----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Zaprzysiężenie nowego gubernatora stanu Nowy Jork było wydarzeniem niecodziennym. Przynajmniej dla mnie. Przez chwilę żałowałem nawet, że nie mieszkam na wschodnim wybrzeżu. Szczere uśmiechy i owacje na stojąco. Żarty i przycinki. Oprócz tego konkrety dotyczące bliższej i dalszej przyszłości. David Paterson jest niewidomy, więc nie miał możliwości czytania swego przemówienia z kartki. Albo nauczył się go na pamięć, albo jest po prostu dobrym politykiem. W ciągu 26 minut, jakie spędził na mównicy, zjednoczył większość stanowych polityków obydwu partii zasiadających w nowojorskiej legislaturze. Zamieszany w aferę seksualną Spitzer jest już przeszłością. Jego miejsce zajął dotychczasowy zastępca, który do tej pory, mimo kilkudziesięciu lat doświadczenia, siedział cicho. Nie wiadomo jeszcze, czy okaże się dobrym gospodarzem. Na razie kredyt zaufania otrzymał wielki. Ma szansę udowodnić, że nie przez przypadek przypadło mu to stanowisko. Statecznego gubernatora jednak nie przypomina. Paterson wygląda jakby z polityką niewiele miał wspólnego. Nieprzerwanie żartuje, uśmiecha się i komentuje na swój własny sposób otaczającą go rzeczywistość. Jednocześnie potrafi w sprawach decydujących postawić na swoim i przekonać do własnych poglądów innych. Trochę z zazdrością spoglądam w tamtą stronę i jednocześnie z lekką trwogą myślę, co by było, gdyby nagle, z jakiegoś powodu obecny gubernator naszego stanu musiał ustąpić. Na razie nic tego nie zapowiada i nie ma oczywiście powodu, by się nad tym zastanawiać. Wyobraźmy sobie jednak, że Pat Quinn staje na czele administracji Illinois. Od wielu lat słyszymy tylko to nazwisko, ale tak naprawdę o człowieku tym wiemy niewiele. Jedno można powiedzieć. Inni politycy go nie lubią. Głównie dlatego, że zawsze zajmuje się tym, co akurat nie jest w danym momencie ważne i wciąż nawołuje do uczciwości we władzach. Funkcja wicegubernatora jest z góry ograniczona. Nikt nie spodziewa się, że człowiek taki będzie zmieniał prawo, rozwiązywał problemy budżetowe, czy lobbował na rzecz jakiegoś pomysłu. Ma być cieniem gubernatora. Quinn jest dziwnym cieniem. Kiedy Blagojevich zyskuje poparcie wtedy Pat Quinn jest praktycznie nieobecny. Kiedy notowania gubernatora spadają, prawie zawsze usłyszymy jakieś słowa krytyki pod jego adresem ze strony własnego zastępcy. Nie przypominam sobie z ostatnich lat ani jednego przypadku, by wicegubernator zaproponował coś, co utkwiłoby z jakiegokolwiek powodu w pa- mięci. Większość polityków, obydwu partii, uważa go za osobę nieco naiwną. Z drugiej strony każdy przyznaje, że jest on zawsze w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. To świad- czy chyba o politycznej przebiegłości. Quinn niczym szczególnym nie zabłysnął, niewiele z podjętych przez niego akcji zakończyło się sukcesem, natomiast na każdy niemal temat znamy jego opinię. Zazwyczaj jest ona zgodna z wolą większości. Rasowy polityk nie powinien być demagogiem. Czasem trzeba przeciwstawić się własnym wyborcom. Quinn chyba nie zrobił tego nigdy. Czy jest przez to złym politykiem? Niekoniecznie. Jest politykiem nietypowym jak na Illinois. Nie zamieszany w większe afery. Nie prowadzone jest przeciw niemu żadne dochodzenie. Większość mieszkańców stanu go lubi. To, że nie jest lubiany przez innych polityków też dla wyborców świadczy na jego korzyść. Zadaję sobie teraz pytanie. Gdyby Pat Quinn zmuszony został do zajęcia stanowiska gubernatora, czy czułbym radość i niecierpliwe wyczekiwanie jakie prawdopodobnie było w poniedziałek udziałem mieszkańców Nowego Jorku? Nie. Polityk to zawód, a nie sposób na przetrwanie. Wolę jednak wyraźnych, zdecydowanych, czasem mających inne, niż ja zdanie. Chociaż w odpowiednich warunkach każdy może się zmienić i niejednego zaskoczyć.
Na koniec dwa słowa o głośnej aukcji internetowej, na której wystawiony jest na sprzedaż przedmiot pożądania kolekcjonerów, czyli zwykły płatek kukurydziany. Początkowo nie uwierzyłem w tę wiadomość. Potraktowałem ją jako dobry żart. Potem, gdy okazało się, że historia jest prawdziwa, ogarnęło mnie przerażenie. Dziewczyna znalazła w paczce płatków kukurydzianych jeden, którego kształt przypomina nieco zarys stanu Illinois. Wystawiła go na aukcję. Dostała setki propozycji kupna, z czego najwyższa przekroczyła tysiąc dolarów. Płatek kukurydziany! Taki sam, jakich setki większość z nas zjada każdego ranka na śniadanie. Nie złoty, tylko z kukurydzy. Nieważne jest dla mnie jaki przybrał on podczas obróbki w fabryce kształt. Może ułożyć się nawet w niecodzienny napis lub zajączka wielkanocnego. Kupno za tysiąc dolarów kawałka sprasowanej i poddanej obróbce cieplnej kukurydzy uważam za wydarzenie, które powinno trafić do księgi opisującej dzieje ludzkiej głupoty. Podglądając komentarze w tej sprawie i artykuły, jakie ukazały się w gazetach dochodzę jednak do wniosku, że nie trafi. Dlatego, że rzesza osób traktujących to wydarzenie jako coś normalnego z dnia na dzień rośnie. Jest ich coraz więcej. Niedługo będziemy mniejszością. Miłego, świątecznego weekendu!

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location