----- Reklama -----

Monitor 08/04/2017

Władze poinformowało, że profesor Northwestern University, poszukiwany za zamordowanie 26-letniego Trentona Cornell-Duranleau, oddał się w ręce policji w piątek w San Francisco. Aresztowany został także pracownik Oxford University, Andrew Warren.

Obaj mężczyźni byli poszukiwani listem gończym od 27 lipca, kiedy odkryto zwłoki zamordowanego mężczyzny w sypialni apartamentu należącego do profesora Wyndhama Lathema.

Śledczy twierdzą, że Lathem miał osobisty związek z ofiarą, ale szczegóły tej relacji nie zostały ujawnione. Jego adwokat twierdzi, że mężczyzna prawdopodobnie zrezygnuje z ekstradycji do Chicago, kiedy pojawi się w poniedziałek w sądzie w Kalifornii. 

Monitor

33-letni mężczyzna zmarł wcześnie rano w niedzielę po dotknięciu elektrycznej szyny na torach czerwonej linii kolejki CTA przy 128 North State Street.

Około godz. 5:55 nad ranem służby ratunkowe zostały wezwane na miejsce do człowieka, który został porażony prądem po zetknięcu z torami.

Mężczyzna zmarł na miejscu zdarzenia. Nie jest jasne, co robił na torach ani w jaki sposób się tam znalazł.

Pociągi czerwonej linii czasowo musiały być przekierowywane na inne trasy w niedzielę rano. Powróciły na swoje regularne trasy o godz. 6:40.

Monitor

Chicagowska policja poinformowała o odzyskaniu ponad 60 telefonów komórkowych i aresztowaniu podejrzanego o kradzież urządzeń podczas trwania koncertów w ramach festiwalu Lollapalooza w tym tygodniu.

Każdy, kto stracił swój telefon, powinien wejść na stronę lolla.com/lostfound, aby odszukać przedmiot, a następnie założyć sprawę, aby go odzyskać. O godz. 7 rano w niedzielę w dziale "zgubione/znalezione" znajdowało się ponad 600 nieodebranych rzeczy, w tym 135 telefonów.

Biuro zarządzania kryzysowego dokonało 12 aresztowań w trakcie pierwszych dwóch dni trwania festiwalu, 128 zostało zabranych do szpitali.

Festiwal Lollapalooza w Grant Park zakończy się w niedzielę. Każdego dnia ponad 100,000 ludzi brało udział w imprezie. 

Monitor

Czterolatek w dobrym stanie został przyjęty do szpitala Mount Sinai po upadku z okna na trzecim piętrze. Do wypadku doszło na zachodniej stronie miasta, w dzielnicy East Garfield Park.

W czwartek rano służby ratunkowe zostały wezwane do budynku przy 200 South Albany Avenue z powodu zgłoszenia o dziecku, które wypadło z okna.

Okoliczności wypadku są badane przez policję. 

Monitor

Organizatorzy festiwalu Lollapalooza tuż po godzinie 9 wieczorem musieli ewakuować zebranych w Grant Park ludzi z powodu burzy i groźnych warunków atmosferycznych. Tym samym pierwszy dzień trwania festiwalu zakończył się wcześniej niż planowano.

"Jesteśmy rozczarowani koniecznością zakończenia wcześniej dzisiejszych występów, ale naszym priorytetem jest bezpieczeństwo naszych fanów, pracowników i artystów" - powiedziała Sandee Feton, dyrektor ds. promocji imprezy. 

Jeśli w trakcie trwania festiwalu dojdzie do ewakuacji z powodu warunków pogodowych lub innej awaryjnej sytuacji, bezpieczne schrony znajdują się w garażach podziemnych w okolicy Grant Park.

Jeden z nich - Grant Park North - znajduje się przy 25 North Michigan Avenue, pomiędzy ulicami East Madison i East Washington. Inny - Grant Park South - przy 325 South Michigan Avenue, pomiędzy East Jackson Boulevard i East Van Buren. Kolejny schron to garaż przy Millenium Lakesie, pod adresem 5 South Columbus Drive, pomiędzy East Monroe i East Randolph.

Na ulicach rozmieszczone są znaki informujące, jak trafić do tych miejsc.

W tegorocznym czterodniowym festiwalu wystąpi ponad 170 wykonawców. Goście muszą mieć specjalne opaski na ręce i poddać się kontroli bezpieczeństwa, aby wejść na teren festiwalu. Duże torby są zabronione, a wszelkie torebki zostaną przeszukane. Uczestnicy w danym dniui mogą trzy razy opuścić i wejść ponownie na teren Grant Park.

Organizatorzy szacują, że każdego dnia w Lollapaloozie uczestniczyć będzie około 100,000 osób.

Dostępny jest parking, ale najlepszym sposobem jest skorzystanie z komunikacji publicznej. 

"Mamy ustalony harmonogram wykonawców, których chcemy zobaczyć. Ale wiadomo, jak to jest, tak naprawdę idziemy posłuchać tego, kto po prostu dobrze brzmi" - powiedział Blake Shreves, uczestnik festiwalu.

"Burze? Tak naprawdę to na nie czekam. Wtedy cały kurz zmienia się w błoto i robi się jedna wielka impreza. Kocham to!" - powiedział Gavin Humfleet.

Monitor

Przewodnicząca Rady Powiatu Cook, Tony Preckwinkle pozywa Zrzeszenie Przedsiębiorców w Illinois za opóźnienie wprowadzenia podatku od słodkich napojów, domagając się 17 milionów dolarów odszkodowania.

Preckwinkle twierdzi, że miesięczne opóźnienia w realizacji podatku spowodował straty w wysokości 17 milionów.

Przypomnijmy, że podatek od słodkich napojów w powiecie Cook zaczął obowiązywać w środę. Za każdą uncję słodzonego napoju płacimy na terenie powiatu dodatkowego centa.

Podatek był zawieszony przez miesiąc po tym, jak sędzia podjął decyzję o jego zablokowaniu. Administracja Preckwinkle oczekiwała, że do końca roku przychód z tytułu nowego podatku wyniesie prawie 68 milionów dolarów. Aby wypełnić lukę w budżecie spowodowaną 30-dniowym opóźnieniem, przewodnicząca Rady Powiatu nakazała 10-procentowe cięcia we wszystkich departamentach.

Monitor

Otrzymałem ciekawy list.

E-mail właściwie.

Czy e-mail jest listem?

Przecież porozumiewając się za pomocą krótkofalówki lub skype`a też padają słowa, ale nikt nie powie, że dzwonimy do siebie...nieważne...

Otrzymałem ciekawy e-mail. Mężczyzna podpisany C.K.W. opisywał trudy przeprowadzki do innego stanu, wyzwania nowego miejsca, tęsknotę za znajomymi z Chicago i prosił o ich publiczne pozdrowienie. Podobno będą wiedzieli o kogo chodzi. Pozdrawiam więc wszystkich w imieniu czytelnika do niedawna z Niles, od niedawna z Oregonu, zwłaszcza tych, którym mówią coś inicjały C.K.W!

Przy okazji dziękuję za podsunięcie tematu, bo tak się składa, że niedawno, czyli kilka miesięcy temu, brałem udział w sporządzaniu listy przeprowadzkowej. To jest takie coś, w czym zapisujemy kolejność i rodzaj działań oraz ich ważność. Na przykład to, że przed spakowaniem szafy dobrze jest wyrzucić z niej niepotrzebne rzeczy. Albo to, że najpierw przewozimy biurko, później długopisy. Wspomniana lista dotyczyła przenosin do Polski, w związku z czym w niczym nie przypominała opisanej przed chwilą, ale to nie ma większego znaczenia.

Proponuję bowiem, byśmy sporządzili listę bazującą na prawach Murphy`ego. Niezorientowanym przypomnę, iż chodzi zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że w każdej sytuacji rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe. Doskonałym przykładem jest powiedzenie: „Jeśli wiesz, że coś może pójść źle i podejmiesz stosowne środki zapobiegawcze, to zawali się coś innego”. Również podczas przeprowadzki. A więc, z różnych źródeł i własnych doświadczeń proponuję coś takiego:

- niezależnie ile pojemników, pudełek i skrzyń przygotujesz, zawsze ich zabraknie lub okażą się niewłaściwych rozmiarów,

- im więcej osób zapowie pomoc w czasie przeprowadzki, tym mniej ich się pokaże,

- jeśli w czasie przeprowadzki nagle pojawi się potrzeba użycia jakiegoś przedmiotu, na pewno będzie on już spakowany na dnie największego pudełka szczelnie oklejonego taśmą,

- zawsze, ale to zawsze, w czasie przeprowadzki znajdzie się coś, czego szukało się przez kilka lat, podejrzewało o kradzież znajomych lub o wyrzucenie tego czegoś na śmietnik przez współmałżonka,

- przedmioty, które w czasie przeprowadzki zostaną uszkodzone, zawsze są najbardziej wartościowe (nawet jeśli nie są, to po ich uszkodzeniu dociera do nas ich „prawdziwa” wartość, a złość na całe otoczenie nie za granic),

- nawet jeśli od miesiąca panuje susza, to w dniu przeprowadzki prawdopodobnie będzie lał deszcz,

- w momencie, gdy rozpoczynamy pakowanie, znikają: taśma klejąca i nożyczki,

- nigdy nie zdarza się, by jednocześnie wszystko było gotowe: albo my nie zdążymy z pakowaniem przed przybyciem ekipy, albo ekipa spóźnia się, choć my od kilku godzin znajdujemy się w pełnej gotowości bojowej,

- w momencie wnoszenia kolejnych przedmiotów do nowego domu lub mieszkania zaczynamy narzekać na brak miejsca,

- jednym z pierwszych rozpakowanych i gotowych do użycia przedmiotów jest telewizor, do którego pilota przy odrobinie szczęścia znajdujemy najwcześniej po tygodniu,

- mimo wielu prób i włożonego w to wysiłku, nigdy nie uda nam się rozpakować do końca.

Przeprowadzałem się w życiu kilka razy i muszę przyznać, że jest to wyczerpujące zajęcie. Zwłaszcza, jeśli mamy na to niewiele czasu i po drodze mamy schody. Już dawno zaakceptowałem fakt, że zawsze coś zgubię, zniszczę, o czymś zapomnę. Jednak najprawdziwszy jest w moim przypadku punkt ostatni. Do dziś mam kilka nierozpakowanych pudełek po ostatniej zmianie miejsca zamieszkania, mimo iż minęło już kilka ładnych lat. Co w nich jest, orientuję się, ale do końca nie wiem. Na jednym napisane jest: Rafał/drobiazgi. Stoi ono pod biurkiem, nikomu nie przeszkadza i jeszcze nie zdarzyło się, bym tak bardzo czegoś potrzebował lub szukał, by do niego zajrzeć. Kiedyś uchyliłem jedno skrzydło pudełka i ujrzałem na wierzchu kilka dyskietek komputerowych, zeszyt w kratkę, słoiczek ze śrubkami różnych rozmiarów, walkmana firmy Sony i kilka nieopisanych kaset. Co było głębiej, nie dojrzałem. Podejrzewam, iż kilka starych książek, korespondencja z lat młodzieńczych, jakieś pamiątki i upominki otrzymane od innych, pęki kluczy nieznanego dziś zastosowania, etc. Wiem, że pudełko to wędruje ze mną od połowy lat 90. Większość przedmiotów wewnątrz do niczego się już nie przyda, a jak zacznę robić porządki to pewnie zmuszony je będę wyrzucić. A tak za kilka lat może znajdę natchnienie i poprzeglądam zawartość. Może znajdę jakieś stare zdjęcie, po latach będzie miało jeszcze większą wartość. Wczytam się w listy, których treść będzie nowa po tylu latach Może do starego walkmana włożę nowe baterie i wrzucę leżącą obok kasetę. Może zabrzmi dawno niesłyszany głos, może przebijająca się przez szumy piosenka, może będzie to fragment dźwiękowego pamiętnika nagrywanego przed bardzo wielu laty. Nie wiem. Z jednej strony nie mogę się doczekać, kiedy spokojnie przejrzę zawartość, z drugiej wcale mi się nie spieszy. Wiem, że wiele osób to rozumie. Nie wszyscy jednak i z tego też sobie zdaję sprawę. Dla jednych to śmietnik, dla innych skarby. Wspomniane pudełko jest ze mną już od ponad 20 lat i trudno w to uwierzyć, ale z biegiem czasu okrywa je coraz większa tajemnica. Kilka razy słyszałem propozycję, że ktoś za mnie zrobi z tym porządek...ooo, nieee...tę przyjemność pozostawiam sobie. Muszę tylko do tego dojrzeć. Jestem pewien, że będę potrzebował pudełka chusteczek i chwili spokoju.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

W 1988 roku olbrzymi pożar – największy w historii parku, strawił ponad 1 mln. akrów lasów, czyli 1/3 ogólnej powierzchni Parku. W jego gaszeniu brało udział ponad 9 tys. strażaków, a koszt całej operacji zamknął się w kwocie $120 mln. Zginęło wiele zwierząt jak np. jeleni – 345, łosi – 12, czarnych niedźwiedzi – 6, bizonów – 9, grizzly – 1.

Przyczyną pożaru było podpalenie w trzech miejscach. Sprawcy, lub sprawców nigdy nie schwytano. Potrzeba teraz trzech pokoleń, aby przyroda powróciła do stanu pierwotnego.

Podróżując obecnie przez te piękne i dzikie jeszcze do tej pory tereny, będziemy cały czas mieli do czynienia z dwoma skrajnościami – przeszłością i teraźniejszością. Teraźniejszość to wspaniałe widoki i eksponaty przyrodnicze będące przykładem fauny i flory budzących grozę i wspaniałych zarazem Gór Skalistych. Rozległe krajobrazy cieszące oczy swą doskonałością, bo tylko Matka Natura potrafi być tak doskonała uświadamiają nam, że zespolenie człowieka z naturą to najwspanialsze połączenie. Przeszłość to obiekty dotknięte tzw. „zębem czasu”, będące przykładem różnych er geologicznych sprzed wielu milionów lat. 

Cała historia ich powstania, ich poznania i przekształcenia w niemalże sanktuarium przyrody, udostępnione dla turystów w myśl motta parku „dla dobra i przyjemności ludzi” każe nam zrozumieć i oddać cześć tym, dzięki którym dane jest nam dzisiaj podziwiać to wszystko, przeżywać i rozkoszować się czystą i nieskażoną, dziewiczą jeszcze przyrodą parku Yellowstone. Obfitość fenomenów natury wtopionych w góry, lasy, jeziora, doliny, kaniony i rzeki czyni go jedynym i niepowtarzalnym pomnikiem przyrody nie tylko w Sanach Zjednoczonych, ale i na skalę światową oraz należy do niewielu miejsc na kuli ziemskiej, które należy zobaczyć przynajmniej jeden raz w życiu.

Dlatego uważam, że nie zna Ameryki ten, kto nie zobaczył Parku Yellowstone.   

Indianie od bardzo dawna polowali na obszarze dzisiejszego parku. Jednak gdy pierwszy biały człowiek przybył na te tereny, zdziesiątkowały ich choroby. Za to natura przeżyła pełnię swojego rozkwitu. W 1807 roku trafił tu John Colter – uczestnik wyprawy Lewisa i Clarka. Jego opowiadania o wybuchających gejzerach oraz kipiących kotłach (tzw. piekle Coltera) traktowano z pobłażliwym niedowierzaniem. Jednak wobec rosnącej liczby traperów, zwiadowców i poszukiwaczy złota udających się do Yellowstone, rząd ostatecznie podjął w 1870 roku decyzję o wysłaniu tu zespołów inspekcyjnych. Dwa lata później otworzono pierwszy na świecie Park Narodowy w celu uchronienia jego zasobów przed myśliwymi, zakładanymi spontanicznie i bez żadnych ograniczeń kopalni oraz niekontrolowanym wyrębem lasów. Na początku zarząd parku musiał stawić czoła wielu przeciwnościom. Kongres Stanów Zjednoczonych okazał co prawda entuzjazm dla rządowego przedsięwzięcia, ale przeznaczył niewielkie fundusze na jego realizację. Nieodpowiedzialni turyści wtykali np. mydło do gejzerów niszcząc w ten sposób skomplikowany system kanalików. Bandy złodziejskie napadały na dyliżanse wiozące bogatych wycieczkowiczów. Pewnego razu Indianie Nez Perce zabili dwóch niewinnych turystów przejeżdżających konno przez park. W 1886 roku park oddany został pod wojskową kontrolę. W 1917 roku rozpoczęła się epoka podróżowania samochodami. 

W tym momencie konflikt pomiędzy turystyką a ochroną przyrody był nieunikniony. Wyeliminowanie drapieżników takich jak np. pumy, zwane również górskimi lwami, czy wilkami doprowadziło do nadmiernego zwiększenia liczebności stad np. łosi. Odpadki ze śmietników przy schroniskach lub przy drogach przyciągały niedźwiedzie, które często atakowały turystów. Wypadki te zepsuły nieco sielankowy obraz bajecznego Yellowstone z misiami Yogi i Boo Boo. 

Z jednej strony dobrze, bowiem obecnie ekolodzy twierdzą, że park nie może być traktowany jak „rajska wyspa”, ale jako część wielkiego ekosystemu Yellowstone. Pożary, które w 1988 roku strawiły 36% powierzchni parku, jeszcze raz ściągnęły powszechną uwagę na zagadnienia ochrony przyrody. Pomimo zaniepokojenia opinii publicznej dyrekcja parku utrzymuje, że ogień jest jednym z naturalnych elementów cyklicznych przemian tutejszego ekosystemu leśnego.

Wypalenie się 200-letnich drzew pozwoliło na swobodny wzrost młodych roślin. Już dziś naruszone przez ogień zbocza górskie wyraźnie odżywają. Wyrastają młode drzewka, zieleni się runo leśne.

W okresie od listopada do kwietnia teren parku pokryty ponad metrowej grubości warstwą śniegu wygląda zupełnie inaczej. Jest to wtedy spokojny i dziwny świat – woda zamarza w wodospadach, a w chłodnym i rześkim powietrzu unoszą się pióropusze pary i skroplonej wody wydobywającej się z gejzerów. Bizony zbite w stada, z soplami lodu na brodach stanowią niezwykły widok. Zimowy wypoczynek w Yellowstone cieszy się coraz większym zainteresowaniem. 

Specjalne firmy organizują wycieczki saniami wzdłuż zachodniej krawędzi parku.

Zapraszam wszystkich do skorzystania z usług biura Tramp Travel i wzięcia udziału w 5-dniowych wycieczkach szlakiem indiańskich legend do parku Yellowstone, które organizowane będą jeszcze tylko w miesiącach lipcu i sierpniu. Wycieczki autokarowe po całych Stanach Zjednoczonych organizowane są już od 1988, czyli daty otwarcia biura.

Marek Brzeziński
Tel. 414-207-3800
www.tramptravelusa.com

Powstanie warszawskie nie osiągnęło swoich celów militarnych i politycznych. Na czym jednak polega jego pozytywny wpływ na dalsze losy Polski? Zbudowało patriotyczny mit, którego nosicielami byli sami powstańcy.

1 sierpnia 1944 roku o godz. 17:00 oddziały Armii Krajowej w Warszawie ruszyły do ataku na pozycje niemieckie. Rozpoczęło się powstanie warszawskie, które miało dać iskrę do poderwania sił podziemia w całym kraju. Dowództwo AK chciało wykorzystać klęski i wycofywanie się Niemców z Polski, zająć Warszawę i wystąpić przed zbliżającą się ze wschodu Armią Czerwoną w roli „gospodarza”, utrudniając tym samym próbę podporządkowania Polski Stalinowi.

Dalszy los wypadków pokazał, że nic się z tego nie udało – Niemcy nie byli rozbici i stawiali zacięty opór, wiedząc, że Warszawa jest ważnym strategicznie punktem na drodze do Berlina. Dodatkowo, Hitlera rozwścieczył bunt Polaków, wydał więc rozkaz utopienia miasta we krwi. Armia Czerwona nie znalazła się szybko pod miastem, a Stalin nie chciał wspierać powstania, które politycznie było skierowane przeciw niemu. Przez 63 dni Warszawa więc coraz bardziej się wykrwawiała – w pierwszych dniach sierpnia Niemcy masowo mordowali cywilnych mieszkańców Woli, wkrótce w gruzach legło Stare Miasto. Krwawe walki o położony nad Wisłą Czerniaków, miejsce nadające się do ewentualnego lądowania pomocy ze wschodu, pochłonęły życie wielu żołnierzy elitarnych oddziałów Zgrupowania AK „Radosław” i żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego, tak zwanych berlingowców, którzy próbowali pomóc powstaniu.

3 października powstanie skapitulowało. Żołnierze znaleźli się w niewoli, cywilów wypędzono, a Niemcy regularnie niszczyli miasto, wysadzając zwłaszcza obiekty zabytkowe i szczególnie cenne dla narodu polskiego (m.in. zniszczono niemal do fundamentów Zamek Królewski). 17 stycznia wielka ofensywa radziecka doprowadziła do wycofania się Niemców z Warszawy. Do zrujnowanego, wymarłego miasta wkroczyły polskie oddziały. Zaczynał się nowy etap – odbudowa. Najpierw trzeba było jednak poradzić sobie z najbardziej banalnym „spadkiem” po powstaniu. Na ulicach i w ruinach wciąż leżały trupy pomordowanych w powstaniu. Płytkie groby, kopane w czasie walk, ujawniały kolejne ciała. Na ulicach natrafiano na wielkie hałdy popiołu, którego pochodzenie szybko rozpoznano – były to pozostałości po ludziach, których mordowano i palono. Miastu groziła katastrofa humanitarna.

W tym czasie trwał już dramat żołnierzy Armii Krajowej na terenie całej Polski. Komuniści, którzy zdobyli władzę dzięki radzieckim bagnetom, zdecydowanie rozprawiali się (razem z NKWD) z oporem przeciwko sobie. Pierwszym celem stali się żołnierze AK, wciąż jeszcze nierozwiązanej, a od 1945 roku organizujący się w nowe struktury oporu przeciwko okupantowi. To w tym czasie pojawił się słynny plakat „Olbrzym i zapluty karzeł reakcji”. Olbrzymem był żołnierz Ludowego Wojska Polskiego, maszerujący z karabinem w kierunku Berlina. Karłem – niewielka, koślawa postać z napisem „AK”. Plakat, wytwór najbardziej brutalnej propagandy komunistycznej, został zapamiętany przez wielu żołnierzy Armii Krajowej, którzy przez poprzednie lata dzielnie brali udział w walce przeciwko Niemcom. Po wojnie mieli okazać się obywatelami gorszej kategorii.

Wielu byłych AK-owców zaangażowało się w działalność podziemia niepodległościowego, walczącego z komunistami (dziś o tej zróżnicowanej grupie mówi się w sposób upraszczający jako o „żołnierzach wyklętych”). Inni wybrali życie w pokoju, chcąc dobrze pracować dla Polski. Pierwsi byli tropieni, zabijani i wsadzani do więzień. Drudzy, gdy z końcem lat 40. terror stalinowski stał się powszechny, również byli więzieni i oskarżani o szpiegostwo i dywersję. Armia Krajowa miała być wymazana z pamięci Polaków, ewentualnie budzić u nich najgorsze skojarzenia.

Po 1956 roku, gdy system komunistyczny w Polsce znacznie pohamował swoje totalitarne zapędy (chociaż nadal był ideologiczną dyktaturą), żyjący AK-owcy wyszli z więzień i mogli żyć normalnie. Część nawiązała kontakt z oficjalnymi instytucjami kombatanckimi, starając się wykorzystać to dla dobra swojego i swojego środowiska. Wszyscy żołnierze Armii Krajowej starali się jednak działać na rzecz upamiętnienia swojej walki i swoich poległych na wojnie kolegów – zwłaszcza, że ich historia przez cenzurę nie mogła być opowiedziana w całości i zgodnie z prawdą.

Jednocześnie w społeczeństwie polskim, wraz ze wzrostem oporu przeciwko rządom komunistów pod koniec lat 70., narodziło się zainteresowanie historią inną niż ta, która jest prezentowana oficjalnie w szkole, telewizji czy książkach. Doszło więc do spotkania kombatantów i młodych działaczy opozycji. Ci pierwsi byli inspiracją (chociaż często działali opozycyjnie), ci drudzy spadkobiercami. W latach 80. można mówić o wielkim odrodzeniu właśnie pamięci o powstaniu warszawskim – historii bohaterskich młodych ludzi, którzy zostali rzuceni do walki z okupantem, którzy ponieśli wielką ofiarę, i o których przez lata kłamano i zapominano.

Powstanie warszawskie nie zatrzymało wprowadzania systemu komunistycznego w Polsce. Jego legenda pomogła jednak budować patriotyzm i pokazywać dobre wzorce, które po kilkudziesięciu latach zaowocowały Solidarnością. AK-owcy przyczynili się do obalenia komunizmu w najtrudniejszy do zwalczenia sposób – wychowując sobie następców.

Tomasz Leszkowicz

Pistolet, który powinien zostać zniszczony w ramach policyjnej akcji wykupu broni, został użyty w strzelaninie z udziałem funkcjonariusza w Cicero. Rzecznik CPD nazywa sprawę "niezwykle nienormalną i kłopotliwą".

Historia związana z tym rewolwerem rozpoczęła się 40 lat temu. Sędzia Boyd kupił go dla swojego ojca. Chciał, aby czuł się bezpieczniej.

Wiele lat po śmierci ojca, Boyd zaniósł pistolet na policyjną akcję jej wykupu. Minęło trochę czasu, zanim sędzia dowiedział się, że nie został zniszczony.

Trzynaście lat temu William Stewart Boyd, sędzia okręgowy w powiecie Cook, pojechał do kościoła na południu, aby oddać pistolet, którego właścicielem był jego ojciec. Był to rewolwer Smith & Wesson kaliber .38 z numerem seryjnym J515268. Funkcjonariusze w ramach programu wykupu broni dali mu kartę upominkową Visa. Było na niej mniej niż 100 dolarów.

Dzięki tej akcji policja rocznie odzyskuje tysiące sztuk broni, która potencjalnie mogłaby zostać użyta w strzelaninach na ulicach naszego miasta. Anonimowo, bez odpowiedzi na pytania, każdy może wtedy oddać nielegalną broń, najczęściej osoby te w zamian otrzymują karty upominkowe o wartości 100 dolarów. Policja usuwa broń z ulic poprzez jej konfiskatę podczas aresztowań. Już w tym roku zarekwirowano ponad 5,000 sztuk.

Ta broń powinna była zostać zniszczona, ale w jakiś sposób pistolet, który sędzia Boyd przyniósł, trafił do obiegu. Osiem lat później został znaleziony obok ciała młodego człowieka, który został zastrzelony na ulicy przez funkcjonariusza policji w Cicero. 22-letni Cesar A. Munive był członkiem gangu Latin Counts.

Teraz, po prawie 20 latach, sędzia Boyd chciałby wiedzieć, jak to się stało. "Zrobiłem właściwą rzecz, ale przez to, że ktoś nie dopełnił swoich obowiązków, cały proces można zakwestionować. Co się dzieje z bronią po jej oddaniu?" - pytał.

Departamenty policji w Harvey, Elmwood Park i Dolton potwierdziły obecność na ich terenie broni, która zginęła w ostatnich latach. Departament policji w Chicago stracił ponad 130 pistoletów, które były przechowywane w magazynie z dowodami spraw z lat 90. ubiegłego wieku. Cztery lata później broń ta została zarekwirowana przy aresztowaniach.

Teraz, po tym jak departament chicagowskiej policji otworzył wewnętrzne śledztwo w sprawie pistoletu oddanego przez sędziego i tego, w jaki sposób znalazł się on w Cicero, rzecznik Anthony Guglielmi nazywa sprawę "niezwykle nienormalną i kłopotliwą".

Cokolwiek wydarzyło się i spowodowało, że nie doszło do zniszczenia broni, członkowie rodziny Munive uważają, że wiedzą, jak to się stało, że rewolwer leżał obok jego ciała. Ich zdaniem został podrzucony przez policję z Cicero, aby ukryć nieuzasadnione użycie broni w stosunku do nieuzbrojonego mężczyzny - wynika z pozwu w sprawie cywilnej złożonej przez rodzinę w sądzie federalnym.

Po pięciu latach sporów i negocjacji miasto Cicero jest gotowe zapłacić rodzinie 3.5 miliona dolarów odszkodowania. Rada Miasta Cicero wstępnie wyraziła na to zgodę.

Jon Loevy, adwokat rodziny Munive, nie rozumie, jak policja w Chicago mogła pozwolić, aby broń sędziego Boyda nie została zniszczona.

"Mój klient nie żyje, nie możemy go o to zapytać, ale wiemy, że ten pistolet był ostatnio w posiadaniu organów ścigania" - dodaje.

Chociaż miasto Cicero idzie na ugodę, to urzędnicy zaprzeczyli w aktach sprawy, że policja podrzuciła pistolet na miejscu zdarzenia, aby usprawiedliwić oddanie strzałów w kierunku nieuzbrojonego Munive w lipcu 2012 roku.

Craig Tobin, adwokat reprezentujący Donalda Garrity’ego, policjanta który oddał strzały, twierdzi, że Munive dostał pistolet od innego członka gangu Latin Counts. 

Munive, który miał bogatą przeszłość kryminalną, w tym napady, molestowania seksualne, nielegalne posiadanie broni i jej użycie, został 5 grudnia 2012 r. zastrzelony przez Donalda Garrity'ego w dzielnicy rezydencyjnej Cicero.

Garrity i inny policjant zeznali, że przybyli na miejsce oddzielnymi samochodami patrolującymi po zgłoszeniu dotyczącym porachunków gangów i zobaczyli, jak Munive odjeżdża rowerem. Garrity powiedział, że wysiadł z samochodu służbowego i pobiegł za Munive, zbliżając się do niego w okolicy 13th Street i South 57th Avenue. Wtedy - według jego zeznań - Munive skierował pistolet w stronę białego, nieoznakowanego policyjnego samochodu, którym poruszał się drugi funkcjonariusz, Dominic Schullo. Garrity miał wezwać go do rzucenia broni, ale  Munive nie zastosował się do tego i wtedy padły strzały.

Biuro koronera powiatu Cook stwierdziło, że został śmiertelnie postrzelony w plecy. Prawie dwa lata po śmierci Munive, że stanowa policja zwróciła się do federalnego biura ds. alkoholu, tytoniu, broni palnej i materiałów wybuchowych w celu sprawdzenia pochodzenia pistoletu. Ustalono, że należał do sędziego Boyda, który kupił go od dealera broni w Oak Law w 1977 roku. Boyd mówi, że nikt z policji nie skontaktował się z nim w sprawie broni, a o sprawie dowiedział się dopiero z rozmowy z prywatnymi detektywami i adwokatami wynajętymi przez obie strony: rodzinę Munive i miasto Cicero.

Po strzelaninie Garrity został awansowany na detektywa. Odszedł z policji nieco ponad dwa lata temu po tym, jak zdiagnozowano u niego zespół pourazowy PTSD - poinformował Jerry Marzullo, pełnomocnik zarządu policji w Cicero.

Garrity zarabiał 84,707 dolarów rocznie przed odejściem z departamentu - prawie 27,000 dolarów więcej, niż jako funkcjonariusz w patrolach. Otrzymał także dodatek z tytułu niepełnosprawności. Garrity przystępując do pracy w departamencie w Cicero pominął kluczowe fakty z jego historii pracy. W maju 2008 roku zrezygnował z funkcji policjanta w Berwyn po tym, jak został aresztowany przez funkcjonariuszy z North Riverside, którzy ścigali go, kiedy jechał z dużą prędkością po Cermak Road swoim samochodem

JT