłożony przeze mnie koszyk z zakupami jeszcze czeka. Czekał, więc tylko dołożyliśmy pudełko „cekoladowych lodów” i stanęliśmy w kolejce do kasy. Już spokojny słuchałem, co ma mi do przekazania mój towarzysz, a miał wiele, jego dzień był równie bogaty w przygody jak mój. Gdy nadeszła nasza kolej, ładnie rozłożyliśmy zakupy, a ja sięgnąłem po odzyskany przed chwilą portfel.

Otworzyłem go.

Był pusty.

Właściwie nie pusty, bo w kieszonkach, w których zwykle trzymam karty płatnicze, pieniądze, czy dokumenty znajdowały się kolorowe naklejki i niezdarnie złożone kartki z notesu pomazane kredkami. Spojrzałem w oczy kasjerce. Z trudem tłumiła śmiech...

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Niezwykła proza. Bardzo niezwykła. Znakomita! Dlaczego?

Uderza w niej najbardziej to, że brutalnie i wprost:

- dotyka rzeczywistości emigranckiej w USA

- ukazuje tę rzeczywistość z perspektywy młodego, nielegalnego emigranta, którym był, jest , albo może być każdy z nas

- obezwładnia i fascynuje językową autentycznością, poprzez którą dotyka najgłębszych pokładów świadomości bohaterów

- skazuje na obcowanie z postaciami, które doświadczają sytuacji skrajnie bliskich wszystkim emigrantom

- skupia się na drastycznych aspektach życia emigrantów, o których wszyscy wiemy, ale wolimy o nich nie mówić

- pozwala nam wejrzeć w świadomość bohaterów poprzez różne wydarzenia, także te bolesne, pełne przemocy, cierpienia i bezradności

- daje nam jednak pewną nadzieję - mimo wszystkiego złego, okrutnego, brutalnego i bezwzględnego – że emigracja, poprzez spotkanie z drugim, niekoniecznie musi być piekłem.

Opowieść jest zadziwiająca językowo. Dialogi głównych postaci to melanż slangu z pogranicza języka ludzi niewykształconych i literacko obytych, ale niestroniących od językowej brutalności i barwnych przekleństw. Wynika to z faktu, że główny bohater pracuje w księgarni z literaturą hiszpańskojęzyczną, a jej właściciel jest mistrzem slangowych kalamburów osadzonych w jego ulubionych lekturach. Mamy zatem Liborio, młodego emigranta meksykańskiego, którego język jest raczej daleki od jakiegokolwiek wyrafinowania, ale ma za to wszelkie cechy hybrydy językowej zwanej powszechnie „spanglish” i mamy jego szefa (określanego terminem „Chief”), którego popisy oratorskie w określaniu i dyskredytowaniu Liborio, zachwycają nieskończoną pomysłowością. Oto parę przykładów:

„Jak nie masz chleba, ciesz się tortillą, głąbie patafiański”

„to co o tym powiesz, wszarzu inwokacyjny”

„cholera, wszarzu sakramencki, siadaj no na tym krześle, to ci opowiem kawał. Wiesz, dlaczego każdy fiut to dżentelmen? Nie wiesz, wszarzu jeden? Bo zawsze staje, żeby dama mogła usiąść, hłe, hłe, hłe. No to zdrówko!”

„no dobra, wszarzu, jak się uważasz za takiego mega fakin cwaniaka, to weź mi coś napisz, pętaku jerychoński”

Takich popisów mamy w tekście nieskończoną ilość. Liborio też nie ustępuje w językowych popisach swemu pryncypałowi:

„Chiefie, skoro pan jest ateista, to dlaczego wierzy pan w Matkę Bożą z Guadelupe? – Uch, przygłupie siermiężny, a skąd ty niby wiesz, że jestem ateistą, i skąd, że wierzę w fakin Matkę Bożą z Guadelupe? – no przecież chodzi pan co niedzielę do kościoła z doñą, nie? – Że ktoś chodzi do kościoła, nie znaczy jeszcze, że wierzy w Boga, ancymonie kacerski. – Czyli nie wierzy pan w Matkę Bożą z Guadelupe? – Mało, że wierzę, ja jej ufam. – No to dlaczego ciągle pan na Bogu psy wiesza? – Bo przecież matka Boska nie ponosi odpowiedzialności za grzechy Ojca, Syna ani Ducha Świętego, wszarzu bluźnierco”.

„Chiefie, a dlaczego pan tak bluzga, kiedy jest sam, natomiast przy klientach nigdy? – A jakie ja to niby fakin pierdzielone bluzgi mówię, ty cholerny fakin wszarzu wścibski? – no jakie. – To nie są żadne fakin pierdzielone bluzgi. Bluzgi to jest to, co zapodają w tych zafajdanych telenowelach ci wszyscy wypindrzeni fakin mądrale z czystymi sumieniami i dupą niepodtartą, ci putos republikanie, cholerne sukinsyny, przymuły gruboskórne i tępe. To są dopiero bluzgi. Że głosuj na mnie, że ze mną będzie ci lepiej, że weź fakin kredyt, że ty jesteś panem w swoim domu… Debile. Ja mówię, jak mówię, żeby nazywać rzeczy po ich fakin imieniu, prosto z mostu, fuck”.

Cała ta językowa ostrość, swoiście nacechowana wyzwaniem wobec norm i przyzwyczajeń czytelniczych, ma jednakowoż drugorzędne znaczenie. Stanowi oczywiście wartość samą w sobie, ale jednocześnie jest tylko tłem w budowania postaci pełnokrwistych, autentycznych i wiarygodnych. Powieść Aury Xilonen jest bowiem jak najdalsza od konstruowania świata emigrantów w modelu znanego powszechnie stereotypu „od pucybuta po milionera”, czy polskiej wersji chicagowskiej „Wakacjuszki”. Autorka w „Jankeskim fajterze” nie owija w bawełnę narodowych czy osobistych kompleksów, patriotycznego płaczu czy nieutulonych żalów pseudo religijnego poczucia upokorzenia, wyższości czy niższości. Autorka wali z całej siły po naszym poczuciu wygodnictwa, zgody na niesprawiedliwość, przymykaniu oczy na rozpacz i beznadzieję życia innych! Pokazuje życie emigrantów w Stanach takim, jakie ono jest dla ogromnej liczby ludzi, którzy żyją na granicy tego, co ludzkie i tego, co nie ludzkie!

Mimo emigranckiego fatum, z jakim zmagamy się „Jankeskim fajterze”, nie odnosimy wrażenia, że jesteśmy świadkami niemożliwej do rozsupłania tragedii, gdy czytamy powieść super młodej, zaledwie dwudziestodwuletniej autorki. Liborio jest bowiem postacią naszkicowaną w sposób „budzący wątpliwości” – to znaczy nie jest przesycony żółcią za cały koszmar „syfu”, jaki nań spada od urodzenia. Nie wylewa się z niego nienawiść do świata, nie jest pełen złości czy tłumionej nienawiści za to, że: porzucono go jako niemowlę, wychowywała go toksyczna i brutalna matka chrzestna, o mały włos nie umarł, przedzierając się przez granicę, a potem kolejny raz, gdy złapali go urzędnicy emigracyjni, gdy musiał pracować jak niewolnik na plantacji bawełny, że ciągle go bito, a on musiał bić innych, by przeżyć, że nigdy nie zdobył wykształcenia, że ciągle doznawał wszelakich upokorzeń z powodu ciemniejszego odcienia skóry i pochodzenia, językowej odmienności i tego wszystkiego, na co składa się życie nielegalnego emigranta.

Jednym słowem nie jest Liborio jednoznaczny i oczywisty, a cała powieść zachowuje dosyć nieoczekiwanie równowagę w tym, co świat określa terminem walki między siłami dobra i zła. Jak napisano w jednej z recenzji:

„I właśnie na jednostce skupia się Aura Xilonen, której debiutancka powieść „Jankeski Fajter” została wielokrotnie nagrodzona i stała się literacko-lingwistycznym fenomenem na skalę światową. To historia napisana w ingleñol – połączeniu potocznej wersji języka hiszpańskiego z angielską duszą, czerpiąca z amerykańskiej wersji angielskiego pełnymi garściami. Dzieje Liboria, chłopaka, który przechodzi przez piekło, by po drugiej stronie odnaleźć siebie, zainspirowana została opowieściami dziadka Aury oraz anegdotami z życia jej rodziny. To rzeczywistość i mit zmieszane ze sobą, by stworzyć realistyczną anty-odyseję, wędrówkę w nieznane, która pozwala przekraczać granice i iść za głosem serca.

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak

www.domksiazki.com/

Z Trampem przez Amerykę

29 sierpnia 2005 roku w miasto uderzył potężny huragan „Katrina”. Dzień wcześniej władze miasta ogłosiły przymusową ewakuację mieszkańców. Wielu z nich opuściło miasto, ale dużo, szczególnie biednych,pozostało w swoich domach lub udało się do wyznaczonych publicznych schronów. Większość powierzchni Nowego Orleanu leży poniżej poziomu morza. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że wiatry huraganu spiętrzą wodę i przełamią groble okalające miasto, które w konsekwencji zalane zostanie wodą. Huragan jednak w ostatniej chwili skręcił nieco na wschód i jego środek przeszedł obok miasta, tak więc szkody wyrządzone bezpośrednio przez jego wiatry okazały się stosunkowo małe. Z tego powodu w pierwszych godzinach po przejściu huraganu wydawało się, że miasto po raz kolejny w swej historii wyszło z tarapatów obronną ręką. Jednak następnego dnia okazało się, że wały przeciwpowodziowe otaczające miasto zostały przełamane w 53 miejscach. W konsekwencji woda wlewała się powoli do miasta i zalała aż około 80% jego powierzchni, niekiedy do wysokości aż 6 metrów!  

Od czwartku 1 września poziom wody w mieście przestał wzrastać, gdyż wyrównał się z poziomem wód w przylegającym jeziorze Pontchartrain. Rozpoczęły się prace nad naprawą wałów przeciwpowodziowych i wznowieniem działania miejskich przepompowni, które miały umożliwić wypompowanie wody z zalanych terenów. System pomp jest stałym elementem infrastruktury tego miasta, gdyż obfite deszcze powodujące lokalne podtopienia są tam codziennością. Nie było jednak jasne, do jakiego stopnia pompy uszkodzone zostały przez powódź. Sprawę skomplikował fakt, że woda w mieście była silnie zanieczyszczona, więc istniały obawy, że nawet po wypompowaniu mogła pozostawić niebezpieczny osad, który musiałby być dokładnie oczyszczony zanim mieszkańcy mogliby wrócić do miasta.

Wszyscy mieszkańcy, którzy przetrwali huragan, zostali objęci nakazem ewakuacji, która była organizowana jednak bardzo powoli i nieudacznie. Do miasta nie docierała znacząca pomoc, na ulicach było bardzo mało policji i wojska. Spowodowało to gwałtowny wzrost desperacji ludzi w mieście i rosnącą anarchię. Media podawały doniesienia o masowych rabunkach sklepów i dramatycznym wzroście przestępczości. Co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi czekało na ewakuację na krytym stadionie „Superdome” w nieustannie pogarszających się warunkach. Sformułowane zostały plany przewiezienia ich autobusami do Houston (Teksas) i umieszczenia w kolejnym wielkim krytym stadionie sportowym „Astrodome”. W mieście zaczęło brakować żywności, lekarstw i wody pitnej. Miasto zostało pozbawione prądu i łączności ze światem. Członkowie lokalnych gangów rabowali sklepy i bez skrupułów atakowali policjantów, którzy musieli wycofać się do swoich posterunków. Prasa notowała przypadki ostrzału helikopterów ratowniczych i pojazdów uczestniczących w akcjach ratowniczych. Nawet praworządni na co dzień mieszkańcy plądrowali pozostałości miasta w poszukiwaniu żywności i wody pitnej. Ludzie uratowani ze swych domów umierali na ulicach. Tropikalny klimat dawał się we znaki starszym, którzy niejednokrotnie niezauważalnie „odchodzili” na zawał serca. Tysiące uciekinierów schroniło się w pobliżu Centrum Konferencyjnego w Crescent City Connection nieopodal mostów na Mississippi, gdzie również nie mieli żywności ani wody. W dramatycznym wywiadzie w czwartek wieczorem burmistrz Nowego Orleanu, Ray Nagin powiedział, że mimo zapowiedzi, do miasta nie dociera prawie żadna pomoc. W niecenzuralnych słowach wezwał rządzących krajem do zaprowadzenia porządku na ulicach i skrytykował ich za opieszałość w przyznawaniu pomocy dla dotkniętego powodzią regionu.

Sytuacja zaczęła się poprawiać w dopiero w piątek 2 września, w piątym dniu po przejściu huraganu, kiedy na ulicach w końcu pojawiły się znaczące siły gwardii narodowej. Do wieczora ewakuowano większość ludzi zgromadzonych na stadionie Superdome. Do niedzieli 4 września ewakuowano resztę osób zgromadzonych w głównych punktach zbiorczych.  W drugim tygodniu po przejściu huraganu w mieście pozostało prawdopodobnie tylko kilka tysięcy mieszkańców, wielu z nich zdeterminowanych, by pozostać w swoich domach nawet jeśli są zalane wodą. Burmistrz ogłosił, że policja ma prawo usuwać ich nawet siłą.

Skutki tego huraganu zobaczyć można udając się na 4-dniową wycieczkę „Indyk pod palmami” w okresie Thanksgiving Day, organizowaną przez biuro podróży w Chicago Tramp Travel, które od 28 już lat prowadzi wycieczki autokarowe po terenie całych Stanów Zjednoczonych. 

Marek Brzeziński
Tel. 414-207-3800
www.tramptravelusa.com

Co wspólnego ma próchnica z alergią, przedwczesnym porodem i bólem głowy?

Co łączy choroby dziąseł z zawałem serca, miażdżycą czy wrzodami na żołądku? Wydawać by się mogło, że nic, że nie ma to znaczenia czy logicznego sensu – a jednak – choroby jamy ustnej niosą śmiertelne zagrożenia dla naszego zdrowia i życia.

Lekarze dentyści i organizacje branżowe zalecają, aby przynajmniej raz w roku przeprowadzać kontrolę zębów i dziąseł, apelują, aby dwa razy do roku czyścić profesjonalnie zęby w gabinecie. Profesjonalne czyszczenie ma na celu usunięcie kamienia nazębnego i płytki nazębnej, która zbiera się na zębach, powoduje ich uszkodzenie i choroby dziąseł.

Apele lekarzy i ekspertów w dziedzinie dentystyki mają za zadanie ustrzec nas przed chorobami jamy ustnej, których konsekwencje mogą być bardzo szkodliwe dla całego organizmu.

Nie jest tajemnicą, że wiele chorób zaczyna się w jamie ustnej.

Nieleczona próchnica stwarza nie tylko ryzyko leczenia kanałowego, czy utraty zęba, ale także ma wpływ na osłabienie kondycji całego organizmu. Podobnie jest z chorobami przyzębia, dziąseł i ropieniami. Nieleczone narażają na szwank nie tylko zęby ale także cały organizm.

Nieleczona próchnica i choroby dziąseł, dzięki powstałym w jamie ustnej bakteriom, które przedostają się do krwioobiegu, mogą powodować bóle głowy, zatok, zapalenie gardła, anginę, zwiększają ryzyko wystąpienia cukrzycy.

Chore zęby powodują bezpośrednie zagrożenie dla serca. Bakterie z zębów, które przedostają się do krwioobiegu, tworzą tzw. blaszki miażdżycowe, które mogą powodować niedokrwienie mózgu i serca, a z czasem prowadzić do udaru czy zawału. Choroby serca są odpowiedzialne za największą ilość zgonów.

Toksyny z zepsutych zębów są jedną z przyczyn nieświeżego oddechu. Nieświeży oddech nie jest dolegliwością bolesną ani śmiertelną, ale bardzo kłopotliwą. Osoba posiadająca nieświeży oddech unika kontaktów z innymi osobami, staje się wycofana i małomówna, co przyczynia się do zerwania więzi towarzyskich. Osoba taka czuje się niezręcznie w sytuacjach intymnych.

Bakterie i toksyny powstałe na skutek nieleczonych chorób dziąseł i przyzębia osłabiają układ immunologiczny, odpowiedzialny za właściwe funkcjonowanie całego organizmu. Osłabiony układ immunologiczny to ryzyko wystąpienia alergii i stanów zapalnych organizmu. Stany zapalne i słaby układ immunologiczny sprawiają, że wszystkie inne choroby i powikłania medyczne leczone są dłużej, a organizm wolniej uzyskuje optymalny stan zdrowia.

Schorzenia jamy ustnej nie są bez znaczenia dla dobrego funkcjonowania układu pokarmowego. Trawienie pokarmów rozpoczyna się w jamie ustnej. Jeżeli utraciliśmy zęby, bądź posiadamy wady zgryzu, przeżuwamy pokarm niekompletnie często połykając duże kęsy. Duże, nierozdrobnione przez zęby kęsy pożywienia to problem dla żołądka, który musi wytworzyć dużo więcej kwasów żołądkowych aby strawić pożywienie. Nadmiar kwasów żołądkowych może prowadzić do nadkwasoty albo przyczynić się do powstawania wrzodów żołądka.

Nieleczenie zębów mlecznych u dzieci ma wpływ na zdrowie zębów stałych. Badania dowodzą, że próchnica zębów mlecznych niemal gwarantuje próchnicę zębów stałych. Wady zgryzu, które w młodym wieku nie zostały skorygowane, w dorosłości mogą nie tylko utrudniać dobre przeżuwanie ale także odpowiadać za bóle głowy.

Przygotowując się do zajścia w ciążę, lub będąc już w ciąży, musimy pamiętać o tym, że stan zdrowia matki odbije się na stanie zdrowia dziecka, a infekcje bakteryjne w jamie ustnej i choroby dziąseł przyczyniają się do przedwczesnego porodu i niskiej wagi urodzeniowej noworodka.

Ostatnio w Stanach Zjednoczonych wzrasta liczba osób zgłaszających się na pogotowie z objawami silnego bólu zęba wywołanego przez ropień.

Zdaniem ekspertów jest to skutek braku ubezpieczenia dentystycznego albo nieodwiedzania klinik stomatologicznych.

Ropień zęba to stan zapalny tkanek znajdujących się wokół wierzchołka korzenia zęba. Główne jego objawy to ból zęba, dziąsła, opuchlizna, a także problemy z otwieraniem ust, a nawet gorączka. Ropień wymaga natychmiastowej wizyty u dentysty. Nie da się go wyleczyć środkami z apteki, a nieleczony prowadzi do usunięcia zęba.

Nieleczone choroby w jamie ustnej są dotkliwe dla zdrowia i dla kieszeni pacjenta. O ile wizyta kontrolna, czy profesjonalne czyszczenie zębów w gabinecie to wydatek około stu dolarów, to leczenie kanałowe, czy wstawianie implantów jest już procedurą znacznie bardziej skomplikowaną i droższą.

Zawsze lepiej i taniej jest zapobiegać niż leczyć. Zawsze właściwa higiena, odpowiednie szczotkowanie i nitkowanie zębów poprawia nasze zdrowie i przedłuża życie naszych zębów.

Do 24 listopada 2017 Dental Specialists of Niles oferuje badanie dentystyczne i prześwietlenie X-Rays tylko za 47 dolarów, oraz 50 dolarów zniżki na wybielanie zębów w gabinecie i podstawowe profesjonalne czyszczenie zębów. Każdy pacjent odwiedzający Dental Specialists of Niles otrzyma także specjalny zestaw do higieny jamy ustnej gratis.

Dorothy A. Anasinski, D.D.S.
Specialist in Periodontics and Dental Implants
Assistant Clinical Professor,
Postgraduate Periodontics, University of Illinois
Diplomat, American Board of Periodontology
Dental Specialists of Niles, P.C.
8216 W. Oakton, Niles, IL 60714
Tel.: (847) 685-6686
www.dentalspecialistsofniles.com

 

To była polska jesień. Chłodno, wietrznie, deszczowo - jednym słowem plucha. Mieszkańcy Wrocławia chodzili z parasolem w ręku w jesienno-zimowych kurtkach i opatuleni szalikami.

Pracowałam jako freelancer, więc mój grafik pracy był elastyczny. Miałam kilka godzin przerwy na brunch-lunch. Wyskoczyłam z tramwaju, popędziłam do najbliższej cukierni, gdzie kupiłam rogaliki z nadzieniem, bo zaraz za rogiem na przystanku autobusowym czekał na mnie mój gość.

Czekał na przystanku autobusowym... zmęczony, zziębnięty, ale przywitał mnie z uśmiechem na twarzy. Miał na sobie bluzę, jeansy i malutki plecak firmy Eastpak, z którym podróżował przez tydzień na trasie Włochy-Norwegia-Polska-Włochy. To było nasze pierwsze spotkanie. Poznaliśmy się przez Couchsurfing, czyli platformę dla podróżników, którzy odkrywają świat z niskim budżetem backpackera oraz chcą poznać inne kultury świata i lokalnych mieszkańców danego miasta.

Zapytałam: “Nie masz kurtki?”. Odpowiedział: “Nie.” Zaproponowałam: “Chodź pod parasol, bardzo pada…”. Nie chciał: “I am fine!”. Wtedy mówiliśmy po angielsku, ponieważ pochodzi z Włoch, z regionu Veneto. Spacerując do mojego mieszkania, zdarzało mi się udawać, że go zawsze rozumiem, ale z natury mówi szybko i ucina końcówki. “Jak na Włocha ma zdumiewająco świetny akcent.” - pomyślałam. Jak się okazało, spędził rok w Australii i dużo podróżował.

Przegadaliśmy kilka godzin, popijając owocową herbatę i kosztując moich ulubionych norweskich ciasteczek oraz zakupionych przeze mnie rogaliczków. Wiele nas łączyło, pasja do muzyki, podróże, inspiracja językami obcymi oraz chęć odkrywania świata i nowe wyzwania. Każdy z nas szukał zmiany w życiu i stawiał na rozwój umiejętności, ale temat podróży ciągle przewijał się w dyskusji.

Ten dzień był początkiem naszej wspólnej podróży do ludzi, ich historii, kultur, świata, natury, nieturystycznych zakątków świata.

Rozpoczęło się od przyjaźni, która przerodziła się w głębokie uczucie. Początki nie należały do łatwych. Ja byłam w Polsce, on we Włoszech. Później wyjechałam na kilka miesięcy do Norwegii, a Marco - tak ma na imię - nie mógł pozwolić sobie nawet na kilka dni urlopu, ponieważ zaplanowaliśmy już miesięczną wyprawę na Bałkany po moim powrocie z Norwegii.

Krok po kroku zaczęliśmy tworzyć wspólne wspomnienia i planować przyszłość.

Zamieszkałam we Włoszech, gdzie spędziłam 2 lata.

W 2015 roku wyjechaliśmy do Ameryki Południowej, jednak rok 2016 bardzo dał popalić mi i moim bliskim - z dnia na dzień musieliśmy wrócić do Polski. Zdiagnozowano poważną chorobę mojej Mamy. Ktoś pewnie zaraz powie: “Musieli? Nie musieli!”. My chcieliśmy i tak czuliśmy. Jak się okazało czasu było niewiele…

Kolejny rok spędziłam w Polsce, składając porozrzucane puzzle mojego życia. Stanęłam nad przepaścią i nie widziałam nic poza czarną dziurą. Ja i czarna dziura. To był rok, który nauczył mnie ogromnej pokory, pomimo tego, iż poprzednia podróż przygotowała mnie na zderzenie z równie okrutną rzeczywistością, niektóre wiadomości spadają na nas jak grom z jasnego nieba. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, co chcę robić w życiu i co sprawia, że jestem szczęśliwa. Zdałam sobie sprawę, jaką wartość ma pieniądz i nasze zagracone domy, piwnice, garaże wobec naszego zdrowia i życia. Kiedy zeszłam do piwnicy domu i zaczęłam potykać się o worki ubrań i butów, które od lat “nie ujrzały światła dziennego”, a ciuchy z szafy nie ubywały, bo wcale nie było łatwo sprzedać kilkudziesięciu lat życia w kilka miesięcy, pomyślałam: “To już czas!”.

W mojej bratniej duszy i połówce miałam ogromne wsparcie. Postawiliśmy na minimalizm i spełnianie marzeń. Uporządkowałam sprawy w Polsce, spakowałam kilka ubrań do 40-litrowego plecaka i wyruszyliśmy kontynuować naszą podróż - tym razem chcieliśmy odbyć podróż dookoła Ameryki Północnej. W planach mieliśmy kupić samochód - i tak się też stało. Naszym mini vanem przemierzyliśmy wiele stanów USA. Przygoda rozpoczęła się w Miami i ciągle trwa od ponad 6 miesięcy.

W ciągu najbliższych kilku tygodni zabiorę Was na przygodę, którą będziecie przeżywać razem z nami! Odwiedzimy domy ludzi, którzy podzielili się najbardziej osobistymi historiami. Przemierzymy wspólnie wyjątkowe stany USA i będziemy podziwiać spektakularne miejsca oraz parki narodowe.

Jesteście gotowi? Do zobaczenia już za tydzień!

Ewelina Orzech

podróżniczka, autorka bloga One Way 2 Freedom
www.oneway2freedom.com

Chicagowski burmistrz, popularnie znany pod pseudonimem “Mały baletmistrz” z racji ukończonej szkoły tanecznej, po raz kolejny olśnił wyborczą gawiedź swoją umiejętnością mydlenia oczu.

Reagując na ciągle wzrastający wskaźnik morderstw w Chicago, miłościwie nam panujący przywódca miasta zapowiedział, że wyciągnie spod biurek 100 ukrywających się tam policjantów, i w ten oto sposób, magicznie wręcz, opanuje szalejącą przemoc w Chicago. Lewicowo zdeformowana gawiedź oczywiście wydała okrzyk zachwytu, niemalże tak głośny jak na widok magika wyjmującego z kapelusza żywego królika, i wszyscy, uspokojeni perspektywą ładu i porządku, rozeszli się do swoich zajęć.  Prawda jednak wygląda nieco inaczej….

Chicagowski departament policji liczy około dwunastu tysięcy zaprzysiężonych policjantów. Ponadto, w departamencie pracuje również około dwóch tysięcy pracowników cywilnych. Departament podzielony jest na pięć biur – biuro patrolowe, biuro dochodzeniowe, biuro przestępczości zorganizowanej, biuro rozwoju organizacyjnego i wreszcie biuro usług technicznych. Mieszkańcy miasta mają do czynienia głównie z oficerami przydzielonymi do biura patrolowego (to ci, co jeżdżą radiowozami), a czasami z detektywami z biura dochodzeniowego. 

W biurze patrolowym pracuje około połowa tych policjantów, czyli mniej więcej sześć tysięcy. Jasne jest chyba, że nigdy nie jest tak, że wszyscy, to znaczy sześć tysięcy policjantów jest w tym samym czasie w pracy. Są urlopy, dni wolne, zwolnienia chorobowe. Tym niemniej, na papierze, tych sześć tysięcy policjantów jest podzielonych pomiędzy dwadzieścia dwa dystrykty policyjne. Każdy dystrykt jest dalej podzielony na trzy sektory, a te z kolei na pięć rewirów. Każdy z tych rewirów jest obsługiwany przez jeden radiowóz. Jeden rewir policyjny to obszar od pięciu do dziesięciu tak zwanych bloków kwadratowych. Warto sobie uświadomić, że kiedy taka załoga radiowozu wykaże się proaktywnym podejściem i kogoś zaaresztuje, to zjeżdża na komendę, i tam pozostaje z tym delikwentem aż go nie ulokuje w areszcie, co może zająć od pół godziny do kilku godzin. W tym czasie dany rewir jest de facto pozbawiony opieki policyjnej, no chyba że jakiś radiowóz z sąsiedniego rewiru się tam niechcący zaplącze. 

Burmistrz Chicago, zwany również Małym Kuglarzem, stwierdził, że opanuje przemoc w mieście poprzez zapędzenie 100 ukrywających się w biurach policjantów na ulice. Co za wspaniałe poczucie humoru! Tych stu policjantów, nota bene niewątpliwie wysoko umotywowanych po tym, jak przeniesiono ich ze stanowisk, na które zapracowali sobie wysługą lat, nie będzie nawet w stanie zapełnić jednej trzeciej radiowozów krążących po mieście. No ale nie jest to przecież pierwsze liczbowe kuglarstwo popełnione przez miłościwie nam panującego burmistrza. Około roku temu przecież to właśnie ten polityczny geniusz zapewnił chicagowską społeczność, że zatrudni nie sto, ale tysiąc nowych policjantów! Lewicowe środki masowego przekazu (przepraszam za masło-maślane) wyły z zachwytu, a przeróżne marionetki polityczne ukazujące się w orszaku małego hochsztaplera wykrzywiały pyski w radosnej euforii. Rok później, okazało się, że owszem – tysiąc nowych rekrutów przeszło przez Akademię Policyjną, ale pomiędzy awansami na detektywów i sierżantów, i rekordową ilością przejść na emeryturę, netto zysk dla biura patrolowego wynosił, uwaga – 37 policjantów! Oczywiście w rejestrze miasta wszystko się zgadza. Przecież Rham nie powiedział, że zatrudni tysiąc więcej policjantów, ale tysiąc nowych policjantów, co jest kolosalną różnicą. 

Zawsze uważałem, że nie jest sztuką jedynie wytykać błędny i problemy. To jest w sumie najłatwiej. Prawdziwą sztuką jest sugerować jakieś realistyczne rozwiązania. Szczerze przyznam, że nie jestem pewien, czy Chicago może liczyć na jakieś konkretne rozwiązanie. Wszystko tutaj jest tak upolitycznione, i tak zdeformowane lewacko po dekadach rządów demokratów, że jakiekolwiek racjonalne rozwiązania są chyba mało realne. No ale, gwoli sztuki, pozwolę sobie na pewne sugestie. 

Zacząłbym od tego, aby istniała jakaś racjonalna selekcja w przyjmowaniu zgłoszeń na 911. Obecna zasada jest taka, że praktycznie każde zgłoszenie na 911 powoduje wysłanie tam radiowozu. Proszę sobie wyobrazić, że jeżeli matka zadzwoni na policję, że jej ośmiolatek nie chce odrabiać lekcji – jedzie radiowóz.  Jeżeli ośmiolatek zadzwoni - że mama na niego krzyczy, bo nie odrabia lekcji – jedzie radiowóz. Jeżeli na imprezie prywatnej ktoś się uchla do nieprzytomności i trzeba wezwać ambulans – jedzie też radiowóz. I tak dalej, i tak dalej. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie chce ryzykować zarzutów ze strony głównie mniejszości rasowych, że policja nie służy im w takim samym wymiarze, jak białym. (Oczywiście, jeżeli popatrzymy na statystki, to policja jeździ na wezwania do mniejszości etnicznych zapewne 10 razy więcej niż do białych, ale to krępująca statystyka, o której nie można mówić). A więc radośnie wysyłamy radiowozy na wszelakie wezwania, bez względu na ich trywialność, po to, aby nasz Mały Baletmistrz i jego przydupaski-radni zostali ponownie wybrani na następną kadencję. Przy takiej polityce, nawet jeżeli będziemy mieli w Chicago 5 tysięcy więcej policjantów w biurze patrolowym, to i tak nie będziemy w stanie obniżyć poziomu przestępstw.

Oczywiście nie ma znaczenia, ilu jest policjantów, jeżeli nie pozwala się im wykonywać ich pracy. Od paru lat, poprzez różne rozporządzenia i ustawy, tak ograniczono prawa policjantów, że staliśmy się jedynie figurantami. Szczególnie dotyczy to sfery zatrzymań na ulicy osób podejrzanych, i ich przeszukiwań. Policja nigdy nie mogła zatrzymywać ludzi bez podstaw, ale teraz stało się to prawie niemożliwe. Bez zmiany tych zasad, wiele się nie osiągnie, no ale to już temat na kolejny artykuł.

Marcin Vogel

Marcin Vogel jest chicagowskim policjantem, wykładowcą na Akademii Policyjnej. Ma tytuł Master of Art z psychologii. Występuje w audycji "Kwadrans Policyjny" w środy o 16:45 na Polskim FM, prowadzi audycję radiową "Sprawa dla policjanta" w czwartki o 17:25 na 1080 AM oraz podcasty "Marcin Vogel prezentuje" na YouTube.