----- Reklama -----

Monitor 05/10/2006

Obecny rynek artykułów dla zwierząt oferuje tysiące różnorodnych towarów. Gdyby jednak wierzyć opiniom właścicieli psów, to nie ma chyba bardziej kontrowersyjnego artykułu aniżeli obroże elektroniczne. Dla wielu właścicieli to po prostu przyrząd pomagający w szkoleniu psów. Dla innych jest to niemalże narzędzie tortur, którego ze względów humanitarnych nie sposób użyć na psie.

A jak jest naprawdę? Myślę, że obydwie powyższe teorie są skrajne, a prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.

Obecnie na rynku dostępne są cztery rodzaje urządzeń, które moglibyśmy określić mianem "elektronicznej obroży".

Elektroniczny płot - urządzenie działa podobnie jak powszechnie znany "elektryczny pastuch" dla krów lub owiec. Składa się z dwóch części: nadajnika oraz obroży korygującej. Pies otrzymuje łagodny impuls elektryczny o niskim napięciu w momencie próby przekroczenia terenu ograniczonego drutem. W odróżnieniu od "elektrycznego pastucha", drut (kabel) ukryty jest pod ziemią lub jest zastąpiony falami radiowymi.

W obrębie tej grupy możemy wyróżnić:

w płoty bezprzewodowe - zdecydowanie droższe, lecz nie wymagające instalacji kabla. Impuls elektryczny jest wysyłany za pomocą fal radiowych. Wadą tego urządzenia jest fakt, że choć wprawdzie możemy dowolnie regulować zasięg, to jednak chroniony obszar musi mieć kształt koła lub półkola.

w płoty przewodowe - tańsze i bardziej praktyczne, lecz niestety wymagające czasochłonnej i uciążliwej instalacji podziemnego kabla, którym wysyłany jest impuls elektryczny.

Elektroniczne płoty, choć zasadniczo spełniają swe funkcje, nie dają stuprocentowej gwarancji , że pies nie opuści wyznaczonego terenu. Przed ich użyciem należy psa starannie do tego przygotować, czyli przeszkolić. Używanie elektronicznych płotów bez przeszkolenia czworonoga, nie tylko obniży procent skuteczności (czytaj bezpieczeństwo psa), ale nade wszystko jest niehumanitarne.

Elektronicznych płotów nie polecam dla psów miniaturowych oraz wysoce pobudliwych, czyli na przykład chartów i terrierów. Idealne zastosowanie to jako dodatek do istniejącego (klasycznego) płotu (na przykład z metalu lub drewna).

Elektroniczna smycz - stosunkowo mało znana odmiana smyczy, której konstrukcja umożliwia korekty za pomocą impulsu elektrycznego w przypadku gdy pies ciągnie lub wyprzedza osobę prowadzącą. Oprócz sytuacji szczególnych (na przykład dla osób niepełnosprawnych) zupełnie nie widzę potrzeby stosowania tego typu urządzenia. W ogromnej większości przypadków ciągnącego psa można najzwyczajniej zatrzymać szarpnięciem smyczy, bez konieczności wydawania pieniędzy.

Elektroniczna obroża przeciw szczekaniu - reaguje samoczynnie na odgłos szczekania (w praktyce na drgania membrany spowodowane szczekaniem) i karze "szczekacza" za pomocą łagodnego impulsu elektrycznego. Jest znacznie skuteczniejsza w porównaniu z podobnymi urządzeniami, w których zamiast impulsu elektrycznego stosowane są ultradźwięki lub spryskiwanie preparatem o zapachu soku cytrynowego.

Elektroniczny trener - zdecydowanie najbardziej popularny spośród wszystkich czterech. Podobnie jak elektroniczny płot składa się z dwóch części: obroży oraz urządzenia do zdalnego kierowania (remote control). Obroża na wewnętrznej stronie zaopatrzona jest w dwa metalowe bolce, które muszą dotykać skóry (a nie sierści) zwierzęcia. Urządzenie do zdalnego sterowania przypomina z wyglądu popularnego "pilota" do telewizora, choć jest mniejsze i wygodniejsze do trzymania w dłoni. Nowa generacja elektronicznych trenerów z ostatnich kilkunastu lat posiada obok możliwości regulacji stopnia natężenia impulsu, również i dźwiękowy sygnał ostrzegający psa przed korektą, co zarazem czyni takie urządzenia znacznie bardziej humanitarnymi.

Wielokrotnie sprawdzałem intensywność elektrycznych impulsów obroży tego typu na swojej dłoni i mogę stwierdzić, że dzisiejsza generacja jest względnie humanitarna i nie powoduje bólu, tym bardziej, że każda korekta poprzedzona jest dźwiękiem ostrzegającym czworonoga. Pomimo tego nie jest to przyjemne, dlatego używanie powinno być ograniczone do sytuacji szczególnych. Osobiście w czasie 30 lat moich doświadczeń z psami tylko raz użyłem elektronicznego trenera, kiedy sytuacja wymagała natychmiastowej i zdecydowanej akcji: Moja podrastająca dziewięciomiesięczna wówczas suka zaczęła zjadać znalezione w ogrodzie psie odchody by potem lizać dzieci w trakcie zabawy. Poskutkowało natychmiast!

Obroże elektroniczne nie powinny być używane na szczeniętach oraz rasach miniaturowych, które zazwyczaj charakteryzują się mniej stabilnymi charakterami.

Podsumowując, uważam że urządzenia elektroniczne powinny być używane tylko jako ostatnia opcja w procesie wychowania psa i nie zastąpią one prawidłowego wychowania oraz treningu.

George C. Urbański

jest specjalistą w dziedzinie kynologii

oraz hodowcą psów. Publikuje artykuły w magazynach kynologicznych w wielu krajach. Zajmuje się szkoleniem psów i konsultacjami.

Tel. 847 885 7946

Skrzętnie gospodarzymy pieniędzmi całe życie. Kupiliśmy dom albo mieszkanie, składamy pieniądze w banku i w funduszach powierniczych. Odmawiamy sobie przyjemności, by zabezpieczyć przyszłość sobie i rodzinie. Ale im więcej pieniędzy będziemy mieli, tym bardziej nasi spadkobiercy mogą się w przyszłości pokłócić o naszą schedę. Oto kilka wskazówek, jak tego uniknąć.

Dobrze przygotuj testament

Niezależnie od stanu swojego posiadania, każdy z nas powinien mieć testament (last will albo testament). Jest to dokument, w którym dysponujesz, kto ma otrzymać twoje przedmioty majątkowe - dom, samochód, pieniądze itp. oraz kto przejmie opiekę nad dziećmi w razie twojej śmierci. Twoja ostatnia wola decyduje o losie dorobku twego całego życia i przyszłości nieletnich dzieci.

Trudno uwierzyć, ale aż 70% osób w Stanach Zjednoczonych nie posiada testamentu. Przyczyną tego zjawiska jest nieświadomość komplikacji, jakie następują z powodu braku ostatniej woli lub innych stosownych przygotowań.

Jakkolwiek można testament spisać w prostym języku albo kupić formularze, warto zatrudnić prawnika, by przygotował ostatnią wolę, gdyż w razie jakichś błędów z grobu niczego już nie naprawimy.

Traktuj dzieci sprawiedliwie

Konflikty wynikają z tego, że spadkobiercy czują się pokrzywdzeni. Nierówny podział majątku może wyniknąć z różnych powodów:

v Nierówne zarobki spadkobierców. Rodzice mogą chcieć zostawić więcej niewiele zarabiającej córce, a mniej synowi, który ma dobrze prosperujący biznes.

v Różne potrzeby spadkobierców (syn z większą liczbą dzieci na utrzymaniu dostaje więcej pieniędzy niż syn bezdzietny).

v Poprzednie darowizny. Na przykład rodzice zapisują mniej pieniędzy dziecku, któremu pomogli kupić dom.

v Różna doza opieki na stare lata. Matka może chcieć zapisać dom temu z dzieci, które się nią będzie opiekowało.

Masz pełne prawo rozdzielić majątek między dzieci czy krewnych tak, jak uważasz. Jednak w sytuacji, gdy podział nie jest równomierny, zabezpiecz się na wypadek kłótni, gdyż dzieci mogą poczuć się oszukane lub podejrzewać, że ich rodzeństwu udało się tobą manipulować.

Rada: Jeżeli uważasz, że twoja decyzja wywoła kontrowersje, to poinformuj o niej dzieci osobiście i wyjaśnij przyczyny. Jeżeli wolisz tego nie czynić, to w testamencie napisz przyczynę swojej decyzji.

Uwaga: Nierówny podział może też wyniknąć dlatego, że różne przedmioty majątkowe mogą być różnie opodatkowane, albo dlatego, że niektórych przedmiotów (kont) zapisać nie możesz (patrz poniżej).

Nie dysponuj oddanymi pieniędzmi

Niektórymi przedmiotami majątkowymi nie możesz dysponować w testamencie, co czasem powoduje poważne problemy.

Przykład: Synowi zapisałeś dom, a córce konto bankowe z wkładem równym wartości domu, więc uważasz, że rozdzieliłeś majątek sprawiedliwie. Ale konto zarejestrowane było na nazwisko twoje i syna, więc on stał się automatycznie jego właścicielem po twojej śmierci. W ten sposób cały majątek przeszedł na syna, a córka nie dostała nic.

Oto przedmioty majątkowe, których nie można zapisać w testamencie:

v Majątek będący współwłasnością (jointly held property). Przykładem konto bankowe otwarte razem z inną osobą (joint bank account). Po twojej śmierci wkład oszczędnościowy przechodzi na współwłaściciela i nie może być rozdysponowany testamentem.

v Przedmioty majątkowe, na które został wyznaczony beneficjent, np. konto w funduszu powierniczym opatrzone adnotacją Pay-onDeath.

v Przedmioty kontraktu są po śmierci rozdysponowane zgodnie z tym kontraktem i nie mogą stanowić zapisu testamentowego. Przykładem są konta emerytalne, udziały spółek, trusty, jak i prywatne umowy.

v Konta emerytalne automatycznie przechodzą do wymienionego beneficjenta.

v Polisy ubezpieczeniowe wypłacają odszkodowanie bezpośrednio wskazanemu beneficjentowi. Jedynym sposobem na kontrolowanie odszkodowania byłoby uczynienie masy spadkowej beneficjentem, ale to nie jest dobry pomysł).

v Majątek trustów przechodzi zgodnie z instrukcjami trustu.

Rozdaj rodowe pamiątki za życia

Jeżeli nie korzystasz z rodzinnych pamiątek (biżuterii, starych mebli, fotografii, obrazów), to rozdaj je za życia tym członkom rodziny, którzy je lubią i docenią. Zapytaj wprost, co twoje dzieci chciałyby dostać. Ludzie przywiązują różną wagę do różnych rzeczy i dysponując "zza grobu" możesz nie utrafić w ich gusta czy zainteresowania.

Pamiętaj o konsekwencjach podatkowych

Wiele osób jest świadomych podatków od spadku (estate taxes, które dotyczą zresztą tylko dużych majątków), ale zapominają o podatkach, jakie spadkobiercy zapłacą po przejęciu czy sprzedaży danego przedmiotu majątkowego.

Przykład: Synowi zapisałeś konto IRA, a córce konto bankowe o takiej samej wartości. Córka wybierze pieniądze w stu procentach, natomiast syn od wybranych z IRA kwot zapłaci znaczne podatki dochodowe równe jego przedziałowi podatkowemu w danym roku.

Gdy chcesz kogoś wydziedziczyć

Jeżeli twoją intencją jest wydziedziczenie kogoś, musisz być bardzo ostrożny, gdyż osoby wydziedziczone bywają rozczarowane i starają się obalić testament (po obaleniu testamentu obowiązuje dziedziczenie ustawowe). Ponadto sądy czasem działają na korzyść osób pominiętych.

Nie wystarczy kogoś pominąć w testamencie, by go wydziedziczyć. Sąd uzna, że zapomniałeś wymienić tę osobę i przyzna jej tyle, ile należałoby jej się ustawowo, tzn. gdybyś nie pozostawił testamentu. Zapisz swoją intencję wyraźnie: "Jest moją wolą, by mój syn nie otrzymał niczego w spadku po mnie". Musisz również podać, kto ma w zamian otrzymać majątek. Nie możesz pozostawić żadnych niedomówień, by nie przydarzyło ci się to, co pewnemu zgorzkniałemu ojcu. Przeżył swoje życie bardzo oszczędnie i nie mógł pogodzić się z niefrasobliwością i rozrzutnością swojej córki. Napisał w swojej ostatniej woli: "Jest moim największym życzeniem, by moja jedyna córka Maria nie otrzymała po mnie niczego, gdyż okazała się bezwartościową osobą, przepuszczającą każdego dolara na rozrywki i stroje". Kto otrzymał majątek? Córka właśnie. Ojciec nie sprecyzował, kto zamiast córki miałby otrzymać spadek, więc sąd przekazał majątek ustawowemu spadkobiercy, czyli córce.

Uwaga: Nie możesz wydziedziczyć współmałżonka, niczego mu nie pozostawiając. Małżonek ma prawo wyboru pomiędzy zapisem testamentowym a ustawowym, dyktowanym przepisami stanu. Jeżeli mąż nic nie pozostawi żonie lub pozostawi niewiele, ma ona prawo do wyboru zapisu ustawowego, który wynosi co najmniej 1/3 majątku spadkowego. Może ona natomiast przyjąć mniej niż zezwala prawo stanowe, jeżeli jest to jej życzeniem.

Gdy ktoś podważy testament

Około 3% testamentów jest podważanych w sądzie, przeważnie przez bliskich krewnych, którzy czują się bezprawnie pominięci. Prawo nakazuje, że tylko współmałżonkowie są upoważnieni do udziału spadkowego. Dzieci nie są upoważnione do niczego, chyba że nie zostały wymienione w ostatniej woli przez nieuwagę.

Ażeby obalić testament, ktoś musi udać się do sądu i udowodnić, że prawdą jest jedna z poniższych możliwości:

v Zapisy testamentu są wynikiem czyjegoś nielegalnego postępowania (np. oszustwo, podrobienie podpisu).

v Spadkodawca był niekompetentny w momencie, gdy podpisywał akt ostatniej woli.

v Spadkodawca znajdował się pod czyjąś presją.

Takie oskarżenia jest łatwo robić, lecz trudno udowodnić w sądzie.

Uwaga: Jeżeli obawiasz się procesów sądowych, powinieneś przedyskutować z prawnikiem odpowiednią strategię. Prawo spadkowe (probate law) daje krótki czas na podważenie testamentu, a świadkowie podpisania ostatniej woli mogą łatwo poświadczyć, że byłeś poczytalny.

Nie komplikuj sytuacji próbując za wszelką cenę uniknąć probacji

Ażeby spadkobiercy mogli przejąć swoje udziały spadkowe, testament musi być najpierw zatwierdzony przez sąd, co nazywa się probacją (probate). Sąd spadkowy (surrogate court albo probate court) potwierdza ważność dokumentu testamentu i nadzoruje przekazanie spadkobiercom udziałów spadkowych, zgodnie z zapisem testamentowym. Dopiero na podstawie odpowiednich dokumentów wydanych przez sąd, wykonawca może przejąć masę spadkową i rozdzielić pomiędzy spadkobierców. Jeżeli testament okazał się nieważny lub zmarły nie zostawił ostatniej woli, majątek spadkowy jest dzielony zgodnie z prawem danego stanu.

Ludzie stosują różne metody, by uniknąć probacji: zakładają trusty, przekazują majątek dzieciom za życia itp. Jednak zdarza się, że metody te stwarzają więcej problemów niż korzyści.

W przypadku

drugiego małżeństwa

Problem: Ojciec zapisuje wszystko swojej drugiej żonie, mając nadzieję, że ona zapisze majątek jego dzieciom z pierwszego małżeństwa. Po jego śmierci druga żona zostawiła majątek swoim zstępnym, a nie jego.

Rada: Dzieciom z pierwszego małżeństwa zapisz pieniądze bezpośrednio. Resztę zostaw w truście małżeńskim zwanym ATIP. Na jego mocy żona będzie użytkować np. dom do swojej śmierci, po czym przejdzie on na twoje dzieci.

Wyznacz bezstronnego

wykonawcę testamentu

Najczęściej wykonawcą testamentu jest to z dorosłych dzieci, które najbardziej pomagało rodzicom w prowadzeniu spraw podatkowych i finansowych. Sprawa komplikuje się jednak w przypadku drugiego małżeństwa. Jeżeli ktoś wyznaczy na dwóch wykonawców testamentu (co-executors) drugą żonę i starszego syna z pierwszego małżeństwa, to może tym samym bardzo zaognić rodzinne stosunki. Lepiej w takim przypadku wyznaczyć osobę całkowicie niezależną: zaufanego prawnika czy starego przyjaciela.

Elżbieta Baumgartner

jest autorką wielu książek - poradników.

Tel.: 718 224 3492,

Adres: 255 Park Lane,

Douglaston, NY 11363

www.PoradnikSukces.com

Entuzjaści sprzedaży garażowych, pchlich targów i giełd hobbystów uwielbiają te formy handlu ze względu na ich bezpośredniość. Towar można wziąć z rękę, dokładnie obejrzeć. A czasem znajduje się jakąś kolekcjonerską perełkę, której wartości właściciel zwyczajnie nie znał. Lecz nawet najbardziej zapaleni szperacze są czasem zwyczajnie zmęczeni tonami kompletnego śmiecia, przez które trzeba się w przedzierać na garage sales i czasochłonnością tego przedsięwzięcia. Dla nich nieodpartą pokusą stają się aukcje i wyprzedaże internetowe.

Jest kilka niewątpliwych zalet przeniesienia "garażowych wyprzedaży" do Internetu. Taka aukcja jest otwarta przez całą dobę, 7 dni w tygodniu - rzecz tym ważniejsza, że jej publiczność mieszka potencjalnie we wszystkich 24 strefach czasowych. Cena jest na ogół sprawiedliwa - nic lepiej nie sprzyja ustaleniu rzetelnej wartości towaru niż wystawienie go na szeroko otwarty rynek. Ponadto w popularnych witrynach internetowych pojawia się coś w rodzaju poczucia wspólnoty - dzięki systemowi opinii o przeprowadzonych transakcjach rzetelni sprzedawcy bardzo szybko są rozpoznawani i wynagradzani nowymi klientami. Kupując towar na eBayu od kogoś, kto ma za sobą 12 tysięcy transakcji, z których 99,6% miało pozytywne recenzje drugiej strony, nie musimy w zasadzie bać się oszustwa.

Przygotowując ten artykuł, miałem nadzieję odnaleźć inne internetowe domy aukcyjne mające ofertę porównywalną z eBayem. Na przykład w Polsce amerykański potentat przegrywa sromotnie z Allegro i Świstakiem. Jednak w Stanach eBay ma wciąż pozycję niezachwianą - ok. 85% rynku. Wielkość ma znaczenie ogromne - wiele giełd specjalistycznych nie może pochwalić się tak ogromnym wyborem w swojej dziedzinie, jaki oferuje jedna wąska podkategoria eBaya. Kiedy zimą tego roku szukałem szerokich nart do jeżdżenia w miękkim śniegu, eBay miał codziennie do 20 par nart wybranego przeze mnie producenta, a pozostałe strony aukcyjne, które odwiedzałem - jedną lub dwie. Po ekscytujących licytacjach wygrałem bodaj za trzecim razem. Narty nadeszły w znakomitym stanie i na czas. Kosztowały połowę sklepowej ceny.

Była to jednak ciekawa lekcja ograniczeń tego rodzaju kupowania. Wszystko poszło gładko, bo wiedziałem dokładnie czego chcę - tę parę Salomonów wypróbowałem przedtem osobiście podczas jednego z wyjazdów. W przeciwnym razie zgubiłbym się wśród setek ofert. Zawężając się do określonego typu, mogłem również zorientować się, po ile ten typ sprzedawał się podczas zakończonych akcji i ustalić swoją maksymalną ofertę. W przeciwnym razie łatwo dać się ponieść emocjom w ostatniej minucie licytacji. A przy okazji skorzystałem z promocyjnej oferty 0-procentowej karty kredytowej firmowanej przez PayPala, która oferuje całkowite zabezpieczenie przez oszukańczymi transakcjami - więc czułem się całkiem bezpieczny.

Nie bójmy się Internetu

Portale aukcyjne dbają o komfort obydwu stron transakcji i podejmują szereg wysiłków na rzecz budowy zaufania pomiędzy nimi. Wbrew powszechnej opinii, transakcje nie są anonimowe. Pozostańmy przy przykładzie eBaya. Zanim przystąpi się do sprzedawania, wymagana jest rejestracja. Wymagane jest podanie numeru karty kredytowej lub bankowej i szczegółów na temat konta czekowego. Osoby, które nie chcą ujawniać tego rodzaju informacji i mieszkają w Stanach, mogą poddać się procesowi identyfikacji tożsamości. Obejmuje ona m. innymi sprawdzenie adresu zamieszkania. Sprzedający w portalu eBay muszą również przejść pewne dodatkowe procedury identyfikacyjne. Zarządzający portalem podkreślają, iż sprawdzanie tożsamości nie jest równoznaczne ze sprawdzaniem historii kredytowej.

Następnie wypełnia się formularz zawierający opis rzeczy oferowanej na sprzedaż. Zarządzający aukcjami podkreślają pewne elementy, które przyciągają kupujących - np. staranny wybór kategorii, w której dany przedmiot jest sprzedawany, wystawienie go na sprzedaż w dwóch różnych kategoriach, wybór odpowiedniej nazwy sprzedawanego przedmiotu. Wskazówki dla początkujących zawarte w portalu obejmują między innymi takie oto porady: "unikaj takich słów jak "rzadki", "piękny" czy "l@@k". Nikt nie posługuje się takimi słowami szukając danego towaru na eBay. Lepiej opisz dokładnie, czym jest ten przedmiot, nawet jeśli oznacza to powtórzenie nazwy kategorii".

eBay jest stosunkowo tani dla sprzedających w porównaniu z tradycyjnymi maklerami, komisami, itp. Jeżeli cena sprzedaży wynosi 0-25 dolarów, opłata wynosi 5,25%, następnie spada do 3%, a przy kwotach powyżej 1,000 dolarów - do 1,5%

Kupujący mają zadanie łatwiejsze, niż przeszukanie olbrzymiego placu pełnego staroci. Dysponują przeszukiwarką pozwalającą podać słowo-klucz, numer towaru lub kategorię. Wyświetlone wyniki można posortować według tego, które licytacje zakończą się najszybciej, według kolejności wystawienia na licytację, według odległości pomiędzy miejscem zamieszkania sprzedającego i potencjalnego kupca. Dodatkowo można podać zakres ceny, jak również zdecydować, czy sprzedający ma mieszkać w Stanach, czy poza nimi.

W zależności od rodzaju sprzedaży, można zgłosić ofertę w licytacji, kupić przedmiot za cenę stała, albo obejść licytację kupując za cenę "Kup Teraz". Udział w licytacji również wymaga zarejestrowania się. Ma to na celu zapewnienie, że licytacja prowadzona jest w dobrzej wierze, tj. że jej zwycięzca faktycznie wyśle pieniądze.

Konkurencja

eBay nie ma jeszcze godnej konkurencji w Stanach, ale istnieje kilka innych portali aukcyjnych walczących o drugie miejsce. Aukcje prowadzą Amazon.com i wszędobylski Yahoo. Warto również zerknąć na takie strony jak Bidville, Ubid, and Liquidation.com. Ciekawym wariantem stron aukcyjnych są takie portale jak Priceline.com i Nextag.com. Oferując one porównanie cen z setek sklepów internetowych, tworzą jakby odwróconą aukcję, w której wygrywają ci, którzy oferują najkorzystniejsze ceny za ten sam towar. Gorąco polecam te dwie witryny wszystkim, którzy szukają na Internecie np. sprzętu elektronicznego czy fotograficznego - oszczędności mogą sięgać 25% ceny. Priceline and Nextag zamieszczają również recenzje witryn internetowych. Jest to niezmiernie ciekawa lektura, pozwalająca unikać najbardziej śliskich typów, w rodzaju sklepików z Brooklynu, które np. sprzedadzą ci kamerę o 200 dolarów taniej - ale tylko pod warunkiem, że dokupisz do niej mało wartą gwarancję. Za 300 dolarów.

Moja pochwała eBaya musi być opatrzona pewnym zastrzeżeniem. Są wąskie dziedziny, w których jego oferta pozostaje dużo skromniejsza niż witryn specjalistycznych. Np. portal iwindsurf.com ma cztery razy więcej ogłoszeń w sprawie sprzedaży desek i żagli niż eBay. Podobne są proporcje dla innych sportów i hobby o charakterze wąskiej niszy. Ale kiedy tylko wychodzi się z tych ciasnych zaułków, zalety tego aukcyjny potentata przeważają nad wszystkim, co oferuje konkurencja.

Tomasz Popławski

jest członkiem władz Stowarzyszenia Tłumaczy Amerykańskich. Jego firma, Polish Connection, Inc. oferuje tłumaczenia na język polski i angielski.

Tel.: 773 725 2535

Pierwszego maja setki tysiące imigrantów zjednoczyło się w demonstracjach, które przemaszerowały ulicami największych miast Stanów Zjednoczonych. Celem tego marszu było pokazanie jak liczną jesteśmy grupą i jak wielu osób dotyczy obecnie dyskutowana ustawa imigracyjna. Ważne było również, aby pokazać, że tak wielka grupa reprezentująca różne narodowości, wyznania i opinie polityczne potrafi pokojowo i zgodnie ubiegać się o swoje prawa.

W chicagowskiej manifestacji brało udział ponad 400 tysięcy imigrantów. Lokalna policja szacuje, że była to największa manifestacja w dziejach tego miasta. Obok obywateli państw Ameryki Środkowej i Południowej maszerowali Polacy, Koreańczycy, Irlandczycy, Włosi, Chińczycy, Hindusi, obywatele krajów afrykańskich, itd. Każda grupa prezentowała się barwnie i dumnie, w strojach ludowych, tańcząc, śpiewając i skandując w swoich językach, niosąc swoje i amerykańskie flagi. Każda grupa była entuzjastycznie witana przez pozostałe, wcześniej już przybyłe. Liczba uczestniczących była dużym sukcesem. Organizatorzy liczyli na około 300 tysięcy, rzeczywista liczba przekroczyła ich oczekiwania. Wielu uczestniczących w marszu było rodzonymi obywatelami USA, którzy maszerowali wspierając swych kolegów, współpracowników lub członków rodziny, przebywających w USA nielegalnie. Po długim marszu ulicami Chicago, między innymi przed siedzibą biura imigracyjnego, zebranie zwieńczył wiec na południowym trawniku Grand Park. Wielu przemawiających polityków stanu Illinois deklarowało swoje poparcie dla legalizacji nielegalnych imigrantów. Uroczystość skończyła się modlitwą prowadzoną przez kardynała Georga, w której brało udział wielu przedstawicieli innych wyznań.

Media niewątpliwie sterują opinią publiczną, kształtując wyniki wyborów, na których zależy politykom obecnie prowadzącym debatę na temat ustawy imigracyjnej. Czas antenowy był więc bardzo ważny. I pod tym względem marsz był dużym sukcesem. Wieczorne wiadomości każdej stacji rozpoczynała relacja z marszów imigracyjnych, a komentarze były zasadniczo pozytywne. Oprócz komentarzy dotyczących bojkotu. W kilku miastach organizatorzy nawoływali do bojkotowania pracy, sklepów, urzędów, zakładów usługowych. Co nie podobało się większości osób wypowiadających się o marszach.

Ważne jest, aby zrozumieć, dlaczego marsze imigrantów odbywają się właśnie teraz. Jak opisywałam we wcześniejszych artykułach, Kongres USA postanowił zreformować prawo imigracyjne. Niestety, zaczął od propozycji ustawy bardzo dla imigrantów przebywających w USA nielegalnie negatywnej, która przewiduje między innymi, że nielegalny pobyt w Stanach Zjednoczonych będzie wykroczeniem kryminalnym. Tak wygląda propozycja Izby Reprezentantów, która przyjęta została przez tę izbę w grudniu ubiegłego roku. Marsze imigrantów zaczęły się od manifestacji przeciwko właśnie tej propozycji. Spowodowały one, że uregulowanie statusu milionów imigrantów stało się dla części polityków tak samo ważne jak zabezpieczenie granic. I już jak Senat zajął się swoją wersją ustawy imigracyjnej, to propozycja legalizacji osób tutaj nielegalnie przebywających stała się ważną częścią tej debaty. Niestety, mimo dobrych chęci, kompromis wypracowany przez obie partie nie otrzymał poparcia partii republikańskiej, i debata imigracyjna została zawieszona. Po świątecznej przerwie Senat bardzo powoli zabiera się za kontynuację tej debaty i poniedziałkowy marsz miał na celu przypomnienie Senatowi jak wiele osób czeka na ustawę imigracyjną. Problem polega na tym, że nawet, jeśli Senat przyjmie projekt ustawy zawierający program legalizacji osób przebywających w USA nielegalnie, to nie wiadomo, co zrobi z nim potem komitet konferencyjny składający się z przedstawicieli obu izb. Nawet, jeśli projekt zostanie zaakceptowany przez komitet konferencyjny, to nie wiadomo czy Izba Reprezentantów udzieli mu większości głosów. Nawet jeśli nie uda się przed listopadowymi wyborami wprowadzić nowej ustawy imigracyjnej, to zapewne Kongres powróci do niej wkrótce po wyborach, kiedy już w spokojniejszej atmosferze będzie się nią zajmował. I to może być dla nas najlepszy scenariusz.

Agata Gostyńska-Frakt

Adwokat imigracyjny i rodzinny

Tel. 312 644 8000

Adres: 100 W. Monroe, Suite 1705 Chicago, IL 60603

Przebywający na emigracji Polacy, którzy najczęściej nie zrzekli się obywatelstwa polskiego lub którzy nie pozbyli się go z mocy ustawy, w dalszym ciągu podlegają polskiemu prawu, nawet jeżeli przebywają za granicą od wielu lat. Dotyczy to między innymi prawa do dziedziczenia majątku znajdującego się w Polsce, a ściśle związane jest z zawieraniem nowych związków małżeńskich w USA po uzyskaniu rozwodu w Stanach Zjednoczonych.

Jak pisałam wielokrotnie, małżeństwo zawarte w USA jest automatycznie ważne w Polsce, a rozwód przeprowadzony w USA nie wywiera w Polsce żadnych skutków prawnych dopóki nie zostanie uznany przez właściwy lokalny polski sąd. Zatem w świetle polskiego prawa, ktoś kto zawarł związek małżeński w USA, rozwiązał ten związek w USA i wziął ponownie ślub (w USA), w świetle polskiego prawa wciąż jest mężem lub żoną swojej pierwszej małżonki/małżonka. Co to oznacza? Między innymi to, że pierwsza żona (lub mąż) ma prawo do połowy majątku położonego w Polsce (jeżeli strony przed ślubem nie spisały intercyzy) oraz ma prawo do dziedziczenia po pierwszym małżonku majątku znajdującego się w Polsce.

Przykład:

Jan X. ożenił się w Chicago w 1990 r. z Małgorzatą Y. Urodziło się im dwóch synów. Małżeństwo nie trwało długo, bo już w 1993 roku Sąd Okręgowy Powiatu Cook orzekł rozwód pomiędzy stronami. Ani Jan X ani Małgorzata Y. nie wystąpili o uznanie wyroku rozwodowego za ważny w Polsce. W 1994 r. Jan X. ożenił się z Aldoną Z. i miał z nią córkę Marysię, a Małgorzata Y. w roku 1996 wyszła za mąż za Mariana W., ale nie mieli dzieci.

Jan X zginął w wypadku samochodowym w 1997 r. nie pozostawiając testamentu. Przy życiu pozostawała jego żona Aldona, dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa, córka z drugiego małżeństwa i była żona Małgorzata. Jan i Aldona X. mieli w Chicago mieszkanie, a Jan .X jeszcze przed ślubem z Małgorzatą kupił w Polsce dom, do którego chciał się przeprowadzić na emeryturę.

Kto dziedziczy po Janie X?

Według prawa amerykańskiego spadkobiercami Jana X. są jego druga żona Aldona oraz dzieci z pierwszego i drugiego małżeństwa, razem czworo spadkobierców uprawnionych do dziedziczenia.

W świetle prawa polskiego żoną Jana X. w chwili jego śmierci nie była Aldona, lecz w dalszym ciągu Małgorzata, z którą Jan X. nie rozwiódł się w Polsce. W świetle polskiego prawa spadkobiercami Jana X. są również wszystkie jego dzieci, czyli dwóch synów i córka. Dom w Polsce dziedziczy zatem Małgorzata, pierwsza żona Jana X., która w świetle polskiego prawa była żoną w chwili jego śmierci oraz trójka dzieci Jana. Aldona nie może rościć do domu w Polsce żadnych praw, pomimo że Jan wielokrotnie obiecywał jej, że zamieszkają tam na starość razem.

W świetle prawa amerykańskiego drugie małżeństwo zawarte przez Jana X. jest ważne, ale w świetle polskiego prawa jest nieważne i bigamiczne. Gdyby Jan X. nie ożenił się drugi raz i żył z Aldoną w nieformalnym związku, związek taki nazywałby się konkubinatem, a jego strony konkubentami.

Czy są takie sytuacje,

w których konkubent może

dziedziczyć po partnerze, z którym pozostaje w nieformalnym związku?

Tak, dzieje się tak wówczas kiedy spadkodawca pozostawił testament i wskazał w nim jako swojego spadkobiercę konkubinę lub konkubenta. Jednakże w takiej sytuacji, żonie spadkodawcy i jego dzieciom, a także rodzicom, jeżeli nie są wymienieni w testamencie wśród spadkobierców, przysługuje prawo do zachowku, czyli najczęściej prawo do połowy wartości udziału spadkowego, jaki przypadłby im, gdyby nie było testamentu.

W żadnym innym wypadku

konkubent nie dziedziczy

po swoim partnerze,

chyba że jest z nim

w jakiś sposób spokrewniony

(związki konkubenckie

między dalekimi kuzynami zdarzają się, chociaż rzadko).

Niektórzy Polacy mieszkający w USA wybierają prowadzenie postępowania rozwodowego tylko w Polsce, nawet jeżeli małżeństwo zostało zawarte w USA. Rozwód orzeczony w Polsce wywiera skutki prawne również w Ameryce, chociaż postępowanie trwa znacznie dłużej i niekoniecznie jest tańsze. Korzyścią jednak jest to, że prowadzi się tylko jedno postępowanie sądowe, które skutkuje rozwodem w Polsce i w USA. W Polsce istnieje również od jakiegoś czasu możliwość orzeczenia sądowej separacji. Skutki separacji są takie jak skutki rozwodu, z dwoma wyjątkami: małżonek pozostający w separacji nie może zawrzeć małżeństwa, a w dodatku małżonkowie pozostający w separacji mają obowiązek sobie wzajemnie pomagać i obowiązek ten został nałożony na oboje małżonków przepisami prawa cywilnego, w związku z tym nie pozostawia dowolności w decydowaniu o tym, czy małżonkowi udzielić pomocy czy nie. Małżonek pozostający w separacji nie dziedziczy po zmarłym małżonku z mocy ustawy, czyli w zakresie dziedziczenia separacja wywiera takie same skutki prawne jak rozwód. Prawo nie zabrania jednak umieszczenia małżonka pozostającego w separacji wśród spadkobierców testamentowych i uprawnienia go do dziedziczenia w ten sposób.

Bardzo często zdarza się, że mówimy o swoim małżeństwie: "jesteśmy w separacji od kilku/kilkunastu lat", ale tak naprawdę separacja ta nigdy nie została orzeczona przez sąd, jest to tak zwana separacja faktyczna. Skutek prawny jest taki, że pozostających w separacji małżonków dalej łączy stosunek małżeństwa ze wszystkimi tego konsekwencjami prawnymi, między innymi dotyczącymi dziedziczenia. Nawet jeżeli jeden z pozostających w separacji małżonków, lub oboje, łączą się w nieformalne związki z konkubentami, mają z nimi dzieci i mimo, że faktycznie zakładają nowe rodziny, ich "małżeństwo w separacji" trwa nadal; małżonkowie odpowiadają za swoje długi, mają obowiązek sobie pomagać, posiadają wspólny majątek i dziedziczą po sobie nawzajem. Jeżeli jeden z małżonków w faktycznej separacji zakupi nieruchomość, np. dom i zamieszka w nim wraz ze swoją konkubiną i ich wspólnymi dziećmi, zgodnie z prawem dom ten jest współwłasnością kupującego i jego żony, która w każdej chwili może rościć pretensje do tego majątku.

Podobnie jest ze wspólnotą majątkową między konkubentami. Jeżeli nabędą oni majątek podczas trwania konkubinatu, traktuje się to nie jak wspólnotę małżeńską, ale jak współwłasność na zasadach ogólnych, chyba że konkubent pozostaje w dalszym ciągu w związku małżeńskim, a wówczas majątek należy do niego i jego żony. Rozstając się, konkubenci mają prawo do zniesienia współwłasności w drodze umowy lub orzeczenia sądu. Po konkubencie, jak wspominałam wcześniej, nie dziedziczy jego konkubina, ale krewni konkubenta i jego żona, czyli kobieta, z którą pozostaje w formalnym związku małżeńskim oraz wszystkie dzieci, niezależnie od tego, z jakiego związku pochodzą.

Joanna Dobecka Lembert,

magister prawa polskiego i amerykańskiego, prowadzi kancelarię "LEX Corporation, polscy prawnicy i tłumacze, Co."

Biuro w Chicago: Joanna Dobecka Lembert

7706 W. Touhy Ave., Chicago, IL 60631

Tel. 773 909 7007

Biuro w McHenry: Halina Rolleder

724 W. Illinois 120 Road

Mc Henry, IL 60051,

Tel. 815 578 1701

Jednym z najbardziej dolegliwych problemów w relacjach partnerskich jest zazdrość. Zdecydowana większość z nas jest przeświadczona o tym, że jeśli ludzi łączy więź, to zazdrość jest czymś naturalnym, a wręcz nieodzownym, niejako dowodem na istnienie miłości. "Jeśli nie jest zazdrosny, to znaczy, że nie kocha" - myśli wielu z was. Czy jest tak rzeczywiście, czy nie jest to jeszcze jeden ze stereotypów myślowych, który zaburza nam prawidłowe widzenie rzeczywistości? Jest teraz dogodna możliwość, aby zastanowić się nad tym tematem wspólnie.

Przyjrzyjmy się początkowi miłości romantycznej, kiedy to partnerzy pragną zacieśnienia związku, kiedy bardzo potrzebują gwarancji jego trwałości i przeżywania autentycznej wspólnoty. Tworząca się dopiero więź między nimi jest ciągle niepewna i krucha, więc zrozumiałe jest poczucie zagrożenia i niepokoju. Możemy reagować zazdrością, kiedy wydaje nam się, że nasza ukochana zbyt dobrze bawi się w czyimś towarzystwie lub partner ze zbytnim zainteresowaniem patrzy na inną kobietę.

Jednak w miarę utrwalania się wzajemnej więzi, kiedy poznajemy się coraz lepiej, miejsce początkowego niepokoju i zagrożenia zajmuje zaufanie. I właśnie ten element powoduje, że nie odczuwamy przykrości, kiedy mój partner kontaktuje się z innymi osobami, ponieważ wierzymy, że nic nie zagraża naszemu związkowi. Jest to model idealny, który niestety rzadko występuje w życiu.

W zdecydowanej większości przypadków związek postrzegamy jako układ całkowitej i bezwzględnej zależności, w którym traktujemy partnera jako swoją własność i nie dopuszczamy myśli, że mógłby on mieć odmienne od naszych potrzeby i oczekiwania, że mógłby czuć czy myśleć inaczej. Posługujemy się bardzo sztywnymi normami w zakresie tego, co wolno a czego nie wolno robić w związku i dotkliwie karzemy partnera za zachowania odbiegające od raz na zawsze ustalonych kryteriów . Co ciekawe, reagując zazdrością i gniewem na zachowania drugiej strony zwykle przypisujemy sobie szlachetną motywację, a zazdrość ma być zawsze wyrazem naszej wielkiej miłości, oddania i uczciwych pobudek. W imię tych wartości żądamy od partnera, aby np. zerwał całkowicie kontakty towarzyskie czy przyjacielskie, domagając się jego izolacji i podporządkowania.

Kim są osoby, które funkcjonują w taki nieprawidłowy sposób? Jaka jest przyczyna zazdrości w związkach. W jaki sposób powstaje to niszczące uczucie?

Ludzie zazdrośni to zwykle osoby o cechach niedojrzałości emocjonalnej, których rozwój zatrzymał się na poziomie dziecka. Oczekują oni, że całkowicie zawładną partnerem, który będzie pełnił wobec nich rolę rodzica, zaspokajał ich wszystkie potrzeby, spełniał oczekiwana, poświęcał im cały swój wolny czas i koncentrował na nich wszystkie swoje zainteresowania (jak to czyniła kiedyś np. matka). Niedojrzałość ich polega też między innymi na tym, iż nie mogą zrozumieć, że kontakt partnerski wymaga zupełnie innej relacji. Na każdą osobę pojawiającą się w ich otoczeniu reagują poczuciem zagrożenia i niechęcią, ponieważ odciąga od nich uwagę partnera i staje się konkurentem do jego miłości. Metoda represji, domagania się wyłączności, karanie partnera za brak współpracy, a także ataki zazdrości powodują istnienie w związku atmosfery więziennej i niszczą go systematycznie.

Uczucia zazdrości są też udziałem ludzi charakteryzujących się niską samooceną. Osoby takie żyją w ciągłym lęku, że zostaną odrzucone przez partnera, gdy tylko pojawi się na ich drodze osoba atrakcyjniejsza i wartościowsza. Wierzą też, że świat roi się od takich atrakcyjnych osób, więc nie czują się bezpiecznie. Nie wierzą, że zasługują na miłość i że można ich trwale pokochać. Koncentrują się na swoich brakach i są przeświadczone, że kiedy partner odkryje ich bezwartościowość, to niewątpliwie ich opuści. Każdy odruch życzliwości skierowany do kogoś innego, uśmiech, rozmowa, późniejszy powrót z pracy, odbierają jako zagrożenie dla własnego związku i reagują wymówkami, sprawdzaniem i kontrolowaniem partnera, aby znaleźć potwierdzenie własnych obaw, czyli obciążających dowodów jego winy. Poczucie zagrożenia zmusza ich do ograniczenia kontaktów z innymi ludźmi i również powoduje w relacji atmosferę więzienną ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Szczególnie trudne bywają przejawy zazdrości u alkoholików, tzw. zazdrość patologiczna. Potrafią oni szpiegować swoich współmałżonków, urządzać wielogodzinne drobiazgowe śledztwa, wszczynać awantury, nierzadko z przemocą fizyczną, także dotyczące domniemanego rywala czy rywalki, przeglądać torebki, kieszenie, czy bieliznę osobistą. Zachowania takie są zawsze zachowaniami niszczącymi wzajemny związek.

Co ma zrobić nadużywany w imię wielkiej miłości współmałżonek? Jeśli nawet dla tzw. świętego spokoju ograniczy czy zawiesi całkowicie swoje kontakty z innymi ludźmi, zerwie wszystkie bliskie przyjaźnie i stanie się wręcz cierpliwym i oddanym niewolnikiem zazdrośnika, to i tak nie jest w stanie uzdrowić sytuacji, ponieważ problem nie dotyczy jego, lecz jego partnera. Osoba taka może być spokojna tylko wtedy, gdy małżonek znajduje się w zasięgu wzroku, a przecież nie jest to możliwe. Zazdrość tego typu jest zawsze poza wszelką normą i nie musimy dać się zwodzić osobie patologicznie zazdrosnej, że to prawdziwa miłość i w imię tych wielkich uczuć przeżywać żal, złość i poniżenie wynikające ze złego traktowania.

Wszelkie przejawy agresji skierowane pod naszym adresem powinny być natychmiast postrzegane jako zachowania nieprawidłowe i diagnozowane jako patologia naszego związku. W świadomości wielu ludzi zazdrość, jak napisałam, jest naturalną konsekwencją miłości. Można zgodzić sie z tym tylko w takim aspekcie, że czasem nie jesteśmy w stanie pozostać spokojnym, kiedy nasz partner interesuje sie kimś innym. Odczucie niepokoju i zagrożenia, przejawiające się jako zazdrość, może, a czasem musi zaistnieć, jednak najważniejsze, co z tymi uczuciami zrobimy.

Jeśli potrafimy je opanować, jeśli pojawiają się one na krótki czas i są w stanie ustąpić, to mieści się to wszystko w obrębie normy i jest naturalną konsekwencją naszego zaangażowania w związek. Jeśli jednak zazdrosna osoba nie potrafi poradzić sobie z uczuciem zazdrości, zaczyna atakować "winnego" partnera, staje się dla niego policjantem śledczym, prokuratorem, sędzią i katem w jednej osobie, to jest to sygnał, że ten piękny objaw miłości, który tak wszyscy gloryfikujemy, nie jest żadnym symptomem uczuć, bo być może miłości wcale tutaj nie ma.

Nie musimy, bez względu na motywację, ulegać naszemu zazdrosnemu partnerowi, nie musimy narażać się na traktowanie okrutne i bezwzględne, zwykle niszczące nasze zdrowie psychiczne. Nie musimy pozwalać na manipulacje z powodu "wielkiego miłowania". Jedyne co dobrze byłoby zrobić, to znaleźć w sobie siłę, aby móc się temu przeciwstawić. Zastanówmy się: jeśli z powodu miłości nadużywamy kogoś i krzywdzimy, jeśli czynimy z jego i własnego życia piekło, to czy może być tutaj mowa o prawdziwej miłości?

Grażyna Sobiczewska

terapeuta rodzinnym i małżeński. Obecnie jest

zaangażowana w Program Pomocy Rodzinie przy Family Counseling & Rehabilitation Center.

Tel.: 800 652 0005

Ktoś kupił na wyprzedaży garażowej za kilka dolarów obraz, ponieważ zachwyciła go rama. Pejzaż okazał się dziełem jednego z uznanych amerykańskich artystów z początku wieku i wyceniony został na kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Inna osoba nabyła w podobny sposób lampę, która okazała się oryginałem Tiffany"ego.... Takie "szokujące odkrycia" zdarzają się prawie w każdym telewizyjnym programie "Antique Road Show", którego popularność - jak domniemają specjaliści - przyczyniła się do niebywałego rozkwitu przeróżnych pchlich targów, także tych prywatnych, organizowanych w garażach, ogrodach i domach. Statystki wykazują, że co rok odwiedza je dziesiątki milionów Amerykanów. Do wzrostu tej liczby w ostatnim okresie przyczyniła się także recesja gospodarcza.

Ale nawet w czasach największej prosperity garage sales cieszyły się powodzeniem i miały licznych zwolenników. Wiążą się one bowiem z upodobaniem Amerykanów do kupowania, a zarazem z zakorzenionym w tym narodzie pragmatyzmem. Spełniają potrzebę zarówno nabywania rzeczy, jak i pozbywania się ich, w praktyczny przecież sposób.

Wyprzedaże garażowe - znane również jako tag, barn, yard, white elephant, junk, attic, stoop - sales - stały się cząstką amerykańskiej obyczajowości podobnie jak mecze baseballu czy pikniki z hamburgerami i hotdogami. Nie wiadomo skąd wzięła się ta narodowa tradycja, choć można przypuszczać, że zapoczątkowała ją jakaś rezolutna kobieta, która wymyśliła sposób, żeby za jednym zamachem pozbyć się "szpejów" męża i jeszcze na tym zarobić. Być może była nią Clara Ford, żona Henry"ego, późniejszego giganta automobilowego, która ponoć pewnego ranka roku 1895 wyniosła na trawnik przed dom jego narzędzia i urządzenia mechaniczne, a obok ustawiła tablicę z napisem "Tylko poważne oferty brane pod uwagę".

Tak czy inaczej podstawą przedsięwzięcia była idea pozbywania się nieprzydatnych rzeczy i możliwość zarobienia przy tym paru dolarów. Każdy garage sale działa jak efemeryczne małe przedsiębiorstwo handlowe. Towar pochodzi z "oczyszczania" domu z nabytych niedawno czy też gromadzonych przez lata niepotrzebnych rzeczy (bo na przykład dzieci dorosły i nie potrzebują już huśtawki). Zdarza się, że w czasie takich akcji, przez pomyłkę, wystawia się na sprzedaż rodową biżuterię żony lub własną protezę w puzderku. Ale i świadomy wybór dyktuje nierzadko takie selekcje. Bo tak jak Amerykanie uwielbiają kupować rzeczy, tak też bez sentymentów się ich pozbywają - co zresztą stanowi jedną z sił napędowych tutejszej gospodarki. Szczególnie atrakcyjne są moving sales, kiedy właściciele przeprowadzają się do nowego domu i nie chcą - z różnych względów - brać ze sobą dotychczasowych "gratów". Niekiedy można w ten sposób nabyć prawie nowe sprzęty, meble, ubrania. Podobnie jest na estate sales, urządzanych po odejściu właściciela domu. Często jednak w tym przypadku rodzina zatrudnia specjalną firmę, która zajmuje się organizacją i obsługą takiej wyprzedaży, a wówczas ceny są znacznie wyższe.

Przygotowywana własnym sumptem reklama zdumiewa niekiedy rozmachem i pomysłowością. Zazwyczaj jednak są to kolorowe baloniki i chorągiewki, umieszczane także na skrzyżowaniach pobliskich ulic plansze z napisami i strzałkami, które niekiedy wyprowadzają (dosłownie) w pole. Niejednokrotnie podążający za tymi strzałkami, krążą przez pół godziny po jakichś krętych uliczkach, a zapowiadana jako "Fabulous", "Great" czy "Huge" wyprzedaż okazuje się skromniutkim stoiskiem z paroma pluszowymi misiami i tandetnymi ozdobami choinkowymi.

W niektórych domach garage sale to prawdziwy rytuał, w którym uczestniczy cała rodzina. Właściciele zasiadają przy stolikach, witają przybywających, asystują przy oglądaniu. Dzieci w upalne dnie sprzedają lemoniadę, wprawiając się w handlowy fach. Tradycyjnie organizowane są wyprzedaże wielorodzinne, niektóre obejmujące cały "block" lub najbliższą okolicę, jak na przykład Orchard Place Garage Sale w Des Plaines.

Bywa i tak, że po spędzonym w ten sposób weekendzie zostaje się z całym prawie nie sprzedanym towarem lub profit jest tak mizerny, iż nie jest w stanie wynagrodzić włożonego wysiłku. Zawsze jednak można się pocieszać, że przynajmniej była motywacja do "oczyszczenia" domu. Część osób zostawia co bardziej wartościowe rzeczy na następną wyprzedaż, inni oddają wszystko Armii Zbawienia czy innym organizacjom charytatywnym.

Można się dobrze uśmiać, zapoznając się z przeróżnymi wynikami badań rynku garage sale. Jedne z nich podają, że bywalcy takich wyprzedaży rekrutują się z grupy o dochodzie rocznym poniżej 50 tysięcy dolarów, są zwolennikami wolnej miłości .... I jeszcze pewnie w dzieciństwie torturowali koty - można by z sarkazmem dodać. Tak naprawdę nieistotne są status społeczny, majątek czy tym bardziej poglądy. Większość klientów szuka na wyprzedażach specyficznych towarów (mebli ogrodowych, komputerów, ubrań...) albo co akurat wpadnie w oko. Znaczną grupę stanowią kolekcjonerzy i handlarze starociami, którzy liczą na okazję nabycia wartościowych czy unikalnych rzeczy u ludzi, którzy nie mają nawet pojęcia, jakie skarby posiadają. Większość jednak odwiedzających traktuje wizyty na wyprzedażach jako formę spędzenia wolnego czasu. Osoby samotne i starsze wybierają się tam ze względów towarzyskich, oglądając cudze sprzęty i bibeloty mogą "uciąć" sobie miłą pogawędkę, powspominać dawne dobre czasy.

Amerykanie uwielbiają kupować, niektórzy obsesyjnie, stąd też dobrze czują się na wyprzedażach, ponieważ za niewielkie pieniądze mogą nabyć mnóstwo rzeczy. Zarazem jednak łatwo się ich pozbywają, nie rozczulając się i nie zostawiając dla późnych wnuków. Mój tato w Polsce przechowuje jeszcze w piwnicy łyżwy, na których jeździłam w szkole średniej, gramofon marki "Bambino" i wiele innych przedmiotów, których ze względów sentymentalnych szkoda mu wyrzucić, a dać nie ma komu. Gdyby zorganizował blokową "wyprzedaż piwniczną", to może za jakieś symboliczne grosiki pozbyłby się swojej graciarni, a jednocześnie uszczęśliwiłby kilku kolekcjonerów czy sąsiadów, którym wszystko się przydaje. Na razie z przekąsem powiada, że Amerykanie sprzedają swoje stare kapcie i widelce - i jeszcze są dumni z tego. Nie ma się jednak co dziwić, że tato taki sceptyczny. Po prostu miał pecha. Pierwsza rzecz, na którą natknął się na amerykańskim garage sale, była nastawiona łapka na myszy w jakimś pudle, do którego włożył właśnie rękę.

Danuta Peszyńska

- Kiedy w biografiach czytamy, że Jan Paweł II w latach 1964 - 1978 był metropolitą krakowskim, to dziś niewiele znaczy. Zapominamy jednak, że bycie biskupem w tamtym czasie stanowiło akt heroizmu, a pełnienie obowiązków metropolity krakowskiego, to był akt heroizmu o szczególnym znaczeniu - mówił Marek Lasota, autor "Donosu na Wojtyłę", pracownik krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, podczas promocji swojej książki w Chicago. Opublikowana dwa miesiące temu pozycja ukazuje właśnie na czym ten heroizm polegał, a zarazem odsłania jedną z najciemniejszych stron "imperium nieprawości". Pozwala wniknąć w stosy materiałów, które tajne służby PRL zgromadziły podczas trwającej kilkadziesiąt lat inwigilacji przyszłego papieża.

- My często mówimy o rozpracowywaniu Kościoła, o inwigilacji duchowieństwa - zwracał się autor do zgromadzonej wyjątkowo licznie w Muzeum Polskim publiczności. - Ale tak naprawdę to są eufemizmy, w które uciekamy, nie chcąc nazwać rzeczy po imieniu. A rzecz po imieniu nazywała się po prostu - brutalna walka z Kościołem.

Przybliżając w swoim wykładzie dzieje tej walki, Lasota wskazał na ważne etapy działania tego, co Jan Paweł II pod koniec swego pontyfikatu nazwał "misterium nieprawości".

- W Polsce odstąpiono od uderzenia jednorazowego, jakiego dokonano w Rosji, czy potem na Słowacji i na Węgrzech. Przyjęto inną metodę, która prawdopodobnie zrodziła się w umyśle samego Józefa Stalina. Polegała ona na tym, żeby nie likwidować, tylko dzielić, skłócać, intrygować. Dziś historycy nazywają ją taktyką salami. Twórczynią i przez długi czas architektem tej taktyki była kobieta - Julia Brystiger "Luna", przedwojenna działaczka komunistyczna, literatka i poetka. Co ciekawe, przed śmiercią w 1975 roku przyjęła chrzest...

Taktyka ta w zależności od polityki Moskwy i zmieniających się w PRL komunistycznych ekip ulegała przekształceniom. Akty fizycznej agresji przechodziły w nie mniej zaciętą agresję propagandową. W 1962 roku po kolejnych reformach struktur aparatu bezpieczeństwa do walki z kościołem utworzono Departament IV, który kontynuował działalność aż do 1989 roku. Departamentowi temu podlegały Wydziały IV Komend Wojewódzkich. - Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, że z Kościołem w PRL walczyły służby bezpieczeństwa - wyjaśniał mówca. - UB czy SB były tylko jednym narzędziem, drugie należało do pionu Urzędu Wyznań. Obie te instytucje podlegały bezpośrednio KC PZPR.

Tak się jednak już działo, że im bardziej represje się nasilały, tym bardziej Kościół się umacniał i wzbogacał. Znakomitym przykładem była reakcja na trzykrotne "aresztowanie" przez MO peregrynującego po Polsce wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej (w niektórych esbeckich dokumentach, także tych pokazanych w gablocie muzeum, pojawia się skrót - "obraz MB Częstochowskiej") w związku z obchodami Tysiąclecia Chrztu Polski. Wówczas krakowski arcybiskup Karol Wojtyła wymyślił, że skoro aresztowano obraz, to będą po Polsce jeździły puste ramy. "Wymowa pustych ram i zapalonych w nich świec była jeszcze większa".

Cały rozdział w książce poświęcony jest próbom skłócenia kardynałów Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły. Władza ludowa zakładała bowiem, że różnice między nimi będą tak duże, iż w rezultacie doprowadzą do rozbicia polskiego Kościoła. Tymczasem obaj hierarchowie, wiedząc naturalnie o spisku, zachowywali wielką klasę i takt. Kardynał Wojtyła przy każdej okazji podkreślał swoją lojalność wobec Prymasa, której wyraz szczególny dał w 1968 roku, podczas wizyty w Polsce gen. de Gaulle"a. Pod wpływem perswazji Gomułki, prezydent Francji wykreślił ze swojego programu spotkanie z prymasem Polski. - Kiedy jednak przyjechał do Krakowa, to kardynał Wojtyła demonstracyjnie wyjechał z miasta, a w drzwiach Katedry Wawelskiej prezydenta Francji witał proboszcz wawelski, a nie metropolita krakowski.

Ciekawa z punktu widzenia dzisiejszego historyka PRL jest epoka gierkowska, którą wielu Polaków wspomina wciąż z dużym sentymentem. Jednym z haseł tej epoki - przypomniał Lasota - "była normalizacja, jak to się ładnie nazywało, stosunków z Kościołem". Polegało to między innymi na tym, że ministrowie spotykali się z Prymasem, wydawano ogromną liczbę - jak na warunki PRL - zezwoleń na budowę nowych kościołów. To był kapitalny sposób na wiązanie kościoła z władzą ludową.

- W 1973 roku ówczesny minister Kowalczyk wydał zarządzenie na mocy którego w strukturach Departamentu IV utworzono komórkę do zadań specjalnych dezintegrujących, tzw. Grupę "D". Kryje się za tym bardzo mroczna działalność. Grupa ta była ciałem zakonspirowanym i prowadziła akcje, które miały zmierzać do rozbicia duchowieństwa. Posługiwano się bardzo wyrafinowanymi metodami. Twórcą pomysłu był pułkownik Konrad Straszewski, szef Departamentu IV, a funkcjonariuszami oficerowie tej miary co Zenon Płatek i Grzegorz Piotrowski. - I choćby te nazwiska już wskazują, że jakby drugim biegunem działalności Grupy "D" było to, co wydarzyło się w październiku roku 1984, a więc zbrodnia popełniona na księdzu Jerzym Popiełuszce.

- System komunistyczny był w XX wieku obok faszyzmu najbardziej zbrodniczy i pochłonął najwięcej ofiar. Nie ma dziś nikt prawa do żadnych prób rehabilitacji tego systemu, do którego tak jasno i konsekwentnie pod koniec pontyfikatu Jan Paweł II się ustosunkował. W tym określeniu "misterium iniquitatis" jest pewna wskazówka dla nas wszystkich. My musimy mieć jednoznaczną ocenę tego, co się stało w polskiej rzeczywistości w latach 1944-1989. Nawet jeżeli to będzie prawda gorzka i bolesna, powinniśmy się z nią zmierzyć. Marek Lasota uważa, że uczciwa lustracja - choć dziś bardzo spóźniona - jest potrzebna wszystkim Polakom.

Podczas pracy badawczej nad książką najbardziej zdumiał autora sam rozmiar inwigilacji i represji. - Wszyscy wiedzieliśmy, że władza ludowa walczyła z Kościołem, ale nie podejrzewaliśmy, że były to działania zakrojone na tak ogromną skalę.

Najwięcej emocji wokół "Donosu na Wojtyłę" wzbudzają nazwiska konfidentów, których w książce pojawia się mnóstwo, lecz - poza dwoma wyjątkami - tylko pod pseudonimami. Dla zorientowanych w realiach życia krakowskiego Kościoła epoki PRL tożsamość wielu z nich jest łatwa do rozszyfrowania. Innym niewiele by to powiedziało - wyjaśniał na spotkaniu w Muzeum Polskim autor. W książce istotniejsze było ukazanie mechanizmów, jakie władze komunistyczne stosowały w walce z Kościołem niż ujawnianie nazwisk TW. Wyjaśnienia wątpliwości związanych z niektórymi nazwiskami znajdą się w pierwszym tomie publikacji naukowej na temat historii Kościoła krakowskiego w latach 1944-1989, która przygotowywana jest wspólnie przez krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej i Wydział Historii Kościoła Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.

Ważniejsze jednak od agentów są nazwiska funkcjonariuszy SB, którzy świadomie i dobrowolnie pracowali na rzecz totalitarnego systemu. Wielu z nich dożywa spokojnych i dostatnich lat w wolnej Polsce. Na przykład zabójca księdza Popiełuszki, kapitan SB Piotrowski po wyjściu z więzienia został biznesmenem, który w wolnych chwilach zabawia się pisaniem artykułów do znanego antykościelnego tygodnika. Jeszcze jeden paradoks: funkcjonariusze SB zasłaniają się często obowiązkiem zachowania tajemnicy zawodowej. Z tego obowiązku może ich tylko zwolnić minister spraw wewnętrznych. Żaden jednak z dotychczasowych ministrów III Rzeczypospolitej tego nie uczynił...

Książka "Donos na Wojtyłę" w zdecydowany sposób rozbija dwa mity. Pierwszy, mówiący o szokującej liczbie tajnych agentów w środowisku kleru. W rzeczywistości stanowili oni znikomy procent w stosunku do duchownych, którzy się nie ugięli.

I drugi, pozwalający się łudzić, że część dokumentów pozostawionych przez służby specjalne była sfałszowana. - Wszystko zostało dokładnie sprawdzone i przeanalizowane. Nie ma wątpliwości co do autentyczności tych materiałów - wyjaśniał Lasota. - Były one przeznaczone do użytku wewnętrznego, po co więc funkcjonariusze sami mieliby się oszukiwać? Poza tym przecież nikomu wówczas nawet im się nie śniło, że komunizm upadnie, powstanie wolna Polska i Instytut Pamięci Narodowej.

opracowała Danuta Peszyńska

To nie jest kolejna biografia Karola Wojtyły.

To nie jest książka, która miałaby się stać przedmiotem sensacji.

To zarys pewnego, całkiem niedawno minionego czasu,

który miał autentycznych bohaterów i - niestety - antybohaterów.

[ze wstępu]

Polacy w teczkach bezpieki

"Donos na Wojtyłę"

to książka o przedziwnych i często zatrważających losach Polski i Polaków. Omawiając inwigilacyjne działania polskiej bezpieki wobec metropolity Krakowa arcybiskupa Karola Wojtyły autor ukazuje cały, ogromny obszar i zakres działań operacyjnych UB/SB, które oczywiście nie były do tej pory powszechnie znane, a które jasno pokazują istotę systemu politycznego określanego skrótem PRL.

"Lekturę radzę zacząć od epilogu, bo jeśli zacznie się od początku, łatwo można ugrzęznąć w wątku drugorzędnym, choć - co tu dużo mówić - fascynującym: identyfikowania bardziej lub mniej zaszyfrowanych agentów. Podejrzewam, że chwilami nawet autor ulegał tej pokusie. Ale ten wątek - personalny, lokalny, krakowski, fascynujący tym bardziej, im więcej się tam znajduje znajomych postaci, jest w książce mniej ważny. Książka nie jest o tym, a w każdym razie nie przede wszystkim o tym.

Nawet tytuł i podtytuł są lekko mylące. Bo książka nie opisuje donosu czy donosów na Wojtyłę. Jej treść wychodzi poza przypadek jednej osoby, nawet tak ważnej jak Jan Paweł II. Oparta na dokumentach inwigilacji Kościoła krakowskiego, jest książką o złowrogiej machinie aparatu władzy. Zatrzymanie się na trybikach bez refleksji nad całą machiną będzie stratą czasu. Bo jest to bardzo rzeczowa książka o potworności tego, z czym mieliśmy przez kilkadziesiąt lat na co dzień do czynienia." [Tygodnik Powszechny]

W swoim wykładzie w Muzeum Polskim w Chicago zatytułowanym "Misterium iniquitatis" Marek Lasota bardzo dokładnie prześledził etapy budowania metod i technik totalitarnego, bezwzględnego kontrolowania społeczeństwa, w tym oczywiście Kościoła i jego kleru, który zresztą był zawsze przedmiotem szczególnie intensywnego zainteresowania bezpieki.

Koncentrując się na postaci Karola Wojtyły autorowi udaje się wykroczyć poza jednostkowe doświadczenia przez nałożenie ich na doświadczenia całego społeczeństwa. Karol Wojtyła stanowi jednakowoż w książce Lasoty stały punkt odniesienia, który zaświadcza, że cały zbrodniczy system inwigilacyjny nie był w stanie "rozpracować" tego jednego człowieka, który doskonale zdając sobie sprawę z bycia "pod kontrolą" żył i zachowywał się według zasady: nie robimy nic nagannego, pozwólmy zatem im działać. Rzecz jasna nie wszyscy mieli tyle wiary i siły wewnętrznej by sprostać i oprzeć się często bezwzględnej presji bezpieki. O nich również jest ta książka, jakkolwiek autor nie podaje nawet konkretnych nazwisk agentów, których udało się zwerbować - nie jest to przecież konieczne do tego, by pokazać działanie systemu represji i dramaty ludzkie.

"Agenci zaś (z pewnością czasem ofiary szantażu, strachu, naiwności, pełnionych funkcji czy jeszcze czegoś) są ukryci za nadawanymi im przez SB pseudonimami. Ukryci w różnym stopniu. Jest pokaźna liczba takich, którzy wprawdzie nie są nazwani po imieniu, jednak ujawnione szczegóły i okoliczności w gruncie rzeczy ujawniają, kim byli "Żagielowski", "Turysta", "Szary", "Zbyszek" alias "Karol", "Delta" i przynajmniej jeszcze kilku innych." [Tygodnik Powszechny]

"Historykowi z IPN na konkretnych przykładach udało się wykazać, jak SB próbowała - i to po upływie ponad 20 lat - wykorzystać plotkarskie i na pierwszy rzut oka niewinne doniesienia swoich współpracowników. W marcu 1961 r. dziennikarz, a zarazem agent SB o pseudonimie Ewa poinformował o szczególnych relacjach łączących biskupa Wojtyłę z pracownicą "Tygodnika Powszechnego" Ireną Kinaszewską. Bezwartościowe przez lata informacje Ewy posłużyły w 1983 r. kapitanowi Grzegorzowi Piotrowskiemu do przygotowania - w ramach operacji o kryptonimie "Triangolo" - spreparowanego pamiętnika Kinaszewskiej, którego ujawnienie miało skompromitować Jana Pawła II w przededniu jego drugiej pielgrzymki do Polski. Ta prowokacja, w żargonie SB eufemistycznie określana mianem gry operacyjnej, spaliła na panewce, ale wiele innych opisywanych przez Lasotę działań SB przysporzyło Karolowi Wojtyle i osobom z jego otoczenia rzeczywistych problemów. "Donos na Wojtyłę" rozczaruje miłośników taniej sensacji. Nie jest to wprawdzie klasyczna książka naukowa, ale podczas lektury widać odpowiedzialność autora za każde zawarte w niej zdanie." [Wprost]

Książka Lasoty to efekt ogromnej pracy przeszukiwania i opracowywania dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej. Jak podaje sam autor jest ich osiemdziesiąt kilometrów bieżących, więc staje się jasne, że praca nad inwigilacją prowadzoną przez służby specjalne PRL jest zadaniem, które może trwać długie lata i prawdopodobnie nigdy nie będzie ostatecznie zamknięte. Pisanie "Donosu na Wojtyłę" zajęło autorowi cztery pełne lata i pokazuje jak bardzo istotne i potrzebne jest publikowanie dokumentów okrytych mgłą tajemnicy i sensacji. Upublicznione stają się jawne i przez to wiarygodne, bo podlegają weryfikacji charakterystycznej dla dokumentu historycznego.

Lasota obala parę mitów wykreowanych w czasach PRL. Jednym z nich jest dosyć powszechny stereotyp mówiący o tym, iż bezpieka traktowała biskupa Wojtyłę jako człowieka bardziej ugodowego i łatwiejszego do manipulowania niż prymas Wyszyński.

"Przy pomocy żmudnie zestawionych dokumentów Lasota pokazuje, jak niebudzący większego zainteresowania wikary z Niegowici i od św. Floriana w Krakowie przesuwa się w centrum zainteresowania bezpieki. Przy okazji następuje podważenie legendy, że władze PRL wyraziły zgodę na jego nominację arcybiskupią dlatego, że nie wiedziały, kim naprawdę jest ten młody wikariusz kapitulny. Wiedziały! On już ich zaskakiwał. Wygrywał kolejne batalie z władzami i choć pełnił funkcję z natury rzeczy prowizoryczną, wyróżniał się niesłabnącą i bardzo skuteczną inicjatywą.

Kandydatów proponowanych przez Prymasa (bp Karol Wojtyła, bp Jerzy Stroba, ks. Tadeusz Fedorowicz) Komitet Centralny PZPR ocenił negatywnie. Cytowana przez Lasotę opinia o biskupie Wojtyle właściwie eliminuje go jako kandydata ("Mimo pozorów wykazywanej kompromisowości i elastyczności w stosunkach z władzami państwowymi jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem ideowym...", "wybitnie uzdolniony i dobry organizator jest bodaj jedynym biskupem, który potrafiłby skonsolidować nie tylko kurialistów i kler diecezjalny, ale także skupić wokół siebie część inteligencji i młodzieży katolickiej...").

Dlaczego premier Cyrankiewicz podpisał zgodę na tę nominację? Lasota wysuwa trzy hipotezy: chęć osłabienia pozycji znienawidzonego kardynała Wyszyńskiego, postępowe - zdaniem komunistów - poglądy wyrażane przez Wojtyłę na Soborze i wreszcie (ta hipoteza jest dość fantastyczna) poparcie TW "Turysty", wtedy już proboszcza w Nowej Hucie, który w dzieciństwie mieszkał w jednym domu z Cyrankiewiczem. Premier miał mu po prostu zaufać..." [Tygodnik Powszechny]

Lektura "Donosu na Wojtyłę" jest odkrywcza nie tylko w tym kontekście. Autor starannie uzmysławia czytelnikowi, iż mechanizmy państwa totalitarnego są zawsze i wszędzie identyczne, mogą wprawdzie różnić się szczegółami czy nazwą, ale w istocie są zawsze tożsame ze zniewoleniem i podporządkowaniem jednostki i przegrywają tylko i wyłącznie wtedy, gdy ta jednostka jest świadoma swej wyjątkowości i wartości jako osoba - tak jak to miało miejsce w przypadku wikarego z Niegowici.

Zbyszek Kruczalak

Dom Książki Muzyki i Kawy D & Z

www.domksiazki.com

w tekście wykorzystano fragmenty:

Marek Lasota, Donos na Wojtyłę. Karol Wojtyła w teczkach bezpieki, Znak, 2006 s.348.

Antoni Dudek, Górna półka - Polowanie na Wojtyłę w:Wprost, Nr 1213 (12 marca 2006).

Adam Boniecki, Góra rodzi mysz, Książka o Karolu Wojtyle w teczkach bezpieki w: Tygodnik Powszechny, 6 marca 2006.

Jako dziecko wychowane w małym mieście, w latach PRL-u, nie miałam wielu okazji aby doświadczyć zakupowego szaleństwa. Bardzo dobrze pamiętam otwarcie nowego centrum handlowego na miarę czasów. Kilka sklepów zbudowanych, choć nigdy nie ukończonych, nieopodal przepływającej rzeki Obry, nosiło dumną nazwę Kaczego Dołka. To kacze dobrodziejstwo połowy lat osiemdziesiątych było mekką prywaciarzy, inaczej zwanych też badylarzami. Właśnie w Kaczym Dołku znajdował się warzywniak, w którym po raz pierwszy zobaczyłam banany i cytrusy, była modystka z wieszakami pełnymi bluzek z poduszkami w ramionach, i był komis. Komis był dla mnie tajemnicą. Po prostu właśnie ta forma handlu nie bardzo przemawiała do 10-letniej dziewczynki, jakkolwiek widoczne za okratowaną szybą komputery commodore 64 okazały się w niedługim czasie obiektem sporego pożądania.

Poźniej w latach młodości durnej i chmurnej na zakupy to się głównie do monopolowego chodziło, jednak przecież nie tylko błyskotliwym umysłem ale i wyglądem należało się w towarzystwie wyróżniać. Rozpoczęła się trwająca do tej pory misja poszukiwania oryginalnych fatałaszków.

Tekstylia pret-a-porter można nabywać w salonach mody, sklepach, galeriach handlowych, supermarketach, można samemu szyć jeśli komuś talentu i odwagi wystarczy, można pójść do lumpeksu. Właśnie lumpeksy, szmateksy, thrift story, jak zwał tak zwał, dzięki odpowiedniej selekcji towaru ewoluowały w bardziej wysublimowaną formę handlu. Sklepy z odzieżą vintage, bądź swoiste komisy, nazywane tutaj "consignment store".

Jak wygląda proces nabywania dóbr materialnych powszechnie wiadomo. Wchodzimy do sklepu takiego czy innego, szukamy, szperamy, znajdujemy, następuje podjęcie decyzji, kolejka do kasy, zapłata przy użyciu pięniądza w walucie danego kraju i czysta satysfakcja, błogie uczucie spełnienia. Sprawy mają się cokolwiek inaczej w miejscach o których za chwilę przeczytasz, drogi czytelniku, chociaż błogie spełnienie i wynalazek Fenicjan też są ich udziałem. Jest ich kilka, przynajmniej tych o których mnie wiadomo. Są formą wyżej z nostalgią wspominanych komisów. Handel w nich polega na kupnie, sprzedaży i wymianie.

Lenny & Me

Przy 1463 N Milwaukee Ave. to butik jakich wiele w Wicker Park. Już z zewnątrz widać, że można się w nim oryginalnie przyodziać, a do tego w miarę tanio, bo z drugiej ręki. Żaden znak nie informuje, że tutaj można nie tylko kupić ale i sprzedać modne, choć już nie lubiane przez nas rzeczy. Pewnego słonecznego dnia, jakiś spory kawałek czasu temu, wertowałam sukienki równo i według koloru uwieszone na wieszakach, kiedy to metka jednej z nich zabłysła znajomą nazwą w języku ojczystym. Nie omieszkałam zapytać sprzedawcy skąd się tutaj wzięła polska sukienka. To właśnie wtedy rozpoczęła się i moja przygoda z komisem. Miły subiekt wtajemniczył mnie w zasady działania consignment store i następnym razem odwiedziłam go z naręczem własnych łaszków, których już nie chciałam nosić, a wyrzucić było mi szkoda.

Oto zasady. Ubrania muszą być w dobrym stanie, prawie jak nowe. Powinny być czyste i wyprasowane. Muszą odpowiadać danej porze roku, więc wiadomo, że jeśli consignor, czyli w tym przypadku ja przyniosę kapelusz słomkowy zimą a kożuszek latem to nikt tego nie kupi, a tym samym sklep tego nie przyjmie. Sklep przede wszystkim oczekuje ubrań markowych, a najbardziej porządane nazwy to Banana Republic, Marc Jacobs, Kenneth Cole, DKNY, Bebe, Polo, Armani, Coach, Louis Vuitton, żeby tylko wymienić kilka dla zobrazowania oczekiwań.

I teraz najważniejsze. Co ja z tego mam. Ubrania, po uprzedniej selekcji i akceptacji, przyjmowane są w komis na okres trzech miesięcy. Po tym czasie zysk ze sprzedaży dzielony jest po połowie pomiędzy sklep a dostawcę, a to co się nie sprzedało wraca do właściciela lub ląduje w sąsiadującym Brown Elephant.

Elliott Consignment

Podobne zasady panują w Elliott Consignment. Elliott działa aż w dwóch miejscach w Chicago. Jeden sklep znajduje się w Lincoln Park przy 2465 N. Lincoln Ave., a drugi w Boys Town przy 3015 N. Broadway Ave. Sklepy te nie są estetycznie wykończone i nie znajdują się w super modnej dzielnicy, tak jak Lenny & Me, ale różnią się znacznie od zwykłych lumpeksów. Wszystkie wyżej wymienione zasady obowiązują i tutaj.

Tego typu sklepy są idealną podporą dla szopoholików, którzy bez przerwy kupują i zapełniają swoje szafy ubraniami, których nie będą nosić. To również świetny sposób na wiosenne porządki, a pieniądze zarobione w ten sposób, można wydać w tym samym miejscu, cóż za wygoda.

Jeśli jednak brakuje komuś gotówki, a w garderobie zalegają ubrania z poprzednich sezonów, najlepszym wariantem będzie wyprawa do Crossroads Trading Co.

Crossroads Trading Co.

1519 N. Milawukee Ave, czyli znowu stylowa dzielnica Chicago, Wicker Park, i nie mniej popularne skrzyżowanie Clark i Diversey, a dokładniej 2711 N. Clark St. To adresy dwóch siedzib Crossroads Trading Co. Sklep ten działa na cokolwiek odmiennych warunkach. Tutaj nie zostawia się ubrań na określony czas, nie mając pewności czy te ktoś kupi, czy też nie. W tym sklepie sprzedasz swoje stare ciuchy od ręki. Muszą być one jednak bardzo wyjątkowe. Przyjmowane są rzeczy, o których wykwalifikowani i doświadczeni pracownicy sklepu wiedzą, że się sprzedadzą. I znowu nie ma co przynosić ciepłej kurtki latem, bo nie zostanie przyjęta, a znane marki i ubrania w dobrym stanie można przynieść codziennie. Ekspedientka o imieniu Susan, tak mówi o swoim sklepie: "Kupujemy, zamieniamy i sprzedajemy modne, nowe i noszone, ubrania. Kiedy widzisz u nas coś co chciałabyś mieć, możesz za to zapłacić gotówką, jak w innych sklepach, bądź możesz przynieść swoje rzeczy i zamienić się z nami. Jeśli zdecydujesz się na zamianę, damy ci 50% kredytu z tego jak wycenimy przyniesione przez ciebie ubrania. Za ten kredyt możesz kupować w naszych sklepach. Jeśli od kredytu wolisz natychmiastową gotówkę, zapłacimy ci 35% tego, za ile sprzedawać będziemy twoje rzeczy." Proste? Bardzo proste i natychmiastowe.

Jest jeszcze dodatkowy, pozytywny aspekt tego typu transakcji i zabawy w komis, a mianowicie świadomość, że pomagamy innym dobrze się ubrać, a co za tym idzie dobrze wyglądać i świetnie się czuć.

gdzie pójść, co zobaczyć ...

ODCZYTY

Muzeum Polskie w Ameryce

984 N. Milwaukee Ave.

Tel. (773) 782-2720

www.prcua.pma.org

Muzeum Polskie w Ameryce i Radio 1030 AM WNVR zapraszają na spotkanie ze Zbigniewem E. Szafrańskim, sławnym polskim archeologiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Spotkanie odbędzie się w sobotę 13 maja, o godzinie 18, w Sali Głównej muzeum. Podczas ciekawego wykładu z pokazem slajdów Zbigniew Szafrański opowie o pracach polskich naukowców w świątyni Hatszepsut oraz o niezwykłej królowej, która stała się faraonem. Jest ogromnie prawdopodobne, iż Hatszepsut dorówna w przyszłości sławą Kleopatrze VII. Z. Szafrański wspomni również o 22. misjach polskich pracujących w 5. krajach basenu Morza Śródziemnego. Szafrański przebywa obecnie w Stanach Zjednoczonych z serią wykładów. Najważniejszy z nich wygłasza w nowojorskim Metropolitan Museum of Art. Zaproszenie Zbigniewa Szafrańskiego na ten wykład związane jest z trwającą właśnie wielką wystawą zatytułowaną: "Hatshepsut. From Queen to Pharaoh"

Wstęp - dotacja $2. Informacje pod nr telefonu: (773) 384-3352, wew. 101

MUZEA I GALERIE

Muzeum Fielda

1400 South Lake Shore Drive

Tel. (312) 922-9410

www.fieldmuseum.org

Tutankhamun and the Golden Age of the Pharaohs - nowa spektakularna wystawa ukazuje skarby z grobowca Tutenchamona oraz jego znakomitych następców z XVIII dynastii. Odkrycie grobowca młodego faraona na cmentarzysku w Dolinie Królów dokonane w 1922 roku przez angielskich badaczy, lorda Carnarvona i archeologa Howarda Cartera, stało się światową sensacją i uznane zostało za największe odkrycie archeologiczne 20. wieku. A Tutenchamon, zwany pieszczotliwie "Tut", stał się najbardziej chyba znanym faraonem. Popularność tę wzmogła jeszcze poświęcona mu wielka ekspozycja, która w 1977 roku biła rekordy powodzenia również w Field Museum. Obecna wystawa jest dwukrotnie większa i obejmuje szerszy zakres tematyczny. Zgromadzono na niej ponad 130 eksponatów, wśród których znajdują się zabytkowe przedmioty po raz pierwszy pokazywane poza Egiptem, m.in. inkrustowany kolorowymi kamieniami złoty diadem, który zdobił głowę Tutenchamona; miniaturowa złota trumna z jego podobizną oraz dziecięcych rozmiarów tron wykonany z hebanu i kości słoniowej. Wystawa prezentowana będzie od 26 maja do 1 stycznia 2007 roku. W cenę biletu: $25, $22 (studenci i seniorzy), $16 (dzieci), włączona jest opłata za wstęp do muzeum. Rezerwacje przez telefon - 866-FIELD-03 lub w internecie, pod adresem: www.fieldmuseum.org/tut .

Evolving Planet - Unikalne skamieliny, animowane wideo, interaktywne wystawy, rekreacje krajobrazów opowiadają historię trwającej od czterech bilionów lat ewolucji - procesu, który łączy wszystkie formy życia na ziemi. Na wystawie swój "hall of fame" mają oczywiście dinozaury. Można zobaczyć tam przedstawicieli każdej ważniejszej grupy oraz świat, w którym żyły. Zgromadzone eksponaty i towarzyszące im opisy pozwalają się zapoznać ze stanem współczesnej wiedzy naukowej na temat dziejów i przyszłości życia na Ziemi.

Wstęp wolny z biletem do muzeum.

Muzeum jest czynne codziennie od 9 rano do 5 po południu

Chicagowski Instytut Sztuki

111 S. Michigan Ave.

Tel. (312) 443-3600,

www.artic.edu/aic

Casas Grandes and the Ceramic Art of Ancient Southwest - nigdy wcześniej nie pokazywana, zdumiewająca "nowoczesnymi" kształtami, wzornictwem i kolorystyką ceramika prekolumbijskiej cywilizacji Casas Grandes, która stanowiła kulturowe i archeologiczne przedłużenie amerykańskiego Południowego-Zachodu.

Kultura ta, z centrum w Paquime, kwitła w latach 1250 p.n.e. - 1475 p.n.e. na obszarze rozciągającym się od północno-zachodniej części pustyni Chihuaha w Meksyku po Nowy Meksyk, Arizonę i południowo-zachodni kraniec Teksasu. Na wystawie ponad 60 naczyń Casas Grandes prezentowaanych jest wraz z ceramiką innych starych kultur indiańskich: Hohokan, Anasazi, Mimbres. Wystawa potrwa do 13 sierpnia. Godziny otwarcia muzeum: pon., wt., śr. i pt. od 10:30 rano do 4:30 wieczorem; w czwartki 10:30 rano - 8:00 wiecz.; sob. i niedz. 10:00 rano - 5:00 po poł.

Bilety: $12 i $7 - dzieci poniżej 6 lat, studenci i seniorzy. Dla członków muzeum wstęp bezpłatny.

Muzeum Nowoczesnej Fotografii

Columbia College, 600 N. Michigan Ave.

Tel. (312) 663-5554

"Anticipation" - prace dziewięciu artystów (niektóre wykonane zespołowo), którzy w swoich pracach fotograficznych i wideo podejmują tematykę oczekiwania, stanu zawieszenia (suspens) czy niepewności. Wystawa potrwa do 20 maja.

Museum of Contemporary Art

220 E. Chicago Ave.

(312) 280-2660,

www.mcachicago.org

Andy Warhol/Sypernova: Stars, Deaths and Disasters, 1962-1964 - wystawa około 20 prac legendarnego artysty, który zrewolucjonizował popart, skupia się na filozoficznych aspektach jego twórczości. Ekspozycja prezentowana będzie do 18 czerwca w godzinach otwarcia muzeum: od środy do niedzieli 10:00 rano - 5:00 po południu, a we wtorek 10:00 rano - 8:00 wieczorem.

oprac. dp

Autor, polonista i historyk - pracownik krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej napisał fascynującą rozprawę o sprawach, które z obecnej perspektywy wydają się już nie do pomyślenia, a stanowiły jeszcze nie tak przecież dawno element "normalnego" funkcjonowania państwa, które nie mogło się obejść bez inwigilowania wszystkiego i wszystkich. Praca Lasoty każe nam od nowa stawiać pytania o wartość prawdy, lojalności, odpowiedzialności za dokonywane wybory, zmusza nas przewartościowania naszych, często jednostronnych, opinii na temat patriotyzmu czy też zdrady. Napisano o tej książce mnóstwo recenzji, z których przebija jedna, znacząca opinia: "Donos na Wojtyłę" nie dotyczy wyłącznie Metropolity Krakowskiego - jest to raczej próba dogłębnego i mądrego opisu działania systemu totalitarnego.

Na drugim miejscu, spodziewanie i niespodziewanie zarazem, uplasowała się pierwsza w karierze poety powieść - i to do tego od razy kryminalna - "Dwanaście". Mowa oczywiście o bestsellerowej książce Marcina Świetlickiego, która wzbudziła sensację na rynku księgarskim i wśród krytyków. Rzecz dzieje się w Krakowie...

Poza tym oczywiście najnowsza powieść Johna Irvinga, uwielbianego autora "Świata według Garpa", tym razem bardziej osobista, niż wszystkie pozostałe książka zatytułowana "Zanim Cię znajdę" oraz najnowsza powieść Janusza Andermana "Cały czas" - swego czasu pisarza niemalże kultowego w Polsce.

Wróciła na naszą listę zupelnie niespodziewanie bardzo ciekawa i niezwykła książka Dona Miguela Ruiza zatytułowana "Ścieżka miłości" - dwa lata temu absolutny bestseller o duchowej sztuce budowania związków wraca znowu w krąg zainteresowania czytelniczego.

1. DONOS NA WOJTYŁĘ

Marek Lasota,

Znak, 2006

Pierwsze kompleksowe, oparte na analizie dokumentów bezpieki, omówienie inwigilacji polskiego Kościoła w epoce PRL-u. Siły zła - gorliwi funkcjonariusze UB i SB oraz setki tajnych współpracowników, także z kręgów kościelnych - zwarły szeregi w walce z Pasterzem Krakowskiego Kościoła. Donosy, raporty i sprawozdania o powstawaniu parafii w Bieńczycach, stosunkach panujących w Kurii, roli Kardynała Wojtyły w pracach Soboru, jego relacjach z innymi hierarchami Kościoła wypełniają strony tej książki. Dokumenty zgromadzone w teczkach są świadectwem zdrady, dowodem ludzkiej słabości i nikczemności. Ostatecznie jednak rozpędzona ubecka machina, prowadząca starannie zaplanowane działania przeciwko Kościołowi, poniosła klęskę. Postawa Karola Wojtyły, jego odwaga, mądrość i roztropność, wydatnie się do tej porażki przyczyniła. W ten sposób teczki, są także symbolem zwycięstwa Dobra.

2. DWANAŚCIE

Marcin Świetlicki, Emg, 2006

Najbardziej sensacyjny debiut powieściowy ostatnich lat. Mroczny Kraków, miasto skrywające straszne tajemnice. Na trop jednej z nich wpada dawny gwiazdor kina dziecięcego, mężczyzna przegrany, detektyw z przypadku. Nazywają go mistrzem. Oto człowiek nieodpowiedzialny. Mężczyzna, który schodzi życiu z drogi. Nie posiada dowodu osobistego, komórki, konta bankowego ani prawa jazdy. Mówią na mieście, że utył, spuchł, posiwiał. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, w prywatność jego nikomu niepotrzebnego istnienia wkracza zbrodnia...

3. ZANIM CIĘ ZNAJDĘ

John Irving,

Prószyński i s-ka, 2006

Wedle słów matki, Jack Burns był aktorem, zanim tak naprawdę nim został, lecz jego najżywszym wspomnieniem z dzieciństwa były chwile, gdy czuł się zmuszony ująć ją za rękę. Wtedy nie grał.

Wychowywany wśród kobiet Jack o swoim ojcu, Williamie, zdolnym organiście ze skłonnością do nawiązywania przygodnych kontaktów z kobietami, wie niewiele. Tyle ile przekazała mu matka, Alice, podczas podróży "śladami niewiernego Williama" do Europy. Od tego czasu - a Jack miał wtedy cztery lata - zła sława ojca kładła się na nim cieniem, tym mroczniejszym im stawał się starszy i bardziej podobny do rodzica. Nie tylko fizycznie... Jako trzydziestoletni aktor, gwiazda Hollywood, odkrywa tajemnicę swojej przeszłości. Żeby jednak poznać prawdę o sobie, będzie musiał odbyć niejedną podróż.

4. BALTAZAR - AUTOBIOGRAFIA

Sławomir Mrożek,

Noir sur Blanc, 2006

Sławomir Mrożek w słowie wstępnym i zakończeniu tej książki powiada, iż spisywanie wspomnień podjął w celach terapeutycznych. Chodziło o to, aby za pomocą metodycznego drążenia pamięci i przelewania na papier zawartych w niej przeżyć, obrazów i myśli pokonać afazję (utratę zdolności posługiwania się językiem, zarówno w mowie, jak w piśmie), którą został on dotknięty w wyniku udaru mózgu.

Ludzie dotknięci afazją, a także pokrewnymi przypadłościami, takimi jak amnezja czy syndrom Alzheimera, zdają się stanowić dla niego zaledwie wyostrzony przypadek... normalnego ludzkiego losu.

5. KRĘTKA BLADA

Joanna Chmielewska, Kobra Media, 2006

"Przede mną, na szosie, palił się samochód. Nie całkiem na szosie, trochę z boku, na drzewie. Zanim się zatrzymałam tuż za nim, zdążyłam pomyśleć, że primo, mam gaśnicę, a secundo, jeśli nie wybuchł do tej pory, nie wybuchnie chyba i teraz. Majaczyło mi się, że tę gaśnicę mam w bagażniku. Nie żałowałam produktu, ogień zgasł. Pod pianą ujrzałam coś, co sprawiło, że odsunęłam się na taktowną odległość. I co niby miałam zrobić teraz? Telefonu komórkowego nie posiadałam. Odjechać? Szukać glin? Może znajdę gdzieś jakiś komisariat...?" - fragment książki.

6. CAŁY CZAS

Janusz Anderman, Wydawnictwo Literackie, 2006

Czołowe zderzenie z etosem opozycjonisty, czyli kariera anty - bohatera. Karykaturalny portret polskiej rzeczywistości od lat siedemdziesiątych do dziś. Pierwsza współczesna powieść o pokoleniu 50 latków. Najnowsza powieść Janusza Andermana prozaika, scenarzysty, tłumacza i bezkompromisowego felietonisty Gazety Wyborczej, to historia pisarza, który nigdy nie napisał żadnej książki, ale za to chętnie podpisywał się pod pracami innych, podrabiał dedykacje i nie wahał się przed żadną podłością, która pomagała w zdobyciu popularności. Bohater to wyjątkowo nieprzyjemna kreatura, pokrętna moralnie, cyniczna i tchórzliwa, uosabia zastępy podobnych postaci istniejących w życiu każdego z czytelników.

7. KATYŃ

Paul Allen: Świat Książki, 2006

Autor, precyzyjnie opisując przyczyny, dzieje i próby zafałszowania Zbrodni Katyńskiej, opowiada historię trzech rodzin: Hoffmanów i Pawulskich ze Lwowa oraz Czarnków z Krakowa. w każdej z nich zamordowano męża - adwokata, zawodowego oficera, lekarza. Ich tragedie przedstawione zostaly na szerokim, rzetelnie udokumentowanym tle polskiej historii od 1939 po 1992 rok, gdy władze rosyjskie wreszcie opublikowały "Rozkaz nr 13", w którym Stalin osobiście nakazał rozstrzelać polskich jeńców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa. Maggie układ: w zamian za osobistą nietykalność pomoże schwytać seryjnego zabójcę.

8. NAJGORSZY

Waldemar Łysiak, Nobilis, 2006

Nowa fascynująca powieść Waldemara Łysiaka. "Pułkownik Heldbaum - Dlaczego pasjonowało mnie zło? Bo zło jest ciekawe, intrygujące, podniecające, a dobro jest nudne jak flaki z olejem, tkliwe, ckliwe, usypiające, wata cukrowa!... Czkawka historii. Historia to nic innego jak nieustanna walka dobra ze złem. Zazwyczaj wygrywa zło." - fragment książki.

9. CHEMIA ŚMIERCI

Simon Beckett,

Amber, 2006

Manham. Małe spokojne miasteczko. Tu doktor David Hunter szuka schronienia przed okrutną przeszłością. Sądzi, że przeżył już wszystko to, co najgorszego może przeżyć człowiek, sądzi, że wie o śmierci wszystko. Ale śmierć wdziera się do Manham. I to w niewyobrażalnie wynaturzonych formach. Jeszcze nie wiemy, dlaczego Hunter - wybitny antropolog sądowy - zaszył się tu jako zwykły lekarz. Dlaczego odmawia pomocy policji, skoro potrafi określić czas i sposób dokonania każdej zbrodni. Wiemy tylko, że się boimy. Razem z mieszkańcami Manham czujemy odór wszechobecnej śmierci. Giną kobiety, dzieci znajdują makabrycznie okaleczone zwłoki, ktoś podrzuca pod drzwi martwe zwierzęta, ktoś zastawia sidła na ludzi.

10. ŚCIEŻKA MIŁOŚCI

Don Miguel Ruiz, Galaktyka, 2004

Korzystając z mądrości Tolteków, Miguel Ruiz pisze w duchu Carlosa Castanedy o związkach międzyludzkich, pokazując jak wykorzystać tą wiedzę w codziennym życiu. Autor w swojej książce porusza tematykę rozwoju osobistego oraz świadomego podejścia do budowania związków. Don Miguel Ruiz w przystępny sposób pokazuje jak uniknąć utartych sposobów myślenia i postępowania, które oddalają nas od szczęścia i radości życia.

Zbyszek Kruczalak

www.domksiazki.com

Chicago Chopin Society (CCS) rozpoczęło trzeci rok działalności. Ten trzeci festiwal szaleństwa muzyki jest coraz bardziej ekscytujący. Oczywiście w roku Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina zainteresowanie polską muzyką i kulturą powinno wzrastać. I tak się dzieje. Największą konkursową atrakcją było zwycięstwo Polaka - dwudziestoletniego Rafała Blechacza (30 lat po triumfie Krystiana Zimermana). Natomiast największą pozakonkursową atrakcją była wystawa 295 obrazów Jerzego Dudy-Gracza, który przekazał na płótnach wszystkie utwory Chopina. Miejmy nadzieję, że w przyszłości ta wielka kolekcja trafi do Chicago. Muzyka Chopina ciągle więc zachwyca i inspiruje.

Jedyną pianistką spośród 6 uczestników reprezentujących USA (Ben Kim, Rachel Naomi Kudo, Igor Lovchinsky, Howard Na, Esther Park, Mei-Tin Sun), która doszła do finałów w ubiegłorocznym XV Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Warszawie była Rachel Naomi Kudo z naszego stanu Illinois. Aby uczcić to osiągnięcie CCS organizuje specjalny koncert z jej udziałem. Zanim zdradzę miejsce i datę koncertu, chciałbym przedstawić krótkie sprawozdanie z działalności naszej nowej organizacji.

W ciągu dwóch lat działalności - THE CHICAGO CHOPIN SOCIETY zorganizowało 10 koncertów, które odbyły się w sali koncertowej Northeastern Illinois University i w prywatnych rezydencjach (Polonia chicagowska nie posiada bowiem ani jednej sali z instrumentem dobrej jakości i studiem nagrań). Wystąpili następujący artyści: Adam Golka, Adam Wodnicki, Hubert Salwarowski, Jarosław Gołembiowski, Mikhail Yanovitsky, Jolanta Sosnowska i Mei-Ting Sun.

CCS współpracuje z następującymi organizacjami: Mostly Music, Polish Arts Club of Chicago, American Council for Polish Culture, Chicago Composers Forum, Chicago Area Music Teachers Association oraz - szczególnie blisko - z Chopin Foundation of United States w Miami i z Chopin Society of Houston. Dzięki współpracy z organizacjami i ich wybitnymi artystami nasze koncerty osiągnęły duży prestiż wśród amerykańskiej i polonijnej publiczności. Bez tej współpracy CCS NIE BYŁOBY W STANIE PRZETRWAĆ. Małe organizacje przeżywają obecnie wielki kryzys. Stało się to dzięki nowym wymogom przy staraniu się o dotacje z wielkich fundacji, takich

jak Sara Lee Foundation czy Chicago Community Trust. Obecnie roczny budżet małej organizacji musi wynosić 150- lub nawet 250 tysięcy dolarów. Aby zebrać taką kwotę organizacje muszą zabiegać o wielu sponsorów. Jednym słowem małe grupy nie mają wielkich szans i powoli umierają śmiercią spowodowaną przez bezduszną biurokrację. Coraz częściej małe organizacje stają się tylko oddziałami tych większych lub tworzą małą grupę quasi samodzielnych organizacji współpracujących przy organizowaniu większych imprez. Tyle na temat prób przetrwania, ale to dopiero początek, który będę kontynuował w kolejnych relacjach.

Tymczasem

Nasze koncerty, szczególnie te w prywatnych rezydencjach, zawierają w sobie trzy ważne elementy popularyzujące muzykę: artystyczny, biznesowy i towarzyski.

Aspekt artystyczny

Stanowi oś działalności CCS. Propagowanie muzyki Chopina, muzyki polskiej i muzyki kompozytorów współczesnych poprzez niepowtarzalne kreacje artystyczne wyżej wymienionych artystów stanowią cel sam w sobie. Wszystkie koncerty sa nagrywane i przechowywane w naszym archiwum.

Profil biznesowy

Powstał dzięki udziałowi sponsorów, czyli ludzi biznesu zainteresowanych propagowaniem muzyki. Instytucje wspierające naszą działalność nie tylko ogłaszają swoje usługi, ale również czynnie uczestniczą w pokoncertowych spotkaniach przy lampce wina i przekąskach z artystami. Nasi goście to w przeważającej części przyjezdni artyści, którzy często przybywają do Chicago po raz pierwszy. Dzięki sponsorom wielu uczniów może uczestniczyć w koncertach gratis. Dla dzieci i młodzieży jest to często pierwsze w ich życiu zetknięcie ze sztuką przez duże S. Pod wpływem tych artystycznych przeżyć kształtuje się ich wrażliwość artystyczna, a muzyka, której słuchają, staje się im bliższa i bardziej zrozumiała. Uświadamiają sobie też, że aby być artystą, trzeba naprawdę wiele lat ćwiczyć.

Walor towarzyski

To rozmowy z artystami, pamiątkowe zdjęcia, spotkania z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. A także - dzięki możliwości włączenia się do działalności CCS - szansa poznania wszystkich etapów organizowania koncertów.

W ramach tegorocznego festiwalu CCS zorganizowało również pożegnalny koncert polskiej śpiewaczki operowej Stefani Kondelli. Koncert ten miał miejsce w niedzielę 7 maj w sali Polish Army Veterans Association (SWAP) przy 6005 W. Irving Park, Chicago. W programie usłyszeliśmy przekrój najbardziej znanych i lubianych arii i pieśni z repertuaru maestriny Stefanii Kondelli.

Natomiast 21 maja o godzinie 3:30 po południu w sali koncertowej Northeastern University koncert uczniów Jarosława Gołembiowskiego i Beaty Berlin rozpocznie kolejny trzeci Chicagowski Festiwal Muzyki Chopina. O godzinie 5 po południu wystąpi Rachel Naomi Kudo w programie muzyki Chopina i innych kompozytorów. Celem festiwalu jest zapoznanie młodzieży z muzyką klasyczną. Uczniowie są zobowiązani wykonać jeden utwór Fryderyka Chopina, ale oczywiście dotyczy to starszej młodzieży. Kolejnym celem jest propagowanie muzyki współczesnej pisanej w duchu Fryderyka Chopina.

Nie chodzi tu bynajmniej o kreowanie chopiniady, ale o sam sposób komponowania. Jak wiadomo Chopin czerpał swoje pomysły z muzyki ludowej, a melodykę kształtował na wzór stylu bel canto. Te dwa elementy determinowały rytm, harmonię i często formę utworu. Sposób wykonywania muzyki Chopina, albo sposób w jaki nasz pianista-kompozytor wykonując swoje utwory zrewolucjonizował sposób gry na fortepianie, został już opisany w wielu publikacjach. Prawie wszyscy pianiści studiują ten sposób gry w oparciu o wiedzę pozostawioną przez uczniów naszego rodaka oraz w oparciu o wiedzę, jaką przekazują wybitni nauczyciele-pianiści.

Z adeptami kompozycji jest jednak inaczej. Prawie wszyscy polscy kompozytorzy w mniejszym lub większym stopniu pisali pod wpływem muzyki Chopina - szczególnie kompozytorzy emigracyjni, jak Aleksander Tansman, Roman Maciejewski. Kompozytorzy żyjący w Polsce przez wiele dziesięcioleci byli "zmuszani" pisać muzykę według socjalistycznych ideałów - co nie znaczy pisać źle, ale na przykład w przypadku muzyki wokalnej znaczy pisać muzykę całkowicie dzisiaj nieużyteczną. Spośród kompozytorów innych narodowości dla przykładu Skriabin idąc śladami Chopina stworzył swój własny niepowtarzalny styl (tą samą drogą poszedł Szymanowski), Grieg został nazwany Chopinem północy. Dzisiaj jednak, moim zdaniem, ta tradycja nagle przestała istnieć. W szkołach uczniowie uczą się dalej pisać fugi na podstawie Bacha, sonaty na wzór Beethovena, a później od razu muzykę 12-tonową na wzór Schonberga, muzykę aleatoryczną na wzór Lutosławskiego, a eksperymentalną a"la Penderecki, Ligetti, Xenakis... Pisanie na wzór Chopina jest zawsze podejrzanie staroświeckie, zbyt sentymentalne, a w najlepszym przypadku postromantyczne i tchnie muzyką filmową a"la "Love Story". Miejmy nadzieję, że to się zmieni. Dzisiaj z muzyki Chopina najwięcej inspiracji czerpią muzycy jazzowi, natomiast - o ironio - kompozytorzy muzyki poważnej inspirują się często jazzem.

Pozostaje nam więc propagowanie nowych sposobów odtwarzania muzyki Chopina, a tylko skrycie naśladować sposób, w jaki powstawały te wspaniałe arcydzieła. CCS chciałoby zmienić tę sytuację. Wyżej przedstawione idee odróżniają nas od innych ośrodków chopinowskiego kultu. Zapraszam więc wszystkich miłośników muzyki do popierania naszych wykładów, koncertów, spotkań z pianistami, kompozytorami.

Jarosław Gołembiowski

Na początku marca ukazała się nowa płyta australijskiej grupy INXS. To premierowy album od 1997 roku, kiedy to charyzmatyczny wokalista Michael Hutchence popełnił samobójstwo. Grupa powstała w 1977 roku i do tej pory występuje (oprócz wokalisty) w niezmienionym składzie. W latach 80.wspięła się na szczyty światowych list przebojów. Nowy album został nagrany z Kanadyjczykiem J.D.Bennisonem i zyskał bardzo dobre recenzje. Koncert w Rosemont Theatre 23 maja, bilety w cenie $45-$75.

MUSICA, TEATR, SHOW

BRIAR STREET THEATRE

Blue Man Group Terminy otwarte

ORIENTAL THEATRE

Wicked Terminy otwarte

AUDITORIUM THEATRE

Alvin Ailey Dance Theater Maj 18-21

CADILLAC PALACE

Monty Python"s Spamalot Do 4-tego czerwca

NORTH SHORE CENTER

Hubbard Street Dance Chicago Maj 12,13

ROCK, BLUES, JAZZ

ARAGON BALLROOM

Slayer Czerwiec 13, 4:30pm

ABBEY PUB

Carl Palmer Band Czerwiec 10, 8:00pm

Rick Wakeman Czerwiec 23, 8:00pm

ALLSTATE ARENA

Andre Rieu Maj 30, 7:30pm

AUDITORIUM THEATRE

Tool Maj 13, 8:00pm

Radiohead Czerwiec 19, 7:00pm

Melissa Etheridge Lipiec 21,22, 8:00pm

CHARTER ONE PAVILION

Rob Thomas & Jewel Czerwiec 17, 7:00pm

The Black Crowes Czerwiec 24, 6:30pm

Mark Knopfler, Emmylou Harris Czerwiec 25, 7:30pm

Chicago, Huey Lewis And The News Lipiec 1, 7:30pm

O.A.R. Lipiec 15, 7:30pm

CHICAGO THEATRE

Bela Fleck & The Flecktones Czerwiec 9, 8:00pm

Gypsy Kings Lipiec 13, 8:00pm

CONGRESS CHICAGO

Staind Maj 23, 5:30pm

DOUBLE DOOR

Legendary Pink Dots Czerwiec 13, 9:00pm

FIRST MIDWEST BANK AMPHITHEATER

Bruce Springsteen Czerwiec 13, 7:30pm

Nine Inch Nails Lipiec 1, 7:00pm

Sammy Hagar Lipiec 15, 8:00pm

FITZGERALD"S

Eddie From Ohio Maj 13, 7:00pm

HOUSE OF BLUES

Taproot Maj 17, 5:00pm

Uli Jon Roth Maj 15, 7:30pm

Freddy Jones Band Maj 19, 7:30pm

Johnny Winter Maj 26, 7:30pm

METRO

Wolfmother Maj 18, 7:00pm

Mogwai Maj 19, 6:30pm

Alice In Chains Maj 21, 8:00pm

10 Years Maj 26, 6:30pm

MARTYR"S

The Concretes Maj 13, 10:00pm

James McMurtry Czerwiec 3,4, 8:00pm

PARK WEST

Erasure Maj 18, 8:00pm

Imogen Heap Maj 25 7:30pm

Tea Leaf Green Czerwiec 3, 8:00pm

The Cat Empire Czerwiec 17, 7:30pm

Dark Star Orchestra Czerwiec 23, 24, 7:30pm

ROSEMONT THEATRE

INXS Maj 23, 7:30pm

Ringo Starr Czerwiec 17, 8:00pm

SYMPHONY CENTER

Christian McBride Band Maj 12, 8:00pm

VIC THEATRE

Atmosphere Maj 12, 7:30pm

Live Maj 16, 7:30pm

Drive By Truckers Maj 19, 8:00pm

T Bone Burnett Maj 23, 7:30pm

The Charlatans UK Maj 24, 7:30pm

Angels And Airwaves Maj 25, 7:30pm

Snow Patrol Czerwiec 10, 7:30pm

Joe Jackson Czerwiec 15, 7:30pm

UNITED CENTER

Pearl Jam Maj 16, 17, 7:30pm

Madonna Czerwiec 14, 15, 18, 7:30pm

Shakira Sierpień 25, 7:30pm

UIC PAVILION

Fall Out Boy Maj 15 6:30pm