----- Reklama -----

Monitor 04/10/2007

W ubiegłym tygodniu wróciłam z Waszyngtonu, gdzie wraz z kolegami ze Stowarzyszenia Amerykańskich Prawników Imigracyjnych (American Immigration Lawyers Association) zwracaliśmy się do kongresmenów i senatorów z prośbą o wsparcie reformy imigracyjnej. Poniżej - o tych właśnie rozmowach i o planach zmian w prawie imigracyjnym w Kongresie.

Propozycje ustaw zostały już skierowane do obu izb, ale żadna z nich nie została jeszcze poddana debacie. Dopiero po debacie, po dokonaniu ewentualnych poprawek i wprowadzeniu dodatków do ustawy, odbywa się glosowanie w poszczególnych izbach, Senacie i Izbie Reprezentantów. Nie zawsze jednak do glosowania dochodzi. W Senacie na przykład potrzebne jest 60 głosów (ze stu), aby dopuścić do głosowania. I to o te 60 głosów odbywa się obecnie walka. Po głosowaniu w obu izbach, jeśli oczywiście za ustawą głosuje większość członków izb, z obu izb wychodzą podobne, ale nie identyczne wersje ustawy. Obie te wersje wędrują potem do komitetu konferencyjnego, skąd wychodzi jednolita ustawa przedstawiona później prezydentowi do podpisu. W komitecie konferencyjnym zasiadają członkowie obu izb i obu partii. To ich zadaniem jest znalezienie kompromisu pomiędzy dwiema wersjami tej samej ustawy. Po podpisaniu ustawy przez prezydenta staje się ona prawem. Jak widać, od propozycji ustawy do jej podpisania przez prezydenta droga jest daleka i kręta. Wszystkie poniżej opisane proponowane ustawy są na razie w bardzo wstępnych stadiach ustawodawczych.

Żadna z niżej opisanych propozycji nie jest jeszcze ustawą.

Trzy ważne propozycje ustaw zostały skierowane do obu izb: Dream Act, AgJobs i CPA.

Dream Act to propozycja ustawy, z której jako mieszkańcy Illinois możemy być dumni. Po pierwsze, dlatego, że stanowi dobre prawo, po drugie, dlatego, że jej sponsorami są politycy z naszego stanu. Autorem tej ustawy jest nasz senator Richard Durbin. Drugi senator z Illinois, Barack Obama, był jednym z jej sponsorów. W Izbie Reprezentantów głównym sponsorem tej ustawy jest Luis Gutierrez, kongresmen z Chicago.

Dream Act jest prawem, które dawałoby pobyt stały dzieciom imigrantów, które spełniają warunki. Po pierwsze, są w USA od przynajmniej 5 lat przed wejściem ustawy, po drugie, przybyły do USA przed 16 rokiem swojego życia, po trzecie, w momencie złożenia aplikacji albo zostały przyjęte do collegu, albo udowodnią, że skończyły szkołę średnią lub zdały GED, co jest równoważnikiem ukończenia szkoły średniej, i udowodnią, że są osobami o dobrym charakterze moralnym. Po udowodnieniu tych elementów aplikant dostałby pobyt stały na warunkowy okres sześciu lat. Aby przedłużyć pobyt stały i zamienić go na bezwarunkowy, aplikant musiałby udowodnić, że w ciągu tych sześciu lat albo skończył przynajmniej dwa lata programu uniwersyteckiego, albo służył w amerykańskich siłach zbrojnych przez przynajmniej dwa lata.

Dream Act ma dość duże wsparcie zarówno wśród proponujących go demokratów, jak również wielu z ich republikańskich kolegów. Propozycja ta jest popularna, ponieważ po pierwsze, dotyczy ona dzieci, które wyjechały do USA pod wpływem rodziców, po drugie, nagradza dzieci, które skończą szkołę średnią, po trzecie, wykorzystuje ich talenty i edukację, za które państwo już płaciło. Dream Act ma duże szanse na stanie się prawem w tym roku.

AgJobs to legalizacja nielegalnych pracowników na roli. 50 procent rolników w USA to nielegalni imigranci. W niektórych stanach ich liczba przekracza nawet 75 procent. Bez imigrantów rolnictwo tego kraju upada. Wiele zbiorów zostałoby zmarnowanych, gdyby nie imigranci pracujący na farmach. AgJobs to ustawa, która miałaby dwie części. Po pierwsze wprowadziłaby sezonowe wizy pracownicze dla rolników, którzy przybywaliby do USA na krótkie, kilkumiesięczne okresy, na zbiory lub siew. Po drugie, wprowadzałaby legalizację statusu dla rolników, którzy w USA przebywaliby nielegalnie i wykazaliby odpowiedni staż pracy, jak również podjęliby się pracy na roli przez kilka lat od otrzymania pobytu stałego. Również tutaj przewiduje się warunkową rezydenturę dopóki odpowiedni okres na roli nie zostałby przepracowany.

CPA-Citizenship Protection Act - to prawo, które sponsorowane było przez naszego senatora Baracka Obamę. Ma ono na celu zablokowanie zaproponowanych podwyżek w opłatach na aplikację o obywatelstwo. Ta ustawa proponuje, aby zamiast podnoszenia opłat biuro imigracyjne znalazło pieniądze na rozpatrywanie tych aplikacji w ramach własnego budżetu.

Co do ustawy na którą wszyscy czekamy, a więc kompleksowej ustawy imigracyjnej, to na razie jej losy są trudne do przewidzenia. Szanse na szybkie jej przyjęcie zmalały znacznie dwa tygodnie temu, kiedy republikanin John McCain, który był jednym z jej sponsorów w ubiegłym roku rozmyślił się i postanowił jej w tym roku nie popierać. To oczywiście związane jest z jego kampanią prezydencką. McCain stara się przypodobać konserwatywnym republikanom, którzy przeciwni są ustawie imigracyjnej. Problem polega na tym, że, mimo iż demokraci mają większość w Senacie, bo jest ich 51, to potrzebują 60 głosów, aby ustawa mogła przejść pod głosowanie bez przeszkód. Bez poparcia McCaina może być trudno znaleźć 9 republikanów aby ustawę wesprzeć. Znacznie lepiej przedstawia się walka o ustawę w Izbie Reprezentantów, tam walkę o nią prowadzi nasz lokalny kongresman Gutierrez, który w ubiegły czwartek wprowadził jej propozycje oficjalnie do Izby Reprezentantów. Oto jej krótkie streszczenie.

Gutierrez zaproponował ustawę, która potocznie nazywa się STRIVE. Jest ona na razie propozycją i nie wiadomo czy stanie się prawem. Ponieważ jednak jest propozycją najdalej idącą, jeśli chodzi o zmiany w prawie imigracyjnym, to przedstawię tutaj jej najważniejsze punkty.

Ustawa ta wprowadzałaby zarówno program legalizacji osób przebywających w USA nielegalnie, jak i program tymczasowych wiz pracowniczych, z których można byłoby później przejść na pobyt stały. Oprócz tego umacnia również kontrolę graniczną i wprowadza system sprawdzania czy pracownik ma pozwolenia na pracę dla pracodawcy, jak również wprowadza nowe konsekwencje imigracyjne za wykroczenia związane z fałszowaniem dokumentów, jazdą w stanie nietrzeźwym i zatrudnianiem nielegalnych pracowników. Ustawa ta jest więc bardzo dobrą mieszanką zarówno legalizującą pobyt tym, którym się to należy, jak również zwiększającą bezpieczeństwo granic i możliwości ścigania i karania osób łamiących prawo.

Program wiz tymczasowych w skrócie wyglądałby następująco. Wprowadzałby nowe wizy tymczasowe H-2C, o które może się starać pracownik, który spełni pewne warunki. Po pierwsze, musi on udowodnić, że kwalifikuje się na stanowisko, po drugie, po ogłoszeniach i rekrutacji, upewniwszy się, że nie odbiera pracy rezydentom i obywatelom USA, musi być sprawdzony przez FBI, musi opłacić $500, a także przejść badania lekarskie. Osoba taka otrzymałaby wizę na 3 lata, z możliwością przedłużenia na następne 3, a wizę otrzymałby również małżonek i nieletnie dzieci. Pozwalałaby ona na podróżowanie za granicę. Po 5 latach posiadania takiej wizy można starać się o pobyt stały warunkowy, a następnie o obywatelstwo USA. Takich wiz tymczasowych byłoby 400 tysięcy rocznie, ale liczba ta mogłaby ulec zmianie z zależności od potrzeb rynku pracy na dany rok.

Program legalizacji osób nielegalnie przebywających w USA wyglądałby następująco. Aplikacje takich osób byłyby rozpatrywane w ostatniej kolejności, a więc za osobami, które już na pobyt stały czekają. Aplikanci najpierw otrzymaliby status tymczasowy (nieimigracyjny) na 6 lat. Status taki umożliwiałby tu pracę i podróżowanie za granicę. Osoby takie mogłyby starać się o pobyt stały, ale dopiero po tym, jak biuro imigracyjne upora się z obecnymi aplikantami o zielone karty. Osoby starające się o taki pobyt tymczasowy, a potem pobyt stały, musiałyby udowodnić, że: wjechały do USA przed 1 czerwca 2006, pracowały w USA przed tą datę i od tej daty, zapłacą $500 i nie podlegają żadnym zakazom imigracyjnym (oprócz tego, że mogą być nielegalnie w USA), są sprawdzone przez FBI, oraz że nie mają poważnych wykroczeń karnych.

Propozycja ustawy wprowadza również program, w którym wszyscy pracodawcy mogliby sprawdzać status imigracyjny potencjalnych pracowników. Wymaga ona również wprowadzenia zaostrzeń na granicach i dawałaby patrolom granicznym dostęp do nowinek technicznych pomagających w obserwacji i ochronie granicy. Propozycja ta jest bardzo dobrym kompromisem wprowadzającym możliwość legalizacji dla milionów przebywających w USA nielegalnie imigrantów, ale nie zapomina o umocnieniu granic i bezpieczeństwa USA.

Wszystkie opisane powyżej ustawy są na razie propozycjami, które jednak będą wkrótce przedmiotem obrad Kongresu USA. Im więcej osób skontaktuje się ze swoimi senatorami i kongresmenami, tym większe szanse na ich przejście. Zachęcam Państwa do udziału w procesie politycznym tego kraju i przekazywania swoim reprezentantom w Kongresie próśb o wsparcie ustawy imigracyjnej. Dotyczy nas ona bezpośrednio. Nikt za nas o nią walczyć nie będzie. Musimy dać o sobie znać, bo frakcje antyimigracyjne już zalewają Kongres listami protestującymi.

Agata Gostyńska-Frakt

Adwokat imigracyjny i rodzinny

Tel. (312) 644 8000

Adres: 100 W. Monroe, Suite 1705 Chicago, IL 60603

Jest to problem trudny dla każdego komu przychodzi się z nim mierzyć, a także powszechny, ponieważ jeżeli mamy dzieci, to musi nadejść kiedyś moment, kiedy nasze dzieci będą musiały odejść z domu. I nikt i nic nie jest w stanie tego powstrzymać.

Proces opuszczania domu rodzinnego przez dorastające dzieci zwykle bywa dla obu zaangażowanych stron, zarówno rodziców jak i dzieci, momentem skomplikowanym emocjonalnie i większość ludzi nie potrafi sobie z nim poradzić bez bólu i lęku. Czasem jest tak, że wręcz niemożliwe jest uniknięcie cierpienia, zdaje się, że jest ono wpisane w nasz ludzki los. Powszechnie sądzi się, że to głównie matki cierpią z powodu odchodzenia dzieci, że ojcowie znacznie lepiej radzą sobie w takich sytuacjach, przede wszystkim dlatego, że pochłania ich życie zawodowe i mniej czasu poświęcają zwykle swoim dzieciom. Prawdą jest, że problem odchodzenia dzieci z rodzinnego domu dotyczy nie tylko kobiet, chociaż głównie ich. Są też ojcowie, którzy również dolegliwie przeżywają rozstanie z ukochanym dzieckiem, tak że ten artykuł jest adresowany do rodziców boleśnie odczuwających rozstanie ze swoimi dziećmi. Dlaczego tak trudno przebrnąć przez ten moment życia? Dlaczego naturalny w końcu proces przysparza nam tylu zmartwień?

Moment opuszczenia domu przez dzieci powoduje poważną zmianę dotychczasowej sytuacji rodziny, sprawia, że musimy przystosować się do nowej sytuacji, nauczyć się żyć w nowych warunkach. Zwykle w tym okresie ujawniają się wszystkie braki dotychczasowego funkcjonowania rodziny, problemy więzi małżeńskiej oraz sprzeczne uczucia w nas samych. Z jednej strony rozumiemy, że jest to naturalny bieg życia, niby zawsze wiedzieliśmy, że dzieci kiedyś odejdą, w końcu cały czas je do tego przygotowywaliśmy, z drugiej strony jednak obawiamy się o ich przyszłość. Martwimy się jak sobie z tym wyzwaniem poradzą, jak się będą mogły obejść bez naszej opieki i wsparcia. Jak my będziemy mogli żyć bez nich.

Poważną trudnością tej sytuacji jest powszechne poczucie utraty, pustki, tak jakby nasze dziecko odchodziło na zawsze. Często nasze uczucia można porównać do tych, które odczuwamy, kiedy ktoś odchodzi ostatecznie z naszego życia, kiedy przeżywamy żałobę. Żałobie towarzyszy smutek i jest to emocja, która pojawia się wtedy, kiedy stracimy coś, co przedstawia dla nas wielką wartość, a co jest przeważnie nie do odzyskania. W smutku kumulują się uczucia lęku, złości, winy, żalu. Dlaczego jest nam tak trudno pogodzić się z odejściem naszych dzieci? Dlaczego tak cierpimy?

Matki, które przez wiele lat zajmowały się wyłącznie domem i wychowywaniem dzieci, oparły cały sens życia i poczucie własnej wartości na roli dobrej, oddanej matki, która wszystko poświęca swoim dzieciom, żyje niejako ich życiem. Odkrycie, że jest się już niepotrzebną w tej roli, powoduje poczucie utraty sensu życia, a co za tym idzie, własnej tożsamości. Osoba taka właściwie nie wie, kim jest. Jeśli nie matką, to kim? Osoby, których życie obracało się wyłącznie wokół rodziny, mają szczególne trudności w przystosowaniu się do nowej sytuacji, gdyż wraz z odejściem dzieci zniszczona zostaje centralna sfera ich aktywności życiowej, z której czerpały sens i cel swojej egzystencji. Okazuje się, że dla nich oprócz tej sfery nie istnieje nic, co byłoby równie ważne. Z powyższych rozważań wynikałoby, że kobiety, które mają inne obszary działania, np. ważną, satysfakcjonującą pracę, są uwolnione od cierpienia, związanego z nową sytuacją rodziny. Otóż niekoniecznie tak jest. Chociaż badania wykazują, że córki pracujących matek mają większą samoświadomość i lepiej przystosowują się do samodzielnego życia, to jednak matki, które nie poświęcały się wyłącznie dla bliskich i nie zrezygnowały z pracy zawodowej i innych zajęć poza domem (np. hobby) zwykle w tym czasie stawiają sobie trudne pytania: czy bycie matką i wykonywanie zawodu było utrzymane w dobrej proporcji, czy z powodu zajęć pozadomowych nie cierpiała rodzina, czy nie były zaniedbywane dzieci? Czy nie powinnam zrezygnować z pracy zawodowej, ponieważ najbardziej potrzebowały mnie dzieci, czy nie byłam zbyt wielką egoistką? Odpowiedzi na te pytania nie są zwykle dla nas korzystne. Najczęściej w takiej sytuacji pojawia się poczucie winy, że nie było się dobrą matką, że straciło się najlepsze lata, kiedy dzieci były małe i że jest to strata bezpowrotna. Takie dylematy miewają też ojcowie, ale w ich przypadku sprawa zwykle nie dotyczy pytania czy trzeba było zrezygnować z pracy, raczej czy nie trzeba było pracować mniej, więcej czasu poświęcając rodzinie.

Jak widać okres pożegnań z dziećmi jest też okresem mierzenia się z poczuciem winy, że nie było się dość dobrą matką czy ojcem, że nie dało się własnym dzieciom wszystkiego, co powinny były dostać. Szczególnie dolegliwe jest nasze poczucie winy wtedy, kiedy dziecko ma poważne problemy, np. nadużywa alkoholu czy narkotyków, jest w depresji, ma konflikt z prawem. Czujemy się wtedy odpowiedzialni za jego trudności, mamy przeświadczenie, że zawiedliśmy jako wychowawcy, odczuwamy porażkę jako rodzice, co jest często równoważne porażce całego naszego życia. Odejście dzieci z domu będzie w takiej sytuacji zdecydowanie utrudnione, czy wręcz niemożliwe, ponieważ najbardziej pragnie się zadośćuczynić własnemu dziecku wszystkie wyrządzone krzywdy i otoczyć je całkowitą opieką, naprawić popełnione błędy. Jest to bardzo trudna sytuacja w naszym życiu, kiedy to nie pozwalamy odejść z domu naszemu 25 czy 30-latkowi, trzymając go przy sobie kurczowo. Obwiniamy siebie, że z powodu naszej nieudolności wychowawczej nie potrafił w porę dojrzeć, a tym samym nie jest zdolny do samodzielnego życia. Nie chcemy dostrzec, że nasza nadopiekuńcza postawa jeszcze mu to utrudnia. Sytuacja taka wymaga bezwzględnie szukania specjalistycznej pomocy, ponieważ nasze uzależnieniowe nastawienie nie daje nadziei na poprawę, a na tym cierpimy nie tylko my, ale przede wszystkim nasze dziecko.

Jak radzić sobie w przypadku, kiedy uczucie smutku i żalu nie pozwala nam normalnie żyć? Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że dochodzenie do równowagi jest procesem, który przebiega w czasie, przechodząc kolejne fazy. Pierwsza z nich to nieakceptacja tego, co się stało, niechęć do konfrontacji, próby ratowania się przed uczuciem straty, zagubienie, chaos emocjonalny. Druga faza to sprzeczne uczucia, które odbieramy jako dolegliwe: miłość, wdzięczność, lęk, żal, złość, wina, troska. Fazie tej często towarzyszą zaburzenia somatyczne, brak apetytu (lub nadmierny apetyt), bezsenność, cierpiącego ogarnia wtedy poczucie całkowitej, nieodwracalnej straty i beznadziei. Nasilają się objawy depresji. Następna faza to okres powolnego godzenia się ze stratą, przywoływanie obrazu osoby, która odeszła, przeżywanie jeszcze raz czasu z nią spędzonego, analizowanie wszystkich popełnionych błędów i niedociągnięć i myślenie typu "co by było, gdybym". Kolejna faza to powolne dopuszczanie do siebie myśli o nowej organizacji życia już bez utraconego bliskiego. I ostatni etap to przede wszystkim szukanie swojej nowej tożsamości (bardziej autonomicznej), ponieważ dawna (matki lub ojca) przestała funkcjonować na dotychczasowych zasadach. Świadome przejście przez wszystkie te etapy daje nam możliwości na powrót do równowagi.

Jest to też moment wielkiej szansy na wzbogacenie naszego życie o nowe elementy, które do tej pory były wypierane przez rolę matki czy ojca. To prawda, że role rodziców są doniosłe w naszym życiu i dzieci są w nim naczelną wartością, ale też ważne, żebyśmy nie zapominali, że mamy jednak swoje własne życie do przeżycia, a nasze dzieci w tym samym czasie mają własne. Pozwólmy im, aby je przeżywały najlepiej, jak potrafią. Nie przysparzajmy im dodatkowych zmartwień, związanych z poczuciem winy, że nas opuszczają. Pozwólmy im odejść, ułatwmy im to naszą dojrzałą postawą. Nie zatrzymujmy ich, bo jest to dla nich zawsze niekorzystne. Każda sytuacja straty, każde rozstanie daje nowe możliwości (zarówno rodzicom, jak dzieciom) zastanowienia się nad swoim życiem, nad sobą, zadania sobie pytań, kim byliśmy, kim jesteśmy w tej nowej sytuacji, kim chcielibyśmy być. Dzięki odpowiedziom na te pytania możemy stać się bardziej niezależni, autentyczni, możemy zacząć szukać możliwości odbudowania nadwątlonych więzi z innymi ważnymi ludźmi w naszym życiu (np. współmałżonkiem, rodzicami, czy przyjaciółmi), możemy też szukać sposobności zajęcia się tym, co zawsze nas poruszało, a nigdy na to nie mieliśmy czasu, albo znaleźć takie zajęcie, które stanie się naszą pasją. I tak proces opuszczania domu rodzinnego przez dorastające dzieci, jak każdy trudny i bolesny okres, jest również wyzwaniem i szansą na głęboką refleksję nad sobą samym i swoim życiem, nad wszystkimi brakami i niedoskonałościami tego życia. Stwarza szansę na bardziej satysfakcjonującą przyszłość.

Grażyna Sobiczewska

terapeuta rodzinnym i małżeński.

Obecnie jest zaangażowana w Program Pomocy Rodzinie przy Family Counseling & Rehabilitation Center.

Tel.: 800 652 0005

Nasz cykliczny przewodnik po problemach prawa polskiego, z punktu widzenia osoby mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, postanowiliśmy w tym miesiącu poświęcić problematyce form czynności prawnych przewidzianych prawem polskim i konsekwencjom jakie niesie ze sobą przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej wraz z dniem 14 sierpnia 2005 roku do międzynarodowej Konwencji sporządzonej w Hadze, w dniu 5 października 1961 roku. W tym miesiącu nasi Czytelnicy dowiedzą się jakie formy czynności prawnych przewiduje prawo polskie i jakie są ewentualne konsekwencje dokonania czynności prawnej bez dochowania przewidzianej - przez prawo lub same strony - formy.

Definicja czynności prawnej

Czym jest tak zwana czynność prawna? W teorii prawa znajdziemy wiele definicji. Najczęściej pojęcie czynności prawnej definiuje się w ten sposób, iż jest to świadome i zgodne z przepisami prawa określone zachowanie ludzkie, które zmierza do wywołania skutków prawnych mocą odpowiednich oświadczeń woli, które składają się na treść czynności prawnej. Koniecznym elementem czynności prawnej jest co najmniej jedno oświadczenie woli.

Osobie, której pojęcia prawne są obce, zapewne ta definicja niewiele wyjaśnia, jednak aby ułatwić jej zrozumienie, trzeba wskazać, iż każdy z nas w życiu codziennym dokonuje szeregu czynności prawnych, często nie zdając sobie z tego sprawy. Codzienna wizyta w punkcie sprzedaży gazet, zwykle skutkuje zawarciem umowy kupna-sprzedaży, która jest niczym innym jak czynnością prawną. Czynnością prawną jest także m.in. sporządzenie testamentu, uznanie dziecka, zawarcie jakiejkolwiek umowy np. pożyczki, sprzedaży, zastawu. Można by w tym miejscu podać całą klasyfikację czynności prawnych i ich przykładów, gdyż jest to niezwykle szeroka kategoria.

Formy czynności prawnych

Forma czynności prawnej to w uproszczeniu sposób w jaki uzewnętrznia się czynność prawną. Czynność prawną można na przykład dokonać ustnie, ale także na piśmie. Niektóre czynności prawne, ze względu na ich szczególną wagę, wymagają zachowania którejś z bardziej "uroczystych" form, jak na przykład formy aktu notarialnego. W życiu codziennym, jak w naszym wcześniejszym przykładzie z zakupem gazety w kiosku, zwykle nie jest konieczne zachowanie którejkolwiek ze szczególnych sformalizowanych form czynności prawnych - wystarczy ustne (często dorozumiane) wyrażenie swojej woli.

Wymogi, jaka forma czynności prawnych winna być zachowana, mogą wynikać z wyboru samych stron (dla przykładu strony umowy umawiają się, iż zawierana pomiędzy nimi umowa wymaga zachowania formy pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi), ale także z wymogu ustawy (np. dla ważności umowy zobowiązującej do przeniesienia własności nieruchomości, zgodnie z artykułem 158 kodeksu cywilnego, konieczne jest zachowanie formy aktu notarialnego).

Konsekwencje niezachowania, określonej przez strony lub ustawę, formy czynności prawnej mogą być różnorakie, dlatego, po pierwsze, warto jest mieć świadomość jakie szczególne formy prawne przewidziane są w prawie polskim, a po drugie jakie są konsekwencje ich niezachowania.

Szczególne formy czynności prawnych przewidzianych

w prawie polskim

Przepisy dotyczące formy czynności prawnych, znajdziemy w Księdze Pierwszej, Tytule IV, Dziale III Części Ogólnej kodeksu cywilnego. Polska ustawa wymienia cztery formy szczególne czynności prawnych, są to:

I. forma pisemna

II. forma czynności prawnych (dokumentów) opatrzonych datą pewną

III. forma pisemna z podpisami notarialnie poświadczonymi

IV. forma aktu notarialnego

Dla zachowania formy pisemnej - zgodnie z artykułem 78 kodeksu cywilne-go - wystarcza złożenie własnoręcznego podpisu na dokumencie obejmującym treść oświadczenia woli, a w przypadku zawierania umów wystarcza wymiana dokumentów obejmujących treść oświadczeń woli, z których każdy jest podpisany przez jedną ze stron, lub dokumentów, z których każdy obejmuje treść oświadczenia woli jednej ze stron i jest przez nią podpisany. Z powyższej zasady wynika zatem, iż co do zasady dla zachowania tzw. "zwykłej" formy pisemnej wystarczy złożenie pod dokumentem własnoręcznego podpisu pod treścią dokumentu. Sama treść dokumentu nie musi być sporządzona własnoręcznie, może być to np. wydruk komputerowy. Ważny wyjątek, o którym pisaliśmy w jednym z wcześniejszych naszych artykułów do "Monitora", dotyczy testamentu. Tu istnieje wymóg własnoręcznego sporządzenia całego testamentu.

Zdarzają się przypadki, gdy ustawa uzależnia ważność lub określone skutki czynności prawnej od urzędowego poświadczenia daty. Takie poświadczenie jest skuteczne także względem osób nie uczestniczących w dokonaniu tej czynności prawnej - mówimy w takim przypadku o tzw. dacie pewnej. Zgodnie z art. 81 kodeksu cywilnego dokument ma datę pewną w przypadku, gdy:

- data czynności zostanie urzędowo poświadczona;

- fakt dokonania czynności zostanie stwierdzony w jakimkolwiek dokumencie urzędowym - od daty tego dokumentu;

- na dokumencie obejmującym czynność zostanie umieszczona jakakolwiek wzmian- ka przez organ państwowy, organ jednostki samorządu terytorialnego albo przez notariusza - od daty tej wzmianki;

- w razie śmierci jednej z osób podpisanych na dokumencie datę złożenia przez tę osobę podpisu na dokumencie uważa się za pewną od daty śmierci tej osoby.

Forma dokumentu pisemnego z podpisami notarialnie lub urzędowo poświadczonymi jest zachowana jeżeli urzędnik lub notariusz stwierdził na dokumencie własnoręczność podpisu danej osoby. Forma ta wymaga złożenia podpisu w obecności notariusza lub urzędnika. Dla przykładu zachowanie tej formy konieczne jest dla zbycia, wydzierżawienia przedsiębiorstwa albo ustanowienia na nim użytkowania.

Akt notarialny, to najbardziej rygorystyczna ze szczególnych form przewidzianych prawem polskim. Dla jej zachowania konieczne jest, aby akt notarialny spełniał szereg wymogów formalnych, z których najważniejsze to, aby był to dokument sporządzony w języku polskim i przez notariusza. Zachowanie tej formy wymagane jest przy szeregu czynności prawnych, o jednym z najbardziej doniosłych przykładów była mowa już wcześniej, gdy pisaliśmy iż dla ważności umowy zobowiązującej do przeniesienia właności nieruchomości konieczne jest zachowanie przedmiotowej formy. Co do zasady, także przy umowie darowizny, oświadczenie darczyńcy winno być złożone w formie aktu notarialnego, choć tutaj przepis artykułu 890 § 1 kodeksu cywilnego przewiduje istotny wyjątek, albowiem umowa darowizny, zawarta bez zachowania tej formy, staje się ważna jeżeli przyrzeczone świadczenie zostało spełnione. Przykładów czynności, dla których ustawodawca zastrzega rygor aktu notarialnego, jest cały szereg. Forma ta ma szczególne znaczenie przy prowadzeniu obrotu gospodarczego, jako że pojawia się bardzo często w przepisach kodeksu spółek handlowych.

Konsekwencje niezachowania

wymaganej formy

czynności prawnej

Konsekwencje niezachowania, wymaganej przez polskie przepisy prawne, formy czynności prawnej, mogą być rozmaite. Ustawodawca zdecydował się zastrzeć dla danej czynności formę szczególną z trzech zasadniczych powodów: dla celów dowodowych (ad probationem), dla wywołania określonych skutków prawnych (ad eventum), wreszcie w określonych przypadkach pod rygorem nieważności (ad solemnitatem) - co oznacza, iż niezachowanie zastrzeżonej formy będzie skutkowało nieważnością takiej czynności prawnej i jest to najdalej idąca konsekwencja niezachowania szczególnej formy czynności prawnej.

W przypadku zastrzeżenia przez ustawodawcę formy pisemnej dla określonej czynności prawnej, co do zasady czynność dokonana bez zachowania takiej formy będzie ważna, chyba że ustawodawca wyraźnie przewidział rygor jej nieważności. Domniemuje się zatem, iż ustawodawca zastrzega formę pisemną jedynie dla celów dowodowych (rygor ad probationem), co ma takie konsekwencje, że niezachowanie formy pisemnej nie skutkuje co prawda jej nieważnością, ale wywołuje szereg komplikacji dowodowych w przypadku dojścia pomiędzy stronami do sporu - problem udowodnienia czy dana czynność w ogóle pomiędzy stronami doszła do skutku i jaka faktycznie była treść ustaleń umownych.

Odmiennie kształtuje się powyższa zasada w przypadku innych niż forma pisemna form szczególnych. Tu, zgodnie z artykułem 73 § 2 kodeksu cywilnego, domniemuje się, że niezachowanie przewidzianej przez polskie przepisy formy czynności prawnej skutkuje jej nieważnością (rygor ad solemnitatem), chyba że zachowanie formy szczególnej jest zastrzeżone jedynie dla wywołania określonych skutków czynności prawnej (rygor ad eventum). Tak więc, jeżeli ustawodawca przewiduje, iż dla dokonania określonej czynności prawnej konieczne jest na przykład zachowanie formy pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi, niezachowanie tejże formy skutkuje nieważnością takiej czynności prawnej. Są jednak przypadki, w których sama czynność prawna, pomimo niezachowania innej niż forma pisemna formy szczególnej, będzie ważna, a jedynie nie będzie wywoływać określonych skutków prawnych. W tym miejscu można posłużyć się przykładem przedwstępnej umowy sprzedaży nieruchomości. Co do zasady umowa taka dla swej ważności nie musi być zawarta w formie aktu notarialnego, jednak fakt zawarcia jej w innej formie ma wpływ na jej skuteczność. Zgodnie bowiem z treścią artykułu 390 § 2 kodeksu cywilnego, tylko w przypadku zachowania formy aktu notarialnego, strona uprawniona może dochodzić zawarcia umowy przyrzeczonej (tzw. skutek silniejszy). W przypadku zawarcia przykładowej umowy w innej niż akt notarialny formie, umowa taka wywoła jedynie skutek słabszy, polegający na tym, że w razie nie dojścia do skutku umowy przyrzeczonej, kontrahent może żądać z tego tytułu jedynie odszkodowania, nie może natomiast dochodzić zawarcia umowy przyrzeczonej. Zachowana jest więc ważność umowy, natomiast nie wywołuje ona określonych skutków prawnych.

Powyżej opisaliśmy konsekwencję jakie ustawodawca przewiduje w przypadku niezachowania formy szczególnej przewidzianej przez samą ustawę. Jak zaznaczyliśmy wcześniej, także same strony umowy mogą przewidzieć, iż określona czynność prawna między nimi powinna być dokonana w szczególnej formie i określić rygor jej niezachowania. Co do zasady, jeżeli strony zastrzegły określoną formę czynności prawnej, to do czynności dochodzi jedynie w przypadku zachowania takiej formy. Równocześnie jednak, jeżeli strony zastrzegły dokonanie czynności w formie pisemnej, nie określając skutków jej niezachowania, domniemywa się, że była to forma zastrzeżona wyłącznie dla celów dowodowych. O konsekwencjach takiego stanu rzeczy, pisaliśmy wcześniej. Należy także pamiętać o istotnym wyjątku w przypadku przedsiębiorców. W przypadku profesjonalistów, jeżeli umowa określa formę, nie wskazując sankcji za jej niedochowanie, niezachowanie skutkuje nieważnością czynności.

Szymon Gostyński

Adwokat, założyciel Kancelarii Adwokackiej Szymon Gostyński. Specjalizuje się

w zagadnieniach prawa cywilnego

oraz prawa gospodarczego.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Amerykańskie obywatelstwo bywa przyjmowane dla wygody albo w dowód patriotyzmu. Rzadko kto jednak podejmuje się naturalizacji z powodów finansowych. Powodem jest fakt, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że brak obywatelstwa może ich drogo kosztować.

Wszyscy znamy podstawowe korzyści wynikające z przyjęcia obywatelstwa. Wiemy, że obywatel może głosować, wyjeżdżać za granicę na nieograniczony czas, podjąć każdą pracę, szybciej sponsorować rodzinę, że w zasadzie nie jest zagrożony deportacją. Oto finansowe korzyści wynikające z naturalizacji.

Ile emerytury straci

nieobywatel - emeryt

Emerytury zakładowe nie rozróżniają między obywatelami i nieobywatelami. Inaczej jest z emeryturami czy rentami Social Security.

Obywatele Stanów Zjednoczonych mogą pobierać czeki Social Security za granicą niezależnie od tego, jak długo tam pozostaną. Czeki nie mogą być tylko wysyłane do Albanii, Północnej Korei, Kuby, Kambodży i Wietnamu i byłych republik Związku Radzieckiego. Jeżeli jesteś obywatelem Stanów Zjednoczonych, świadczenia Social Security mogą być wstrzymane na czas twego pobytu w jednym z tych krajów i wypłacone po twoim powrocie. Jeżeli jesteś stałym rezydentem Stanów Zjednoczonych, nie otrzymasz świadczeń Social Security za czas twego pobytu w tych krajach, mimo że spełniasz wszystkie inne wymagania.

Stali rezydenci: Nie będąc obywatelem USA, ale będąc obywatelem Polski (czy wielu innych krajów, z którymi Stany mają stosowne umowy) możesz również otrzymywać czeki Social Security w Polsce (jakkolwiek pomniejszone), jeżeli to TY jesteś emerytem (rencistą). Jeżeli pobierasz Social Security na czyjeś konto, to świadczenia Social Security możesz stracić (patrz poniżej).

Uwaga: Jeżeli nieobywatel zgłosi wyjazd do Polski, to Urząd Social Security zacznie mu potrącać 25.5% stałego podatku (flat tax, ściślej mówiąc - 30% od 85% świadczeń, co daje 25.5%). Potrącenie to bywa przedmiotem międzynarodowych umów USA z poszczególnymi krajami. 25.5-procentowego podatku nie otrzymamy z powrotem, nawet jeżeli rozliczymy się z podatków w Stanach Zjednoczonych.

Wniosek: Nieobywatel-emeryt straci 25.5% swojej emerytury Social Security, jeżeli wróci do Polski. To powinno stanowić dodatkowy powód do przyjęcia amerykańskiego obywatelstwa.

Ile świadczeń traci

rodzina emeryta

Jeżeli pobierasz świadczenia na konto małżonka jako małżonek, były małżonek czy wdowa/wdowiec i planujesz wrócić do Polski, to dobrze się zastanów.

Obywatele mogą dostawać świadczenia rodzinne czy wdowie bez przeszkód niezależnie od tego, czy mieszkają w Stanach czy za granicą.

Nieobywatele otrzymujący świadczenia na czyjeś konto (małżonka, rodzica, byłego małżonka czy zmarłego małżonka) mogą w Polsce pobierać świadczenia tylko przez pół roku. Po 6 miesiącach ich renta zostanie wstrzymana. Będą musieli przyjechać do USA na okres pełnego miesiąca kalendarzowego, aby po wyjeździe poza USA ponownie przysługiwały im świadczenia.

Istnieje jeszcze jedno ograniczenie. Jeżeli nie jesteś obywatelem USA i chcesz pobierać świadczenia Social Security za granicą na czyjeś konto (jak ma to miejsce w przypadku żon, dzieci, sierot, wdów), to musisz dodatkowo spełnić pewne warunki. Mianowicie powinieneś był mieszkać w USA co najmniej przez 5 lat, w czasie których powinien był istnieć związek, na podstawie którego otrzymujesz emeryturę czy rentę. Na przykład, ażeby dostawać w Polsce świadczenie po zmarłym małżonku, powinieneś być w związku małżeńskim przez 5 lat mieszkając na terenie USA. Jeżeli dzieci nie spełniają tego wymogu, wystarczy, że spełnia go jeden z rodziców. Wymóg ten nie dotyczy osób upoważnionych do świadczeń przed 1 stycznia 1985 roku.

Wniosek: Żony/mężowie, dzieci, sieroty, wdowy/wdowcy nie mający obywatelstwa, którzy przeniosą się do Polski na stałe, stracą prawo do renty Social Security.

Ile straci nieobywatel

na podatkach spadkowych

Wielu czytelników może dojść do wniosku, że jeżeli nie zamierzają przenieść się do Polski, to brak obywatelstwa nie ma dla nich znaczenia. Czy na pewno?

Przepisy podatkowe są tak napisane, by utrudniać odpływ majątku za granicę. Barierą mają być wyższe podatki od spadku dla nieobywateli (estate tax) i od darowizny (gift tax).

Obywatele: Małżonkowie będący obywatelami mogą zostawić sobie dowolne kwoty pieniędzy i nie być opodatkowani. Zwolnienie to nazywa się unlimited marital deduction. Dzięki niemu małżonkowie-amerykanie mogą dziedziczyć nawet olbrzymie majątki bez konsekwencji podatkowych.

Nieobywatele: Jeżeli małżonek pozostający przy życiu nie jest obywatelem, to zmarły może skorzystać tylko z odpisu w wysokości ulgi spadkowej obowiązującej w danym roku (personal estate deduction). Przepisy spadkowe są nieco skomplikowane, a limity zmieniają się co roku.

Przykład: Państwo Kowalscy mają własny dom jednorodzinny, kilkurodzinną kamienicę i pewną kwotę w banku. Ich dorobek wynosi np. $1.3 mln i cały jest trzymany na nazwisko pana Kowalskiego. Jeżeli pani Kowalska nie jest obywatelką amerykańską, a mąż zostawił jej wszystko, to masa spadkowa będzie musiała zapłacić podatek spadkowy od kwoty przekraczającej ulgę spadkową w danym roku. Jeżeli ulga wynosi $1 mln (tyle ma wynosić w roku 2011 i później), to podatek spadkowy od $300,000 ($1.3-$1 mln) wyniesie ponad sto tysięcy dolarów. Jeżeli pani Kowalska nie ma w banku takiej kwoty, to przyjdzie jej sprzedać któryś z domów, by uregulować podatkową należność. Jeżeli sprzeda kamienicę, to pozbawi się strumienia dochodu, który miał jej zabezpieczyć stare lata. I cały ten wydatek i kłopot tylko dlatego, że zaniedbała przyjęcia obywatelstwa.

Jeżeli ktoś uważa, że ominie przepisy przez danie małżonkowi darowizn za życia, to jest w błędzie. Choć małżonkowie-obywatele mogą przenosić majątek między sobą bez ograniczeń, darowizny dla małżonka-nieobywatela są ograniczone.

Wniosek: Zamożne małżeństwa powinny dokonać starannego planowania spadkowego, szczególnie jeżeli któreś z nich ma zieloną kartę. Brak obywatelstwa może ich kosztować setki tysięcy dolarów. Radzę spytać prawnika o Qualified Domestic Trust.

Ile stracisz odwlekając

złożenie wniosku o naturalizację

Jeżeli planujesz zdobycie obywatelstwa, to pora na działanie jest teraz. Istnieją po temu dwa powody.

Po pierwsze, za parę tygodni opłaty za wniosek o naturalizację mają wzrosnąć z $330 do planowanej kwoty $595, a za odciski palców z $70 do $80. Dla rodziny to znaczny wydatek.

Po drugie, od 1 stycznia 2008 roku trudniejszy stanie się egzamin naturalizacyjny. Pilotowy program zaczął się od 1 stycznia 2007 roku w dziesięciu miejscach: Albany, New York; Boston, Massachussets; Charleston, South Carolina; Denver, Colorado; El Paso, Texas; Kansas City, Missouri; Miami, Florida; San Antonio, Texas; Tucson, Arizona i Yakima w stanie Washington. W rejonach tych wnioskodawca może wybrać pomiędzy starym i nowym egzaminem. Jeżeli ktoś nie jest w stanie zdać nowego egzaminu, to może wziąć stary.

Nowe standaryzowane testy na obywatelstwo mają zapewnić taki sam stopień trudności w całym kraju. Kandydaci otrzymują materiały pomocnicze (study guides), aby wiedzieć, czego się spodziewać. Oprócz tego, nowe pytania mają kilka wersji odpowiedzi i koncentrują się bardziej na zrozumieniu niż mechanicznym zapamiętaniu.

Pilotowy program zaczął się od 144 pytań z dziedziny historii i państwowości oraz 35 zdań do czytania i 35 do pisania. Tematem są zasady amerykańskiej demokracji, system rządowy i prawny, prawa i obowiązki, amerykańska historia i geografia. Połowa tych pytań jest wzięta ze starego testu. Książka Obywatelstwo z przeszkodami zawiera nowe pytania. Finałowy egzamin będzie miał 100 pytań, dobranych na podstawie wyników pilotowych egzaminów.

Wniosek: Jeżeli opóźnisz złożenie wniosku o obywatelstwo, zapłacisz więcej, a test będzie trudniejszy.

Czy kwalifikujesz się do naturalizacji?

Dla większości osób proces naturalizacji nie sprawia problemów. Ale warto wiedzieć, że otrzymanie obywatelstwa to nie formalność. Jest to przywilej, który może być odmówiony z wielu przyczyn: kryminalnej przeszłości, zbyt długiego pobytu za granicą, zerwania kontaktu ze Stanami, niepłacenia alimentów i wielu innych powodów. Co gorsze, niekiedy grzechy przeszłości powodują, że wnioskodawcy zamiast obywatelskiego certyfikatu otrzymują… nakaz deportacji.

W czasie procedury naturalizacji potknąć się może nawet ktoś o nieposzlakowanym charakterze wskutek niewiedzy (np. nieświadome korzystanie z podrobionych dokumentów, udział w wyborach), zaniedbania pewnych formalności (np. przegapienie rejestracji do służby wojskowej), czy niefortunnego wydarzenia.

Jeżeli masz jakieś powody od obaw, skonsultuj się z prawnikiem imigracyjnym zanim złożysz wniosek o naturalizację.

Elżbieta Baumgartner

jest autorką wielu książek - poradników.

Tel.: (718) 224 3492,

Adres: 255 Park Lane, Douglaston, NY 11363

www.PoradnikSukces.com

Na podstawie ilości otrzymywanych telefonów, wnioskuję że temat rozmnażania jest jednym z najbardziej popularnych wśród nas, miłośników psów. Ogromna większość moich rozmówców jest osobami prawdziwie kochającymi psy i tylko brak podstawowej wiedzy, a nie złe chęci sprawiają, że myślą oni o rozmnażaniu psów.

Na wstępie chciałbym przytoczyć kilka faktów:

v Każdego roku kilka milionów zwierząt zostaje uśpionych w amerykańskich schroniskach wobec braku możliwości znalezienia im domów.

v Gazety przepełnione są ogłoszeniami o sprzedaży szczeniąt.

v Ku mojemu zdziwieniu, prawo zezwala na istnienie sklepów zoologicznych sprzedających masowo wątpliwej jakości szczenięta.

Powyższe trzy punkty uświadamiają nam o oczywistym stanie rzeczy : W Stanach Zjednoczonych, tak jak we współczesnym świecie istnieje olbrzymia nadpopulacja psów. Nie ma absolutnie szans, aby przy obecnej sytuacji choćby połowa psów w potrzebie znalazła domy. Jeśli tak, to po co rozmnażać? Naturalnie powodu do tego nie ma. Powiem więcej, jeśli odrzucimy "garstkę" najwyższej klasy psów wystawowych, rozmnażanie całej reszty jest po prostu nieetyczne: Rozmnażając, dokładamy "swoje cegiełki" do tych milionów niechcianych psów, z których znaczna część zostanie potem uśpiona. Myślę, że powyższy wywód powinien być wystarczający do zniechęcenia Was - Drodzy Czytelnicy, do prób rozmnażania psów. Jeśli nie, proponuję czytać dalej...

Oto prawdziwa historia, która, jak sądzę, jest doskonałą ilustracją typowego schematu jeśli idzie o rozmnażanie:

Z racji swojej pracy mam do czynienia z wieloma właścicielami psów. Jakieś czas temu rozmawiałem z właścicielami suki Rottweilera, którzy postanowili ją rozmnożyć. Próbowałem im odradzić, tłumacząc, że znalezienie dziesięciu ("strzeliłem", lecz udało mi się przewidzieć liczbę szczeniąt w miocie) odpowiednich domów dla szczeniąt będzie graniczyło z cudem, lecz naturalnie wcale mnie nie chcieli słuchać. Ich suka zupełnie nie nadawała się do tego celu. Była w sensie wystawowym brzydka, chodziła nieprawidłowo. Niestety, nie był to największy problem. Jeszcze bardziej rażąca byłą niewiedza właścicieli, którzy nigdy w życiu nie byli na wystawie, i po prostu nie mięli nawet pojęcia jak rasowy Rottweiler powinien wyglądać. Najbardziej rażące były zaniedbania w dziedzinie zdrowia. Suka miała nie prześwietlone stawy biodrowe, łokcie, ani nawet nie badane oczy. Nie spodziewam się, aby jej parter był lepszy, gdyż choćby trochę oświecony właściciel porządnego psa nigdy nie zgodziłby się na krycie takiej suki. Właściciele nawet nie zadali sobie trudu, aby przeczytać bodaj jedną książkę na temat rozmnażania psów. Kiedy urodziły się szczenięta regularnie "wyciągali" sukę z "gniazda" na spacer do sklepu, wpędzając ją w stres spowodowany odsunięciem od szczeniąt w początkowym okresie karmienia. Przychodzili również do mnie pytać się o najbardziej podstawowe rzeczy, nie zadając sobie nawet trudu zgłębienia tematu. Odpowiadałem cierpliwie, rozumując że skoro już te szczenięta są, to należy im pomóc. Właściciele, licząc na potencjalne zyski, oszczędzali również na regularnych wizytach u weterynarza. Szczenięta nawet nie zostały na czas odrobaczone! Po kilku tygodniach, w ciągu których szczenięta były zaniedbane, gdyż właściciele-rozmnażacze nie wiedzieli, że trzeba na te 8 tygodni zwolnić się z pracy, ponownie do mnie przyszli prosząc "o znalezienie kupców na śliczne szczeniaki" (przytaczam cały zwrot dosłownie). Zdecydowanie odmówiłem. Nigdy nie dołożyłbym swojej ręki do podobnego procederu, który nie ma nic wspólnego z rozmnażaniem psów rasowych. Nie mógłbym także nikomu uczciwie polecać szczeniąt z takiego miernego źródła. Po nieustających poszukiwaniach udało się powyższym osobom znaleźć domy dla trzech szczeniąt. Naturalnie zamiast spodziewanych zarobków finansowych oddali je darmo, szczęśliwi że ktoś w ogóle je chciał. Wobec planów pozostawienia jednego szczenięcia, pozostało jeszcze sześć (!!!) szybko rosnących szczeniąt, które dewastują obecnie wnętrze domu. Taka jest sytuacja na dzień dzisiejszy, przy czym teraz już szczenięta są do oddania za darmo. Pomimo tego, chętnych do ich adopcji nie ma, gdyż niezależnie od ceny, niewiele osób jest przygotowanych na posiadanie psa, a w szczególności takiego o rozmiarach Rottweilera. Właściciele miotu "drą włosy z głowy" zadając sobie pytanie; Co z nimi zrobić? Liczni przyjaciele, którzy wcześniej deklarowali wzięcie szczeniąt, wycofali się po ich narodzinach. W miarę upływu czasu, szansa na znalezienie im domów będzie jeszcze mniejsza: Nikt nie chce podrośniętego, lecz niewychowanego szczeniaka! No cóż, życzę rozmnażaczom powodzenia, choć współczuję nieco przyszłym właścicielom licznych kłopotów, spowodowanych zaniedbaniami we wczesnym okresie życia piesków!

Powyższa historia jest, jak sądzę, dobrą ilustracją tego jak wygląda przypadkowe rozmnażanie przez osoby nie traktujące tego serio. Na skutek podobnych rozmnażań sekcje ogłoszeniowe lokalnych gazet wypełnione są niezliczoną ilością ogłoszeń o sprzedaży "psów rasowych". Ponieważ w Ameryce, w przeciwieństwie do reszty świata, nie jest wymagana kontrola hodowlana oraz wystawianie psów przed rozmnażaniem, wiele z takich przypadkowych miotów ma nawet rodowody, dodatkowo ogłupiając nabywców.

Rozmnażanie psów to ogromna odpowiedzialność, wyrzeczenia, wysiłek i przeważnie straty materialne. Wiedząc o tym wszystkim miałem w swym życiu trzy mioty, choć kynologią zajmuję się już 27 lat. Jestem gotów szczerze pomóc, każdemu kto chce poważnie myśleć o "kynologicznej przygodzie", pod warunkiem jednak, że wszystko będzie robione poprawnie.

Dla zainteresowanych podaję listę warunków, które muszą zostać spełnione, aby można myśleć o rozmnażaniu psów w sposób cywilizowany:

1. Należy zacząć studiować wybraną rasę zanim zdecydujemy się na nabycie suki. Zostać aktywnym członkiem klubu rasy, czytać i oglądać wszystko co możliwe.

2. Nauczyć się standardu rasy

3. Odwiedzić szereg wystaw, najlepiej specjalistycznych, obserwując najlepsze psy

4. Starannie wybrać hodowcę, a następnie zamówić sukę (lub psa) jakości wystawowej (a więc i do ewentualnego rozmnażania). W miarę możliwości oboje rodzice powinni mieć prześwietlone stawy, (szczególnie istotne w obrębie psów ras dużych).

5. Dokonać ponownej ewaluacji psiaka po upływie 10 miesięcy życia, z pomocą doświadczonych kolegów znających rasę, aby upewnić się czy z obiecującego szczenięcia wyrósł równie obiecujący pies.

6. Zacząć psa wystawiać, odwiedzać zwłaszcza wystawy specjalistyczne rasy. Zwycięstwa wystawowe będą podkreślały wysoką jakość czworonoga, jeśli zaś jest on zawsze, zdaniem sędziego, jednym z najsłabszych psów w swojej klasie, nie kwalifikuje się do przyszłego rozmnażania.

7. Prześwietlić suce stawy biodrowe, łokcie, sprawdzić oczy po upływie drugiego roku życia. Zrobić testy na choroby typowe dla rasy, jeśli takie choroby istnieją. Obserwować zdrowie, a nade wszystko charakter psa.

8. Ponieważ to wszystko zajmie około 3 lat, a nawet może 4 lat, będziemy już mieć jakie takie pojęcie jak powinien wyglądać idealny pies naszej rasy. Przy pomocy bardziej doświadczonych kolegów oraz pod warunkiem spełnienia wszystkich powyższych wymogów możemy pomyśleć o miocie. Przyjmuje się, że jeśli sami nie planujemy pozostawienie sobie najlepszej suki z miotu, to nie ma sensu rozmnażać.

9. Należy starannie wybrać psa - samca do naszej suki. Jeśli chcemy naprawdę dobrego reproduktora, obszar poszukiwań nie powinien ograniczać się do granic naszego stanu, czy nawet kraju.

10. Na tym etapie powinniśmy już mieć kilka osób, żywo zainteresowanych naszymi szczeniętami. Koledzy z klubu, a zwłaszcza właściciel psa - reproduktora pomogą nam w znalezieniu następnych właścicieli. Należy z każdym indywidualnie porozmawiać, spraw- dzić czy są to odpowiedni ludzie, mający czas do należytego wychowania szczeniaka.

11. Poprosić wszystkich zainteresowanych o depozyty pieniężne na szczenięta. Jest to jedyny niezawodny test pozwalający odkryć, czy rzeczywiście myślą poważnie.

12. Na czas posiadania miotu należy zwolnić się z pracy na 8 tygodni lub zatrudnić pewną osobę, która będzie pilnowała miotu przez 8 tygodni.

Po tych ośmiu tygodniach obfitujących w nieprzespane noce oraz bardzo wczesne wstawanie, możemy wreszcie po odejściu szczeniąt mieć satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku.

Po uważnym przeczytaniu powyższych punktów z pewnością każdemu z nas nasunie się na usta pytanie: CZY WARTO? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista i prosta: Absolutnie NIE WARTO, chyba że jesteśmy prawdziwymi miłośnikami gotowymi do licznych wyrzeczeń dla naszej ukochanej rasy.

George C. Urbański

jest specjalistą w dziedzinie kynologii

oraz hodowcą psów. Publikuje artykuły w magazynach kynologicznych w wielu

krajach. Zajmuje się szkoleniem

psów i konsultacjami.

Tel. 847 885 7946

Od kilku lat mówi się o zmierzchu książki w tradycyjnym papierowym wydaniu i spadku czytelnictwa.

Jednocześnie powstają kolejne biblioteki i księgarnie, a te od dawna istniejące też jakoś nie zamierają.

Jak te nowe trendy odbijają się na polonijnym rynku księgarskim? O wypowiedzi poprosiłam właścicieli kilku polskich księgarni w Chicago.

Mira Puacz

Księgarnia "Polonia":

- Nie wróżę książce klęski. Niemożliwe jest bowiem, żeby ludzie przestali czytać, czy przestali pisać autorzy. Nie wyobrażam sobie także czytania książki na ekranie monitora. Komputer służy doskonale do wyszukiwania informacji, ale nie do czytania książek, zwłaszcza powieści. Dobrze natomiast sprawdzają się elektroniczne słowniki, encyklopedie, wszelkie poradniki.

Książka stała się teraz towarem luksusowym, a nigdy przecież nie była towarem pierwszej potrzeby. Poza tym książkę można wypożyczyć. Kiedy widzę, jakie sterty książek ludzie wynoszą z bibliotek, to napawa mnie dużym optymizmem. Pojawiło się także wiele nowych kanałów dystrybucji. Książki są sprzedawane w księgarniach internetowych. Można je kupić - jak w Polsce - w supermarketach czy nawet w kioskach z gazetami. Tak więc może nie los książki, a księgarni stoi pod znakiem zapytania.

Pani księgarnia działa już od 1969 roku. W tym czasie zmienił się w Polsce ustrój i zmieniła się sama Polonia. Jak te przeobrażenia uwidoczniły się na działalności księgarni?

- Kiedy przyjechałam do Chicago 32 lata temu, w księgarni mieliśmy przede wszystkim zupełnie inne książki. Bardzo ważną grupę stanowiły wydawnictwa emigracyjne, które teraz prawie się nie liczą.

A wtedy sam "Instytut Literacki" z Paryża wydawał kilkanaście tytułów rocznie. Wszyscy Polacy, którzy tu przyjeżdżali, rzucali się na te publikacje, ponieważ w Kraju były one zakazane i niedostępne. Przyciągały one czytelników jak magnez. Ludzie tymi książkami żyli, dyskutowali, przychodzili do księgarni, bo czuli tu cząstkę wolnej Polski. Teraz nastały lata względnej stabilizacji, w związku z tym nie ma potrzeby sięgania po książki, które miałyby jakieś znaczenie aluzyjne. Dziś sprawy polityczne w Polsce nie wywołują już takiego masowego zainteresowania. Ludzie potrzebują odprężyć się po pracy, dlatego sięgają po lżejsze pozycje

Co teraz Polacy w Chicago czytają?

- Czytają i kupują wszystko. Aczkolwiek ogromne zapotrzebowanie jest na książki sensacyjne, niezbyt wysokich lotów romanse i na różnego rodzaju poradniki, jak sobie pomóc. Dużym powodzeniem cieszą się tytuły, takie jak "Moc twojej podświadomości" czy "Siła twojego umysłu". W 90 procentach są to tłumaczenia z literatury amerykańskiej. Pewnie w Polsce te pozycje też są popularne, bo bardzo dużo się ich wydaje.

Lata pokoju może sprawiają, że człowiek bardziej koncentruje się na sobie i sięga po lżejszą literaturę. Nasze tragedię narodowe mobilizowały ludzi do wkraczania w literaturę głębszą, bardziej problemową, w której częściej była mowa o narodzie niż o jednostce. Dzisiaj głównie czyta się "do poduszki". Klienci często proszą o "coś lekkiego". Obecnie jest wiele pisarek w Polsce, które tworzą takie powieści, jak Katarzyna Grochola, Monika Szwaja czy Izabela Sowa. Autorki te piszą o zwyczajnych, codziennych problemach współczesnego człowieka. Ciekawym zjawiskiem są również książki sensacyjne i kryminały, których przedtem nie było, bo nie mieliśmy tradycji tych gatunków w literaturze polskiej.

Uważam, że każdy człowiek, który czyta, nawet jeśli nie jest to literatura najwyższych lotów, nabiera pozytywnego nawyku. Zawsze jest szansa, że potem, kiedy dojrzeje intelektualnie, przeczyta coś ambitniejszego.

Czy spadła sprzedaż książek w księgarni?

- To nie jest jakaś wielka różnica. Od początku działalności sprzedawaliśmy książki bezpośrednio w księgarni i przez katalog. W ciągu tych lat udało nam się stworzyć listę klientów, którą zresztą wciąż rozbudowujemy. Teraz sprzedaż w księgarni uległa zmniejszeniu, zwiększyła się natomiast sprzedaż wysyłkowa. Sporo sprzedajemy do bibliotek. W ostatnim okresie pojawiło się wiele nowych działów polskiej książki czy nawet polskich bibliotek, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale również w Kanadzie, Australii czy w Wielkiej Brytanii. To jest warte odnotowania zjawisko. Kultura polonijna w Anglii już zanikała, a teraz w związku z napływem imigrantów z Polski, zaczął się tam niesamowity boom. Nawet dziwię się, że Brytyjczycy kupują u nas książki, skoro Polskę mają pod nosem, ale twierdzą, że tam się z nikim nie mogą porozumieć. Doszła do tego sprzedaż przez internet.

Z pewnością mogę natomiast powiedzieć, że zmniejszyła się sprzedaż bezpośrednia w księgarni.

Jakie czynniki na to wpływają?

- Przed trzydziestoma laty byliśmy jedyną księgarnią, i to nie tylko w Chicago, ale w ogóle na terenie całych Stanów Zjednoczonych. A teraz jest kilka takich księgarni, więc naturalnie ludzie chodzą tam, gdzie jest im bliżej i wygodniej. Tym bardziej, że zmniejszyła się liczba osób, które mogą kupować polskie książki. Odchodzą nasi czytelnicy - i to jacy! - z powojennej emigracji. A nawet jeśli jeszcze żyją, to już nie mogą czytać. Dzieci polskich emigrantów często już nie czytają po polsku. A nie ma napływu nowej emigracji, i już nie będzie. Ten rozdział trzeba zamknąć. Uważam, że czytelnictwo polskiej książki w Stanach Zjednoczonych na pewno będzie się kurczyć.

Niegdyś przybywający do Chicago Polacy bardzo często kierowali pierwsze kroki do księgarni, żeby kupić słownik języka angielskiego czy podręcznik do nauki języka. Wówczas słowik był główną książką, którą sprzedawaliśmy. Teraz nie trzeba kupować słownika czy encyklopedii, bo można je znaleźć w Internecie. A jeśli ktoś kupuje, to przecież nie co miesiąc czy nawet co rok - często jest to jeden egzemplarz na całe życie.

Teraz pojawiła się masa polskich kolorowych pism, które odebrały książkom czytelników. Natomiast młodzież zamiast lektur czyta bryki. Poza tym Polacy nauczyli się walczyć o swoje prawa. Idą do biblioteki i mówią: Co? Tu nie ma polskich książek? Niegdyś byliśmy bardziej zahukani, a teraz potrafimy się postawić.

Wydaje mi się, że w tej chwili mniejsza liczba osób może sobie pozwolić na zakup książek. Książki stały się bardzo drogie, a ceny książek polskich szczególnie poszły w górę. Wiele książek, i to nawet w papierowej okładce, w Polsce kosztuje w przeliczeniu 10 dolarów, a my to przecież musimy jeszcze przywieźć. Opłaty za transport znacznie w ostatnich latach wzrosły. Ceny determinują sprzedaż. Klient kupuje trzy książki w papierowej okładce i płaci 50 dolarów. To jest jednak bardzo dużo i wielu osób nie stać na ten wydatek. Dla księgarza też sytuacja nie jest korzystna.

Ale nie ma pani zamiaru zamknąć księgarni?

- Mogę tylko powiedzieć, że cieszę się, iż nie mam czterdziestu lat, tylko trochę więcej.

???

- Cieszę się, bo mając czterdzieści lat i przed sobą 25 lat życia zawodowego w tym biznesie, byłoby mi bardzo ciężko. Chciałabym, żeby sprzedaż książek wzrastała, ale to niestety nie jest towar pierwszej potrzeby. Na pewno wszystkim księgarzom pomogłoby, gdyby było więcej polskich książek w języku angielskim, a niestety wydawnictwa tego nie robią i proponują nam wciąż te same tytuły. Ile razy można kupować książkę pt. "Poland", gdzie są te same obrazki? Może trzeba by o Polsce trochę inaczej napisać, ale tym widocznie nikt się specjalnie nie interesuje.

A literatura polska? Jak się sprzedają np. książki Ryszarda Kapuścińskiego?

- Sprzedaję sporo jego książek, ale - co znamienne - większość w tłumaczeniu na angielski; musiałam nawet zrobić drugie wielkie zamówienie. Natomiast po polsku... Nie wydaję mi się, żeby był taki rozrywany. Kapuściński to była w literaturze polskiej postać wyjątkowa. Żal wielki, że już go nie ma i żadnej książki nie napisze.

Zaraz po śmierci Jana Pawła II, sprzedaliśmy wszystkie książki Papieża , a także wszystkie, które o Nim napisano. A teraz zainteresowanie nimi osłabło. Jedynie "Świadectwo" ks. kardynała Stanisława Dziwisza od początku dobrze się sprzedaje. Może my zawsze potrzebujemy jakichś motywacji, wielkich wydarzeń, emocji...

Podsumowując mogę powiedzieć, że Polacy czytają książki. To nie jest społeczność, która nie czyta. Teraz jednak mają więcej możliwości. Mogą wypożyczać książki i prawdopodobnie wielu z nich nie stać na kupowanie. Zmniejszyło się nie czytelnictwo, tylko zmniejszyły się zakupy książek.

Zbigniew Kruczalak

Dom Książki D&Z:

- Ostatnio Biblioteka Narodowa opublikowała wyniki badań, które mówią, że od 2005 roku dwa miliony Polaków w ogóle przestało czytać, i to nawet książki kucharskie czy poradniki. Aż trudno w to uwierzyć, zwłaszcza że istnieje ogromna grupa osób, które tylko incydentalnie sięgają po książkę. My tak naprawdę pracujemy dla niezwykle wąskiej grupy.

Dlaczego ludzie przestają czytać?

- Składa się na to wiele przyczyn. Zmienia się przede wszystkim sama kultura, dlatego że - jak pisał Ortega y Gasset - przestają w niej dominować elity, które narzucały wartości czy chociażby pewien ton. Mówiły, jak to nie czytasz? To znaczy, że do nas nie należysz. Obecnie decydują ludzie, którzy chwalą się, że nie czytają i są matołami. Taki jest styl, i to nie tylko w Polsce, ale w wielu innych krajach świata. Czy ktoś widział polityka z książką w ręku czy rozmawiającego z intelektualistą o jego najnowszej publikacji? Teraz wszystko się spauperyzowało.

Ale tak wygląda sytuacja tylko z jednej strony, bo nie zapominajmy, że Ortega y Gasset to lata 30. ubiegłego wieku. Natomiast my żyjemy w okresie niesamowitego przyspieszenia kulturowego i cywilizacyjnego z powodu możliwości komunikacji. Bez względu na to, co o tym przyspieszeniu mówimy i kto w nim bierze udział, jest to niezwykle ciekawy proces historyczny. I tu z kolei badania wykazują, że jedną z nielicznych grup, w których rośnie liczba czytanych książek, są osoby uczestniczące w tzw. życiu on line, czyli na stronach internetowych. To ludzie wybitni, którzy oczywiście dużo czytają, wytwarzają nowe programy komputerowe czy nowe sposoby posługiwania się e-mailem, co sprawia, że media elektroniczne jeszcze bardziej nas pochłaniają.

Jak wasza księgarnia odpowiada na wyzwania nowej rzeczywistości?

- W jednej wersji jest to księgarnia fizyczna, gdzie książkę można dotknąć i "obwąchać", a w drugiej - księgarnia internetowa, która pozwala książkę zobaczyć w sieci wirtualnej. Bardzo dbamy o księgarnię internetową, ale nie jest to łatwy biznes. Przede wszystkim dlatego że musimy dotrzeć do osób, które posługują się językiem polskim, albo interesują się polską tematyką w języku angielskim, a to jest ograniczona grupa czytelników rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych. Ale pracujemy nad tym, ponieważ w przyszłości będzie to na pewno dziedzina dominująca w naszej działalności. Obecnie większość dochodu pochodzi z księgarni fizycznie istniejącej, proces ten jednak za 5 czy 10 lat z pewnością się odwróci.

Ale książka drukowana nie zaniknie?

- Nie. Tak jak nie zanikły kino czy telewizja. Oczywiście zmniejsza się liczba użytkowników poszczególnych mediów, bo jest ich po prostu więcej. Książka zawsze pozostanie produktem elitarnym, ponieważ wymaga aktywnego udziału czytelnika. Jest po prostu bardziej wyrafinowanym i trudniejszym w odbiorze językiem. Nawet czytanie banalnego dreszczowca czy romansu wymaga większego wysiłku umysłowego niż oglądanie obrazków, a to z tej prostej przyczyny, że musimy wykreować rzeczywistość, która podana jest tylko w symbolach.

W czasach mojej młodości książka w Polsce była przede wszystkim produktem trudno dostępnym. Natomiast teraz narzekamy na nadmiar publikacji.

- Kiedy zaczynaliśmy działalność 15 lat temu, rynek księgarski był już rewelacyjny. Podawano liczbę około 4 tysięcy wydawnictw, które funkcjonowały wtedy w Polsce - obojętnie czy to było wydawnictwo jednej książki czy PWN lub Wydawnictwo Literackie. Książka przestała być takim wyrafinowanym i trudno dostępnym dobrem, jakim była przed rokiem 1989, kiedy kupowało się ją na giełdzie czy "spod lady". Wtedy na szczęście stała się już dobrem powszechnym. Ten proces postępuje. Mamy rewelacyjnych wydawców i świetnych redaktorów. Biorąc pod uwagę liczbę wydawanych tytułów można by przypuszczać, że zaleje nas fala bylejakości. Ale tak się nie stało. Poza tym uważam, że wszystko jest potrzebne - i te pozycje mierne, i te z najwyższej półki.

Zamawiając książki, sugerujesz się zapewne oczekiwaniami czy gustami swoich klientów. Czy starasz się te upodobania także kształtować?

- Nasi czytelnicy są wymagający, dlatego musimy mieć księgarnię zaopatrzoną we wszystko, co jest istotne na rynku księgarskim. Nie znaczy to, że nie mamy rzeczy mniej ambitnych. Mamy wszystko. Przede wszystkim dobrą literaturę. Cokolwiek by to znaczyło, np. świetne tłumaczenie, staranne wydanie, ważny autor. I to bez względu na wartość. Sprowadzamy np. wiele książek Paula Coelho, który jest bardzo kontrowersyjny. Może być uznawany za czołowego kiczownika, albo za czołowego pisarza, który buduje ludzkie wyobrażenie o świecie. Mnie akurat to nie interesuje dosłownie, ponieważ księgarnia nie może odzwierciedlać moich opinii i preferencji. Coelho zaistniał w rzeczywistości ogólnoświatowej. Funkcjonuje także w obiegu polskim. A my czytając te książki, wchodzimy w krąg ludzi światowych, którzy też znają tego autora - obojętne czy go lubią czy nie. I to jest idealny przykład na to, w jaki sposób ta księgarnia funkcjonuje. Cała tajemnica naszego sukcesu tkwi w tym, że odpowiadamy na potrzeby czytelników.

Jakie książki czytają wasi czytelnicy?

- Tytuły sugerują gazety, czasopisma, magazyny - zarówno te dobre, jak i złe. Nie istnieje jakaś grupa tematyczna bestsellerów, przeważnie zmieniają się one sezonowo. Oczywiście Pilch, bo "Narty Ojca Świętego", oczywiście Grochola, bo nowa książka, oczywiście Kapuściński, bo niestety, wiadomo, odszedł. Ale publikacje Ryszarda Kapuścińskiego zawsze dobrze się sprzedawały. Teraz powodzeniem cieszy się książka ks. Zaleskiego o inwigilacji Kościoła krakowskiego, a także "Świadectwo" ks. kardynała Dziwisza. Ciągle jednak świetnie sprzedają się "Miłość w czasach zarazy", "Pod wulkanem", poezje Szymborskiej czy Miłosza oraz - nieprawdopodobne! - "Nad Niemnem". Sporo sprzedajemy książek, które pomagają w samodoskonaleniu, szukaniu sensu życia. Na szczęście jest ich dużo i wiele z nich dobrych, jak seria Jacka Santorskiego.

Do jak licznej grupy czytelników trafiasz? Czy ta grupa się zmniejszyła w ostatnich latach?

- Liczba czytelników po dynamicznym wzroście do roku około 2004, utrzymuje się teraz wciąż na tym samym poziomie. Zauważyłem pewien zastój, i to jest niepokojące zjawisko.

Czy przyczyniły się do tego rosnące ceny książek?

- Nie. Uważam, że głównym czynnikiem, który to spowodował, są media elektroniczne.

Skoro czytelników nie przybywa, to dlaczego zdecydowałeś się otworzyć nową księgarnię?

- Decyzja ta uwarunkowana była naszymi układami emigracyjnymi. Polacy się bogacą i wyprowadzają na przedmieścia czy do lepszych dzielnic w Chicago.

A nam zależy, żeby być bliżej klienta, gdyż taka jest zasada handlu. Teraz też przenosimy się w inne miejsce przy ulicy Harlem, ponieważ doradzili nam to czytelnicy. Ta emigracyjna wersja jednego miejsca, w którym mieszkaliśmy, już dawno przestała funkcjonować. W związku z tym, że Polacy są porozrzucani po całym Chicago i po bogatych przedmieściach, coraz trudniej nam dotrzeć do nich wszystkich. Kiedy otwieraliśmy księgarnię przy ulicy Belmont, wówczas w okolicy koncentrowało się życie Polonii. Dzielnica ta - podobnie jak wszystkie inne w Chicago - zmienia się, więc my także musimy podążać za naszymi czytelnikami.

Kiedy w Polsce spotykam się z opinią o "prymitywnej" chicagowskiej Polonii, strzelam m.in. nabojem pt. D&Z. A jak ta nasza społeczność wygląda z perspektywy twojej księgarni?

- Mój pogląd jest zapewne spaczony, bo obcuję z niewielką i szczególną grupą osób. To jest grupa, która czyta książki, chodzi do filharmonii, wydaje pieniądze na sztukę. Kiedy spojrzymy jednak szerzej, gdzie teraz Polacy mieszkają, jakie mają domy, do jakich szkół posyłają dzieci i jakie te dzieci osiągają wyniki w różnych olimpiadach naukowych, to ten obraz Polonii na pewno się zmieni.

Dlaczego nie udał się w "D&Z" eksperyment z kawiarnią w księgarni?

- Ależ udał się! I przez lata to znakomicie funkcjonowało. Z powodu jednak idiotycznych miejskich przepisów, które nakładały na nas podobne obligacje jak na właścicieli restauracji, musieliśmy zrezygnować z tej działalności. Było to dla nas bardzo przykre, ponieważ wielu czytelników uwielbiało tę wersję kawowo-książkową. W dalszym ciągu jednak prowadzimy galerię sztuki, która jest fenomenem samym w sobie.

Jerzy Zając

Księgarnia katolicka "Zródło":

- Moim zdaniem największym problemem, z jakim boryka się rynek książki katolickiej, jest drastyczny wzrost cen. Dawniej istniały przede wszystkim wydawnictwa zakonne, w których panowało poczucie misji. Publikowano więc książki wartościowe i dostępne dla każdego. Wydaje mi się, że teraz do wydawnictw - zarówno świeckich, jak i katolickich - przyszli nowi ludzie. Są może dobrymi menadżerami, ale zanika poczucie misji. Dlaczego "Pismo Święte" po angielsku mogę sprzedawać po 8.95 dolara, a polskie musi kosztować od razu powyżej 25 dolarów? Biblia powinna być dostępna dla wszystkich. Uważam, że wysoki wzrost cen książek w Polsce jest zjawiskiem niepokojącym. Czy to jest rynek wydawcy czy księgarza? Moim zdaniem jest to rynek wydawcy, który narzuca warunki.

Dlaczego księgarze nie mają możliwości wpływu na politykę cen?

- Księgarze w Polsce są słabi, rozproszeni, działający na własną rękę. Nie mówię tutaj o takich gigantach jak Empik, gdyż to inna skala. Zdaje mi się, że problem tkwi w zbyt wysokim narzucie cenowym wydawnictw w porównaniu z ponoszonymi kosztami. Wydawcy biorą więcej, a księgarzom dają mniej. Doprowadziło to do załamania rynku dystrybucji książki w Polsce i upadku księgarni w mniejszych miejscowościach. Słaba i mało aktywna Polska Izba Księgarska niewiele robi, by zmienić ten stan rzeczy. Tę pustkę wypełniają różne firmy zagraniczne otwierając księgarnie wysyłkowe czy kluby książkowe.

Jak wzrost cen książek odbija się na wynikach sprzedaży. Czy ludzie kupują teraz mniej książek?

- Być może sprzedajemy teraz mniej książek, ale ich ceny są wyższe. Trudno też powiedzieć, czy zmniejszyła się liczba czytelników. Jeśli przychodzi mniej osób do mnie, to zastanawiam się, czy może w innych księgarniach jest ich akurat więcej. Z Polski dochodzą mnie sygnały, że rynek książki się kurczy.

Kiedy otworzyliśmy księgarnię 11 lat temu, chłonność rynku była z pewnością większa. Po latach głodu i suszy powstało wiele wydawnictw katolickich, które zaczęły wydawać bardzo atrakcyjne książki w porównaniu z szarzyzną poprzedniego okresu. To była prawdziwa eksplozja. Spotkało się to z żywym zainteresowaniem czytelników. Z roku na rok ten entuzjazm chyba jednak słabnie. Klient staje się bardziej wymagający i lepiej poinformowany - zarówno pod względem tytułów, jak i ceny. Wtedy wszystko, co sprowadziliśmy, szło jak ciepłe bułeczki. Teraz wachlarz możliwości zakupu książki ogromnie się poszerzył. Księgarnia jest tylko jednym z takich miejsc. Innym może być np. internet.

Jakie książki najczęściej Polacy kupują w pana księgarni?

- "Pismo Święte" jest nie do pobicia. Wciąż ogromnym powodzeniem cieszy się Biblia Tysiąclecia, ostatnio pojawiło się też kilka nowych wydań z dobrymi komentarzami

A książki papieża Jana Pawła II ?

- My akurat specjalizujemy się w wydawnictwach poświęconych Janowi Pawłowi II. Naszą ambicją jest zebrać wszystko, co Papież napisał i w miarę wszystko, co napisano o Nim. Mamy na półce pierwsze dwa tomy Dzieł Zebranych Ojca Świętego: "Encykliki" i "Adhortacje". Ukazał się już tom III zawierający "Listy". Jest to naprawdę piękne, niezwykle staranne wydanie w skórzanej oprawie. Jeśli poszukiwanej publikacji klient nie znajdzie na półce w księgarni, zawsze możemy ją sprowadzić.

Czy sprzedaje pan tylko publikacje wydawnictw katolickich? Co decyduje, że dana książką trafia na półkę w księgarni?

- Pewne tytuły świetnie się sprzedają, choć nie są akurat w polu moich zainteresowań. Uwielbiam np. Bierdiejewa, ale nikt nie kupił żadnej jego książki od pięciu lat. Staram się jednak, żeby nie sprowadzać książek, sugerując się tylko własnym gustem. Proponujemy w miarę szeroką ofertę wydawnictw katolickich. Popularniejsze publikacje utrzymują te bardziej ambitne. Uważam, że w księgarni katolickiej zawsze musi być pewien kanon, przede wszystkim klasyka chrześcijańska, jak "Wyznania św. Augustyna" czy "Dzieła św Jana od Krzyża" - i to bez względu na wyniki sprzedaży. Nieraz jednak próżno szukać tych książek w wydawnictwach. Ujmując to obrazowo, powiem tak: wydawcy amerykańscy wiedzą, co to jest chleb, a co to jest ciasteczko. A wydawcy polscy czasami proponują ciasteczko, a nie dają chleba, czyli nie publikują podstawowych pozycji religijnych, albo robią to niesystematycznie. To świadczy, że nie ma u nas zdrowej polityki wydawniczej.

Czym księgarnia katolicka może zachęcić młodzież?

- W naszej księgarni niestety rzadko widać młodych ludzi. Być może to wąskie ukierunkowanie na religię i polskojęzyczne publikacje nie przyciąga młodzieży polonijnej. Jeśli docieramy do młodych, to bardziej przez rodziców, dziadków, starsze rodzeństwo. Ale mamy dużo książek dla młodzieży.

Dzielnica, w której mieści się księgarnia, przestała już być oazą polskości. Ale katolikami są także wprowadzający się tu Latynosi. Co dla nich proponuje księgarnia?

- W związku z tym, że naszymi klientami są mieszkający w sąsiedztwie Latynosi i Amerykanie, prowadzimy również sprzedaż publikacji religijnych w języku angielskim i hiszpańskim. Jednakże wciąż około 90 procent naszej działalności jest nastawiona na odbiorcę polskiego.

Niedawno wieszczono upadek małych księgarni. Na szczęście tak się nie stało. Niemniej trudno jest dziś chyba prowadzić taką działalność.

- Myślę, że my pracujemy w "biznesie" przemiany człowieka, a przez dystrybucję książek pomagamy w tej przemianie. Ludzie przychodzą do nas nie tylko po to, żeby kupić "święte książeczki" i artykuły religijne, ale także choćby po to, żeby pooddychać inną atmosferą. Mówią, że znajdują tu oazę spokoju. Naturalnie nie może być zbyt cicho. No bo przecież to jest firma handlowa.

Praca ta przynosi dużo satysfakcji, mimo że wymaga ogromnego wysiłku. Jest coś nobliwego w zawodzie księgarza. Jeżeli ktoś chciałby otworzyć księgarnię, żeby szybko "się dorobić", to znam inne sposoby łatwiejszego i większego zarobku.

Niekiedy czuję się jak krawiec z zakładu po sąsiedzku. Ślęczy ten Grek nad maszyną do szycia całymi dniami. Kiedyś zleciłem mu jakąś pracę, a on mi za to parę dolarów policzył. To jest ta stara, dobra szkoła sprzed 50 lat. Ja też podobnie siebie postrzegam. Nowe technologie elektroniczne na pewno ułatwiają życie, jednak potrzebny nam jest także bezpośredni kontakt z żywym człowiekiem. Dlatego też chyba do łask wracają kameralne księgarnie, gdzie zawsze można pogawędzić z właścicielem czy sprzedawcą lub "zaszyć się" w kącie z ulubioną książką.

rozmawiała i opracowała

Danusza Peszyńska

"To się nigdy nie przyjmie, książkę trzeba dotknąć, przejrzeć, powąchać, zanim się ją kupi" - mówią tradycjonaliści. "Pokaż mi księgarnię z milionem tytułów" - odpowiadają dzieci ery Internetu. Wygląda na to, że Internet wygrywa, z nieprawdopodobną rozmaitością wciąż nowych ofert - książek nowych i używanych, wydawniczych nowości i cennych antyków.

Mało kto dziś pamięta, że książki były jednym z pierwszych towarów sprzedawanych poprzez Internet, a firma, która opracowała model takiej działalności, Amazon, stała się symbolem szaleństwa giełdy późnych lat dziewięćdziesiątych - choć traciła dziesiątki milionów dolarów i wielu wątpiło, czy przetrwa kolejne półrocze, łączna wartość jej akcji zbliżyła się do General Motors.

Potem przyszło bolesne otrzeźwienie, ale Amazon pozostał na rynku, tyle że z księgarni zmienił się w klasyczne internetowe "mydło i powidło" - w tej witrynie można kupić nie tylko książki i płyty, ale np. roboty kuchenne, słodycze i GPS-y.

Amazon pokazał potęgę Internetu, ale też jego ograniczenia. Nie ma i nie może być księgarni zdolnej zgromadzić na półkach ponad milion tytułów. Nie ma z kolei witryny internetowej, która pozwoliłaby poczuć zapach świeżej farby drukarskiej, dotknąć gładkiej okładki, otworzyć na chybił trafił i poczytać. Chociaż Amazon stara się poradzić sobie z tym ostatnim ograniczeniem - do wielu książek sprzedawanych na tej witrynie można wirtualnie "zajrzeć" - co najmniej do spisu treści i kilku ilustracji.

Amazon oferuje pewne korzyści swoim klientom, na które może sobie pozwolić tylko taki gigant - ma magazyny strategicznie rozmieszczone po kraju, więc często książka zamówiona z najtańszą opcją przesyłki przybywa w ciągu 2-3 dni. Co więcej, zamówienia przekraczające 35 dolarów wysyłane są bezpłatnie w najtańszej opcji.

Barnesnoble.com, witryna sieci księgarni Barnes & Noble, przebiła konkurencję - wystarczy 25 dolarów w koszyku na bezpłatną wysyłkę. Witryna oferuje nieco węższy asortyment - poza książkami, płytami i filmami, są tam wyroby do biura i gry komputerowe. Oba giganty zapraszają czytelników do publikowania recenzji z książek i prowadzą ranking popularności oferowanych tytułów.

Na szczęście te giganty nie zniszczyły jeszcze całej konkurencji. Byłoby to tym smutniejsze, że wielkie sieci są niezmiernie zachowawcze w swoim repertuarze - nie mogą ryzykować bojkotu np. aktywnych grup "nowo narodzonych" chrześcijan. Takimi ograniczeniami nie muszą się przejmować właściciele niewielkich księgarni i antykwariatów. Tylko jak ich znaleźć? Tutaj potęga Internetu została wykorzystana w świetnym celu. AbeBooks to portal umożliwiający przeszukanie 13.500 księgarń i antykwariatów, oferujących ponad 100 milionów książek na sprzedaż. Książki o wyczerpanych od lat nakładach, książki wydane poza USA, książki obcojęzyczne, unikaty - to wszystko jest w zasięgu każdego internauty - który wie, czego szuka.

Jeszcze większy jest rozmach portalu Booksold.com, prowadzonego przez Międzynarodową Ligę Antykwariuszy.

Książki nie są tanie i Internet niewiele pomógł - mimo, iż jest nieporównywalnie tańszym sposobem ich sprzedawania. Ale i to zaczyna zmieniać się, przynajmniej w odniesieniu do klasyki i innych książek, na które przedawniły się prawa autorskie. Elibron.com oferuje takie paperbacki (albo wersje elektroniczne) za grosze. Macie ochotę na "Wojnę i pokój" w wersji eBooks? Wystarczy 1 dolar i 47 centów.

Szczególnie kosztowną kategorią książek są podręczniki akademickie - a przecież są to książki, które wyjątkowo szybko tracą użyteczność. Nic dziwnego, że Internet pełny jest witryn sprzedających podręczniki - za niewielką część oryginalnej ceny. Campusbooks.com to dobry początek, ale wpisanie w Google"u "used textbooks" daje ponad milion wyników!

Polskie witryny księgarskie oferują skromniejszą ofertę, ale wciąż jest to propozycja nie do pogardzenia, szczególnie zza oceanu. O dziwo, jedną z pierwszych witryn oferowała dostojna Księgarnia im. Bolesława Prusa na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Znalezienie czegoś w tej witrynie nie jest proste, ale wybór jest spory. Liderem rynku pozostaje Merlin, o wspaniałym sloganie reklamowym - "sklep z wyobraźnią". Merlin wysyła do Stanów - już za 20 złotych, niezbyt szybko, ale solidnym UPS-em.

Najbardziej zadziwiające oferty księgarskie znaleźć można na witrynie największego giganta handlu internetowego - eBay. Nic dziwnego - jeżeli mamy do zaoferowania unikat, wyeksponowanie go przed możliwie szeroką publicznością może dopomóc w sprzedaży. Pobieżny rzut oka na niedawne oferty wypadła bardzo efektownie - Biblia z roku 1250 - za 185 tysięcy, pierwsze wydanie słynnej King James Bible (z roku 1611), za jedyne 65 tysięcy dolarów- wydanie Historii Pliniusza z roku 1499 - za niecałe 15 tysięcy.

Na eBay pojawiła się również unikalna oferta - "możliwość spisania historii mego życia", za jedyne 25 tysięcy. "Nadaje się na książkę, scenariusz filmowy lub telewizyjny. Lepsze niż wszystkie historie życia, które widzieliście do tej pory". Kto za więcej?

Zawsze marzyłem o tym, abym kiedykolwiek w życiu mógł ujrzeć owe kraje bezludne jeszcze, w których potężne siły natury, niepohamowane ręką ludzką i rozbujałe, żyją, jak chcą, tworzą, co chcą, i panują absolutnie. Spojrzeć twarzą w twarz, oczyma w oczy naturze zupełnie pierwotnej, wedrzeć się w głębie dziewiczych lasów i stepów, opisywanych przez Coopera, był to ideał szczęścia, do którego wzdychałem w ukryciu od dawna. Teraz miałem to wszystko przed oczyma. Pierwotna natura otaczała mnie zewsząd, ogarnęła całego, pochłonęła moje zmysły i umysł. Mogłem się w niej rozpuścić i zginąć jak kropla marna deszczu w oceanie.

Henryk Sienkiewicz napisał te słowa podróżując w górach Kalifornii pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku. Jego wielka amerykańska przygoda zawiodła go od Nowego Jorku, poprzez Chicago, Detroit i cały środkowy zachód, aż do Oceanu Spokojnego. W Ameryce spędził w sumie dwa lata.

Początkowo podróż Sienkiewicza finansowała warszawska Gazeta polska, w której pisarz pod pseudonimem Litwos drukował swoje wczesne utwory. Z Ameryki miał do Gazety przesyłać korespondencje opisujące jego wrażenia. Ale Sienkiewicz miał również inny cel: razem z towarzyszem podróży Juliuszem Sypniewskim, otrzymał zadanie dotarcia do Kalifornii i znalezienia miejsca pod osadę dla grupy warszawskiej cyganerii artystycznej, której przewodzili hrabia Karol Chlapowski i jego żona Helena Modrzejewska. Był luty roku 1876.

Po długiej podróży koleją przez Europę, Sienkiewicz zatrzymał się na krótko w Londynie, a następnie wsiadł na statek do Nowego Jorku. Po siedmiu dniach statek przycumował w porcie. Pierwsze wrażenia Sienkiewicza nie były najlepsze. Oburzyła go grubiańskość amerykańskich urzędników portowych, a "miasto, które na pierwszy rzut oka z morza zarysowało się tak majestatycznie i wdzięcznie, widziane z bliska, nie zachwyciło mnie wcale." Dzielnica portowa była brudna, brakowało brukowanych chodników, a ludność wyglądała "jakby przed chwilą urwała się od szubienicy."

Zaraz następnego dnia, Sienkiewicz udał się na zwiedzanie miasta. Jednym z pierwszych negatywnych doświadczeń stało się amerykańskie jedzenie, które już wówczas wyraźnie nosiło ślady fast food. Pisarz nazwał kuchnię amerykańska "najniegodziwszą kuchnią na świecie," w której nie chodzi o to, "żebyś zjadł zdrowo i dobrze, ale o to, byś zjadł jak najprędzej i mógł wrócić do business; wszystko, więc obliczone [jest] na łap cap." Sienkiewiczowi Nowy Jork wyraźnie się nie podobał.

W swoich opisach był bardzo krytyczny, a jego cięte pióro nie pozostawiło na kulturze amerykańskiej suchej nitki. Według niego prasa amerykańska była na niskim poziomie literackim i spełniała głównie funkcje informacyjne, teatr narodowy nie istniał nigdzie w całej Ameryce, a jeśli chodzi o samych Amerykanów, to uderzały go "przede wszystkim ich brak ogłady, gburowatość, niektóre dzikie przyzwyczajenia rażące nadzwyczaj każdego świeżego zza Oceanu przybysza." Na przykład, wyjaśniał pisarz, "Amerykanie wstają od stołu nie dziękując sobie wzajemnie za towarzystwo; witają się prostym kiwnięciem głowy lub ręki; w rozmowie, trzymają się wzajemnie za guziki, lub klapy od surdutów, co tak dalece jest rozpowszechnionym, że ma miejsce nawet między służącymi a panami; na koniec nie zdejmują kapeluszy nawet w mieszkaniach prywatnych, a surduty zrzucają wszędzie, nawet wobec kobiet lub w miejscach, których sama powaga przyrodzona na podobne postępowanie nie zezwala." Sienkiewicza oburzało szczególnie żucie tytoniu i spluwanie oraz ciągłe obsesyjne majstrowanie scyzorykiem, które zaobserwował u wielu mężczyzn.

Może Sienkiewicz, czy świadomy tego czy nie, przechodził silny szok kulturowy, charakterystyczny dla podróżujących po raz pierwszy w całkiem nowe miejsca. Przyzwyczajony do obcowania z wyższymi sferami i kręgami artystycznymi w Europie, w Nowym Jorku stykał się głównie z przeciętnymi ludźmi. Jego nowojorskie obserwacje mają znamiona "chodnikowej socjologii" i odcinają się ostro od opinii, które wyrażał o Ameryce po pewnym czasie pobytu na kontynencie. Ale może po prostu Nowy Jork był rzeczywiście wyjątkowo odpychający w tym czasie…. Od początku jednak zachwycała Sienkiewicza amerykańska przyroda. Na przykład o wodospadzie Niagara pisał: "… Widok to, na wspomnienie, którego mdleje i zwija skrzydła wyobraźnia, a pióro wypada z ręki." O Deroit stwierdził, że było to miasto zaskakująco ogromne, schludne i piękne. Po przyjeździe do Chicago oznajmił, że miasto "robi wrażenie i przyjemne, i majestatyczne." "Na chodnikach ruch ogromny," pisał dalej. "Tłumy ludzi białych i kolorowych biegną w rozmaite strony z tym czysto amerykańskim pośpiechem oznaczającym zacietrzewienie się handlowe; środkiem ulicy ciągnie mnóstwo powozów i fiakrów, słychać dzwonki tramwajów, nawoływania woźniców; wszędzie ścisk i wrzawa, zdradzająca wielka bujność życia tego młodego miasta."

Z Chicago Sienkiewicz udał się pociągiem na zachód. W Iowa zrobiły na pisarzu wrażenie skunksy, czyli, jak z humorem wyjaśniał polskiemu czytelnikowi, "śmierdziele amerykańskie" z rodzaju kun, które pociąg przejechał, doprowadzając biednych podróżnych do mdłości. Niedaleko od Omaha, Nebraska, Sienkiewicz po raz pierwszy napotkał grupę Indian Sioux. Był rozczarowany ich wyglądem ("wyglądali obdarto, nadzwyczaj brudnie i niechlujnie"), który nie odpowiadał wizerunkowi, jaki pisarz sobie wyrobił, czytając Coopera. Pomimo tego, Sienkiewicz rozumiał ich dolę i w mocnych słowach krytykował politykę rządu amerykańskiego wobec Indian, jak również rasizm przeciętnych Amerykanów. Oprócz Indian, pociąg napotykał tabory białych osadników ciągnących na zachód w karawanach wozów pokrytych pasiastym płótnem, za którymi pędzono stadka krów i owiec. Pomiędzy Indianami a osadnikami i armią federalną właśnie wrzała wojna w Górach Czarnych (Black Hills). Zanim list opisujący ten etap podróży pojawił się w druku w Warszawie, wojsko amerykańskie dowodzone przez generała Custera poniosło największą w dziejach wojen z Indianami klęskę pod Little Bighorn.

Pociąg przeprawił się powoli przez Góry Skaliste i nareszcie dotarł do "uroczej Kalifornii," gdzie "niebo błękitne jak we Włoszech, ciemnozielone lasy, jaśniejsze doliny porosłe trawą, czerwone skały - wszystko to mieni się i gra w słonecznych blaskach jak tęcza." Może pogoda i uroda Kalifornii miały na to jakiś wpływ, a może po prostu Sienkiewicz zaczął poznawać Amerykę trochę lepiej, bo jego opinia o Stanach Zjednoczonych znacznie się poprawiła. Szczególnie gorąco wychwalał demokrację amerykańską. Choć tzw. cywilizacja wysoka w Europie nie miała, według pisarza, sobie równych, to przecież dostępna była tylko wąskim warstwom społecznym najbogatszych. W Ameryce zaś, choć nie dochodząca do europejskiego poziomu, cywilizacja "rozlewała się" nieporównanie "szerzej i powszechniej," obejmując całe społeczeństwo. Sienkiewicz ustosunkował się także do "modnego" tematu emancypacji kobiet. Choć Amerykanki podczas całego jego pobytu sprawiały na nim jak najgorsze wrażenie i nie szczędził im złośliwych słów krytyki, to zaobserwował wnikliwie, że edukacyjne, profesjonalne i obyczajowe możliwości kobiet w Stanach były, często wbrew pozorom, nadal bardzo ograniczone.

W San Francisco Sienkiewicz zaznajomił się z miejscową kolonią polską. Byli wśród nich dawni uczestnicy polskich powstań, jak na przykład generał Włodzimierz Krzyżanowski i kapitan Franciszek Wojciechowski. Sienkiewicz szczególnie zaprzyjaźnił się z literatem i dziennikarzem Julianem Horainem. "Kapitan, Korwin," czyli Rudolf Piotrowski, którego Sienkiewicz również poznał w Kalifornii, posłużył mu później jako prototyp pana Zagłoby. W lecie pisarz przeniósł się do Anaheim w południowej Kalifornii, gdzie znalazł dom i farmę dla Chlapowskich, którzy przybyli do Ameryki w jesieni, wraz z synem aktorki z pierwszego małżeństwa Rudolfem Modrzejewskim i kilkoma innymi osobami z cyganerii artystycznej. Sienkiewicz pisał dużo, ale też polował i wyjeżdżał na wycieczki w góry. Czuł się świetnie i tak donosił przyjacielowi w liście: "Krótko wam powiem, jest mi tak dobrze, ze gdybym miał zapewnione życie wieczne, nie chciałbym go spędzić gdzie indziej. (…) Tualeta moja, składająca się z flanelowej koszuli, z rypsowych portek i sombrero, kosztuje: one dollar (jeden dolar). Klimat nie wymaga tu innej. Na noc mam koc na wierzch, pod spod zaś plenty skór; sypiam przy ognisku z drzew - zgadnijcie, jakich? Laurowych! Pozbyłem się nerwów, kataru i bólu zębów. Sypiam jak król."

Na początku 1877 roku sielanka w Anaheim dobiegła końca. Artyści zaczęli sobie działać na nerwy i dochodziło do konfliktów. Na dodatek Chlapowskim kończyły się pieniądze. Pani Helena zaczęła brać lekcje angielskiego, aby powrócić na scenę i zarobić na utrzymanie rodziny. Sienkiewicz podróżował po całej Kalifornii, ale na debiut teatralny Modrzejewskiej udał się z powrotem do San Francisco.

W jesieni wybrał się na dłuższe polowanie na bawoły w stepach Wyoming, przeżywając coraz to nowe doświadczenia myśliwego i nadal zachwycając się dziką przyrodą Ameryki. W Wyoming na nieszczęście zapadł na zdrowiu i postanowił powrócić do Europy. Udał się więc z powrotem przez cały kontynent, podążając śladami artystycznych sukcesów Modrzejewskiej i odwiedzając artystkę w Bostonie, Pittsburgu i Nowym Jorku.

Na temat Polonii Sienkiewicz w swoich listach nie napisał wiele. Wydaje się, że zajmowały go głównie Ameryka i rodowici Amerykanie. Chociaż w dwóch listach z podroży dość drobiazgowo opisał i wyliczył osady polskie, w różnych stanach, to w porównaniu z jego bujnym opowiadaniem o Ameryce, refleksjom polonijnym jakoś brakuje koloru. Sienkiewicz całkiem dobrze orientował się w rozwoju parafii polskich, prasy polsko-języcznej i rywalizacji pomiędzy klerykalnym i liberalnym przywództwem Polonii. Ale jego portret psychologiczny chłopskiego emigranta z Polski przedstawiony w listach jest płaski i ogólnikowy, co dziwi u autora Latarnika i Za chlebem. Los tożsamości etnicznej Polaków w Ameryce uważał za przesądzony: "Prędzej czy później zapomną, zmienią wszystko aż do nazwisk, które dla angielskich zębów do zgryzienia za trudne, przeszkadzają w businessie."

Z Nowego Jorku Sienkiewicz odpłynął do Europy w marcu 1878 roku, kończąc swoją amerykańską przygodę. Z jego wspaniałych listów publikowanych w Gazecie polskiej Amerykę lat siedemdziesiątych XIX wieku widzianą oczami pisarza poznawały generacje czytelników literatury podróżniczej w Polsce.

[W artykule wykorzystano m.in.: Henryk Sienkiewicz, Listy z podroży do Ameryki, tom I-II (Warszawa: PWN, 1950); Julian Krzyżanowski, Kalendarz życia i twórczości Henryka Sienkiewicza (Warszawa: PWN, 1954)]

Anna Jaroszyńska - Kirchmann

Department of History

Eastern Connecticut State University

e-mail Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Najpiękniejsza nawet kobieta, która kiedykolwiek itniała na świecie, nie miała więcej portretów niż Vollard. Malowali go i rysowali Cezanne, Renior, Bonnard, Forain, prawie wszyscy - napisał kiedyś Picasso. - Ale kubistyczny portret, który ja mu wykonałem, jest z nich wszystkich najlepszy. Wizerunek ten w lapidarnej formie ujmuje złożoność osobowości modela. Cezanne cenił jego uczciwość i lojalność. Gauguin widział w nim manipulatora i wyzyskiwacza. Matisse nazywał go wręcz złodziejem. Vollard był zapewne każdym z nich po trosze, ale to on zapewniał artystom środki do przetrwania i przede wszystkim przyczynił się do tego, że ich prace mogły zaistnieć.

Obecnie postać genialnego marszanda, kolekcjonera i wydawcy oraz promowaną przez niego sztukę przedstawia wystawa "Cezanne to Picasso: Ambroise Vollard, Patron of the Avant-Garde", która pokazywana jest w Instytucie Sztuki do 12 maja.

Wystawa jest rewelacyjna zarówno ze względu na zestaw zgromadzonych około 250 prac - wśród których są również dzieła Van Gogha, Gauguina, Bonnarda, Matisse"a, Odilona Redona - jak samą piękną i przemyślaną instalację, która pozwala prześledzić dzieje francuskiej awangardy. A także przyjrzeć się postaci Vollarda, bez którego to całe wydarzenie nie mogłoby zaistnieć. Nigdy pewnie byśmy tych dzieł nie zobaczyli razem, gdyby nie to, że połączyła je osoba marszanda, który je wystawiał w swojej galerii, handlował nimi i kolekcjonował. Ciekawych informacji dostarczają teksty zamieszczone na ścianach, z których można się dowiedzieć, jak układały się jego relacje z artystami, za ile kupował i sprzedawał ich prace, jakie były późniejsze losy niektórych dzieł.

Ambroise Vollard urodził się w Saint-Denis, stolicy wyspy Reunion na Oceanie Indyjskim. W wieku 21 lat przyjechał do Paryża, aby studiować podobnie jak jego ojciec prawo. Niebawem jednak po ukończeniu uniwersytetu porzucił karierę prawniczą i zaczął handlować obrazami - najpierw w jadalni małego mieszkania, a potem we własnej galerii. Kiedy w 1894 roku zorganizował wystawę rysunków i nieukończonych obrazów Edouarda Maneta, zainteresowali się nim impresjoniści, a Auguste Renoir i Edgar Degas zostali jego pierwszymi doradcami. Wystawiał wielu uznanych już artystów, ale sławę - i co ciekawe fortunę - zdobył jako promotor awangardy. Galeria Vollarda przy Laffitte 6 promieniowała na cały Paryż. Na obiady w słynnej piwnicy tej galerii i w jego własnym domu przychodziła elita artystyczna Paryża. Atmosferę tych wystawnych biesiad, którym przewodził znany z poczucia humoru gospodarz, utrwalił Bonnard w obrazie "Obiad u Vollarda".

Wystawa rozpoczyna się od dzieł Vincentego van Gogha, któremu Vollard w 1896 roku urządził pierwszą retrospektywę. Twórca "Słoneczników", wciąż jeszcze niezrozumiały i pomijany w oficjalnym obiegu sztuki, przemawiał tylko do nielicznych. Nawet pokazana wtedy "Gwiaździsta noc", dziś jeden z najbardziej znanych obrazów świata, nie wzbudziła chyba większego zainteresowania, gdyż nikt nie chciał jej kupić. Wystawa ta, choć zakończyła się fiaskiem finansowym, zyskała Vollardowi sympatię i uznanie środowiska, zwłaszcza artystów młodych i niepokornych, którzy zaczęli się skupiać wokół jego galerii. Warto zwrócić uwagę na trzy paryskie pejzaże Van Gogha, które zgodnie z zamysłem twórcy, po raz pierwszy od tamtej pamiętnej wystawy, zostały znów połączone w tryptyk.

Największym odkryciem Vollarda i podstawą jego sukcesu był Paul Cezanne. Marszand wspominał, że kiedy po raz pierwszy zobaczył jego obraz w witrynie sklepu z przyborami malarskimi Tanguyego, doznał szoku. Samotnik z Aix nie pokazywał swoich prac w Paryżu od ponad 20 lat, a w tym czasie w jego stylu zaszły ważne zmiany. Nikt dotychczas tak nie malował! Wystawa, którą zorganizował mu Vollard w 1895 roku wywołała prawdziwą burzę, ale artysta wyszedł z niej zwycięsko. Triumfował też marszand, którego Cezanne uczynił człowiekiem sławnym i bogatym. Teraz zgromadzone w jednej galerii obrazy, takie jak "Palacz fajki", "Chłopiec w czerwonej kamizelce", martwe natury z jabłkami i cebulami, pejzaże oraz różne wariacje "Kąpiących się" pozwalają przeżyć na nowo "odkrycie" sprzed ponad stu lat.

Prace te od początku mocno oddziałały na współczesnych, a potem powoływały się na nie kolejne generacje artystów, którzy uważali się za dłużników Cezanna"a. W roku 1889 Matisse, wówczas przebijający się z trudem artysta, nabył w galerii Vollarda obraz "Trzy kąpiące się", z którym nie rozstawał się przez lata.

Przygotowując wystawę, Vollard zakupił setki obrazów z pracowni Cezanne"a płacąc mu grosze w porównaniu z tym, co potem na nich zarobił. Jednak artystę ten układ satysfakcjonował i zawsze był zadowolony ze współpracy z marszandem.

Zupełnie inaczej układały się relacje Vollarda z Paulem Gauguinem. Poznali się w 1893 roku, kiedy artysta powrócił z Tahiti do Paryża. Następnego roku marszand wystawił w swojej galerii kilka prac Gauguina, m.in. symboliczną kompozycję "Zielony Chrystus". Decydując się na ten pokaz, działał wbrew gustom publiczności przyzwyczajonej do naturalistycznych pejzaży artysty. Jednak wybór ten nie zadawal Gauguina, któremu zależało przede wszystkim na promocji obrazów z Tahiti. Przywiózł wówczas m.in. płótno "Manao Tupapao", czyli "Duch zmarłych czuwa", które uznawał za swoje najważniejsze osiągnięcie z tego okresu. Ten niesamowity akt kobiecy, oddziałujący zarówno erotyką, jak i symboliką, pokazany został również w Instytucie Sztuki.

Cymesem obecnej wystawy jest prezentowane po raz pierwszy w Chicago arcydzieło Gauguina "Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?", wypożyczone z Muzeum Sztuk Pięknych w Bostonie. To monumentalne płótno - "malarska metafora podstawowych pytań filozoficznych" - stanowiło główną atrakcję wystawy z 1898 roku, na której Vollard zgromadził najnowsze prace jego twórcy. Marszand nie zakupił wówczas płótna, ponieważ cena, jaką wyznaczył artysta wydawała mu się zbyt wygórowana.

Gauguin nie wierzył marszandom, gdyż uważał, że kilkakrotnie wcześniej go oszukali. Przed powtórnym wyjazdem na Tahiti zostawił wszystkie płótna u znajomych, licząc że później je sprzeda. W rezultacie większość z nich wcześniej czy później trafiła w ręce Vollarda, co nie podobało się oczywiście artyście. Wiele zadrażnień wynikało z podpisanej przez nich kontrowersyjnej umowy, na mocy której Gauguin otrzymywał miesięczne pobory w wysokości 300 franków plus 200 franków za każdy obraz, w zamian za co zobowiązany był dostarczyć marszandowi około 25 prac rocznie. Płótno "Trzy Tahitanki" z 1889 roku, które przyjechało teraz z Ermitrażu, znajdowało się w grupie pierwszych dziesięciu prac wysłanych Vollardowi z Tahiti. Z tekstu pod obrazem dowiadujemy się, że marszand sprzedał je dwukrotnie - najpierw w 1904 roku, a następnie kilka lat potem rosyjskiemu kolekcjonerowi za 10 tysięcy franków, czyli za sumę 50 razy wyższą od tej, którą zapłacił artyście dziesięć lat wcześniej.

Vollard bardzo interesował się sztuką Bonnarda, Maurice Denisa, Edouard Vuillarda i innych nabistów, których prace - malarstwo, grafika, ceramika i rzeźby - wypełniają kolejne sale. Bliskie relacje łączyły go także z fowistami, czyli "Dzikimi bestiami". Kupował obrazy Maurice"a de Vlaminicka i Andre Deraina, którego seria londyńskich pejzaży powstała dzięki jego zachętom i pomocy finansowej. Oddzielna historia związana jest ze znakomitymi ciemnymi, onirycznymi rysunkami węglem Odilona Redona. Vollard kupił od niego około sto rysunków, z czego sprzedał tylko znikomą liczbę, natomiast większość ich przechowywał w swojej kolekcji do końca życia. Można więc przypuszczać, że kupując sztukę sugerował się nie tylko zmysłem handlowym, ale również własnym gustem. To on też zainspirował Redona do wprowadzenia do swoich rysunków koloru.

W 1901 roku Vollard zorganizował pierwszą paryską wystawę 19-letniego Pabla Picassa, który rok wcześniej przybył nad Sekwanę. Twórczość młodego artysty rozwijała się wówczas pod wpływem współczesnego malarstwa francuskiego, zwłaszcza Toulousa Lautreca, lecz przebijał już w niej jego własny pazur. Wiele obrazów zostało sprzedanych, ale marszand nie podpisał z artystą stałego kontraktu, a jego płótna zaczął kupować dopiero kilka lat później. Teraz zebrane razem stanowią mały przegląd twórczości artysty - od prac najwcześniejszych, przez tzw. okres niebieski, reprezentowany m.in. "Starym gitarzystą" po grupę grafik, które zamówił u niego marszand w 1927 roku.

Działalność Vollarda skupiała się głównie na malarstwie, ale zajmował się również odlewami rzeźb i ceramiką. Dzięki jego inicjatywie powstały piękne wazony i talerze zdobione wzorami Matisse"a, Deraina, Mary Cassat i innych artystów. Za najważniejsze jednak swoje dokonanie uznawał publikacje ilustrowanych książek. Od 1900 roku do końca życia wydał własnym nakładem około 30 pozycji z oryginalnymi rysunkami i grafikami m.in. Bonnarda, Odilon Redona, Degasa, Picassa i Rouaulta, któremu nawet urządził pracownię we własnym domu. Dziś te książki uznawane są przez bibliofilów za białe kruki.

Vollard znany był z pasji do sztuki i żyłki biznesowej. Mówiono o nim, że miał wyjątkowego "nosa" do sztuki. Zdarzało się jednak, że zawodził go instynkt. Jednym z największych malarzy, na których talencie się nie rozpoznał, był Henri Matisse. Wiadomo także, że wystawiał w swojej galerii prace wielu artystów, o których dziś już nikt nie pamięta. Ale te niedoskonałości czynią jego postać jeszcze bardziej ludzką.

Wystawa nie byłaby kompletna, gdyby nie portrety Vollarda. Oprócz wspomnianego na początku kubistycznego obrazu Picassa, można zobaczyć kilkanaście innych jego wizerunków uwiecznionych przez wielkich artystów. Ukazują one potężnego mężczyznę o poważnej, posępnej zazwyczaj twarzy, po której błąka się niekiedy dziecinny uśmiech. Marszand odznaczał się skłonnością do natychmiastowego zasypiania i drzemania nawet podczas pertraktacji z klientami. Zapadał w sen także w czasie niekończących się sesji do portretu Cezanne"a. Kiedy malował go Bonnard, nie zasnął tylko dlatego że - jak potem wspominał - trzymał na kolanach swojego małego kotka, który też nazywał się Ambroise. Na portrecie Renoira z 1917 roku widnieje w stroju torreadora. Pewny siebie, odważny, władczy. Mistrz musiał dobrze znać jego osobowość, przyjaźnili się przecież od lat. Jedno z ich spotkań dokumentuje krótki film, który też można obejrzeć na wystawie.

Na wielu portretach widzimy Vollarda we własnej galerii, w otoczeniu obrazów. Teraz też jest obecny - właśnie przez te portrety - wśród prac, które z różnych powodów były mu bliskie.

Danuta Peszyńska

Jan Paweł II i Żydzi

Jan Paweł II był pierwszym papieżem, który przekroczył progi Synagogi Rzymskiej. Jako pierwszy biskup Rzymu odwiedził Ziemię Świętą i modlił się przed Bramą Płaczu. I jak żaden ze swoich poprzedników potępił antysemityzm, nazywając go grzechem. Ale też doświadczenia życiowe Ojca Świętego były niepodobne do innych papieży - zwłaszcza przeżycie wojny i komunizmu w Polsce, a także Jego wieloletnie związki z Żydami

Właśnie o tych szczególnych doświadczeniach, życiu i działalności papieża-Polaka mówi wystawa "A Blessing to One Another: Pope John Paul II and the Jewish People", która zostanie otwarta 14 kwietnia w Muzeum Sztuki Uniwersytetu Loyola (LUMA).

Zorganizowana przez Xavier University w Cincinnati wystawa jest pierwszą prezentacją poświęconą tej tematyce. Składają się na nią eksponaty - dokumenty, pamiątki, zdjęcia i filmy wideo - wypożyczone z wielu instytucji z całego świata, m.in. z muzeów w Wadowicach, Auschwitz-Birkenau i Waszyngtonie. Pozwalają one prześledzić drogę Ojca Świętego od czasu dzieciństwa w przedwojennych Wadowicach, przez doświadczenia okupacji w Krakowie i okres posługi kapłańskiej w Polsce, do Watykanu.

Poruszające są pamiątki poświęcone samej osobie Jana Pawła II, takie jak tłumaczenia Jego świadectw szkolnych, zdjęcie kościoła w Wadowicach, jak go widział Karol Wojtyła z okien swojej sypialni, kardynalski biret i ręcznie sporządzone notatki do jednej z Jego książek. Ważną grupę stanowią eksponaty dokumentujące przełomowe momenty w dialogu katolicko-żydowskim, m.in. fotografie z wizyty w Synagodze Rzymskiej i z pielgrzymki Jana Pawła II do Ziemi Świętej, a także części papieskich strojów noszonych podczas Światowych Dni Modlitwy w Asyżu w 2002 roku. Wystawa zawiera również pamiątki po Żydach wadowickich, którzy przed wojną stanowili jedną czwartą część populacji rodzinnego miasta Papieża.

Motywem przewodnim są słowa Jana Pawła II wypowiedziane w Warszawie w 1993 roku:

"Jako chrześcijanie i Żydzi, idący za przykładem wiary Abrahama, jesteśmy powołani, by być błogosławieństwem dla świata. Oto wspólne zadanie, które nas czeka. Jest zatem konieczne, byśmy jako chrześcijanie i Żydzi stali się najpierw błogosławieństwem dla siebie nawzajem".

Zwiedzający wystawę mogą zostawić swoje modlitwy na karteczkach w replice Ściany Płaczu z Izraela, podobnie jak to uczynił Papież w 2000 roku. Po zamknięciu ekspozycji wszystkie one zostaną przekazane do Jerozolimy i umieszone w szczelinach oryginalnych murów.

Zainaugurowana w Xavier University w Cincinnati ekspozycja pokazywana była już w Muzeum Kultury Żydowskiej w Nowym Jorku, Centrum Kultury Papieża Jana Pawła II w Waszyngtonie i Duquesne University w Pittsburghu

W Muzeum Sztuki Uniwersytetu Loyola "A Blessing to One Another: Pope John Paul II and the Jewish People" potrwa do 11 sierpnia. Wystawę można obejrzeć w godzinach otwarcia muzeum - od środy do niedzieli w godz. 10:00 rano-5:00 po południu, a we wtorki w godz. 10:00 - 8:00 wieczorem. Bilety (sugerowana dotacja) - $6 i $5 (seniorzy). We wtorki wstęp jest wolny.

LUMA mieści się przy 820 N. Michigan Ave. (naprzeciwko historycznej Water Tower). Rezerwacje biletów i informacje pod numerem telefonu: (312) 915-7600.

dp

"Wierzę w to,

że charakter i jego wyższy wyraz

- sumienie - utrzymują nasze chore

zmysły w ryzach i w równowadze,

wierzę też, że życie i praca są syntezą;

kto jest do tego niezdolny, niech żyje, jak potrafi.

Albo niech przepada".

[Wyznania patrycjusza]

Niewielka książka wielkiego pisarza wydana po raz pierwszy w 1943 roku, czyli w samym środku toczącej się wojny robi rzeczywiście wrażenie zielnika, albo "hortulusa nieplewionego", czyli ogrodu gdzie obok pięknych przykładów wyrafinowanej sztuki uprawiania myśli rosną okazy znacznie mniej imponujące.

Cały zbiór jest dosyć niezwykły, bo pokazuje w swoiście bezpretensjonalny sposób intelektualne meandry świadomości autora, który z jednej strony przynależy do schodzącego już ze sceny historii świata patrycjatu , a z drugiej prezentuje zadziwiająco żywe i inspirujące, a nawet bardzo obecnie modne analizy osobowości jednostki. Jest w "Księdze ziół" zatem wszystkiego po trochę.

Sam pisarz umiejętnie wykorzystał w tym zbiorze różnorakich, krótkich tekstów koncept "ogrodu nieplewionego", albo inaczej mówiąc udało mu się stworzyć współczesne "silva rerum" czyli: (łac. silva rerum = dosł. las rzeczy) - formę piśmiennictwa popularną w okresie staropolskim, wywodzącą się m.in. ze zbioru Silvae rzymskiego poety Stacjusza, obejmującą niejednorodne formalnie teksty zapisywane "na gorąco" i wyróżniające się różnorodną tematyką. Sylwy staropolskie przybierały postać dwoistą - były poetycko-filozoficznymi "wirydarzami", "ogrodami", "hortulusami", czyli zbiorami, w których obok prozaicznych zapisków z życia codziennego autora rękopisu przeważały teksty o charakterze literackim bądź refleksyjnym." Silva Sándora Márai"a właśnie taka jest.

Autor miał przecież wiele do opowiadania, jego życie obfitowało w różnorodne doświadczenia, toczyło się w różnych miejscach świata, było czasami ekstatycznie wspaniałe i często podobnie fatalne. Szczególnie dzieciństwo i młodość pisarza obfitowały w doświadczenia mające potem dalszy ciąg w jego tekstach literackich, często bardzo intymnych i mrocznych:

"Po kilku dniach zrozumiałem, że jestem wyrzuconym poza społeczeństwo pariasem, kimś ostatnim, bezimiennym niczym i nikim, i tylko drogą nieustannej walki, nie słabnącej uwagi, dzięki intrygom, podłości i determinacji mogę ewentualnie osiągnąć to, że przez jakiś czas moi towarzysze będą skłonni mnie znosić". [Wyznania patrycjusza]

Takie skrajne doświadczenie drugiego człowieka pozwala mu jednocześnie napisać w "Księdze ziół", iż "prawdziwie ludzkie doświadczenie sprowadza się przede wszystkim do poznania samego siebie [...] jako, że jesteś wędrowcem, codziennie musisz iść dalej drogą, która jest twoim jedynym celem, a więc prowadzi do poznania twojej duszy i boskiej treści ukrytej w twojej duszy."[s.10,15]

Ponieważ na szczęście książka Márai"a to "wirydarz nieplewiony" mamy też w nim takie fragmenty:

"Więcej, o wiele więcej masz żywić się trawą, rośliną, owocem. Mniej, o wiele mniej tłustym i czarnym mięsem! Masz jeść więcej ryb i codziennie żytni chleb. Nigdy nie pić w ciągu dnia żadnych napojów alkoholowych, a jeśli już pijesz, to tylko wieczorem, tylko po posiłku [...] Przekonałem się, że drobno utarta surowa marchew, podlana sokiem cytrynowym, jest nie tylko orzeźwiającym pożywieniem, lecz koi nerwy, a zwłaszcza nerwy oczne."[s.33 i 46]

Te "medyczne" porady nie przesłaniają jednak powszechnego w książce przeświadczenia, iż człowiek bez względu na to co i jak je, jest generalnie skazany na samego siebie oraz życie w izolacji jeśli nie samotności. Márai znał prace Ortegi y Gasseta, wiedział do czego prowadzi degeneracja indywidualizmu i dominacja "masowego człowieka". Pisał:

"Gdy patrzę w moje serce i dobrze sprawdzam to wszystko, czego doświadczyłem, żyjąc wśród ludzi, muszę powiedzieć, że każda społeczność jest beznadziejna i człowiek, chcąc właściwie żyć i samemu doprowadzić do końca swoją pracę, do której los wyznaczył jego, właśnie jego, postępuje rozumnie, gdy żyje zupełnie sam".[s.108]

Mała i bardzo "dynamicznie" napisana książka pozwala nam się relaksować i stresować prawie jednocześnie. Nagromadzenie "nieprzeplewionych" tekstów daje nam zadziwiające poczucie szczerości prezentowanych poglądów. Jedna z czytelniczek "Księgi ziół" napisała:

"Są książki, które można czytać, zerkając jednym okiem na telewizor. Są książki, które można czytać przy jedzeniu. Nie zamierzam kwestionować ich wartości. Jednak są także książki, które trzeba czytać, zaszywszy się w jakiejś samotni, okrywając się ciepłym kocem i popijając gorącą herbatę. Książki, które smakuje się powoli, małymi łykami. Książki, które pamięta się bardzo, bardzo długo... Do takich książek należy "Księga ziół". Czytając ją, możemy usłyszeć delikatne echa "Naśladowania Chrystusa" Tomasza a Kempis, ale echa niezbyt nachalne. Cichutko pobrzmiewają one w konstrukcji tej książki, w treści. Prostymi przykładami autor daje jasne i oczywiste wskazówki, jak żyć, co robić, by być szczęśliwym... Piękna książka, piękna i delikatnie nakierowująca na właściwą drogę. Bez moralizatorskiego tonu, bez zbędnych, a skomplikowanych wynurzeń. Filozofia codzienności. Maleńki, podręczny format zachęca, by książeczka ta stała się naszym stałym towarzyszem. Warto wziąć to pod uwagę. Bo "Księga ziół" to książka z gatunku tych, które się czyta całe życie." [Agata Borzęcka]

opr. Zbigniew Kruczalak

* Sándor Márai (1900-1989), jeden z najwybitniejszych dwudziestowiecznych pisarzy węgierskich, którego twórczość jest obecnie odkrywana i entuzjastycznie przyjmowana w całej Europie. Dotychczas w Polsce nakładem Czytelnika został wydany jego monumentalny dziennik oraz cztery powieści. Księga ziół ukazała się po raz pierwszy w Budapeszcie w roku 1943.

Wszystkie cytaty pochodzą z: Sándor Márai, "Księga ziół". Pzrekłaaad F. Netz. Czytelnik, Warszawa 2006,s.145

Sándor Márai, "Wyznania patrycjusza". Przekład i posłowie Teresa Worowska. Warszawa 2002, Czytelnik, seria "Nike" oraz z archiwów internetowych "Tygodnika Powszechnego"

Barnes and Nobles, Borders i, koniecznie należy dodać, Amazon to trzy główne molochy księgarniane w Stanach Zjednoczonych. Są ogólnie dostępne. Dwa pierwsze często położone obok siebie, a trzeci wirtualnie istniejący w zasięgu naszych palców. Są to miejsca zuniformizowane, jakich wiele w Ameryce. Barnes and Nobles oraz Borders właściwie odpowiadają na każde zapotrzebowanie klienta. Książki są łatwo dostępne, posegregowane według odpowiednich kategorii. Jeśli zaistnieją jakiekolwiek problemy ze znalezieniem poszukiwanej pozycji, wyszukiwarka w komputerach ustawionych w niemalże każdym kącie, z pewnością ten problem rozwikła. Poza tym w tych księgarniach nie kupuje się kota w worku. Aby zapoznać się z towarem można go wnikliwie przestudiować rozkładając się wygodnie w jednym z foteli w księgarnianej kawiarni. Właściwie te księgarnie to centra rozrywki dla mas. Ich usługi są efektywne, tak jak świetnie smakować może kawa w Starbacksie, czy jak doskonały jest dźwięk w multipleksie, jednak brak tym miejscom charakteru, brak im osobowości.

Dlatego istnieją na świecie małe, prywatne kafejki, których właściciel ubija pianę do cappuccino, prosperują offowe kina, wyświetlające filmy sprzed pięćdziesięciu lat oraz niezależne księgarnie i antykwariaty.

Niezależne księgarnie (independent bookstore) to termin odnoszący się do księgarni, które są założone i prowadzane przez jednostki, najczęściej mieszkające w okolicy sklepu. Właściciele takich miejsc to zazwyczaj aktywiści, mocno związani ze społecznością lokalną, budujący swoją małą ojczyznę. Księgarnie te często wspierają młodych pisarzy, wystawiając ich książki na sprzedaż, zapraszając na odczyty i spotkania z czytelnikami. Wybór książek z pewnością różni się od popularnych księgarni, jest bardziej ezoteryczny, z mniejszą ilością pozycji z głównego nurtu. Niestety, dlatego konkurencja nie pozwala spokojnie istnieć takim instytucjom i coraz więcej niezależnych księgarń ze względów finansowych zamyka swoje podwoje.

Jednym z takich niezależnych sklepów z książkami i czymś więcej jest, mający się na szczęście świetnie, "Women and Children First" w Andersonville. Obok księgarni o takiej nazwie nie można przejść obojętnie. Jest jedyną w swoim rodzaju.

Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Równouprawnienie między mężczyznami i kobietami w pracy, w związku, w rodzinie, powinno być nie budzącą wątpliwości kwestią, a jednak ciągle te wątpliwości się pojawiają. Dlatego celem księgarni jest uświadamianie wszystkim ludziom, że kobiety wciąż są dyskryminowane w miejscu pracy, że to żony, nie mężowie są w większości ofiarami przemocy w rodzinie, że kobiety są równoprawnymi obywatelkami. Sposobem na zaistnienie problemu w świadomości społeczności chicagowskiej jest promowanie pracy pisarek i stworzenie miejsca, w którym kobiety mogą znaleźć książki ukazujące ich życie, problemy i zainteresowania. Wszystko to odbywa się w atmosferze wzajemnego szacunku i rzetelnej obsługi. "Women and Children First" istnieje od 29 lat. Pracownicy księgarni to nauczyciele, studenci, profesjonalni pisarze, aktywiści polityczni i poeci. Każdy z nich jest czytelnikiem/czytelniczką, feministą/feministką i sprzedawcą/ sprzedawczynią książek.

Sklep jest jedną z największych feministycznych księgarni w Stanach Zjednoczonych i posiada w sprzedaży ponad trzydzieści tysięcy książek napisanych przez kobiety i o kobietach oraz literaturę dziecięcą dla dzieci w każdym wieku. Szczególnie warto polecić ogromny wybór książek przeznaczonych dla dzieci, a zajmujących się problemami tego wieku, na przykład niepełnosprawnością, kłopotami rodzinnymi, różnymi typami przemocy.

W co jeszcze można się zaopatrzyć w księgarni o tak szlachetnej nazwie? Ano w płyty i kasety video z muzyką i filmami, które są dostępne do kupienia lub wypożyczenia, pocztówki, kartki, papeterie, koszulki z nadrukiem, czasopisma, biżuterię.

Poza tym bardzo często odbywają się tam spotkania z młodymi pisarkami, wieczorki poetyckie, koncerty. Słowem "Women and Children First" to miejsce, które warto znać. Spokojna atmosfera, pozwalająca na swobodne przeszukiwanie półek oraz pomocna obsługa sprawiają, że to miejsce wzbudza zaufanie, że chce się tutaj wracać, aby znaleźć książkę, której nie znajdzie się w innej księgarni.

Zresztą Andersonville to świetna okolica do spędzenia wiosennego sobotniego dnia. Jeżeli zakupy w księgarni nie są wystarczającym powodem do odwiedzenia tej części miasta, zawsze można je połączyć z wizytą w lokalnych restauracjach i barach.

Istnieją tutaj świetne miejsca do skonsumowania weekendowego brunchu. Legendarna Ann Sathers (5207 N Clark) czy M Henry (5707 N Clark) to restauracje o nieskazitelnej reputacji i smakowitych daniach. Sklep z czekoladą Bon Bon ( 5410 N Clark) oferuje ogromny wybór trufli przygotowywanych na miejscu. W porze popołudniowej czy wieczornej nie można nie odwiedzić Hop Leaf (5148 N Clark) czy Simon"s Tavern (5210 N Clark) w celu konsumpcji aromatycznego belgijskiego piwa.

Jeszcze tylko, aby formalnościom stało się zadość, należy wspomnieć, że "Women and Children First" mieści się przy 5233 N. Clark St. i jest czynne w poniedziałki i wtorki od 11 do 19, od środy do piątku od 11 do 21, w soboty od 10 do 19, a w niedziele od 11 do 18.

Iza Głuszak

W lutym listy bestsellerów książkowych opanowało bezapelacyjnie "Świadectwo" kardynała Stanisława Dziwisza, osobistego sekretarza papieża Jana Pawła II. Poruszające i często bardzo osobiste "szkice z pamięci" człowieka, który towarzyszył nieustannie przez czterdzieści lat Janowi Pawłowi II znakomicie dopełniają portret jednej z najważniejszych postaci XX wieku.

W marcu mamy kolejny, dawno zresztą oczekiwany i otoczony dozą swoistej sensacji, super przebój wydawniczy autorstwa księdza Tadeusza Isakiewicza Zaleskiego "Księża wobec bezpieki". Starannie opracowany i udokumentowany obraz rzeczywistości historycznej, która ciągle powraca w różnych aspektach naszej współczesności, i której pozbyć się, jak jasno to wynika z książki Księdza Isakiewicza, nie można bez pełnego i dogłębnego jej odkrycia, omówienia i rozliczenia się z nią. Znakomita praca historyczna, która pokazuje różne, często skrajnie odmienne zachowania i postawy ludzkie w czasach dominacji "jedynie słusznej ideologii".

Inny przebój tego miesiąca to "Mózg kobiety" - praca znana i bardzo ceniona, jakkolwiek niezwykle kontrowersyjna i bardzo dyskutowana ze względu na chyba niezamierzone potwierdzenie swoistego stereotypu mówiącego o tym, iż o sposobie życia kobiety decydują głownie hormony. Jest to teza z jednej strony ostro zwalczana przez ruch feministyczny, z drugiej przez grupę lekarzy, którzy powoli odchodzą od poglądu, iż kobiety to "nieprzewidywalny hormonalnie poligon doświadczalny", i zaczynają je traktować na równi z mężczyznami w badaniach medycznych.

Koniecznie proszę też zwrócić uwagę na publikację "Kapuściński: Nie ogarniam świata" - rozmowy z najwybitniejszym polskim reportażystą, jakie zanotowali i wydali w wersji książkowej Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, to jeszcze jedna świetna publikacja, jaka ukazała się po śmierci autora "Cesarza". Niezwykłą obecnie, pełną akceptacji metodę poznawania świata, jaką prezentuje w swych tekstach Kapuściński świetnie streszcza zupełnie niezależny fragment książki profesora Leszka Kołakowskiego:

"A jednak - powtarzam - [świat] jest naprawdę wielkim, imponującym dziełem. Dowodów na to jest dużo i jestem gotów przedstawić je w stosownej chwili. Faktem jest w każdym razie - co jest sprawą główną przy ocenie - że świat nadaje się do pewnej naprawy i że przy olbrzymich wysiłkach olbrzymiej masy ludzi można na nim dokonać malutkich zmian na lepsze; historia, wbrew wszystkiemu, daje pewne świadectwa przemawiające za takim poglądem."

1. Świadectwo

Kard. Stanisław Dziwisz,

TBA, 2007

"Byłem przy nim prawie czterdzieści lat. Najpierw przez dwanaście lat w Krakowie, a potem przez kolejnych dwadzieścia siedem w Rzymie. Zawsze przy nim. Zawsze u jego boku. A teraz, w chwili śmierci, poszedł sam. (...) Po tamtej stronie, kto mu towarzyszy?" - kard. Stanisław Dziwisz. Książka - wyznanie, której zakres obejmuje lata w Polsce (1966-1978) i lata pontyfikatu (1978-2005) opowiada słowami kardynała Dziwisza historię Papieża, podkreślając jego postawę i osobowość podczas przełomowych wydarzeń, takich jak upadek muru berlińskiego czy 11 września. Podróże, polityka, epokowe decyzje, ale również dzienne czynności, modlitwy i choroby - niepublikowane wcześniej materiały przed- stawiające portret wielkiego człowieka naszych czasów.

2. Księża wobec bezpieki

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski,

Znak, 2007

Książka Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego to efekt prowadzonych przez autora w archiwach IPN badań dotyczących inwigilacji krakowskiego Kościoła przez UB i SB. Jej celem jest opisanie i zrozumienie postaw duchowieństwa katolickiego wobec działań komunistycznej bezpieki. Działania te były różne w różnych okresach PRL-u. Od zastraszania, gróźb czy szantażu przechodzono do metod bardziej subtelnych, próbując wciągać duchownych we współpracę przez rozmowy, perswazję, obietnice rozmaitych życiowych udogodnień. Większość księży potrafiła oprzeć się zarówno zastraszaniu, jak i pokusom. Wśród tych, którzy wyrazili zgodę na współpracę, wielu potrafiło ją zerwać. Książka uporządkuje toczące się od wielu miesięcy dyskusje na temat tzw. lustracji duchownych. Jest to mocny głos badacza i jednocześnie świadka, który poszukuje prawdy o tych trudnych czasach...

3. Pachnidło

Patrick Suskind,

Świat Książki, 2006

Genialny, a zarazem potworny człowiek, Jan Baptiste Grenouille posiada węch absolutny: swoje otoczenie rozpoznaje powonieniem lepiej niż inni ludzie oczyma. Jego fenomenalna pamięć przechowuje miliony woni... Odkąd Grenouille odkrywa, że jego przeznaczeniem jest zostać największym perfumiarzem wszech czasów, nie opuszcza go marzenie o wydestylowaniu wonności nad wonnościami... pachnidła z dziewiczego ciała kobiecego. Jeśli nawet uświadamia sobie, że u podstaw tego marzenia legło morderstwo, jest mu to najzupełniej obojętne. Powieść utrzymywała się przez ponad trzy lata na liście bestsellerów światowych i została przełożona na ponad dwadzieścia języków..

4. Kapuściński: Nie ogarniam świata

Witold Beres

Krzysztof Burnetko, Świat Książki, 2007

Cesarz reportażu, świadek wojen i rewolucji w reportażach i wspomnieniach Wspaniały reporter, odważny, skromny choć największy z wielkich. Ta książka jest pożegnaniem pisarza, tłumacza kultur, będącego ze światem na ty. Oprócz wspomnień i znanych wywiadów w książce znalazł się jeden, ostatni, niepublikowany wywiad, przeprowadzony przez autorów, świetnych publicystów Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetkę. Tom zawiera wiele nieznanych zdjęć Ryszarda Kapuścińskiego, udostępnionych przez jego żonę oraz obszerne kalendarium jego życia i twórczości.

5. Mózg kobiety

Louann Brizendine

VM Group, 2006

"Mózg kobiety" to publikacja popularno-naukowa, będąca fascynującą opowieścią o tym, jak unikalna budowa kobiecego mózgu determinuje świat kobiecych pragnień i potrzeb, a nawet więcej niż determinuje - jak go tworzy. Autorka przedstawia rewolucyjne spojrzenie na odmienność postrzegania świata przez kobiety. Niepoprawny politycznie "Mózg kobiety" rozpętał kolejną walkę pomiędzy feministkami a seksistami. Od sierpnia br "Mózg kobiety" utrzymuje się na listach bestsellerów w USA, wielki szum wokół książki powstał także w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

6. Kafka nad morzem

Haruki Murakami, Muza, 2007

Piętnastoletni Kafka ucieka z domu przed klątwą ojca na daleką wyspę Shikoku. Niezależnie od niego podąża tam autostopem pan Nakata, staruszek analfabeta umiejący rozmawiać z kotami oraz młody kierowca z końskim ogonem lubiący hawajskie koszule. Ojciec Kafki zostaje zamordowany i wszystkich trzech poszukuje policja. Po spotkaniach z zakochaną w operach Pucciniego kotką Mimi, Johnniem Walkerem i innymi fantastycznymi postaciami bohaterowie trafiają w końcu do tajemniczej prywatnej biblioteki, w której czas się zatrzymał. Nocami odwiedza ją duch młodziutkiej dziewczyny w niebieskiej sukience....

7. Świadomość - klucz do życia w równowadze

Osho,

Garmond, 2007

U podstaw wszelkich wyczynów sportowych, wszelkich technik medytacji, włączając w to sztuki walki leży jedna, najważniejsza cecha, która pozwala być skoncentrowanym na chwili obecnej. OSHO nazywa ją świadomością. Kiedy nauczymy się rozpoznawać i rozumieć na czym ona polega, wkroczymy na drogę ku osiągnięciu doskonałości w każdym aspekcie naszego życia. Wielcy mistrzowie, tacy jak Lao Cy, Budda, twierdzą że przechodzimy przez życie jak lunatycy nieobecni, nieczuli na rezultaty naszych poczynań, nieświadomi nawet tego, jaki wpływ na otoczenie mają nasze słowa i działania. Jednocześnie, w ekstremalnych sytuacjach, zdarzają się nam chwile przebudzenia, niezwykłe przebłyski świadomości - w wypadku na drodze, kiedy czas wydaje się zwalniać, lub kiedy rodzi się dziecko, lub kiedy ktoś bardzo bliski umiera.

8. Praga

Arthur Phillips,

Świat Książki, 2004

Widziany oczami młodych Amerykanów obraz współczesnej Europy Środ- kowo-Wschodniej. Budapeszt 1990 roku. W kawiarni Gerbeaud spotyka się codziennie piątka młodych przybyszów, by opowiadać o wydarzeniach minionego dnia, swoich przeżyciach i urokach stolicy Węgier. Są przekonani, że otwierają się przed nimi nieograniczone możliwości, szukają szczęścia w biznesie, miłości i sferze duchowej. Trudno im jednak zrozumieć to miasto i jego mieszkańców. Amerykanie opuszczą Węgry odmienieni, patrzący na wydarzenia w Europie Środkowej z nowej, szerszej perspektywy.

9. Dobre ciało

Eve Ensler,

W.A.B., 2007

Dobre ciało, kolejna głośna książka Eve Ensler, autorki bestsellerowych Monologów waginy, to wyzwanie rzucone kobiecym obsesjom dotyczącym własnej cielesności. Autorka zjeździła świat od zachodniego wybrzeża Ameryki po Kabul, żeby przekonać się, że bez względu na język, kulturę i stopień zamożności kobiety dręczy ten sam upiór - ideał pięknego ciała.

10. Kobieta i mężczyźni

Manuela Gretkowska,

Świat Książki, 2007

Los dwóch par czterdziestolatków, mieszkających w Warszawie. Bezdzietny związek Klary i Jacka niszczy pogłębiająca się depresja męża. Gdy Jacek wyjeżdża, Klara zaczyna spotykać się z pewnym biznesmenem. Nieoczekiwanie rozpada się też "wzorowe" małżeństwo Joanny i Marka, rodziców trojga dzieci. Religijnemu Markowi wydaje się, że z portretu przemawia do niego właśnie zmarły Papież i mówi dziwne rzeczy...

Zbyszek Kruczalak

Dom Książki Muzyki i Kawy D&Z

Tel. 877-282-4222

www.domksiazki.com

TEATR

Teatr 13tka im. Karola Wojtyły

W drugą rocznicę śmierci Jana Pawła II - program poetycko-muzyczny. Na to szczególne spotkanie z muzyką, słowem i obrazem teatr zaprasza w niedzielę 1 kwietnia o godz. 2:30 po południu do Jezuickiego Ośrodka Milenijnym przy 5835 Irving Park Road. Bilety w cenie $10 można nabywać w biurze Jezuickiego Ośrodka Milenijnego (od wtorku do niedzieli w godz. 3:30-8:30 wieczorem) oraz 2 godziny przed przedstawieniem w cenie $15. Więcej informacji można uzyskać przez telefon: (773) 777-1272.

MUZEA I GALERIE

Muzeum Polskie w Ameryce

984 N. Milwaukee Ave.

Tel. (773) 384-3352

Artyści wrocławscy - wystawa grafiki i malarstwa czterech twórców związanych z Akademią Sztuk Pięknych we Wrocławiu.

Jubileusz sześćdziesięciolecia wrocławskiej ASP był inspiracją do przygotowania pokazu w Chicago. Mieście, w którym przebywa wielu wrocławian, a nawet kilku utalentowanych absolwentów tamtejszej uczelni artystycznej, takich jak Gosia Kościelak czy Mirosław Chudy. W muzeum będzie można obejrzeć prace reprezentantów dwóch pokoleń.

Edward Kostka (ur.1935) - uczeń profesora Stanislawa Dawskiego, nauczyciela słynnego Józefa Gielniaka - studiował w latach 50. wówczas w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Malarz, grafik, projektant ponad 600 okładek i obwolut. Przez lata był naczelnym grafikiem Wydawnictwa Ossolineum. Prace artysty znajdują się w prywatnych zbiorach na całym świecie. Do młodszego pokolenia należą pozostali uczestnicy wystawy. Przemysław Tyszkiewicz (ur.1964) - charyzmatyczny profesor ASP we Wrocławiu, laureat nagród na międzynarodowych konkursach graficznych. Jego dzieła posiadają w swoich kolekcjach między innymi Vaclav Havel i Gerhard Schreder. Dr Małgorzata Warlikowska (ur. 1970), pedagog wrocławskiej ASP. Uczestniczka międzynarodowych konkursów graficznych, stypendystka na Uniwersytecie w Akron w USA w 2000 roku. Anna Trojanowska (ur. 1978) - zaledwie 5 lat temu ukończyla studia na Wydziale Grafiki w pracowni litografii profesora Pawła Frąckiewicza, gdzie obecnie jest asystentem. Prezentowała już swoje prace na licznych wystawach w kraju i za granicą, a jako projektant graficzny zdobyła nagrody w Toronto i Nowym Jorku.

Wszystkie prace przeznaczone są na sprzedaż.

Wystawa potrwa od 30 marca do 7 maja 2007. Kuratorem ekspozycji jest Monika Nowak. Dodatkowe informacje przez telefon: (773) 384-3352 w. 101. Wystawę można oglądać w godzinach otwarcia muzeum: codziennie - oprócz czwartków - od 11:00 rano do 4:00 po południu.

Muzeum Sztuki w Milwaukee

700 N. Art Museum Drive, Milwaukee

Tel. (414) 224-3200,

www.mam.org

"Francis Bacon in the 1950s" - prawie 50 prac - wśród których są zarówno dzieła słynne, jak i mniej znane - wprowadza w ważny i ciekawy okres twórczości zmarłego w 1992 roku brytyjskiego malarza, jednego z najwybitniejszych artystów współczesnych.

Wystawa czynna jest jeszcze do 15 kwietnia.

Chicagowski Instytut Sztuki

111 S. Michigan Ave.

Tel. (312) 443-3600

Cezanne to Picasso: Ambroise Vollard, patron of the Avant-Garde - wystawa poświęcona słynnemu paryskiemu marszandowi i kolekcjonerowi, który przyczynił się do promocji sztuki francuskiej awangardy z początku XX wieku. Składa się na nią ponad 250 prac wybranych ze zbiorów muzealnych i prywatnych z całego świata, niektóre po raz pierwszy pokazywane w Chicago. Wśród zgromadzonych są również arcydzieła Van Gogha, Paula Gauguina, Pierre"a Bonnarda, Edouarda Vuillarda oraz innych wielkich artystów tego okresu. Prezentowanej do 12 maja wystawie towarzyszy 450-stronicowy katalog, w ktorym można znaleźć reprodukcje wszystkich prac oraz eseje.

Na wystawę obowiązują specjalne datowane bilety. W związku z tym zalecana jest wcześniejsza rezerwacja. Bilety w cenie: $15 (poniedziałek-środa) i $18 (czwartek - niedziela) można nabyć przez telefon (312) 930-4040 lub w kasie muzeum.

Muzeum Fielda

1400 South Lake Shore Drive

Tel. (312) 922-9410, www.fieldmuseum.org

The Ancient Americas - nowa stała wystawa opowiada historię życia na kontynencie amerykańskim - od pojawienia się pod koniec ostatniej epoki lodowcowej małych grup nomadów, którzy zajmowali się myślistwem do potężnych imperiów Azteków i Inków. Opracowana w oparciu o najnowsze badania - przeprowadzane m.in. przez naukowców muzeum - ekspozycja pokazuje rozwój cywilizacji na tych ziemiach na długo zanim przybyli tam Europejczycy.

Rozciągająca się na powierzchni 19 tysięcy stóp kwadratowych instalacja obejmuje ponad 2.200 eksponatów, wspaniałych rekonstrukcji, filmów wideo oraz stanowisk interaktywych. Zgromadzone eksponaty reprezentują ponad 20 zróżnicowanych grup kulturowych, takich jak Pueblo na północ od Rio Grande, budowniczych kopców ze Środkowego Zachodu, karaibskich Taino, Tolteków, Majów i Azteków Ameryki Środkowej oraz wielkie kultury Ameryki Południowej z Inkami na czele. Wstęp wolny z biletem do muzeum

Treasures of the Titans - kunsztowne wyroby jubilerskie i akcesoria, które należały do znanych postaci ze świata sztuki, polityki, rozrywki i przemysłu. Podobnie jak inne osobiste przedmioty mówią one o gustach i upodobaniach osób, które były ich właścicielami. Wśród prezentowanych są m.in. brylantowy naszyjnik i kolczyki, które dla Sofii Loren zaprojektował Bulgari, inkrustowana rubinami złota puderniczka Vivien Leight, bransoleta z panterą księżnej Aga Khan, zapalniczka Elvisa Presleya i diamentowa tiara księżnej Monaco. Wystawa pokazywana jest w galerii Graigner Hall of Gems do 3 czerwca. Wstęp wolny z biletem do muzeum ($12 i $7 - seniorzy, studenci i dzieci).

Godziny otwarcia Field Museum: codziennie od godz. 9 rano do 5 po południu.

oprac. dp