----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Można by poetycko powiedzieć, że w starych ścianach wciąż słychać dźwięki żywej muzyki. Ale nawet nie ma już ścian. Cardinal Club podzielił losy wielu innych chicagowskich legendarnych budynków i w 2003 roku zniknął z powierzchni ziemi. Miejsce to jednak wciąż kojarzy się ze znakomitą muzyką i atmosferą, która sprawiała, że jakoś łatwiej było nam żyć. Zwłaszcza w tych surrealnych pierwszych latach imigracji. Przetrwały na szczęście wspomnienia, zdjęcia... A także liczne taśmy filmowe, dzięki którym mógł powstać pierwszy zapis na DVD historii tego klubu.

Danuta Peszyńska: Dlaczego zdecydowali się panowie zrealizować ten dokument?

Janusz Chorabik: Chcieliśmy, aby pozostał trwały ślad po miejscu, które odegrało tak ważną, ciekawą rolę w życiu Polonii.

Andrzej Dylewski: Zrobiliśmy ten film dla wszystkich tych, którzy pamiętają "Cardinala", żeby z sentymentem mogli tam powracać. A także dla tych. którzy nie wiedzą, że taki klub w ogóle istniał, aby się z nim zapoznali.

Film jest montażem archiwalnych zdjęć filmowych. Skąd one pochodzą?

JCh: Wszystkie materiały filmowe są moją własnością. Sam je wykonałem amatorską kamerą Sony. Przez lata przychodziłem do klubu i rejestrowałem koncerty. Nagrane kasety odstawiałem na półki i po jakimś czasie miałem już ich dziesięć. Przechowywałem je w bejsmencie, przypuszczając, że może kiedyś się przydadzą. Myślałem, żeby zrealizować ten film już kilka lat temu. Ale w tamtych latach to było jeszcze niemożliwe. Przede wszystkim ze względu na dźwięk, który też był z kamery. Dopiero teraz nowa technologia umożliwiła przeniesienie dźwięku z systemu analogowego na system cyfrowy, w którym Andrzej dokonał dalszej obróbki, nadał mu szersze pasmo przenoszenia.

W obraz staraliśmy się zbyt wiele nie ingerować, żeby zachować jego autentyczność. Natomiast więcej wysiłku trzeba było włożyć w uzyskanie zadawalającej jakości dźwięku. I tu Andrzej dokonywał wprost cudów.

AD: To była bardzo żmudna praca. Przejmowaliśmy się tym dyskiem, bo cząstka naszego życia tam jest zapisana... Moje siedem lat spędzone w takim fajnym akwarium muzycznym. Dopiero jak wypaliliśmy taśmę matkę, ciężar spadł mi z serca. Wiadomo już było, że ten materiał nie przepadnie.

JCh: Dla nas to było miejsce specjalne. Ja po przyjeździe do Chicago pierwszą noc spędziłem właśnie w "Cardinalu", zawieziono mnie tam wprost z O"Hare. Później często powracałem do klubu. Tam poznałem swoją żonę, Bożenę Hutnicką, wokalistkę zespołu "Wanderband". Bo to był też taki klub, gdzie rodziły się przyjaźnie, miłości, pary się kojarzyły.

Jaki przedział czasu obejmuje utrwalona na dysku historia klubu?

AD: Wybraliśmy okres, który sami znaliśmy najlepiej. Około siedmiu lat - od 1987 do 1994 roku - kiedy ja tam grałem.

Panie Januszu, czy nagrywając wówczas koncerty w klubie, myślał pan, że to kiedyś będzie materiał historyczny?

JCh: Nagrywanie było moim hobby. Przez dziesięć lat pracowałem w Telewizji Kraków, wprawdzie nie za kamerą, tylko przy produkcji dekoracji. Ale miałem kolegów kamerzystów, reżyserów, z którymi często rozmawialiśmy na te tematy. Stąd też gdzieś wzięła się moja pasja. Po przyjeździe do Ameryki, mogłem sobie kupić kamerę, z którą przychodziłem do Cardinal Club. Interesowało mnie, że tyle ciekawych rzeczy tam się działo, tyle ważnych, wspaniałych postaci się przewijało przez ten klub. Nie można było tego nie utrwalić.

A pan Andrzej współtworzył tę historię.

AD: Tak, byłem członkiem "Wanderband". Grałem z zespołem przez siedem lat. W tamtym czasie to była dosyć mocna kapela, w świetnym składzie: Włodek Wander - saksofon i wokal, Rysiek Sygitowicz na gitarze, Janusz Piątkowski na organach, Bożena Hutnicka wokal i ja na perkusji. Przewinęło się przez nią sporo dobrych polskich muzyków. Nieraz oczywiście potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby się zgrać. Kiedy na przykład wyjechał do Polski Janusz Piątkowski, jego miejsce zajął Michał Sztygar, który poprzednio grał na statku. Sztygar, muzyk po Wyższej Szkole Muzycznej w klasie fortepianu, jak zaczął grać to sypała się lawina dźwięków. On dosłownie fruwał na tym fortepianie, ale nie był przyzwyczajony do grania w zespole rockendrollowym. Kiedy jednak już się zgraliśmy, to była poezja. On wnosił do zespołu swój koloryt symfoniczny. Przychodziliśmy nieraz wcześniej do klubu, żeby sobie razem pograć suity koncertowe. Perkusja i fortepian - to było ciekawe zejście muzyczne. Robiliśmy też takie eksperymenty.

Graliście także z amerykańskimi wokalistami i czarnymi muzykami z południa Chicago. Których z nich pan szczególnie zapamiętał?

AD: Pamiętam ciekawe wydarzenie związane z przyjściem do nas Paula Bolgera. Włodek szukał właśnie wokalisty. Dowiedziałem się, że gdzieś na zachodnich przedmieściach, w pomieszczeniach dealera samochodowego odbędzie się przesłuchanie na perkusistę. Pomyślałem, ze to dobra okazja, żeby nawiązać nowe kontakty. Pojechałem po ulicy North prawie do St. Charles. Dla mnie to była wówczas prawdziwa wyprawa, czułem się jakbym jechał w głąb Ameryki. Casting organizowany był w firmie ojca Paula Bolgera, którego zespół grał na tej imprezie.

Od razu spodobał mi się wokalista.

I tak się stało, że zamiast on zaangażować mnie, to ja zaproponowałem jemu, żeby zgłosił się do "Cardinala". A kiedy Bolger przyszedł i tym swoim głosem niesamowicie ochrypłym zaśpiewał Joe Cockera, to wiadomo było, że jest już nasz. Więc on został, potem skaperowaliśmy gitarzystę Boba Georgesa. Przychodził do nas także Tad Zeppelin z "Orange Vibes". Majka Jeżowska przyprowadziła swego męża Toma Logana, z którym robiliśmy program amerykański. Pamiętam - nieraz było więcej osób na scenie niż na widowni... Mała orkiestra. I to wszystko Wander sponsorował. Rzeczywiście należy mu się za to duża palma wdzięczności. Nieraz ludzie nie wierzyli, iż zespół może tak dobrze brzmieć na żywo. Myśleli, że udawaliśmy. Wszystko było na żywo, czego niestety nie ma w dzisiejszych klubach.

Bardzo ciekawą muzykę graliśmy. Nie tylko przeboje europejskie czy polskie, ale również amerykańską muzykę, i to w wykonaniu rodowitych muzyków, którzy te rytmy noszą w sobie. Kiedyś występowała u nas czarna wokalistka z południa Chicago, Holly Maxwell. Bardzo utalentowana, barwna postać. Za każdym razem kiedy wychodziła na scenę, to miała na sobie inną kreację. Przyprowadzała do klubu swoje koleżanki, które ku naszej konsternacji nazywała "sisters". Przychodziła tam też jej liczna rodzina. Oni bardzo celebrowali te koncerty, nieraz na widowni zajmowali dwa stoliki.

JCh: Właśnie to wywarło na mnie największe wrażenie, kiedy po przyjeździe z Polski zacząłem chodzić do Cardinal Club. Ta scena, na której występowali razem różni wykonawcy - Polacy, Amerykanie. Każdy śpiewał w swoim języku i nikomu to nie przeszkadzało. To tworzyło właśnie ten znakomity klimat. Teraz już prawie nie ma takich miejsc, gdzie można posłuchać dobrej muzyki na żywo, zatańczyć, napić się drinka.

Publiczność też była wymieszana. Nie tylko polskojęzyczna.

AD: Bardzo dużo Amerykanów przychodziło. I to sporo stałych bywalców.

W piątki już się zaczynał ruch. W soboty trudno było znaleźć wolne miejsce, a w niedziele wiele osób przychodziło, żeby tylko posłuchać muzyki. Oprócz regularnych weekendowych koncertów, zawsze w środy - przez około półtora roku - organizowane były Jam Session z udziałem amerykańskich muzyków.

Trzeba też wspomnieć, że w klubie odbywało się mnóstwo imprez charytatywnych. Jeżeli tylko komuś, zwłaszcza ze środowiska muzyków, działa się jakaś krzywda życiowa, to Włodek zaraz robił koncert, z którego dochód był przeznaczony na pomoc dla tej osoby. Ja uczestniczyłem w co najmniej piętnastu takich imprezach. To był klub rodzinny. Znaliśmy się tam wszyscy jak łyse konie.

Co zdaniem panów tworzyło atmosferę, którą wielu dawnych bywalców wspomina jako niepowtarzalną?

JCH: Nie byłoby tej atmosfery, gdyby nie znakomici muzycy. To dla nich przychodziła publiczność, bo chciała ich posłuchać, zobaczyć. Muzyka przede wszystkim tworzyła klimat. Poza tym publiczność miała bezpośredni kontakt z wykonawcami. Nawet z największymi gwiazdami można było się spotkać, porozmawiać. W Polsce to było nie do pomyślenia - oni zawsze stali po drugiej stronie, na scenie.

W klubie występowała plejada polskich gwiazd. Które z tych koncertów zostały utrwalone na dysku?

AD: Przedstawiamy postaci charakterystyczne dla tego okresu działalności klubu, i to też z oczywistych względów nie wszystkie. Można usłyszeć i zobaczyć m.in. Krystynę Prońko i Czesława Niemena. Ale spotykało się w "Cardinalu" rzeczywiście doborowe towarzystwo. Czasami żartowałem, że z tymi osobami, z którymi nie grałem w Polsce, w Chicago mogłem zagrać. Zdarzały się zupełnie wyjątkowe historie.

Kiedyś przez cztery miesiące występował w klubie Piotr Frączewski. Przedstawiał swój recital aktorski, ale Włodek namawiał go, żeby zagrał również Franka Kimono. Frączewski strasznie się mitygował. Twierdził, że w ogóle nie pamięta tej roli, bo "dali mu w studiu jakieś teksty", które on tylko zaśpiewał, ale w końcu się zgodził. Na przedstawieniach sala pękała w szwach. Nigdzie indziej nie można było zobaczyć Franka Kimono tylko w Cardinalu. I takie rzeczy działy się w tym klubie. Kiedyś po koncercie, tłum zaniósł Karin Stanek na rękach do garderoby...

JCh: Taka tam była fantazja i euforia. To dawało ludziom radość.

AD: Poza tym to były czasy emigracji z Polski muzyków. Tu można było spotkać Bogusława Metza, "Skaldów", "No to co", Waldemara Koconia, Stana Borysa. Jak tylko było gorzej w Polsce, to przyjeżdżało się do Chicago, żeby jakoś ten trudny okres przetrwać. A jak ktoś już się tu dostał, to tak szybko nie wyjeżdżał. Wtedy kontrakty opiewały na kilka miesięcy. Ale to sprawiało, że były żywe kluby. Działały prężnie przecież Maryla Polonaise, Cafe Lura...

Potem niektórzy muzycy mówili w Polsce, że grali w Chicago do kotleta.

JCh: Nie w klubie Cardinal! Na tym DVD jest potwierdzenie, że nie było kotleta.

AD: Tylko stara pizza (śmiech).

Porozmawiajmy jeszcze o innych barwnych postaciach klubu, których nazwisk już często nikt nie pamięta.

AD: Ciekawe historie działy się na przykład na bramce. Przy drzwiach kłębiło się zawsze mnóstwo ludzi, ale bramkarze utrzymywali porządek. Przez pewien czas rządził na tej bramce taki duet: zawodowy bokser z Polski i pan Jurek, który bardzo przeżywał wszystkie koncerty. Jak miał tylko wolną chwilę, to podchodził pod scenę. Nieraz do mnie zagadywał i namawiał: "Andrzejku, zagraj tych poganiaczy bydła..." Chodziło mu oczywiście o bluesowy rytm. Potem pojawił się pan Grzesiu i nie potrzeba było już dwóch bramkarzy. Nawet duże chłopy nie dawały sobie rady z Grzesiem. Kamienna twarz, biała koszula, założone ręce. Nic się nie odzywał, tylko stał. Ale nikt mu nie podskoczył.

Dlaczego klub został zamknięty?

AD: Na to pytanie akurat nie potrafimy odpowiedzieć. Włodek Wander powiedział, że już był zmęczony. I miał do tego święte prawo. Włożył przecież w tę działalność ogrom wysiłku. A to nie zawsze było takie pasmo sukcesów.

Czy przypuszczacie panowie, że kiedyś uda się zorganizować duży koncert z udziałem muzyków, którzy występowali w klubie?

AD: Taką próbę już podjęliśmy. Z okazji wydania dysku zorganizowaliśmy 4 grudnia ubiegłego roku koncert w Cafe Lura. Wzięli w nim udział artyści, którzy występowali w "Cardinalu" oraz młodzi chicagowscy muzycy. Gościem honorowym był Piotr Kaczkowski z "Trójki".

JCh: Niedawno oglądałem w telewizji amerykańskiej program poświęcony historii bluesa w Mississippi. Muzycy, którzy wyszli z tego stanu, a potem rozeszli się po całej Ameryce, kiedy wracają tam, to honorem ich jest, żeby wejść i zaśpiewać w swoim starym klubie.

AD: W naszym przypadku już nawet nie ma tego miejsca. Jest tylko plac zajmowany przez sklep, i to człowieka trochę boli.

Ale muzyka pozostała. Także ta zapisana na waszym dysku DVD. Jaki jest odbiór?

AD: Wiele osób oglądało już film kilkakrotnie. W Polsce także został dobrze przyjęty. Wysłaliśmy znajomym, którzy klub dobrze pamiętają. Mówią, że sprawiliśmy im tym wielką radość.

Ciekawa jestem, czy ta historia zainteresuje także młodych ludzi.

JCh: Pokazywałem film swoim siostrzeńcom, którzy urodzili się w Chicago. Im najbardziej podobali się amerykańscy wykonawcy, ponieważ - jak Andrzej powiada - śpiewają w ich narzeczu. Ale z zainteresowaniem odebrali cały dysk.

Na okładce można przeczytać, że jest to volumen 1. Czy to znaczy, że ukażą się następne części?

AD: Jeżeli zainteresuje się tym projektem jakieś większe wydawnictwo w Polsce, to z pewnością - tak. Materiałów mamy jeszcze na kilka części. Gdyby jednak ktoś chciał się z nami podzielić swoimi filmami czy nagraniami, to chętnie nawiążemy współpracę.

Niezaprzeczalną wartością tego filmu są archiwalne materiały z koncertów. Ale można by je jeszcze uzupełnić na przykład wywiadami z muzykami czy pracownikami klubu....

AD: Myśleliśmy o tym, żeby zamieścić wywiady z muzykami, którzy są w Chicago, a nawet pokusić się o rozmowy z tymi, którzy wyjechali do Polski. Ale to byłoby przedsięwzięcie na szerszą skalę. Natomiast na tę skalę, na jaką zamierzyliśmy, to uważamy, że udało nam się zrealizować ten dysk.

JCH: Podziękowanie należy się przede wszystkim Włodkowi Wanderowi za serce i pracę, włożone w utrzymanie tego klubu i danie nam możliwości kontaktu z tak wspaniałą muzyką.

To był chyba największy klub poza Polską z żywą muzyką.

JCh: Nawet w Polsce nie było takiego klubu, to był fenomen.

AD: Muzycy, nie-muzycy, każdy kto przyjeżdzał do Chicago, musiał tam zajrzeć.

Dla wielu osób to był klub prestiżowy..

AD: A teraz to już będzie chyba klubem kultowym.

Mam nadzieję, że przyczyni się do tego także zrealizowany przez panów DVD. Gdzie można nabyć film?

AD: W biurach Polameru, niektórych polskich sklepach muzycznych i wypożyczalniach kaset oraz bezpośrednio w studiu nagrań Media Sound.

rozmawiała Danuta Peszyńska

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (1)

Jeden z lepszych klubów muzycznych w całej ameryce/polonijn/Włodek Wonder bez jego duszy by nic nie było. Cafe lura? Benedykt

  Załączniki
Skomentuj artykul jako pierwszy

Skomentuj

Komentuj jako gosc. Sign up or login to your account.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location