----- Reklama -----

Monitor 05/19/2017

Chicago może być najbardziej znane z takich potraw jak deep dish pizza, hot dogi czy kanapki Italian beef, ale pod względem kulinarnym ma o wiele więcej do zaoferowania. Zostało właśnie nazwane miastem z najlepszymi restauracjami przez Conde Nast Traveler.

W 2015 roku ceremonia rozdania prestiżowych kulinarnych Oskarów - James Beard Awards" została przeniesiona do Chicago.

Przyznając naszemu miastu ten tytuł, zwrócono uwagę na najbardziej kreatywnych szefów kuchni. 19 chicagowskich restauracji zostało uznanych za najlepsze w mieście.

Mieszkańcy wietrznego miasta zdają sobie sprawę z tego, że Chicago jest domem dla najlepszych restauracji z całego świata, ale miło nam, gdy również pozostała część USA może dowiedzieć się, jak ciekawą ofertę gastronomiczną mamy tu do zaproponowania.

"Możesz przez cały weekend wybierać tanie restauracje, możesz te najdroższe, albo trochę tego i trochę tego" napisali twórcy raportu podkreślając, że miasto oferuje miejsca dostępne na każdą kieszeń.

Na liście 19 wyróżnionych restauracji znalazły się: Giant, The Duck Inn, Monteverde, Ruxbin, Roister, Parachute, Publican, Alinea, Spacca Napoli, Lena Brava, Publican Anker, GT Prime, Duck Duck Goat, Income Tax, Pequod's Pizza, Mr. Beef, Katsu, Au Cheval oraz Osteria Langhe. 

Monitor

Gubernator winą za impas budżetowy po raz kolejny obarczył demokratycznych przywódców w stanowym Kongresie: przewodniczącego Izby Reprezentantów, Michaela Madigana i przywódcę Senatu, Johna Cullertona; ten ostatni zarzucił ostatnio Bruce'owi Raunerowi brak woli do kompromisu. Illinois bez budżetu pozostaje od dwóch lat.

Gubernator w wywiadzie udzielonym ostatnio w radiu WBEZ powiedział, że Cullerton i Madigan razem z ich większością w stanowym Kongresie, byli odpowiedzialni za władzę nad naszym stanem od około 35 lat.

„Kontrolowali nasze wydatki i przychody, naszą politykę podatkową i regulacje biznesowe, czy system zatrudniania. Przez tych 35 lat nasze zadłużenie wzrosło o $190 miliardów dolarów. Nigdy nie mieliśmy zbalansowanego budżetu, biznesy zaczęły przenosić miejsca pracy za granicę naszego stanu, nasze szkoły nie były odpowiednio finansowane, a nasz stan stał się najgorszym w Ameryce. To wszystko stało się przed objęciem przeze mnie władzy” - mówił gubernator w wywiadzie udzielonym w radiu WBEZ, w którym odpowiadał na krytykę, że jego brak doświadczenia w sektorze publicznym jest jedną z przyczyn impasu budżetowego.

„Każdy, kto myśli, że radziliśmy sobie wspaniale zanim gubernator nastał, jest w błędzie. Bo to, czego na pewno nie potrafię zrobić, to czego odmawiam, to kontynuowanie tej porażki. To, co zamierzam zrobić, to w dalszym ciągu pobudzać gospodarkę do wzrostu, tworzyć nowe miejsca pracy, stworzyć zbalansowany budżet, z którego będziemy mogli właściwie finansować nasz system opieki społecznej i szkolnictwo” - przekonywał Rauner.

Stan Illinois budżetu nie ma od objęcia przez Bruce'a Raunera stanowiska gubernatora. Przewodniczący stanowego Senatu John Cullerton, ostrzegał ostatnio, że impas budżetowy może potrwać do 2018 roku. "Nawet nie chcę spekulować, o ile należałoby podwyższyć podatki, aby spróbować wydobyć z nas z tej dziury" - dodawał Cullerton.

Biuro budżetowe gubernatora Raunera obliczyło, że bez przełamania impasu, suma za niezapłacone przez stan rachunki wzrośnie w tym roku budżetowym do $14.7 mld, w lipcu 2019 r. do poziomu co najmniej $27.7 mld. Takie zadłużenie mogłaby zrównoważyć podwyżka stanowego podatku dochodowego o 7.3 punktów procentowych.

Grupa prominentnych biznesmenów skupiona w Civic Committee of the Commercial Club of Chicago, zachęcała w czwartek ustawodawców do podjęcia decyzji o podwyższeniu opodatkowania firm i osób indywidualnych z jednoczesnym ograniczaniem wydatków stanowych. W opublikowanym raporcie czytamy, że aby uporać się z problemami finansowymi, stan w nadchodzących 5 latach musi zapewnić wpływy do budżetu w wysokości $10 miliardów.

Z tego $2 miliardy miałyby pochodzić z oszczędności w wydatkach operacyjnych stanu, cięciach w dopłatach do emerytur i ubezpieczeń zdrowotnych pracowników Illinois. Pozostałe $8 miliardów można by uzyskać z podwyżki podatku dochodowego firm z obecnych 5.25% do 9.5% oraz podwyżki podatku od dochodów osób indywidualnych z 3.75% do 5%.

Nowe propozycje przewidują także podwyżki podatków od niektórych usług konsumenckich, dochodów emerytalnych, zmiany w ubezpieczeniach pracowniczych i eliminację ulg podatkowych dla osób zarabiających powyżej $50,000 rocznie.

JT

To na pewno ciekawa oferta dla wszystkich posiadających sporą ilość gotówki.

Planowana licytacja powinna osiągnąć sumę kilkunastu milionów dolarów za pojedynczą domenę, którą przedsiębiorca z Chicago, Josh Metnick, wystawił na sprzedaż w tym tygodniu.

"Reakcja rynku była nadzwyczajna" - powiedział Lou Weisbach, CEO Merch Time LLC, firmy marketingowej, która zajmuje się sprzedażą.

W 2005 roku LasVegas.com zostało sprzedane za 90 milionów dolarów. Stronę zakupiło Las Vegas Convention and Visitors Authority, które wykorzystuję witrynę jako punkt kompleksowej obsługi turystów. MyrtleBeach zostało sprzedane w 2010 roku za 6.5 miliona dolarów.

Według Lou Weisbacha, jest ogromne zapotrzebowanie na rynku na takie domeny. Poza początkową sumą wydaną na zakup strony, koszty bieżące są już minimalne, a potencjał zwrotu z inwestycji bardzo znaczący. Istnieją minimalne, jeśli w ogóle, regulacje prawne.

Chociaż nabywca może zakupić domenę do określonych celów, może także wydzierżawić poddomeny innym organizacjom, na przykład realestate.illinois lub udostępnić adresy email.

Josh Metnick ma doświadczenie w sprzedaży domen. W styczniu sprzedał Chicago.com po czterech latach wynajmu domen i adresów email, które corocznie generowały setki tysięcy dolarów przychodu. Nabywcą jest Chicago Community Trust. Firma nie ujawnia szczegółów dotyczących zakupu, a witryna jest obecnie w fazie dopracowywania. Dyrektor ds. marketingu, Daniel Ash, powiedział, że "Trust obecnie pracuje nad ponownym stworzeniem witryny jako cyfrowego placu publicznego, wskazującego na dobroczynne możliwości w Chicago".

Wedlug Lou Weisbacha, Josh Metnick posiada tysiące domen. Przejął stronę Illinois.com w 2005 roku i czekał na odpowiedni moment, aby wprowadzić ją na rynek.

Zbliżające się wybory parlamentarne i ich najbardziej zamożni kandydaci - było znaczącym czynnikiem uwzględnionym w harmonogramie sprzedaży - powiedział Weisbach. Nie spodziewa się, aby szczegóły dotyczące transakcji finansowej zostały opublikowane po jej zakończeniu.

Monitor

Administracja burmistrza Rahma Emanuela ogłosiła w piątek plan pożyczkowy na sumę 389 milionów, dzięki któremu szkoły CPS pozostaną otwarte do końca roku szkolnego, a nauczycielom wypłacone będą emerytury.

Rada miejska Chicago będzie głosować nad przyjęciem tego projektu na posiedzeniu, które odbędzie się 24 maja.

W komunikacie prasowym wydanym 19 maja, burmistrz ogłosił, że CPS zaciągnie krótkoterminową pożyczkę na sumę $389 milionów, wspieraną przez przyszłe płatności z tytułu dotacji stanowych na rzecz CPS.

Administracja burmistrza przeprowadziła w piątek rozmowy z aldermanami na temat tego, jak miasto zamierza znaleźć fundusze niezbędne do tego, aby szkoły pozostały otwarte do 20 czerwca. Burmistrz poprosił Carole Brown o przestawienie aldermanom tego planu. Pomimo krytyki polityki swojego poprzednika, burmistrza Daley, za pożyczanie pieniędzy, Emanuel stwierdził, że stan postawił go w sytuacji bez wyjścia i musi coś zrobić, aby szkoły pozostały otwarte. Niektórzy aldermani byli wyraźnie rozczarowani, że burmistrz nie uczestniczył osobiście w spotkaniu, aby udzielić odpowiedzi na ich pytania.

"Jestem naprawdę sfrustrowany, wielu innych aldermanów jest także rozczarowanych faktem, że burmistrz nie usiądzie i nie przedyskutuje z nami tych problemów, że nie ma na spotkaniu Claypoola. Obaj zlekceważyli kilka spotkań. To bardzo nieodpowiedzialne ze strony burmistrza" - powiedział Alderman Scott Waguspack, z 32 dzielnicy.

Aldermani zostali wprowadzeni w szczegóły planu pożyczkowego przez pracowników administracji. Pożyczki zostaną wynegocjowane po zatwierdzeniu przez Chicago Board of Education planu pożyczkowego na środowym spotkaniu.

"To będzie bardzo trudna pożyczka, która nadal mocno uderzy w CPS i niczego nie rozwiąże, bo sprawi jedynie, że Wall Str stanie się bogatsze" - powiedział alderman Carlos Ramirez, z 35 dzielnicy.

"Rozumiem to, ale faktem jest, że stanem rządzi gubernator, który nie wykonuje swojej pracy" - powiedział burmistrz.

Kilka miesięcy temu gubernator Bruce Rauner zawetował projekt przyznania CPS funduszy na emerytury dla nauczycieli. Wobec tej sytuacji niektórzy aldermani zgodzili się, że burmistrz nie ma wyboru i musi pożyczać pieniądze.

"W tej chwili jest to jedyny realny plan. Musimy sobie poradzić z tą sytuacją" - powiedział alderman Howard Brookins JR., z 21 dzielnicy.

"Co jest w tym wszystkim dobre, to fakt, że szkoły pozostaną otwarte, więc pochwaliłem burmistrza, że wymyślił sposób na pozostawienie otwartych szkół" - powiedział alderman Walter Burntett, z 27 dzielnicy.

Do tej pory nie powstało żadne długoterminowe rozwiązanie kryzysu budżetowego CPS, a miasto wskazuje palcem gubernatora Bruce'a Raunera, który został skrytykowany za niesprawiedliwe traktowanie CPS.

Tymczasem administracja gubernatora odpowiedziała na zarzuty twierdząc, że winę za kryzys systemu szkolnictwa ponosi burmistrz Chicago.

Rzecznik gubernatora stwierdził w oświadczeniu: "Zamiast spotykać się z liderami i ustawodawcami, aby wspólnie znaleźć rozwiązanie tego kryzysu, burmistrz ciągle stara się zwalić winę na innych, zamiast wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje nieudolne rządy.

Chociaż burmistrz wskazuje na Springfield, rządzi miastem z rozpadającą się infrastrukturą, systemem szkolnym w sytuacji kryzysowej oraz skalą przemocy, która dotyka chyba każdego sąsiedztwa w Chicago.

Jest oczywiste, że burmistrz, który niewłaściwie zarządza miastem, unika odpowiedzialności, starając się odwrócić uwagę od niepowodzeń jego własnej polityki i przywództwa".

Monitor

Powrót do domu przerodził się w przerażające doświadczenie dla 12-letniej dziewczynki, która została zaatakowana przez groźnego psa. Do zdarzenia doszło w Stickeny na przedmieściach Chicago w środę.

Brianna Hull-Saunders wracała ze swoją siostrą z przystanku autobusowego po szkole, kiedy doszło do ataku. Dziewczynka ma założonych 9 szwów na twarzy.

Do zdarzenia doszło, kiedy siostry spotkały syna sąsiadów, który wyprowadzał na spacer swojego psa.

Brianna powiedziała, że to właśnie chłopiec, którego znała ze szkoły, zaczął podjudzać psa, a wtedy zwierzę mu się wyrwało.

"Pies był bardzo silny, smycz po prostu wysunęła się z jego ręki. Wtedy skoczył mi na twarz" - powiedziała dziewczynka. Jej 11-letniej siostrze w jakiś sposób udało się odepchnąć i przepędzić psa.

Rodzina ofiary powiedziała, że nastolatka prawie straciła wzrok w prawym oku i będzie musiała przejść operację plastyczną po wygojeniu rany.

"Jestem bardzo zły. Coś takiego nie powinno się nikomu przydarzyć" - powiedział Teodore Saunders, jej ojciec.

Nie wiadomo, czy pies został poddany kwarantannie. Policja prowadzi dochodzenie w sprawie tego zdarzenia.

Na razie Stickney Township Animal Control ukarało mandatem właściciela, który dopuścił, aby zwierzę biegało swobodnie i nie posiada licencji na psa.

Monitor

Trwają poszukiwania mężczyzny podejrzanego o kradzież samochodu, w którym znajdowała się mała dziewczynka. Do zdarzenia doszło w dzielnicy Old Town w środę wieczorem - poinformowała chicagowska policja.

Świadek powiedział, że rodzice dziecka właśnie rozpakowywali samochód, zaparkowany przy 1400 North Wells Street, kiedy mężczyzna ubrany na czarno wskoczył do środka i odjechał.

Samochód został odnaleziony około 15 minut później, dziecko, któremu nic się nie stało, wciąż znajdowało się w środku. Auto znajdowało się przy West Chicago Avenue i North LaSalle Drive w dzielnicy River North.

"On po prostu wskoczył do środka i odjechał. Bagażnik był otwarty i widziałem, jak rodzice biegli za samochodem krzycząc" - powiedział Ahmad Saleh, świadek zdarzenia.

Policja prowadzi śledztwo w tej sprawie. 

Monitor

Ekipy poszukiwawcze i wolontariusze przez 5 dni kontynuowali poszukiwania chłopca, który wskoczył z mostu do Des Plaines River. W czwartek znaleziono jego ciało. 

16-letni Cameron Sanders, z Villa Park, ostatni raz widziany był w sobotę, kiedy razem z kolegami skoczył z mostu kolejowego do rzeki Des Plaines w lesie Thatcher Woods, niedaleko Melrose Park. Jego dwaj koledzy wypłynęli, a chłopiec nigdy nie wynurzył się na powierzchnię wody. Rodzina poinformowała, że nie potrafił on pływać i uległ presji ze strony znajomych, aby tego dnia skoczyć do wody.

Szeryf powiatu Cook, Tom Dart poinformował, że istnieje nagranie wideo wykonane telefonem komórkowym z momentu wypadku, ale nie wskazuje ono na to, że nastolatek w jakikolwiek sposób został zmuszony lub był namawiany do skoku.

"Na filmie widać, jak walczy" - powiedział Dart. "Młody chłopak, który był w wodzie razem z nim, próbował go ratować, ale prąd był zbyt silny".

Krewni ofiary zorganizowali swoje własne poszukiwania, krytykując lokalne służby, które zakończyły akcję ratunkową w niedzielę po południu. Dart wyjaśnił jednak, dlaczego nurkowie musieli opuścić rzekę.

"Było to zbyt niebezpieczne. Prądy były tak silne, że zachodziła obawa, iż komuś może stać się krzywda, jeśli dalej będą prowadzone takie działania ". Dodał, że poszukiwania będą kontynuowane do czasu odnalezienia chłopca.

Ciało nastolatka zostało odnaleziono w odległości około 150 stóp od mostu, o godz. 10:25 przed południem w czwartek. W poszukiwania zaangażowanych było 200 oficerów z biura szeryfa, a także pracownicy Departamentu Zasobów Naturalnych, oddział nurków chicagowskiej policji, strażacy, zespól ds. ratownictwa pożarowego i pogotowia ratunkowego. W przeszukiwaniu terenu pomagało wielu wolontariuszy.

Połączenie podwodnych zanieczyszczeń oraz wzburzenie wody przez łodzie ratunkowe spowodowało wynurzenie się ciała na powierzchnię rzeki w czwartkowy poranek - powiedział Dart. Ciało chłopca zostało znalezione na płytkim obszarze rzeki.

Rodzina nastolatka była także obecna na miejscu, kiedy jego ciało zostało odnalezione.

"Jego rodzina to wspaniali ludzie, którzy teraz przeżywają niewypowiedzianą żałobę. Udało nam się odnaleźć ich syna, ale to tragiczne, absolutnie tragiczne. Zmarł młody chłopak, a jego najbliżsi pozostali z ogromną pustką".

Śmierć Camerona Sandersa jest nadal przedmiotem dochodzenia prowadzonego przez biuro szeryfa.

Po tym, jak poszukiwania zostały zawieszone w niedzielę po południu, działacz społeczny i nauczyciel z Oak Park and River Forest High School, Anthony Clark, zorganizował grupę wolontariuszy, który je kontynuowali. Przewodził nimi Robert Larson, właściciel centrum szkoleniowego dla psów i ratownictwa w Westchester.

Clark powiedział, że czuje ulgę, ze udało się odnaleźć ciało chłopca i będzie można go pochować w spokoju."Z drugiej strony, jestem ogromne zasmucony i przejęty, ponieważ tej sytuacji można było uniknąć" - dodał.

Clark powiedział, że wiele osób skontaktowało się z nim poprzez media społecznościowe, aby zapytać, w jaki sposób mogą pomóc rodzinie. Powiedział, że planuje stworzyć zbiórkę funduszy dla najbliższych, aby pomóc w kosztach pochówku. Dodał również, że zamierza prosić o wyburzenie mostu lub przynajmniej uczynienie tego miejsca bezpieczniejszym.

Patrick Waldron, rzecznik firmy Canadian National Railway, do której należy most kolejowy, powiedział w środę, że obiekt jest nadal częścią aktywnej linii kolejowej, chociaż rzadko używanej. Dodał, że przed mostem zainstalowano znaki zakazujące wstępu na ten obszar.

"Znaki nie wystarczą" - odpowiedział Clark. "Trzeba zrobić coś więcej, chodzi o odpowiedzialność. Nie atakuję spółki kolejowej, ale to oni ponoszą odpowiedzialność, bo trzeba zrobić coś więcej w tej sprawie".

Kiedy szeryf Tom Dark znalazł się na moście w poniedziałek w nocy, był zdziwiony tym, jak łatwo to miejsce jest dostępne dla wszystkich.

"Z tego, co się dowiedziałem wiemy, że ten most jest bardzo dobrze znany jako miejsce, gdzie spotyka się okoliczna młodzież. I tak jest od wielu lat" - powiedział.

"Jeśli rozbiórka nie jest opcją, firma kolejowa powinna wynająć personel ochronny, ale zabezpieczać wejście lub zainstalować odpowiedni system nadzoru w celu monitorowania tego obszaru" - dodał Dart.

Monitor

Przed rozpoczęciem nowego sezonu letniego Chicagowski Dystrykt Parków Miejskich, który zarządza plażami i basenami, poszukuje ratowników. Ostateczny termin składania podań został przedłużony do 10 czerwca.

Ratownicy, którzy co roku czuwają nad bezpieczeństwem na miejskich plażach i basenach w Chicago, zarabiają $14.24 na godzinę. Do ich obowiązków należy przede wszystkim obserwowanie osób korzystających ze zbiorników wodnych i zapewnienie im ochrony przed wypadkami lub utonięciami; reagowanie na groźne sytuacje zgodnie z ustalonymi metodami i procedurami; udzielanie pierwszej pomocy i CPR w razie potrzeby; egzekwowanie przepisów zawartych w regulaminie basenu czy plaży oraz kontrola stanu urządzeń oraz sprzętu, które zapewniają bezpieczeństwo osób kąpiących się, w tym pomiar temperatury wody. 

Osoby zatrudnione na etacie miejskiego ratownika prowadzą też zajęcia rekreacyjne w wodzie, w tym lekcje pływania.

Kandydaci na ratowników w Chicago muszą wcześniej zaliczyć test z pływania, w tym na dystansie 200 jardów na czas (najwolniejszy czas to 3 min. 30 sek.), 25 jardów pod wodą, a także wyciągnąć z dna basenu obiekt umieszczony na głębokości 14 stóp, do tego dochodzi sprawdzanie ich umiejętności holowania osoby.

Zanim rozpoczniemy pracę w tym zawodzie ratownika - podkreślają eksperci - warto sprawdzić, czy nie jesteśmy uczuleni na chlor czy inne środki odkażające wodę. Ważnym czynnikiem jest umiejętność stałego skupienia uwagi, opanowanie, odporność na stres, by w trudnej sytuacji nie dać się ponieść emocjom. Trzeba także lubić pracę z ludźmi.

W Chicago wszyscy kandydaci, którzy muszą mieć skończone 17 lat, przechodzą także badanie na obecność narkotyków oraz muszą złożyć odciski palców. Więcej informacji oraz aplikacje zainteresowane osoby mogą znaleźć na stronie: http://www.chicagoparkdistrict.com/jobs-volunteering/lifeguard-application-process/

JT

„Moje życie, moje wojny” to tytuł, który określa istotę doświadczeń życiowych Alberta Sługockiego. Ma to doświadczenie bycia żołnierzem - bo Sługocki nie był tylko biernym uczestnikiem wydarzeń historycznych, on brał w nich aktywny udział – różne wymiary, które różnie można oceniać. Jedno jest jednakowoż bezsprzeczne – z wojen nie da się wyjść obronną ręką, ale można się przynajmniej nauczyć ratować samego siebie, i to w znaczeniu metaforycznym i dosłownym. Jedni opanowują sztukę przetrwania i ratują swe życie, innym się to nie udaje. Albert Sługocki miał niebywałe szczęście, które nigdy go nie opuszczało. Wychodził cało nawet z najgorszych opresji.

„Jako mały chłopiec napatrzyłem się od 1939 do 1945 roku w ojczyźnie, na brutalną okupację hitlerowską. Byłem naocznym świadkiem wojny i nigdy nie wyzbyłem się tamtych strasznych wspomnień. Nieświadomie stałem się jakby częścią wojny, a ona stała się niejako częścią mnie. W latach pięćdziesiątych zostałem zawodowym żołnierzem US Army i przez ponad dwadzieścia jeden lat z przerwami, aż do momentu powrotu z Wietnamu w kwietniu 1970 roku, wojna wciąż wypełniała moje życie.

Przez dwa lata walczyłem jako żołnierz piechoty (combat infantry soldier) w Korei, a później pięć razy wyjeżdżałem na misje bojowe (combat tours) z amerykańskimi siłami specjalnymi. Na polu walki zostałem trzykrotnie ranny i choć początkowo nie zdawałem sobie z tego sprawy, odniosłem także wiele ran psychicznych”. (s.93/94)

Oczywiście wymienione kraje i stanowiska nie obejmują wszystkich jego zadań, funkcji i miejsc, których było znacznie więcej i to zarówno tych jawnych jak i tych okrytych wojskową i państwową tajemnicą. Napięcie psychiczne i ciągły stres powodowane życiem w nieustannym zagrożeniu i strachu, miały traumatyczne konsekwencje.

W jednym z rozdziałów opisuje potworną sytuację, gdy ratowany z opresji w czasie jednej z tajnych misji na pograniczy wietnamsko kambodżańskim, zdaje sobie sprawę, że żołnierz, który siedział obok niego w samolocie, został postrzelony w czasie startu i ma rozwaloną głowę, z której wypływa mózg wprost na jego nogi.

Sam autor w pewnym momencie wyznaje:

„W końcu uznano, że mój stan zdrowia nie pozwala mi na pełnienie dalszej służby na stanowisku Deputy US Marshal, w związku z czym zdecydowałem się odejść w końcu na emeryturę. Także dlatego, że przez wzgląd na moją skłonność do użycia ekstremalnej przemocy stwierdzono, że nie jestem również odpowiednim człowiekiem do pracy w policji. Mój stan umysłu przypisuję służbie w wojsku, a w szczególności licznym sytuacjom, w których trzeba było walczyć. W wojsku szkolono mnie zabijać albo brać jeńców. […] Jeszcze na długo przed odejściem ze stanowiska US Marshal, zaczęły zresztą męczyć mnie koszmary spowodowane tyloma traumatycznymi przeżyciami z wojen. Najpierw doświadczyłem ich jako dziecko podczas II wojny światowej, a później jako żołnierz walczący w Korei, Wietnamie, Laosie i Kambodży. Wiele tajnych operacji wojskowych, w których brałem udział, także obfitowało w przemoc. […] Byłem, jak to się mówi, w stanie stałego wypierania stresu, czyli zaprzeczania rzeczywistemu stanowi umysłu. Po zakończeniu kariery w US Marshal Service poczułem się jednak bezużyteczny. Czułem się, jakbym poniósł porażkę…” (s.218/219)

To wyznanie jest wyjątkowo poruszające w kontekście jego duchowych i rzeczywistych „przygód” z buddyzmem. Sługocki przyznaje, że to właśnie duchowość buddyzmu jest mu najbardziej bliska i mimo że nie jest wyznawcą tej religii w dosłownym tego słowa znaczeniu, to uznaje ją za najbliższą jego duchowych potrzeb. Spory fragment książki poświęcony jest dosyć niezwykłemu i nieomalże cudownemu zdarzeniu ratowania posążka Buddy i przerażającej przepowiedni starego lamy, która nota bene sprawdziła się co do joty.

„Był pewien, że Wietnam i Kambodżę zaleje morze krwi i że komuniści zabiją wszystkich mnichów buddyjskich, zniszczą wszystkie świątynie oraz posągi Buddy. Opat wiedział, jak wielkim szacunkiem i miłością darzyłem jego religię. Jego głos wewnętrzny kazał mu przekazać właśnie mnie wizerunek świętego Buddy. Prosił, żebym zabrał go ze sobą do Ameryki, zaopiekował się nim w swoim własnym domu i zapewnił mu bezpieczeństwo.” (s.192)

„Moje życie, moje wojny” fascynuje. Jest tekstem, który wprawia czytelnika w zachwyt i przerażenie swą szczerością. Sługocki nie udaje, że jest wcieleniem Jamesa Bonda, jakkolwiek Bond wiele mógłby się od niego nauczyć.

„O życiu takich ludzi jak Alfred Sługocki mówi się, iż stanowi ono materiał na film. W tym wypadku można mówić o kilku gatunkach: dramacie wojennym, akcji, szpiegowskim czy przygodowym. Awanturnicze życie Alberta Sługockiego wypełniała bowiem walka, niekiedy tułaczka, innym razem świadome podróże oraz miłość do ojczyzny – zawsze z wielkimi wydarzeniami w tle. […]. Ucieczka przed komunistycznymi władzami, prace na pokładach statków, epizod w Legii Cudzoziemskiej, służba w U.S. Army i wojna w Korei, a następnie w Wietnamie, Kambodży i Laosie w szeregach „Zielonych Beretów” – to tylko pewien fragment. Reprezentując jednostkę sił specjalnych USA, Polak znalazł się wśród 12 żołnierzy, którzy zostali wybrani przez wdowę po zamordowanym Johnie F. Kennedym, Jaquline – dostępując zaszczytu niesienia trumny z ciałem prezydenta. Sługocki działał także jako szpieg, wiele razy był ranny, ledwo unikając śmierci. Miał również okazję sprawdzić się jako aktor na planie filmowym” (fragmenty recenzji wydawcy).

Innym tekstem Alfreda Sługockiego, niewielkim objętościowo, ale nadzwyczajnie ciekawym, są wspomnienia o jego przyjacielu Stanie Morawieckim zatytułowane „Requiem dla amerykańskiego żołnierza”. Pozornie jest to jedna z bardzo wielu tragicznych biografii Polaków doświadczonych drugą wojną, sowieckimi zsyłkami, cudem tworzenia armii Andersa i powojenną tułaczką. W istocie jednak, ten bardziej szkic do biografii aniżeli sama biografia, przytoczony z „drugiej ręki” jest opowieścią, która stawia znak zapytania nad sensem historii i patriotyzmu.

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak

Wraz z pierwszymi dniami prawdziwie letniej pogody, w tym tygodniu na jeziorze Michigan doszło do kilku nieszczęśliwych wypadków.

We wtorek po godz.7.00 wieczorem specjalne jednostki wodne straży pożarnej przeprowadziły akcję ratowniczą przy przystani Montrose po wezwaniu do dwóch tonących mężczyzn. 23-latek w stanie krytycznym trafił do szpitala, gdzie zmarł. Jego kolega zdołał sam dopłynąć do brzegu.

23-latek był drugą osobą, która zginęła we wtorek w wodach jeziora Michigan. Wcześniej tego dnia w dzielnicy Rogers Park utopiła się 13-latka. Wyłowiono ją około 45 minut po tym, jak wpadła do wody, a następnie przewieziono do szpitala, gdzie stwierdzono jej zgon. 13-latka miała poślizgnąć się na nabrzeżu. Wszystko wydarzyło się około 10 przed południem.

Świadkiem zdarzenia był 59-letni Brad Gibbs, który wskoczył do wody, ale nie mógł odnaleźć dziewczynki. Jak mówił – woda była spokojna, ale zimna, co mogło spowodować szok termiczny. Służby ratunkowe były na miejscu w ciągu czterech minut. Poszukiwania trwały 45 minut. Wyłowiona dziewczyna znajdowała się w stanie krytycznym. W szpitalu zmarła.

Strażacy apelują o rozwagę. Alarmując, że temperatura wody w jeziorze Michigan obecnie ma nieco ponad 50 stopni F., a przy temperaturze powietrza, która w upalny dzień może przekraczać 80 st. F bardzo szybko dochodzi do szoku termicznego w wodzie. "Nawet doświadczeni pływacy mogą mieć problemy w takich warunkach" - ostrzega Ron Dornicker z płetwonurek w wodnych jednostkach chicagowskiej straży pożarnej.

JT