----- Reklama -----

Monitor 04/10/2006

Artykułem opublikowanym w poprzednim wydaniu zapoczątkowaliśmy dyskusję na temat imigracyjnych konsekwencji wykroczeń kryminalnych. Kontynuujemy ją poniżej. Pragnę jednak zaznaczyć, że zarówno poprzedni jak i poniższy artykuł muszą być czytane razem, ponieważ znaczna część wykroczeń powodujących problemy imigracyjne opisana została w poprzednim artykule. W obecnym zajmiemy się ciężkimi przestępstwami, określanymi jako aggravated felonies.

Podobnie jak w poprzednim artykule, na wstępie pragnę zaznaczyć, że niniejszy artykuł jest wyłącznie ogólną informacją i nie może być traktowany jako porada prawna, ponieważ sprawy kryminalne różnią się pomiędzy sobą i nawet skazanie pod tym samym zarzutem będzie miało inne konsekwencje imigracyjne w zależności od indywidualnej sytuacji imigranta, czy to prawnej, czy rodzinnej, itp.

Dlatego osoby, które mają jakiekolwiek wykroczenia na swoim koncie muszą udać się po poradę do adwokata imigracyjnego przynosząc ze sobą wszystkie dokumenty dotyczące swych wykroczeń od raportu policyjnego, przez akt oskarżenia do wyroku. Każda osoba ze skazaniem kryminalnym musi być traktowana przez prawnika indywidualnie, ponieważ jej sytuacja imigracyjna, rodzinna, staż w USA, okoliczności wykroczenia, okoliczności skazania zaważą na ocenie sytuacji i ryzyka ewentualnej deportacji.

W poprzednim artykule rozmawialiśmy o niektórych rodzajach spraw karnych i ich konsekwencjach imigracyjnych. Sprawy kryminalne mogą powodować problemy imigracyjne dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, inadmissibility, a więc zakaz wjazdu do USA czy też zakaz starania się o pobyt stały, po drugie, deportację. Zakaz wjazdu dotyczy osób starających się o pobyt stały lub o wizę do USA. Deportacja za czyny kryminalne dotyczy zarówno tych przebywających w USA nielegalnie, posiadaczy wiz, jak i posiadaczy pobytu stałego (zielonych kart).

Opublikowany w ubiegłym miesiącu artykuł opisywał konsekwencje następujących rodzajów wykroczeń: wykroczenia moralne, wykroczenia związane z przemocą, wykroczenia wielokrotne (dwa lub więcej), wykroczenia związane z narkotykami, wykroczenia związane z bronią, wykroczenia związane z przemocą domową. Osoby, które mają jakieś wykroczenia na swoim koncie powinny przeczytać również poprzedni artykuł, ponieważ ich sytuacja mogła być tam opisana.

Aggravated felonies, to przestępstwa poważniejsze niż te opisane w poprzednim artykule. Stanowią one rodzaj przestępstwa kryminalnego, które ma najpoważniejsze konsekwencje. Jeśli spowoduje ono deportację, to osoba deportowana będzie miała zakaz powrotu, o zniesienie którego może starać się dopiero po wielu latach. Niektóre wykroczenia z tej serii w ogóle nie pozwalają na powrót to USA. Powodują zakaz dożywotni.

Przestępstwa określane jako aggravated felony skodyfikowane są w kodeksie imigracyjnym jako lista wykroczeń lub zachowań. Skazanie za przestępstwo z tej listy podlega deportacji, w wielu wypadkach nieuniknionej, od której nie ma obrony.

Lista przestępstw uznawanych jako aggravated felony była i nadal jest zmieniana przez kolejne ustawy imigracyjne. Ogólnie rzecz biorąc powiększa się. Ponieważ jednak niektóre przestępstwa zostały na nią wpisane niedawno, to w wielu wypadkach data popełnienia przestępstwa, i to czy znajdowało się wtedy na liście, czy nie, będzie decydować, czy osoba podlega deportacji czy nie. Dlatego każda osoba mająca na koncie tego rodzaju przestępstwo, zanim złoży jakiekolwiek dokumenty w biurze imigracyjnym musi najpierw pokazać swój rekord kryminalny prawnikowi imigracyjnemu.

Niektóre aggravated felonies powodują deportację niezależnie od wyroku w danej sprawie, jeśli tylko rodzaj wykroczenia jest wymieniony jako aggravated felony. Niektóre przestępstwa powodują deportację w zależności od indywidualnego wyroku, tzn. na jak długo była taka osoba skazana. Niektóre przestępstwa podlegają deportacji tylko, jeśli osoba została skazana na pozbawienie wolności, a niektóre nawet, jeśli wyrokiem było zawieszenie lub grzywna. Dlatego ważne są szczegóły, na przykład z jakiej klauzuli pochodzi oskarżenie, czy nie zostało zmienione, jeśli prokurator poszedł na kompromis, to jak wyglądał on w formie końcowej. Dwie osoby złapane na tym samym przestępstwie, w tym samym czasie, mogą mieć zupełnie inny wyrok w zależności od okoliczności ich procesu sądowego, ich prawnika, ich prokuratora, sędziego, ławy przysięgłych, itd. W wyniku różnych wyroków jeden może podlegać deportacji, a drugi nie. Dlatego jeśli chodzi o konsekwencje imigracyjne przestępstw kryminalnych, to nie można mówić nigdy o identycznych sprawach. Każda sytuacja musi być oceniona indywidualnie.

Na liście przestępstw traktowanych jako aggravated felony znajdują się obecnie:

w morderstwo, gwałt, molestowanie nieletnich;

w handel narkotykami;

w nielegalny handel bronią lub materiałami wybuchowymi;

w "pranie" brudnych pieniędzy (powyżej $10,000);

w niektóre wykroczenia związane z użyciem broni lub materiałów wybuchowych;

w wykroczenia z użyciem przemocy, za które osoba otrzymała karę pozbawienia wolności powyżej roku;

w wykroczenia związane z kradzieżą lub włamaniem, za które osoba otrzymała karę pozbawienia wolności powyżej roku;

w żądanie okupu;

w pornografia dziecięca;

w nielegalny hazard, za które możliwa kara pozbawienia wolności przekracza rok;

w wykroczenia związane z prowadzeniem lub transportem osób w celach prostytucji;

w zbieranie i przekazywanie informacji dotyczących bezpieczeństwa społecznego, sabotaż, zdrada, szpiegostwo;

w fałszerstwo lub oszustwo, kiedy krzywdy osób poszkodowanych wynoszą ponad $10,000, jak również oszustwa podatkowe, kiedy strata dla rządu wynosi ponad $10,000.

w przemyt imigrantów przez granicę;

w nielegalne przekroczenia granicy USA przez osobę, która poprzednio deportowana była za przestępstwo z grupy aggravated felony;

w fałszowanie, zmienianie, fabrykowanie paszportów lub innych dokumentów, jeśli kara pozbawienia wolności przekracza rok;

w niestawienie się do więzienia na wypełnienie wyroku, (jeśli przestępstwo nosi ze sobą możliwy wyrok więzienia na ponad 5 lat);

w komercyjne łapówkarstwo, fałszerstwo lub handel samochodami ze zmienionymi numerami VIN, kiedy kara pozbawienia wolności przekracza rok;

w krzywoprzysięstwo, przekupstwo świadków, przeszkadzanie w dochodzeniach lub procesie sądowym, kiedy kara za wykroczenia przekracza rok pozbawienia wolności;

w niestawienie się do sądu wbrew nakazowi sądowemu, aby odpowiedzieć na oskarżenia, w którym kara za oskarżenie przekraczać może 2 lata pozbawienia wolności

w próba popełnienia lub pomoc w popełnieniu któregokolwiek z wyżej wymienionych przestępstw.

Imigracyjne konsekwencje skazania za wyżej wymienione przestępstwa są bardzo poważne: dożywotni zakaz wjazdu po procesie deportacyjnym, do 20 lat więzienia, jeśli ktoś skazany jest za nielegalny powrót do USA po takiej deportacji, zakaz starania się o azyl polityczny, zawieszenie deportacji, dobrowolny wyjazd, ponowne staranie się o pobyt stały, waiver (przebaczenie). Osoby skazane za przestępstwa określane jako aggravated felony podlegają nakazowi pozbawienia wolności do czasu deportacji.

Ponieważ konsekwencje przestępstw typu aggravated felony są bardzo poważne, to bardzo ważne jest, aby prawnik kryminalny współpracował z prawnikiem imigracyjnym w czasie procesu sądowego. Często kompromis (plea) z prokuratorem może spowodować, że skazanie orzeczone będzie z innego paragrafu lub na krótszy okres czasu, co uratuje aplikanta przed deportacją. Jeśli wyrok został już wydany i grozi deportacją, to czasem pewne niedociągnięcia lub problemy w czasie pierwszej rozprawy mogą pozwolić na otwarcie sprawy kryminalnej i zmianę wyroku, co z kolei może uratować przed deportacją. Dlatego zawsze, nawet w najtrudniejszej sytuacji warto jest poprosić o opinię prawnika, bo czasem, nawet po fakcie można starać się o zmianę skazania.

Skazania zagraniczne traktowane są tak samo jak te z USA. Jeśli po przetłumaczeniu przestępstwo umieszcza się w kategorii kwalifikującej do deportacji, to fakt, że wyrok wydany został za granicą nie ratuje aplikanta. Konsekwencje imigracyjne są te same, chyba, że skazanie nie było zgodne z prawem lub konwencjami międzynarodowymi.

Skazania nieletnich w USA nie są traktowane jako "skazanie" z punktu widzenia prawa imigracyjnego i nie powodują deportacji. Wyjątkiem są skazania nieletnich, jeśli ze względu na rodzaj przewinienia, są oni sądzeni jako dorośli, mimo młodego wieku. Skazania tego typu powodują deportację.

Do deportacji może doprowadzić jedynie finałowy wyrok o winie, wydany formalnie przez sędziego. Orzeczenia, od których aplikant się odwołał do wyższej instancji nie są finałowe, dopóki w sprawie odwołania nie zapadła decyzja. Biuro imigracyjne nie może deportować osoby za wykroczenia lub przestępstwo kryminalne podczas apelacji wyroku.

Imigranci ubiegający się o przywileje imigracyjne, pobyt stały, czy naturalizację, muszą być ostrożni w czasie rozmowy kwalifikacyjnej. Nawet, jeśli w przeszłości byli aresztowani, ale uniewinnieni, to późniejsze przyznanie się do winy lub do popełnienia elementów wykroczenia może spowodować deportację. Na przykład, podczas rozmowy kwalifikacyjnej jeśli aplikant ubiegający się o naturalizację zacznie opowiadać o okolicznościach wydarzenia, jakkolwiek w przeszłości został uniewinniony za kradzież w sklepie, to niechcący może przyznać się do elementów wykroczenia. Takie przyznanie się do winy może spowodować wysłanie sprawy do sądu imigracyjnego, którego rezultatem może być nawet deportacja. Dlatego osoby, które były aresztowane, nawet, jeśli nie były skazane, powinny być podczas rozmowy kwalifikacyjnej zawsze reprezentowane przez prawnika, który odpowiednio je przygotuje lub zgłosi obiekcje co do zadawanych pytań.

Raz jeszcze podkreślam, że niniejszy artykuł jest wyłącznie ogólną informacją i nie może być traktowany jako porada prawna, ponieważ sprawy kryminalne różnią się od siebie, i nawet skazanie pod tym samym paragrafem będzie miało inne konsekwencje imigracyjne w zależności od prawnej czy rodzinnej sytuacji imigranta.

Agata Gostyńska-Frakt

Adwokat imigracyjny i rodzinny

Tel. 312 644 8000

Adres: 100 W. Monroe, Suite 1705 Chicago, IL 60603

Small Business Administration- SBA - jest agencją rządową, której celem jest pomoc małemu biznesowi. Co roku SBA udziela parędziesiąt tysięcy pożyczek na sumę kilku miliardów dolarów. Należy pamiętać, że SBA nie jest dobrym wujkiem: nie daje pieniędzy za darmo ani nie finansuje ryzykownych przedsięwzięć. Wymaga, tak jak banki, dobrej historii kredytowej, materialnego zabezpieczenia (collateral) i dobrze przygotowanej dokumentacji. Nawet oprocentowanie pożyczki nie bywa tu korzystniejsze.

"Mały" to pojęcie względne. Dla Small Business Administration biznes jest mały, jeżeli zatrudnia mniej niż 500 pracowników. Dla ciebie, zmagającego się solo, firma z kilkoma setkami pracowników jest ogromna, ale razem z nią stajesz w szranki po kredyty SBA. Niestety, twoje szanse są znikome, jeżeli nie notujesz sprzedaży powyżej miliona dolarów rocznie. Nie jesteś "small business" lecz mikro.

Small Business Administration oferuje dwa rodzaje pożyczek: gwarantowaną i bezpośrednią.

Pożyczki gwarantowane

Najczęściej udzielane są pożyczki gwarantowane przez SBA. Kredyt udzielany jest przez bank, a SBA gwarantuje tę pożyczkę, czyli służy jako poręczyciel. Bez rządowej gwarancji bank nie dałby wnioskodawcy kredytu. Pożyczki do $150,000 gwarantowane są w 85 procentach, a powyżej tej sumy - w 75 procentach. Maksymalnie można pożyczyć do $2 mln, z czego SBA gwarantuje milion. Przeciętna pożyczka w SBA wynosi ok. $100,000.

SBA ma programy różnego rodzaju, m.in. dla kobiet, albo dla podupadających okolic. Przyspieszony program zwany SBA LowDoc umożliwia otrzymanie maksymalnie $150,000.

Jedna trzecia kredytów przyznawana jest nowo powstającym biznesom, a dwie trzecie przedsiębiorstwom istniejącym, potrzebującym kapitału do dalszego rozwoju.

Pożyczki bezpośrednie

Bezpośrednie pożyczki (direct loans) SBA bywają udzielane z rządowych funduszy tylko wnioskodawcom, którzy nie są w stanie uzyskać gwarantowanego kredytu. Fundusze SBA na ten cel są ograniczone. Pożyczki te nie przekraczają $150,000 i zarezerwowane są dla pewnego rodzaju pożyczkobiorców, jak np. weteranów wojny wietnamskiej, inwalidów, biznesów działających w rejonach o dużym bezrobociu itp.

Warunki pożyczek

Warto wiedzieć: Pożyczki gwarantowane przez SBA udzielane są na termin nieco dłuższy od bankowych, co oznacza niższe miesięczne spłaty. Przeciętny termin wynosi 9 lat, a zdarzają się i pożyczki 15-letnie, a nawet 25-letnie. Oprocentowanie pożyczki zależy od podstawowej stopy oprocentowania (prime) i jest negocjowane pomiędzy bankiem i pożyczkobiorcą, ale nie może przeskoczyć pewnego maksimum ustalonego przez SBA. Pożyczki do siedmiu lat nie mogą przekraczać prime plus 2.25%,a długoterminowe - prime plus 2.75%. SBA pobiera opłatę w wysokości 2% kredytu.

SBA domaga się od pożyczkobiorcy odpowiedniego zastawu, zabezpieczającego kredyt. Jeżeli zasoby biznesu nie są wystarczające, lien (prawo zajęcia) jest nakładany na prywatne mienie właścicieli. SBA wymaga też osobistych gwarancji spłaty od wszystkich właścicieli biznesu i jego zarządu.

Ażeby kwalifikować się do utrzymania pożyczki SBA, biznes musi spełnić pewne warunki. Musi być obliczony na zysk i nie może zajmować się tworzeniem czy rozpowszechnianiem opinii. Oznacza to, że wydawcy gazet, magazynów czy akademickie szkoły nie kwalifikują się do rządowej pomocy. Również zdyskwalifikowane są firmy zajmujące się spekulacją czy inwestycją nieruchomości.

Small Business Administration, jak nazwa wskazuje, pomaga tylko małym biznesom. W ustaleniu rozmiaru firmy bierze się pod uwagę średnią liczbę pracowników w ostatnich 12 miesiącach i średni przerób w ostatnich 3 latach. Przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 500 pracowników nie są uznawane za small business.

Jak przyznawana jest pożyczka

Najpierw należy się udać do lokalnego biura Small Business Administration po informacje, broszury, formularze i po poradę, jak przygotować pożyczkową dokumentację. 600 oddziałów SBA rozsianych po całym kraju posiada darmowe publikacje i ochotników, którzy służą pomocą. Ich adresy można znaleźć w witrynie internetowej www.sba.gov. Składasz podanie do banku. Ten sprawdza i przesyła je do najbliższego oddziału SBA. Jeżeli podanie zostanie zatwierdzone, otrzymujesz pieniądze od banku.

Procedura ta, chociaż klarowna, nie jest ani łatwa, ani szybka. Samo przygotowanie dokumentacji, której najważniejszą częścią jest plan biznesowy, może zająć ci kilka tygodni.

Wybór banku jest bardzo istotny. Teoretycznie, możesz się udać do każdego banku, lecz jeżeli instytucja ta nigdy nie współpracowała z SBA, nie ma odpowiedniego doświadczenia. Pewien przedsiębiorca z Północnej Karoliny zaryzykował współpracę z bankiem - nowicjuszem. Otrzymał pożyczkę dopiero po roku (!), gdy jego biznesu był już na skraju bankructwa.

Harriet Houk miała więcej szczęścia. Natknęła się na reklamę, w której pewien bank ogłaszał seminarium na temat pożyczek gwarantowanych przez SBA. Wybrała się tam, mimo że trzy inne banki odmówiły już kredytu dla jej sklepu z dziecięcą odzieżą. Bank przejrzał jej dokumentację, zasugerował kilka poprawek. Po miesiącu Harriet odebrała czek na $55,000.

Należy udać się do SBA i poprosić o listę rekomendowanych banków.

SBA dzieli banki, z którymi współpracuje regularnie, na dwie kategorie w zależności od doświadczenia banku: preferowani (preferred lenders) i "zatwierdzeni" pożyczkodawcy (certified lenders). Preferowany bank ma całkowite zaufanie rządu i jest upoważniony do udzielenia gwarancji SBA nawet bez przedkładania podania do Small Business Administration. "Zatwierdzeni" pożyczkodawcy przesyłają podanie do SBA, lecz agencja odpowiada zazwyczaj w przeciągu trzech dni roboczych. Dlatego jest ważne, by wiedzieć, jakie są układy banku z SBA.

Kto może pomóc

Jak widać, nie jest łatwo nowicjuszowi przygotować wyczerpującą i przekonywującą dokumentację. Oto gdzie można znaleźć pomoc:

Lokalne biura SBA służą darmową pomocą. Ażeby odnaleźć biuro w twojej okolicy zajrzyj do książki telefonicznej pod "US Government" albo zadzwoń do SBA Answer Desk 800/U-ASK-SBA, www.sba.gov, www.business.gov.

Pożyczkodawcy, którzy często współpracują z SBA mogą dopomóc w przygotowaniu dokumentacji bezpłatnie lub za pewną odpłatnością. Pomocne mogą być witryny: www.sbaloans.com oraz www.businessfinance.com, która udostępnia 78,000 źródeł finansowania.

Small Business Development Centers (SDDC) oferują darmowe porady. Po adres SBDC w twojej okolicy zadzwoń pod numer: 202/653/6768 lub udaj się na stronę www.sba.gov/sbdc.

Jako że zbliża się Wielkanoc rozpoczynająca sezon intensywnych wyjazdów wiosenno-letnich, zdecydowałem się na kontynuację tematu rozpoczętego w poprzednim artykule. Nie wszyscy podróżujemy samolotami. Znacznie bardziej ekonomicznym środkiem transportu jest samochód, szczególnie w przypadku większych rodzin. Po właściwym przygotowaniu, nie znam powodu, dla którego nie mielibyśmy zabrać na samochodowy wyjazd naszego czworonożnego pupila. Podobnie jak w przypadku przelotu samolotem, także i w samochodzie musimy przestrzegać pewnych zasad, które podniosą wygodę i nade wszystko bezpieczeństwo podróży Maksa.

Po pierwsze, zawsze zabezpieczmy zwierzę. Tak jak my - ludzie potrzebujemy pasów, podobnie i psy muszą być zabezpieczone pasami bezpieczeństwa. Siatka lub barierka (pet barrier) uniemożliwiająca przechodzenie z tyłu samochodu na tylne siedzenie nie zapewni zwierzęciu ochrony na wypadek gwałtownego hamowania. Spełni tę funkcję właściwych rozmiarów klatka, zwłaszcza plastikowa. Pamiętajmy aby, o ile to możliwe, przymocować każdą mniejszą klatkę do podłoża samochodu, w przeciwnym razie przy ostrym hamowaniu pies poleci do przodu razem z kennelem. Na spodzie klatki powinniśmy umieścić coś wygodnego. O ile zimą polecałbym coś ciepłego, na przykład wełniany koc, czy sztuczny baranek, o tyle latem przeciwnie, coś chłodniejszego: zwykły, stary ręcznik powinien wystarczyć. Moim zdaniem, klatka jest optymalnym sposobem podróżowania psów w samochodzie. Jednak jeśli pies podróżuje na tylnym siedzeniu, powinien być przypięty specjalnymi pasami dla czworonogów. Uniemożliwi mu to chodzenie po całym pojeździe, co zabezpieczy na wypadek hamowania, a mogłoby odwracać uwagę osoby kierującej pojazdem. Powietrze powinno mieć swobodny dostęp do klatki, by zapewnić odpowiednią wentylację. Jednym słowem; nie powinno się przykryć całej klatki bagażem.

Czworonogi powinny być przypięte nie tylko w środku pojazdu, ale również kiedy wychodzą na zewnątrz. Osobiście przestrzegam złotej zasady aby zawsze przypiąć psu smycz zanim otworzymy drzwi pojazdu. Nawet dobrze wychowany pies może raz w roku próbować złamać zasady i wyskoczyć niespodziewanie z samochodu na przykład w pogoni za wiewiórką, a nie ma chyba nic gorszego dla właścicieli niż zgubienie własnego psa w podróży.

Półciężarówki są obecnie w modzie i psy bardzo lubią podróżować w nich z tylu. Jednakże ilekroć widzę psa stojącego na trucku-u jeżą mi się włosy na głowie. Bezmyślność właściciela jest w tym wypadku bezgraniczna. Rok w rok na terenie Stanów Zjednoczonych giną setki psów, które wypadły (lub wyskoczyły) z ciężarówki, często pod koła innego pojazdu. Według Humane Society of the United States nie ma smyczy czy pasów, które zapewniłyby 100% bezpieczeństwa psu przewożonemu w ten sposób. Jeśli ktoś planuje przewożenie Maxa na odkrytym tyle "pikapa", wówczas należy zamocować tam klatkę, a następnie umieścić w niej psa. Naturalnie, jest to dopuszczalne tylko w obrębie bezpiecznych temperatur, a więc w okresach cieplejszych pór roku z wyłączeniem gorącego lata.

Psy uwielbiają wystawiać głowę przez uchyloną szybę pojazdu oraz wdychać nadlatujące zapachy. Pomimo tego nam - właścicielom absolutnie pozwolić im na to nie wolno. Pęd powietrza niesie w sobie pyły, insekty i zanieczyszczenia, które dostając się do nosa i oczu spowodują podrażnienia, a nawet stany zapalne. Zdarza się, że pies nadeptując przypadkiem na przycisk zamykający elektrycznie szybę sam się niemal zadusi. Ostatnio taka historia doprowadziła do poważnego wypadku, kiedy kierowca usiłując pomóc psu stracił panowanie nad kierownicą. Nie uchylajmy także szyby, gdyż pęd wpadającego powietrza, choć zdecydowanie łagodniejszy niż w przypadku wystawionej głowy, może w dalszym ciągu spowodować podrażnienia oczu.

Niektóre czworonogi, podobnie jak my - ludzie, cierpią na chorobę lokomocyjną. Nie znam niestety "złotego środka" na wyeliminowanie tego problemu tuż przed podróżą. Leczenie to dość długi proces, który należy rozpocząć zaraz po dostrzeżeniu problemu. Można jednak dolegliwość tę wyeliminować. Proponuję bardzo krótkie przejażdżki zakończone czymś bardzo dla psa przyjemnym: na przykład regularne trzyminutowe wyjazdy do pobliskiego parku z nagradzaniem po drodze. Z czasem podróż samochodem powinna kojarzyć się Maksowi z czymś przyjemnym. Do klatki możemy włożyć kostki lodu, które dostarczą płynu i rozrywki. Psy z problemami tego typu należy karmić bardzo skromnie przed podróżą oraz w miarę możliwości starać się odwracać ich uwagę od okien samochodu. Częste postoje z pewnością nie zaszkodzą.

Uwaga na temperatury: nasz pies, niestety, nie może nam powiedzieć kiedy jest mu zimno lub gorąco. Tym bardziej powinniśmy nauczyć się zapobiegać skutkom ekstremalnych temperatur. Rzadko dochodzi do przemrożenia psa, zatem mam na myśli głównie wysokie temperatury. Pamiętajmy, że psy znoszą je gorzej od ludzi. Zamknięcie psa w samochodzie latem może w bardzo krótkim czasie doprowadzić do tragedii. Temperatury powyżej 80°F stają się już dolegliwe i męczące, a powyżej 85°F - niebezpieczne. Pamiętajmy, że czworonogi w kolorach ciemnych nagrzewają się na słońcu szybciej. Również psy tzw. krótkonose (buldog, pekińczyk, mops, bokser itd.) są wyjątkowo nieodporne na oddziaływanie wysokich temperatur. Podróż w klimatyzowanym samochodzie oraz regularny dostęp do zimnej wody są po prostu konieczne. Przed wpływem zimna należy natomiast szczególnie chronić rasy miniaturowe.

Podczas podróży łatwo o zatrucie psiaka. Płyn do mycia szyb jest silną trucizną, nawet w małych ilościach. Niestety, ma on słodkawy smak, więc może skusić czworonoga do lizania. Nie wolno do tego dopuścić. Idealnym rozwiązaniem jest używanie mniej toksycznej odmiany płynu do szyb. Również truciznami, choć o nieco łagodniejszym działaniu, są niektóre popularne przekąski spożywane przez nas w czasie jazdy: czekolada, orzechy macadamia, winogrona. Należy pamiętać o tym, by nie dzielić się nimi z Maksem. Polecam kawałki marchwi, jabłka lub innych owoców, lecz w umiarkowanych ilościach. Bardzo nieliczne przekąski nadają się do wspólnej konsumpcji.

George C. Urbański

jest specjalistą w dziedzinie kynologii

oraz hodowcą psów. Publikuje artykuły w magazynach kynologicznych w wielu krajach. Zajmuje się szkoleniem psów i konsultacjami.

Tel. 847 885 7946

Kilka tygodni temu minęła pierwsza rocznica śmierci Terri Schiavo, 41-letniej kobiety z poważnie uszkodzonym mózgiem, która przez wiele lat była utrzymywana przy życiu i której tragiczny los przez wiele tygodni ubiegłego roku nabrał charakteru debaty powszechnej. Oczywiście, artykuł ten nie ma na celu podjęcia próby rozstrzygnięcia która ze stron uczestniczących w tragedii miała rację. Chodzi raczej o podkreślenie faktu, że można byłoby uniknąć dramatu, gdyby ś.p. Schiavo udzieliła w stosownym czasie upoważnień, albo w inny sposób sama zadecydowała o swoim losie.

Przypadek Schiavo nasuwa wątpliwości nie tylko natury etycznej, ale medycznej i prawnej. Decyzje w sprawie zabiegów medycznych i podtrzymywania życia należą do najpoważniejszych kwestii egzystencjalnych, których rozwiązanie uzależnione jest od wyznawanego światopoglądu, specyficznej sytuacji medycznej, czy stopnia zaawansowania medycyny. Odpowiedź na pytanie kiedy i jak podejmować decyzje dotyczące życia i śmierci należy do naszych Czytelników. Podobnie jak i rozstrzygnięcie dylematu, czy udzielić pełnomocnictwa do rozporządzania majątkiem.

Moją rolą w niniejszym artykule jest zapoznanie Państwa ze stanem prawnym obowiązującym w tej dziedzinie w stanie Illinois. Zilustruję go kilkoma przykładami sytuacji, w których żałujemy, że we właściwym czasie nie sporządziliśmy odpowiedniego upoważnienia, albo obarczamy tego typu odpowiedzialnością naszych najbliższych.

Na co dzień nie zastanawiamy się w ogóle nad koniecznością poczynienia odpowiednich rozporządzeń czy udzielenia pełnomocnictw do działania w naszym imieniu. Nie bierzemy pod uwagę sytuacji, w której sami nie będziemy już mogli podejmować tych życiowych decyzji. Nie zmienia to jednak faktu, że powinniśmy przedyskutować ten temat z najbliższymi, z członkami rodziny, a może także i z prawnikiem.

Celem dzisiejszego artykułu jest przybliżenie Państwu pojęć, z którymi często spotykacie się w języku angielskim i na temat których kierujecie do nas pytania. Z pojęciami takimi jak last will albo testament na ogół jesteście Państwo zaznajomieni, tym bardziej, że słowo testament ma takie samo znaczenie w języku polskim jak i angielskim. Wprawdzie spora część naszych czytelników przesuwa konieczność sporządzenia testamentu na podeszły wiek, ale wszyscy Państwo wiecie, że jest to rozporządzenie na wypadek śmierci. Poniżej przybliżymy Państwu znaczenia takich pojęć jak living will, czyli deklaracja w sprawie życia, statutory short power of attorney for health care, a więc pełnomocnictwo do podejmowania decyzji w sprawie leczenia, power of attorney for property, w tłumaczeniu - pełnomocnictwo w sprawie rozporządzania majątkiem, durable power of attorney, i tym podobne.

Dla przykładu, często spotykamy się z pytaniem skierowanym przez naszych klientów czym różni się living will od pojęcia last will. Różnica jest zasadnicza, a podobieństwo w zasadzie sprowadza się tylko do tego, że w nazwie obydwu czynności prawnych występuje słowo will, czyli wola. Podczas gdy last will jest dokumentem zawierającym rozporządzenia mieniem na wypadek śmierci, to tzw. living will jest dokumentem, w którym przekazujecie swoją wolę odnośnie rodzaju leczenia czy sposobu utrzymania przy życiu w przypadku, kiedy stan waszego zdrowia uniemożliwi podjęcie i przekazanie stosownej decyzji lekarzowi. Między innymi, jest to właśnie ten dokument, w którym wyrażacie Państwo swoją wolę odnośnie odłączenia utrzymującej was przy życiu aparatury medycznej (pull the plug), ponieważ wolą waszą nie jest sztuczne utrzymywanie czy przedłużanie życia w obliczu nieuchronnego końca, albo odwrotnie, życzeniem waszym jest przedłużanie życia tak długo jak tylko jest to możliwe przy zastosowaniu sprzętu medycznego. Proszę pamiętać, że w dokumencie zwanym living will wyrażacie Państwo swoją własną wolę i sporządzacie ten dokument po to by wasza wola była szanowana i nie nasuwała wątpliwości. Biorąc pod uwagę przykład zmarłej przed rokiem Terry Shiavo, istnienie living will wyeliminowałoby rodzinne waśnie, które w tym przypadku toczyły się na oczach całego świata i rozdzieliły na zawsze osoby najbliższe zmarłej. W podobnej sytuacji znajduje się wiele innych, bezimiennych osób i ich rodzin, których tragedie rozstrzygają się każdego dnia.

Tzw. deklaracja dotycząca życia, living will declaration, może, ale nie musi być sporządzona przez prawnika. Aby była ważna wystarczy złożenie podpisu przez osobę ją składającą (albo przez osobę w tym celu przez nią wskazaną), poświadczone złożeniem podpisów dwóch świadków. Osoba składająca deklarację musi być pełnoletnia i musi spełniać dodatkowe wymogi.

W życiu często się zdarza, że osoba zainteresowana nie sporządziła takiego dokumentu i decyzja w takim przypadku należy do osób trzecich. Może być to osoba wskazana przez chorego jeszcze wtedy kiedy był on/ona zdrowy, albo osoba wyznaczona przez sąd w braku pełnomocnika ustanowionego przez chorego.

W pierwszym przypadku mamy do czynienia z dokumentem zwanym power of attorney for health care, czyli w tłumaczeniu - pełnomocnictwo dotyczące zdrowia, w drugim, z sądową procedurą, w której ustanawia się opiekuna. Temat opiekuna wyznaczonego przez sąd wykracza poza ramy niniejszego artykułu. W niniejszym koncentrujemy się jedynie na możliwości czy potrzebie sporządzenia przez nas pełnomocnictwa, zwanego w języku angielskim power of attorney. Ustawodawca stanu Illinois uznaje i daje wyraz w uchwalonych przez siebie aktach prawnych, że każdy człowiek ma prawo do wyznaczenia przez siebie tak zwanego agenta, który będzie w jego imieniu i na jego korzyść podejmował decyzje zarówno w sprawach dotyczących życia i zdrowia, jak i w sprawach dotyczących majątku. Prawo do wyznaczenia pełnomocnika, przysługujące każdemu z nas, oczywiście, niezależnie od tego jaki jest nasz status emigracyjny, wymaga, by dokonanie tej czynności nastąpiło w specjalnej formie, po to by było ono ważne i uznane przez osoby trzecie. Osobie sporządzającej upoważnienie pozostawia się oczywiście wolną wolę, jeśli chodzi o zakres umocowania, ale wymaga się, by w akcie pełnomocnictwa określone były okoliczności jak od jakiego momentu lub w jakich okolicznościach wyznaczony pełnomocnik (w języku angielskim agent albo attorney in fact) jest uprawniony do podejmowania decyzji w imieniu swojego mocodawcy, kiedy jego uprawnienie wygasa, w jakich okolicznościach i w jaki sposób zakres uprawnień pełnomocnika może być zmieniony itp.

Reasumując, w przypadku wyrażania naszej woli w zakresie zdrowia i życia, mamy zatem do czynienia z dwiema drogami. Możemy to zrobić sami w tzw. deklaracji dotyczącej życia, tzw. living will, albo za pomocą pełnomocnika, który będzie podejmował za nas decyzje wtedy kiedy my sami nie będziemy już mieli takich możliwości. Możemy również sporządzić obydwa dokumenty, ale trzeba wówczas pamiętać, że w sprawach podtrzymywania życia albo zastosowania procedury mającej na celu opóźnienie zgonu, ustawodawca daje pierwszeństwo agentowi, jeżeli tylko taki został ustanowiony. Innymi słowy, jeżeli mocodawca (principal) sporządził living will, to postanowienia tego dokumentu nie są brane pod uwagę tak długo jak długo jest ustanowiony przez tego mocodawcę pełnomocnik (agent) i może on podejmować decyzje w imieniu tegoż mocodawcy.

Potrzeba sporządzenia jednego czy drugiego dokumentu nie wymaga dalszego uzasadnienia. Wyrażamy w nim nie tylko swoją wolę, swoje bardzo indywidualne przekonanie i życzenie, ale także ułatwiamy sprawę swoim najbliższym, którzy mogą znaleźć się w sytuacji kiedy będą musieli taką decyzję za nas podejmować i będą miotać się pomiędzy sprzecznymi uczuciami. Kiedy i jak sporządzić taki dokument? Powinien on być częścią naszych decyzji w zakresie rozporządzenia majątkiem, na przykład wtedy kiedy sporządzamy testament czy tzw. trust. Ale można to zrobić oddzielnie i właściwie w każdym czasie, byle nie za późno. Ustawodawca przygotował gotowe formy takich upoważnień, które przed podpisaniem po prostu powinny być dostosowane do naszych indywidualnych potrzeb.

Drugą grupą powszechnie stosowanych w stanie Illinois pełnomocnictw są pełnomocnictwa do rozporządzania majątkiem, tzw. power of attorney for property. Często my czy nasi najbliżsi znajdują się w sytuacji, kiedy nie są już w stanie (bądź chwilowo nie są w stanie) uczestniczyć bądź fizycznie bądź świadomie w podejmowaniu decyzji finansowych czy majątkowych, a bez ich udziału jesteśmy po prostu bezsilni. Na przykład małżonkowie posiadają wspólną nieruchomość; jedno z nich z uwagi na swój stan zdrowia nie może podejmować żadnych czynności prawnych, a drugie nie może dłużej pozostać w domu, który był ich wspólnym miejscem zamieszkania, bo na przykład nie może już prowadzić samochodu i żyć samodzielnie. Rozwiązaniem jest sprzedaż wspólnego domu i przeniesienie się do dzieci albo do domu opieki, ale żeby to zrobić trzeba dom, w którym do tej pory razem mieszkali sprzedać. Prawo do własności domu przysługuje obydwu małżonkom wspólnie i jedno z nich nie może zawrzeć umowy sprzedaży nie mając pełnomocnictwa drugiego. W tej sytuacji trzeba występować do sądu, zatrudniać w tym celu adwokata, ponosić koszty, a co najważniejsze, czekać czasem przez długi okres czasu na decyzje sądu. Podobnie ma się sprawa kiedy w skład majątku małżeństwa wchodzą inne składniki majątkowe, na przykład akcje albo obligacje, nie mogące być odsprzedane bez zgody drugiego małżonka. Życie pisze scenariusze jakich nie możemy ani z góry przewidzieć, ani sobie wyobrazić, ale których niewielkim kosztem można uniknąć zawczasu.

Na zakończenie wyjaśnienie terminu, który ma zastosowanie we wszystkich rodzajach pełnomocnictw i który muszę przytoczyć w języku angielskim, a mianowicie durable power of attorney. Rozumiemy przez nie takie pełnomocnictwo, które nie traci mocy na skutek utraty możliwości podejmowania działania przez samego mocodawcę, na przykład wówczas gdy mocodawca staje się osobą niepełnosprawną fizycznie bądź mentalnie. W takim przypadku pełnomocnik jest nadal uprawniony do działania, a często dopiero wówczas, zgodnie z umową pełnomocnictwa, rozpoczyna się jego prawo do wstąpienia na miejsce mocodawcy.

I ostatnia refleksja. Pełnomocnika należy dobierać bardzo starannie i równie starannie ustanawiać zakres jego działania. Jak widzicie Państwo, powierzamy mu/jej w zależności od rodzaju pełnomocnictwa, nie tylko nasze mienie, ale również życie. Na szczęście jednak, chociaż z reguły nie ograniczamy czasu trwania pełnomocnictwa i zakładamy, że udzielamy go na okres całego naszego życia, można je w każdej chwili odwołać, jeśli zajdzie taka potrzeba albo zmienią się okoliczności.

Mimo iż powyższy temat dotyczy w głównej mierze kwestii ostatecznych, to jednak proponuje rozwiązania, które ułatwią nam albo naszym najbliższym przebrnięcie przez trudne chwile. Polecam sporządzenie dokumentu, który być może włożymy do szuflady albo umieścimy w bankowym sejfie, na wszelki wypadek! Może nie będzie wcale potrzebny, a może przyda się w najbardziej nieoczekiwanym momencie i niekoniecznie smutnym.

Halina M. Rolleder

magister prawa polskiego i amerykańskiego prowadzi kancelarię "LEX Corporation, polscy prawnicy i tłumacze, Co."

Biuro w McHenry: 724 W. Illinois 120 Road,

Mc Henry, IL 60051,

Tel:. (815) 578 1701

W ostatnim, marcowym wydaniu pisałam o dynamice związków międzyludzkich i rządzących nimi prawidłowościach. Wiele zdaje się przemawiać za tym, że znaczna część naszych problemów mentalnych i emocjonalnych spowodowana jest nieznajomością podstawowych zasad dotyczących związków partnerskich i związanych z nimi przesądów.

Właśnie niewiedza i przesądy są często powodem niepowodzeń życiowych, a niewiele robimy, żeby tę sytuację zmienić. Prawdą jest, że we współczesnej kulturze nie ma edukacyjnej tradycji, nakazującej pogłębianie wiedzy na temat związków międzyludzkich, wobec czego problemy tej, jednej z najważniejszych dziedzin życia rozwiązujemy metodą prób i błędów. Statystyki informują o skutkach takiego stanu rzeczy. Otóż 40 procent małżeństw uległo lub ulegnie rozpadowi, a spora ich część, bo około 75 procent powtórnych małżeństw ponownie przeżyje rozpad związku. Wszyscy z pewnością znamy osoby, które kilkakrotnie zakładały związek, niestety bezskutecznie, mimo, że towarzyszyło im wiele dobrych chęci i nadziei. Wielu z nas doświadcza ogromnego spustoszenia w psychice, przeżywając ostry lub przewlekły konflikt małżeński. Odczuwając bezradność, żal, rozpacz, złość, czy ból całkowicie obwiniają współmałżonka za zaistniały stan rzeczy. Kto jest naprawdę odpowiedzialny za taką sytuację? Co powoduje, że najważniejsze dla nas związki okazują się nietrwałe? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy zastanowić się nad istniejącymi w każdym związku sprzecznościami. O jednej z takich sprzeczności, pomiędzy potrzebą bliskości a niezależności pisałam już poprzednio. Poniżej - o pewnym micie, głęboko zakorzenionym w świadomości większości z nas, który wpływa na stawianie oczekiwań wobec partnera i poczucie satysfakcji ze związku.

Już dawno minęły czasy, kiedy ludzie dobierali się z powodów majątkowych, dynastycznych czy innych pozauczuciowych motywacji. Od kilkudziesięciu lat głównym powodem łączenia się ludzi jest miłość czy raczej stan zakochania. Wszyscy niemal młodzi ludzie deklarują, że zakochanie jest niezbędnym warunkiem udanego związku, także małżeńskiego. Mamy w sobie głęboko wpojone niezachwiane przekonanie, że jeśli znajdziemy prawdziwą miłość, to będzie ona trwać w niezmienionym stanie odurzenia i euforii przez całe życie oraz że nigdy nie wydarzy się nic takiego, co spowoduje jej utratę. Wierzymy, że jest ona szczęściodajna, prawdziwa i wieczna. Co dzieje się dalej? Czas płynie i oto okazuje się, że on nie może znieść jej gadulstwa, a ona jego późnych powrotów z pracy, czy spędzania czasu przed komputerem. Małe, nieważne wcześniej cechy partnera urastają do rangi wielkich problemów. Dlaczego tak się dzieje, a niestety, dzieje się tak w zdecydowanej większości związków? Dlaczego nagle zeszliśmy z chmur na ziemię, a nie jest to miejsce, gdzie nam się podoba? Zazwyczaj wcześniej już spostrzegaliśmy, że w innych związkach zgubiło się gdzieś to uczucie zakochania, ale wierzyliśmy święcie, że nam się to nigdy nie przydarzy. Oczywiście, nie byliśmy też całkiem naiwni i zdawaliśmy sobie sprawę, że jakieś różnice pomiędzy nami pojawią się prędzej czy później, ale byliśmy pewni, że zawsze jedno z nas gotowe będzie ustąpić i stan harmonii powróci. Co się więc stało, że nasze kalkulacje zawiodły? Otóż zderzyły się one z realiami, a były oparte na micie, że uczucie zakochania jest nieprzemijające, że zawsze będziemy w stanie zawrotu głowy, jak na początku znajomości. Ujawnienie stanu faktycznego dla wielu, szczególnie młodych ludzi, może zabrzmieć brutalnie i jest niezmiernie trudne do przyjęcia.

Nieprzemijalność miłości romantycznej jest mitem. Można nawet w przybliżeniu określić ile będą trwały owe romantyczne uniesienia. Badacze tego zjawiska twierdzą, a życie potwierdza, że przeważnie około dwóch lat, czasem, jeśli są poważne przeszkody dla związku, nieco dłużej, często też o wiele krócej. Nasze wyobrażenia o miłości czerpiemy przeważnie z romantycznych filmów, książek i przekazów rodzinnych, a ugruntowujemy je naszą wielką potrzebą przeżywania uczuć wyjątkowych, doznawania doskonałego szczęścia.

Jakie implikacje ma dla nas fakt, że uczucie romantycznej miłości musi się kiedyś skończyć? Przede wszystkim takie, że nasz związek oparty jest na niestabilnych podstawach i dlatego nie mamy żadnej gwarancji, że będzie trwały, ot tak sobie, prosto, łatwo i bez żadnego wysiłku.

Dlaczego stan zakochania przemija, w wyniku czego związek stanie pod znakiem zapytania? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w prawidłowościach dotyczących dynamiki związków. Miłość pomiędzy dwojgiem partnerów jest uczuciem złożonym, w którym wiodącą rolę odgrywa pożądanie i zaspokojenie. Mój partner jest źródłem subiektywnie odczuwanej przyjemności, czy to estetycznej (podoba mi się), psychicznej (rozumiemy się wzajemnie), seksualnej (pożąda mnie), nawet materialnej (może mi dostarczać potrzebnych do życia środków). Intensywność pożądania zależy ściśle od stopnia zadowolenia, jakiego partner dostarcza oraz, co ważniejsze, od tego w jakim stopniu jest on dla mnie dostępny. W pierwszym okresie jest wiele niepewności, istnieje obawa utraty partnera, co podgrzewa atmosferę i wpływa na intensywność miłości. Wyżej wymieniona obawa jest uczuciem nieprzyjemnym, robimy więc wszystko, aby uzyskać pewność uczuć mojego partnera i nawet się z nim żenię, lub wychodzę za niego za mąż. Kiedy to się stanie i zyskam już wymarzoną pewność co do tego, że partner do mnie należy, to zgodnie z dynamiką uczuć, w sytuacji pewności moje uczucie słabnie. Jest to prawidłowość, od której najczęściej nie ma odstępstw. Kierując się pragnieniem wielkiej miłości, nieświadomie robimy wszystko, aby ją wreszcie osłabić. Również mój partner postępuje tak samo i jak z tego widać miłość jest nieustannym ścieraniem się dwu sprzecznych tendencji, co powoduje, że uczucie miłości bywa źródłem wielkiej radości, ale także wielkiego cierpienia.

Mamy już odpowiedź dlaczego miłość (zakochanie) nie jest uczuciem trwałym, dlatego nie możemy liczyć, że będziemy w stanie wielkiej szczęśliwości aż po kres naszych dni.

Większość z nas, jak już pisałam, posiada zniekształcone wyobrażenia o tym, jaka powinna być prawdziwa miłość. Mitem jest, że powinna trwać wiecznie i dawać nieustanne szczęście. Jeśli tak się nie dzieje, jeśli się ją straci, na przykład w małżeństwie, zaczyna się za nią gonić i szukać jej gdzie indziej. Człowiek może, a nawet powinien przeżyć raz czy nawet dwa razy w życiu taki niezwykły stan zakochania, ale nie do pomyślenia jest, aby miał taki stan przeżywać ciągle. Byłoby to emocjonalnie trudne do zniesienia i chociażby z tego względu stan ten musi ulec zmianie, musi ulec osłabieniu, aby można było spokojnie żyć.

Problem pojawia się wtedy, kiedy nie rozumiemy tej prawidłowości i powrót do stanu normalnego odczuwamy jako koniec naszej miłości, co wywołuje wielką frustrację. Za zaistniały stan rzeczy naturalnie obwiniamy partnera. Jest rzeczą oczywistą, że kiedy po ślubie zaczynamy mieszkać ze sobą, drastycznie zmieniają się warunki naszego życia. Nie jest to już tylko wspólna radość z luksusowego bycia ze sobą. Wspólnota ekonomiczna, branie odpowiedzialności za wspólne decyzje, nowe obowiązki związane z nowymi rolami, a także nieograniczona dostępność partnera zmienia nas i zmienia nasz związek, czy życzymy sobie tego, czy nie. Nie jesteśmy przygotowani na tę zmianę, bo ciągle wierzymy, że nieustannie i niezmiennie będziemy się kochać. Czujemy się oszukani, zdradzeni, zranieni i zaczynamy nawet czasem czuć nienawiść do osoby, którą kiedyś kochaliśmy, ponieważ tak bardzo nas zawiodła. Jeśli wierzymy w iluzję, to nieuchronnie czeka nas dotkliwy zawód.

Co więc zrobić, żeby nie wpaść w pułapkę, która wydaje się czasem bez wyjścia? Najważniejsze jest chyba zrozumienie, że koniec krótkotrwałego zauroczenia, zwanego zakochaniem to jeszcze nie koniec miłości, mimo, że często tak to odczuwamy. Zmiana dotyczy jakości uczucia, ale to nie znaczy, że ta jakość musi się pogorszyć. Ważnym jest, abyśmy zdali sobie sprawę, że nawet jeśli stan zauroczenia minie, związek może dostarczać równie intensywnej, albo może nawet intensywniejszej przyjemności. Nie musimy więc tęsknić za dawnym uczuciem, bo w efekcie nic nie tracimy, a nawet zyskujemy. Partnerzy mogą więc kochać się równie intensywnie, ale nieco inaczej. Zmiana ta, polegająca na odstąpieniu od walki o dominację, czyni z partnerów ludzi ściśle ze sobą współpracujących i pilnie dbających, aby współpraca przebiegała bez zakłóceń.

Kto jest odpowiedzialny za brak trwałości uczucia zakochania? Wszystko przemawia za tym, że obwiniać możemy pewne prawidłowości wynikające z naszych psychicznych uwarunkowań, więc obwinianie o wszystko partnera nie wydaje się być kierowane pod właściwy adres. Chciałabym, aby ujawnianie tych prawidłowości nie kojarzyło się Państwu z okrutnym odzieraniem ze złudzeń. Jestem pewna, że świadomość własnych uwarunkowań i właściwe postępowanie (umiejętność unikania poważnych błędów) może uczynić nasze związki pogodniejszymi, radośniejszymi i szczęśliwszymi, czego Państwu życzę także w związku ze zbliżającymi się Świętami. Radosnego i pogodnego świętowania!

Grażyna Sobiczewska

terapeuta rodzinnym i małżeński. Obecnie jest zaangażowana w Program Pomocy Rodzinie przy Family Counseling & Rehabilitation Center.

Tel.: 800 652 0005

Od 1. stycznia 2006 roku rządowe ubezpieczenie medyczne, Medicare, dokonuje zwrotu wydatków na zakup lekarstw. Do tej pory zwrot obejmował tylko koszt leków aplikowanych ubezpieczonemu podczas pobytu w szpitalu. Od początku roku prawo o nazwie Medicare Prescription Drug, Improvement and Modernization Act of 2003, rozszerza Medicare o część D. Part D, czyli Medicare Prescription Drug Coverage, pokrywa koszt lekarstw zażywanych poza szpitalem.

Rozszerzenie Medicare o część D było pierwszą, poważną zmianą w tym ubezpieczeniu od momentu jego powstania w 1965 roku. Była to zmiana długo oczekiwana i bardzo potrzebna. Do tej pory ubezpieczeni przez Medicare - osoby powyżej 65 roku życia, lub poważnie chorzy i niezdolni do pracy, a nie objęci programami pomocy dla najuboższych jak na przykład Medicaid, za wysokie koszty leków musieli płacić sami, w stu procentach. Obecnie, gdy mają do dyspozycji Medicare Part D, kupowanie lekarstw będzie dla nich znacznie tańsze.

Do wykupienia części D upoważniony jest każdy, kto ma Medicare Part A i/lub Part B - bez względu na stan zdrowia i dochody. Przypomnę, że Part A dokonuje zwrotu wydatków za koszt opieki szpitalnej, a Part B - za koszt opieki medycznej. Part A otrzymuje każdy uprawniony do Medicare bezpłatnie. Part B, a teraz także part D, jako opcje do wyboru są odpłatne.

Plan opłaty za lekarstwa jest oferowany przez rząd federalny za pośrednictwem firm ubezpieczeniowych. Dysponują one polisami różniącymi się cenami oraz zakresem pokrycia oraz udziałem własnym (deductible, co-payments i co-insurance). Polisy dyktujące zasady zwrotu wydatków obejmują leki firmowe i zastępcze. Recepty należy realizować w wybranych aptekach. Każda polisa zawiera tzw. Formulary List, czyli listę leków, których koszta pokrywa. Za lekarstwa, których nie ma na liście ubezpieczony płaci sam.

Podstawowa polisa określa wkład własny w wysokości $250 rocznie, czyli zanim ubezpieczenie dokona zwrotu kosztów ubezpieczony musi w danym roku zapłacić za leki kwotę $250. Wydatki przekraczające tę kwotę polisa pokrywa w 75% z następnych $2,000, czyli $1,500. Ubezpieczony płaci pozostałe $25%, czyli $500. Mamy tutaj do czynienia z tzw. 75%-25% coinsurance. Wydatki przewyższające tę kwotę, czyli $2,000, ubezpieczony płaci sam do momentu, aż jego wydatki na lekarstwa przekroczą $2,850. Mamy wtedy do czynienia z Coverage Gap, czyli luką w pokryciu. Maksymalny wydatek ubezpieczonego w roku, czyli tzw. out of pocket, zamyka się kwotą $3,600 ($250 jako deductible - $500 jako 25% coinsurance plus $2,850 jako coverage gap). Wydatki powyżej tej kwoty polisa pokrywa w 95%, a ubezpieczony płaci pozostałe 5%. Oprócz polis podstawowych firmy ubezpieczeniowe oferują rozszerzone wersje ubezpieczenia bez udziału własnego i o większym zakresie pokrycia. Polisy te są droższe od podstawowych.

Cenę ubezpieczenia ustalają indywidualnie firmy ubezpieczeniowe. Wahają się one od kilku do kilkudziesięciu dolarów miesięcznie. Warto wiedzieć, że ludziom o niskich dochodach rząd oferuje pomoc dodatkową, tzn. dokonuje zwrotu wydatków na ubezpieczenie w całości, lub w części, podobnie jak refunduje udział własny. Social Security Administration, do której należy się zwrócić o pomoc w finasowaniu opłat za Part D, twierdzi, że co trzecia osoba posiadająca Medicare będzie otrzymywać tę pomoc, a średnia dopłata wynosi obecnie około $2,100. Do wszystkich, którzy mogą kwalifikować się do uzyskania tego rodzaju pomocy Social Security Administration wysyła informacje o przysługujących im uprawnieniach. Objęci przez Medicaid i inne programy ubezpieczenia medycznego dla ubogich automatycznie otrzymują dofinansowanie tego typu. Warunkiem kwalifikującym do otrzymania pomocy finansowej jest wysokość dochodu miesięcznego, który nie może przekraczać $1,226 dla osób stanu wolnego oraz $1,651 dla żonatych. Także majątek, oszczędności, inwestycje nie włączając w to domu ubezpieczonego, nie mogą przewyższać $11,500 (dla osób stanu wolnego) i $23,000 (dla żonatych). Jeżeli mają Państwo wątpliwości odnośnie zakwalifikowania się do programu finansowej pomocy rządowej, polecam skontaktowanie się z urzędem Social Security, bo może okazać się, że kalkulacje będą dla was korzystne. Po szczegółowe informacje i w celu złożenia aplikacji należy kontaktować się z Social Security, pod nr 1-800-772-1213 lub przez internet www.socialsecurity.gov.

Aplikacje o Part D w tzw. początkowym okresie zapisywania - Initial Enrollment Period, czyli w okresie wchodzenia w życie tego ubezpieczenia można było składać od 15. listopada 2005 roku do 15. maja 2006. W nadchodzących latach zapisy na Part D będą prowadzone od 15. listopada do 31. grudnia obecnego roku. Osoby, które nabywają prawo do Medicare wykupując polisę w innym terminie, mają 7 miesięcy na wykupienie Part D, to znaczy 3 miesiące przed datą uzyskania Medicare i 4 miesiące potem. Uprawniony do wykupienia Part D, który nie zdąży z zapisaniem się w pierwszym okresie zapisów, będzie musiał czekać do następnego. Dodatkowo, cena ubezpieczenia dla ociągających się z wykupieniem będzie wzrastać o 1% co miesiąc.

Decyzja o wykupieniu konkretnej polisy powinna być podjęta po zapoznaniu się z ofertami różnych firm ubezpieczeniowych i dopasowaniu ich do sytuacji zdrowotnej i finansowej kupującego. Informacje na temat Medicare Prescription Drug Coverage są łatwo dostępne w firmach ubezpieczeniowych, organizacjach rządowych, np. Social Security, czy Medicare w formie centrów informacyjnych, Centers for Medicare and Medicaid Services (CMS), pod nr telefonu - 1-800-MEDICARE (TTY 1-877-486-20 48), a także w prasie czy internecie.

Lucjan Niemiec

jest prezydentem firmy ubezpieczeniowej "Better Insurance Brokers, Inc."

6615 W. Irving Park Rd., suite 220

Chicago, IL 60634 , tel. 773-725-0101

Jednym z animowanych filmów Disneya, które odniosły największy sukces w ostatnich latach była słodka opowieść o miłości pomiędzy Kapitanem Johnem Smithe"em a Indianką Pocahontas. Akcja rozgrywała się w pierwszych latach siedemnastego stulecia w Jamestown w Wirginii - pierwszej angielskiej kolonii, która przetrwała na amerykańskim kontynencie. Disney pozwolił sobie na daleko idące interwencje w historię Jamestown. Nie chodzi nawet o to, że urocze bobry śpiewały i tańczyły, bo to mieści się w konwencji kreskówek. Ani o to, że Pocahontas o feministycznym zacięciu pouczała Smitha, jak być wrażliwym na kulturę grup mniejszościowych (chociaż wówczas były nadal w większości). Chodzi o to, że Disney pożenił śliczną Pocahontas z dzielnym Kapitanem, nie bacząc na to, że w rzeczywistości to nudnawy farmer John Rolfe został szczęśliwym małżonkiem Indianki i to znacznie później. I w ten to prosty sposób całe pokolenie dzieci amerykańskich wychowane na disneyowskich kreskówkach będzie się musiało oduczyć w szkole tego, czego nauczyli się w kinie.

W tym roku na ekranach gościł kolejny film, tym razem dla dorosłych, o dziejach Jamestown. Tym razem nie było śpiewających zwierzątek, ale więcej było realistycznych scen walki i miłości. Z pewnością "Nowy Świat" nie jest ostatnim filmem o Jamestown. Legenda Jamestown fascynuje amerykańską publiczność od wieków, a poszukiwanie wspólnych korzeni w historii jest jak najbardziej naturalnym instynktem społecznym. Z pewnością również w tych przyszłych filmach, jak i w poprzednich, nie będzie w Jamestown Polaków.

Losy pierwszych Polaków na kontynencie amerykańskim owiane są legendą. Tym, który podobno jeszcze przed Kolumbem postawił stopę w Ameryce był Jan z Kolna. Tenże Joannus Scolnus (lub Scolvus) przyżeglował podobno na duńskim statku już w 1476 roku, a więc 16 lat przed oficjalnym "odkryciem" Ameryki, ale zmarł w drodze powrotnej do Europy. Wraz z Kolumbem miał przybyć inny nasz rodak, Franciszek Warnadowicz, znany jako Francisco Fernandez z Cádizu w Hiszpanii, ale też do Europy nie powrócił, zgładzony przez Indian.

D użo solidniejsze są źródła dokumentujące dzieje Jamestown, pierwszej stałej angielskiej osady na ziemi amerykańskiej, założonej przez Virginia Company w 1607 roku. Anglicy przybywali na kontynent stosunkowo późno. Hiszpańscy konkwistadorzy, księża i kupcy już od początku szesnastego wieku władali południowo-zachodnim obszarem Ameryki Północnej i Florydą. W 1610 roku założyli oni Santa Fe w obecnym Nowym Meksyku. Od północy, znad rzeki St. Lawrence zbliżali się francuscy odkrywcy, torując drogę dla księży, myśliwych, kupców i farmerów. Od 1608 roku i oni mogli pochwalić się stałą osadą w Quebec. Wkrótce potem holenderscy kupcy zaczęli handlować z lokalnymi plemionami indiańskimi w dolinie rzeki Hudson, gdzie powstawał Nowy Amsterdam. W międzyczasie jednak angielskie próby osadnictwa podjęte w latach osiemdziesiątych szesnastego wieku w Roanoke w Wirginii spełzły na niczym. Jamestown miało być kolejną inicjatywą, finansowaną tym razem przez fundusze prywatne udziałowców tzw. Virginia Company z Londynu. Dysponowali oni oficjalnym pozwoleniem od króla Jamesa i i trzema małymi statkami, na których wieźli niewiele ponad stu osadników.

W kwietniu 1607 roku stateczki przybiły do brzegu Ameryki i pożeglowały w górę rzeki na cześć króla nazwanej James River. Na małym półwyspie, również na cześć króla nazwanym Jamestown, rozłożyli swój obóz. Pierwsza zima na kontynencie okazała się tragiczna dla osadników, z których przetrwała zaledwie połowa. Zimno, brak żywności (awanturnicy i poszukiwacze przygód i złota, którzy przeważali wśród przybyszów nie kwapili się do pracy fizycznej), malaria i dezynteria powoli wybijały kolonistów. Dopiero dzięki twardej ręce i zmysłowi organizacyjnemu Kapitana Smitha, który przejął władzę od skorumpowanego przywódcy kolonii Ratcliffa, zaistniała szansa na przetrwanie osady.

W jesieni 1608 roku przybyła nowa grupa osadników, a wśród nich grupa polskich rzemieślników, specjalizujących się w wyrobie potasu i smoły, niezbędnych przy budowie statków. Niewykluczone, że przybyli oni z inicjatywy samego Johna Smitha, który w swoim burzliwym życiu był więźniem tureckim i poprzez ziemie polskie powracał z wygnania. W następnych latach nowo przybyli Polacy otworzyli też podobno pierwszą na ziemi amerykańskiej wytwórnię szkła. Znamy kilka ich nazwisk, chociaż ich pisownia jest kontrowersyjna: Michał Łowicki, Zbigniew Stefański, Jan Mata, Jan Bogdan, Stanisław Sa-dowisk, Karol Zrenica i niejaki Robert, który ponoć obronił samego Johna Smitha przed śmiercią z rak wrogich Indian. Smith chwalił Polaków za ich pracowitość i zdolności. W 1609 roku Smith, ranny w wyniku wybuchu prochu, odpłynął do Anglii. Kolejna zima zapisała się jako najtragiczniejsza w historii Jamestown: spośród około 400 osadników, przetrwało ją tylko 65.

W następnych latach Polacy pozostawali w Jamestown, choć nie wiemy ani ilu ich było, ani co robili, ale już w 1619 roku Polacy z Jamestown wyróżnili się w historii Wirginii w sposób szczególny. Otóż, kiedy ludność pochodzenia angielskiego miała brać udział w wyborach do wirgińskiego ciała ustawodawczego House of Burgesses, obcokrajowcom odmówiono prawa do głosowania. Wtedy to Polacy zorganizowali pierwszy w historii amerykańskiej strajk, domagając się nie tyle ekonomicznych korzyści, co praw politycznych. Strajk okazał się skuteczny i Polacy otrzymali prawo do glosowania w Wirginii. Jamestown spłonęło doszczętnie w czasie rewolty Bacona w 1676 roku. Obecnie na tym terenie znajduje się muzeum i skansen. Trwają przygotowania do obchodów 400-lecia założenia Jamestown, które przypada w 2007 roku.

W osiemnastym wieku więcej Polaków pojawiło się w różnych koloniach angielskich i niektórych osadach holenderskich. Spośród nich warto pamiętać przynajmniej dwóch: Aleksandra Karola Karczewskiego (znanego także jako Curtius lub Curtiss), założyciela szkoły łacińskiej w Nowym Amsterdamie, czyli późniejszym Nowym Jorku, oraz Olbrachta Zaborowskiego (Zborowskiego), kupca i tłumacza, który dał początek rodowi Zabriskie, aktywnemu w polityce i kulturze amerykańskiej w późniejszym okresie. Osiemnastowieczne kolonie brytyjskie były zresztą magnesem dla imigrantów z wielu stron Europy; z około ćwierć miliona białej ludności w 1700 roku, w ciągu następnych siedmiu dziesięcioleci Polacy byli kroplą w morzu. Około 90 procent przybywało nadal głównie z Anglii, pozostali z Irlandii, Niemiec, Holandii i Szkocji. Na statkach holenderskich do brzegów Ameryki dostarczono również niemal 300 tysięcy czarnych niewolników.

J ak ważne jest to, żeby pamiętać o naszych polskich odkrywcach, podróżnikach i osadnikach z tych dawnych czasów? Różne narody rywalizują ze sobą w historycznym wyścigu do brzegów Ameryki. Mają Włosi swojego Kolumba, mają Norwegowie Leifa Ericksona, więc i Polacy mają Jana z Kolna. Ci, którzy dowiodą swojego pierwszeństwa, a przynajmniej obecności w czołówce wyścigu, w sposób symboliczny dokonują swoistej legitymizacji swojego narodu i jego roszczeń do pełnoprawnej obecności w Ameryce. Dzieje Polaków w Jamestown nie miały swojego historyka aż do początków dwudziestego wieku, kiedy najpierw ksiądz Wacław Kruszka opisał ich losy, a potem Mieczysław Haimann. W roku 1958, Polonia pod egidą Kongresu Polonii Amerykańskiej z Karolem Rozmarkiem na czele, zorganizowała uroczyste obchody 350-lecia pobytu Polaków w Ameryce. Prasa polonijna podała, że około pięciu tysięcy osób wzięło udział w uroczystościach w Wirginii, gdzie odsłonięto wystawę demonstrującą wkład polskich przybyszów do historii Jamestown. Czy Pocahontas o tym wiedziała, czy nie, Polacy przy narodzinach Ameryki byli obecni.

Anna D. Jaroszyńska

- Kirchmann, Ph.D.

Department of History

Eastern Connecticut State University

E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Co roku, z okazji Wielkanocy, podejmuję mniej lub bardziej udane próby odtworzenia polskich tradycji, których efekt przypomina połączenie stylistyki Marthy Stewart z zakopiańską. Zdecydowałam więc, że w tym roku będzie inaczej: bez białego barszczu, czy żurku z serem i kiełbasą. Najchętniej chciałabym, tak jak bohater popularnej książki Grishama, zignorować rozrośniętą i obciążającą naszą kieszeń tradycję święta. Ale do zasadniczej zmiany brakuje mi odwagi, więc chociaż zrezygnuję z przaśnego śniadania. Wielkanocne menu będzie więc tym razem wyrafinowane: z karczochami, ostrygami i biszkoptem truskawkowym. Już teraz męczy mnie jednak etniczna czkawka.

Etniczne poczucie winy wynika, jak podejrzewam, z kryzysu nie tylko kulinarnej tożsamości, który po kilkunastu latach pobytu na gościnnej ziemi amerykańskiej stał się chyba moim udziałem. I z ewidentnych niepowodzeń wychowawczych. Dla moich dorastających dzieci typowo polskie tradycje kulinarne smakują bowiem tak jak zakwaszany żurek czy chrzan, podawane zamiast płatków śniadaniowych. Jajka, pomimo ich bogatej syboliki życia, są dla nich przedmiotem nieskrywanej awersji, a strawne są dla nich jedynie estetycznie jako pisanki.

Przepiękne polskie palmy kojarzą się, niestety, moim dzieciom z ubiegłorocznymi obchodami święta. Egzotycznym elementem folklorystycznym było wtedy kazanie misjonarza z Afryki o wartości przyjaźni, utrzymane w konwencji opowieści o zwierzętach. Kulminację obchodów stanowiła ceremonia wręczania palm, rozdawanych w sąsiednim pomieszczeniu kościelnym, która spowodowała dramatyczne przemieszczenie już i tak skłębionego tłumu. A gdy już zwycięsko palmy zostały zdobyte, zgromadzeni dowiedzieli się, że szturm na sąsiednie pomieszczenie był wysiłkiem zbytecznym, jako że tuż po ich poświęceniu były one wręczane przez ministrantów. Po dwugodzinnym oczekiwaniu w kolejce do konfesjonału i półtoragodzinnej mszy zakończonej występami dzieci w strojach ludowych i popisem chóru turystów z gitarą, moich dzieci nie sposób tam nawet końmi zawlec.

Jak nakazuje tradycja, zaniesiemy do poświęcenia wielkanocne pokarmy w pięknie udekorowanym koszyczku, co w połączeniu z naszymi odświętnymi strojami spowoduje, jak zwykle, żywe zainteresowanie sąsiadów. Ale odkąd kilka lat temu w trakcie pospiesznego ustawiania koszyczka do poświęcenia, cała jego zawartość wypadła na cementowe schody pewnej chicagowskiej kaplicy, święcimy go w naszej, podmiejskiej parafii. Będzie spokojniej, ale niespodzianki są niewykluczone.

W ubiegłym roku licznie przybyłych Polonusów uhonorowano staropolską pieśnią wielkanocną, nieopatrznie zaintonowaną przez diakona polskiego pochodzenia, jakkolwiek nikomu, oprócz diakona, nie znaną.

Folklor wielkanocny zupełnie nieźle sprzedaje się w polskich sklepach, jak kupiony z konieczności w pośpiechu towar wraz z kartkami świątecznymi, barankami z cukru i potrawami gotowymi do podania. Nabyty za kilkanaście dolarów jest przypadkowym zakupem, który nikogo chyba nie przekona do bogatych tradycji polskiej Wielkanocy.

Jako ukłon w stronę zwyczajów traktowałam przez długie lata tradycyjne ciasto z pewnej popularnej polskiej piekarni, ale odstręczona długimi kolejkami i znudzona niezmiennymi smakami, zaniechałam tego wątpliwej wartości obrządku. Z powodzeniem zastąpiłam go własnymi wypiekami, w czym upatruję teraz cały urok przedświątecznych przygotowań. Podobnie jak w malowaniu pisanek obierkami z cebuli i szukaniu bukszpanu do dekoracji koszyczka. Czy też w wertowaniu przeróżnych książek kucharskich w poszukiwaniu wariacji na temat tradycyjnych przepisów wielkanocnych. Bo święta, tak jak wspomnienia z dzieciństwa, pielęgnuje się w pamięci. I nie wyrzuca się, jak skorupek z jajek.

Może więc nie warto odżegnywać się od Wielkanocy po polsku. Już przecież najwyższa pora przygotować aromatyczną zalewę do szynki i zacząć zapiekać kiełbaski. Udekorować stół baziami. A także po amerykańsku - poszukać niespodzianek dla zajączka. A może nawet, zwyczajem lokalnych elegantek, wybrać pastelowy kapelusz do wielkanocnej kreacji. Etniczna czkawka z pewnością ustąpi.

ez

Czego nauczył mnie Ojciec Święty swoim umieraniem

Nie lękajcie się - tymi słowami zwrócił się do świata Jan Paweł II podczas swej inauguracyjnej mszy w październiku 1978 roku. Jakże inaczej było to zawołanie odczytane w Polsce, gdzie je wówczas usłyszałem, a jakże inaczej na Zachodzie. W kraju wciąż jeszcze rządzonym przez komunistów, gdzie wiara i kościół stanowiły istotny element w życiu społeczeństwa, były one rozumiane jako nawołanie do zmian nie tylko w nas samych, ale również do zmian warunków, w jakich żyliśmy. Na wolnym zachodzie stanowiły one wezwanie do zmian wewnętrznych w człowieku, w mniejszym zaś stopniu miały wydźwięk polityczny. W obu wypadkach jednak dawały obietnice, że ten pontyfik jest naszym sprzymierzeńcem, że wie coś, czego my nie wiemy. I tak już pozostało przez niemal 27 lat. Nauki Papieża, styl jego pontyfikatu, umiłowanie nas - wszystkich ludzi, mądrość, stanowczość i żywa wiara sprawiały, że słowa, myśli i idee, które płynęły z Watykanu - i niezmiernie wielu różnych miejsc pielgrzymek - docierały do milionów wpatrzonych w niego. Istotnie przesłanie Papieża było uniwersalne. Zawsze autorytatywne, pełne miłości, nadziei i wydające się wynikać z nadzwyczajnej mądrości. Papieskie myśli posiadały magiczną moc odkrywania w nas samych głębi uczuć i pragnień, o których istnieniu w naszych sercach nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy.

Tymi słowami Nie lękajcie się przeniknięta była cała jego posługa duszpasterska poprzez stanowczą konfirmację praw i nakazów kościelnych, włączanie trudnych prawd o nas i naszym świecie, a także poprzez swe podróże w miejsca wydawałoby się mu niesprzyjające: Kubę, Bliski Wschód, Izrael, rozdartą wojną Serbię. Nie lękał się być wśród tłumów po zamachu. Nie drżał mu głos w dniu, gdy gen. Jaruzelskiemu drżały kolana. Nie lękał się, gdy choroba uczyniła go ułomnym. Kiedy po raz ostatni pokazał się nam w oknie Pałacu Apostolskiego 30 marca 2005 roku, i wtedy jeszcze emanowało z niego owo Nie lękajcie się, choć sił już nie stało na ich wypowiedzenie.

Dorobek życia papieża Jana Pawła II, ogarniający świat w rozmaitych jego aspektach, analizowany będzie przez badaczy z wielu dziedzin, poddawany analizom, publikowany i dyskutowany przez dziesiątki lat. Pozostawiam to zadanie mądrzejszym ode mnie i bardziej wykwalifikowanym. Ja natomiast jako lekarz, który z racji zawodu często miał do czynienia z umierającym człowiekiem, chciałbym podzielić się moimi spostrzeżeniami i myślami związanymi z ostatnimi tygodniami i dniami prowadzącymi do zgonu Jana Pawła II.

Celowo używam określenia, że miałem do czynienia z umierającym człowiekiem, nie z umierającym pacjentem. Pacjent to ktoś związany z lekarzem kontrakturalnie, jego zgon to porażka wobec procesu choroby, której nasza wyuczona wiedza nie potrafi opanować, zmienić czy zapobiec, któremu nie potrafimy już pomóc w roli, w jakiej przed pacjentem występujemy. Umierający człowiek zaś to ktoś, któremu mimo naszej bezradności, wyczerpania wszelkich możliwości technologicznych i farmakologicznych, wciąż jesteśmy w stanie pomóc.

Pacjent umiera w jednym momencie. Natomiast umieranie człowieka ma miejsce w kontinuum czasowym, dlatego wymaga od lekarza umiejętności nie tylko akademickich. Nade wszystko zaś jest czasem, w którym wiele jest okazji i możliwości na złagodzenie bólu, również tego bólu nie fizycznego.

Jako chrześcijanie zdajemy sobie sprawę z faktu, że moment śmierci nie jest końcem wszystkiego, czasem utraty nadziei. I że w procesie umierania Bóg powinien - z racji tego, co o Nim wiemy i w co wierzymy - być dla nas pomocą, otuchą. Świadomość Jego istnienia, łask i obietnicy życia wiecznego, może nam w znacznej mierze ułatwić rozwiązywanie konfliktów i wątpliwości w kontrolowaniu sprzecznych uczuć związanych z niepewnością nieodłączną temu procesowi. Przede wszystkim zaś w borykaniu się z odpowiedzialnością, jaką nieuchronnie ponoszą wszyscy uczestniczący w procesie umierania człowieka.

Chcę tu położyć nacisk na sprawę odpowiedzialności, którą każdemu z nas - a również i lekarzowi - tak łatwo zrzucić na barki innych: rodziny, kapelana, personelu medycznego, wszystkich partycypujących w procesie umierania chorego człowieka. Ci zaś z kolei mogą zrzucić tę odpowiedzialność za podejmowanie decyzji na barki lekarza, zamykając tym Koło zrzeczenia się odpowiedzialności.

Wykształcenie medyczne nie daje nam w zasadzie specjalnych kompetencji w tym zakresie, proces umierania zresztą ma coraz częściej miejsce nie w szpitalu, lecz w domu opieki, hospicjum i - choć nieczęsto - w domu. Nie nasze wykształcenie fachowe, lecz doświadczenie, poczucie obowiązku, humanizm i wiara kwalifikują nas do udziału w procesie odchodzenia.

Współczesne społeczeństwo żyjące w pogoni za sensacjami, poszukiwaniem gotowych rozwiązań, niezawodnych sposobów, domagające się gwarancji sukcesu we wszystkich dziedzinach ludzkich poczynań, utraciło w znacznym stopniu sens pokory, poświęcenia i zrozumienia faktu, że celem życia i naturalnej śmierci będącej jego konsekwencją, może i powinno być dążenie do Boga. Że krzyż, na którym zmarł Chrystus, jest naszymi wrotami do zjednania się z Nim. Wynikiem tego, nawet ludziom wiary, dobrego serca i woli, łatwo jest poddać się strachowi, obawom i wątpliwościom towarzyszącym odejściu i opiece nad odchodzącym człowiekiem. Jako katolikom dany jest nam dodatkowy atrybut modlitwy, sakramentu i wiary.

Czego nauczył mnie Papież procesem swojego umierania - tym, że zmarł nie na oddziale intensywnej terapii, lecz w domu, w swym łóżku?

Po pierwsze myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, iż przecież Jan Paweł II korzystał z dobór nowoczesnej medycyny w przypadkach nagłego zagrożenia życia i zdrowia. Po zamachu na jego życie w 1981 roku poddany został dwom zabiegom operacyjnym, później w kolejnych latach zabiegom na jelicie grubym i biodrze. Sam był więc świadectwem sukcesu medycyny nad chorobą. Mimo tego zdawał sobie sprawę z faktu, że medycyna zawsze przegrywa w walce z przewlekłą chorobą, podeszłym wiekiem. Tu właśnie znamienna jest jego nauka i przykład.

Wiele uwagi poświęciły media zachodnie orzeczeniu Ojca Świętego o naturalnym prawie chorego do otrzymywania płynów i pokarmu. Miało to miejsce w dość niefortunnych okolicznościach. Niefortunnych nie dla Papieża, lecz dla spokojnej analizy faktów, w sytuacji gdzie sensacja, histeria medialna i precedens - naturalna skłonność do skrajności w przedstawianiu faktów przez prasę i telewizję - koncentrowały się na konkretnym nadzwyczajnym przypadku Terri Schiavo. Dodajmy do tego fakt, że w tym czasie mocno już schorowany Papież był poddany spekulacjom medialnym, co do jego efektywności jako głowy Kościoła i poważnie w liberalnych mediach podnoszono potrzebę jego abdykacji.

N ikt wtedy nie zauważył, gdyż nie było to aż tak proste w interpretacji i nie nadawało się na krzykliwe nagłówki, że niemalże w tym samym czasie zdefiniował on naukę Kościoła w odniesieniu do zaniechania czy przerwania leczenia. Papież stwierdził, że stanowisko Kościoła w tej sprawie zakorzenione jest w tradycji poświęcenia wobec chorego. Należy użyć wszelkich dostępnych środków zmierzających do przywrócenia zdrowia choremu, równocześnie jednak to samo poświęcenie i miłość powinny być pomocne w określeniu limitów tych poczynań, gdy oczywistym jest, że nie prowadzą one do założonego celu. Odmowa agresywnego leczenia nie jest opuszczeniem pacjenta, nie jest zamachem na jego prawo do życia. Decyzja zaniechania lub odmowy rozpoczęcia agresywnego leczenia nie jest moralnie naganna, nie tyle dotyczy kwestii wartości życia pacjenta, co raczej tego, czy takie leczenie jest korzystne dla niego.

Decyzja czy wszcząć, czy nie zaczynać leczenia; czy je przerwać, czy kontynuować jest uważana za moralnie właściwą w zależności od tego czy leczenie jest skuteczne i we właściwej proporcji do celu utrzymania życia czy powrotu do zdrowia. W rezultacie zaprzestanie agresywnego - zwykle poważnie inwazyjnego leczenia - jest wyrazem respektu zawsze należnemu choremu.

Kolejnym elementem, na który zwróciłem uwagę był sposób, w jaki Ojciec Święty traktował swoją przewlekłą, postępującą chorobę. Zaakceptował ją jako część swej misji, swej osobowości. Traktował jako krzyż, który musi nosić codziennie ze sobą, pod którym musi upadać, by znowu się podnieść i kontynuować swą pracę. Krzyż, który jednak nieuchronnie otworzy mu wrota do Ojca.

Już na rok przed śmiercią, podczas swojej ostatniej pielgrzymki, tej do Lourdes w 2004 roku, odmówił noclegów w przygotowanych tam dla niego apartamentach, żądając w zamian umieszczenia go w pokoju w hospicjum, wspólnie z nieuleczalnie chorymi. Posługując im, rozmawiając, przyjmując z nimi sakrament, będąc wśród nich, zdawał sobie sprawę z nieuchronności końca wynikającego z jego własnej ułomności.

Wtedy chyba zaczął przygotowywać swe otoczenie na własne odejście.

W rezultacie On, który miał do dyspozycji najnowsze, najnowocześniejsze osiągnięcia technologii medycznej pokazał nam wartość godności życia i naturalnej śmierci. Swym przykładem zreafirmował naukę Kościoła, że naturalna śmierć jest w istocie częścią życia i gdy człowiek najwyraźniej umiera, nie musi on sięgać po wszelkie dostępne środki prowadzące do przedłużenia tego procesu. Ojciec Święty dał światu cenną lekcję podkreślającą wartość i godność życia osoby ułomnej, starej, wymagającej fizycznego wsparcia, pomocy w najprostszych codziennych czynnościach - człowieka z drżącymi rękami, z załamującym się słabnącym głosem.

Nawet w swych ostatnich dniach ten ciałem słaby, stary człowiek zadziwiał mocą swojego charakteru świat, który wydaje się niewiele dbać o takie pojęcia jak wiara, humanizm i wartości duchowe, w zamian oferując eutanazję, możliwość wyboru śmierci jako prawo przynależne jednostce we współczesnej kulturze.

Ojciec Święty uprzytomnił nam fakt, że śmierć najczęściej nie niesie ze sobą kontrowersji, że jest zjawiskiem nieuchronnym i nieodwracalnym. Ludzie starzy z długotrwałymi przewlekłymi chorobami po prostu umierają. Dał do zrozumienia własnym przykładem, że ani chorzy ani ich rodziny nie powinni żądać w takich przypadkach tak zwanego "wszystkiego, co tylko możliwe", używania wszelkich dostępnych metod intensywnej terapii.

Nieraz jako lekarz zakłopotany byłem faktem braku przygotowania ze strony chorego czy bliskich na tę ewentualność, niechęci zrozumienia nieodwracalności procesu chorobowego, doprowadzającego do punktu, w którym przeciwstawianie się nieuchronnemu jest już niewłaściwe.

Papież zmarł we własnym łóżku, wśród swej rodziny, sióstr zakonnych, duchownych, kardynałów. Zapewne byli i tacy, którzy doradzali sztuczną wentylację mogącą wspomóc słabnące płuca, dializę mogącą zastąpić nerki osłabione infekcją. Ci nie mogli być częścią jego najbliższego otoczenia. Jego śmierć oszczędzająca jemu i światu długotrwałego procesu konania była w efekcie celebracją daru życia i podkreśleniem ważności właściwego duchowego i praktycznego przygotowania się do aktu odejścia. Jeszcze na parę dni przed śmiercią brał udział w Wielki Piątek w Drodze Krzyżowej, tym razem odprawianej już bez niego. Zdjęcie Papieża klęczącego w swej kaplicy i ogarniającego swymi ramionami krzyż pozostanie obrazową definicją jego ostatnich chwil wśród nas - już w części go nie ma, odwrócony jest plecami do kamery. To przecież postać umęczonego wędrowcy u kresu swej podróży, łapiącego oddech, uspokajającego rozkołatane serce przed ostatnim jej etapem.

Czyż nie mówi nam w swój sposób, że i my musimy przygotować siebie i naszych bliskich na ten moment przez zadbanie o swą wyraźną ostatnią wolę, wskazówki dane za życia bliskim, a ułatwiające zachowanie godności naszego życia, naszych chrześcijańskich praw wynikających z wiary i obietnicy, jakie otrzymaliśmy od Boga? Zbyt często osoba umierającą koncentruje się na radach lekarzy, obietnicach technologii, a nie na jedności z Chrystusem i sakramentami będącymi lekarstwem duszy.

Kontemplacja śmierci Jana Pawła II - i nauki z niej wynikającej - pozwala nam na właściwe przygotowanie się na nasze własne chrześcijańskie odejście z tego świata.

Papież posługuje się encyklikami w nauczaniu swego Kościoła. Sposób, w jaki Jan Paweł II Wielki umierał, był doprawdy jego ostatnią Encykliką.

Michał Adamczyk

Często gdy pytam Polaków mieszkających w Chicago co im się tutaj najbardziej podoba, ci odpowiadają: przyjazny stosunek ludzi do innych, życzliwość i uprzejmość, nawet ta nie zawsze naturalna. Lubimy kiedy nieznajomi się do nas uśmiechają na ulicy. Akceptujemy wręcz zbyt grzeczną obsługę sklepów, restauracji, urzędów. Odpowiada nam powszechna pogoda ducha i poprawność polityczna, która, choć o ambiwalentnym zabarwieniu, często łagodzi agresję, kieruje na drogę kompromisu.

Dlaczego więc my, Polacy, nie jesteśmy uprzejmi, nie witamy się wzajemnie uśmiechem, a w polonijnych sklepach czy restauracjach stosowany model obsługi klienta pochodzi z czasów Gierka? Dlaczego to, co podziwiamy u innych, czyli kulturę osobistą i kindersztubę, tak trudno nam utrzymać we własnym środowisku?

Siermiężne czasy socrealizmu zdają się żywcem przesiedlone na grunt polonijnego Chicago. Nikt nie potrafi zrozumieć, że w kraju kapitalizmu hasło "klient nasz pan" nie jest tylko zwykłym sloganem, ale sztandarowym przykazaniem. My, Polacy w Ameryce, jakkolwiek byśmy się między sobą różnili, stanowimy swoistą społeczność, i tak jak inne mniejszości jesteśmy przez całą resztę tego amerykańskiego tygla obserwowani i oceniani. Niestety jeśli chodzi o pozytywne, przyjazne nastawienie do innych, ta ocena jest bardzo niska. Najgorzej dzieje się na własnym podwórku.

K ilka dni temu wybrałam się do Konsulatu Rzeczypospolitej Polskiej przy Lake Shore Drive. Budynek, wiadomo, okazały, przed nim zaparkowane eleganckie samochody, a w środku stosunki jak na straganie w dzień targowy.

Pierwszy zgrzyt: pan ochroniarz, dalej zwany również security nie raczył odpowiedzieć na moje dzień dobry! Nic to jednak, można zrozumieć, na służbie chłopak był. Wchodzę do urzędu reprezentującego mój kraj, a tam huk jak przy starcie boeinga. Nie, to nie samolot LOT-u, to tylko Polsat na ekranie telewizyjnym, a ten hałas to z głośników tak leci. Ustawiam się w kolejce do kasy, po odbiór paszportu. Głupkowato, dla zabicia czasu oczywiście, gapię się w ścianę. Nagle z zadumy wyrywa mnie głos wyżej wspomnianego security: "Pani przesunie te walizkie!"

Co, gdzie, jak? Zdezorientowana kobiecina chyba za bardzo nie zrozumiała prośby.

"Oj pani przesunie bo blokuje wejście." A wejście wiadomo, chronione, wykrywacz metali różnych w drzwiach zamontowany, kolejna, przypadkowa analogia z portem lotniczym. Kobieta ulokowała bezpiecznie bagaż, a sama przy tych drzwiach na krześle przysiadła. Przede mną swoje sprawy załatwiała jeszcze jedna osoba, kilka innych czekało w drugiej kolejce, kiedy weszła nowa interesantka. Ustawiła się sprytnie obok kasy, aż musiałam się lekko przemieścić, żeby nie stracić swojej szansy dotarcia do celu, ale już stoimy razem. Ona za mną znaczy, a ja już przy okienku, kiedy słyszę:

"Zaraz! Gdzie się pani pcha, tu jest kolejka!" Najwidoczniej pierwsza pani, ta z walizką początkowo źle ulokowaną, na moment sobie tylko na stołku spoczęła, ale tak naprawdę to ona stała, do kasy stała. Na to nowoprzybyła jak nie ryknie:

"Co, kolejka, jaka kolejka?! W kolejce się stoi, a pani mi tu siedzi pod drzwiami, kilometr od kasy!".

"Jaki kilometr, trzeba się pytać kto ostatni!" odpowiedziała ta z walizką.

"Jak nikogo nie ma to staję w kolejce i już" skonstatowała nowoprzybyła.

Na ten rwetes ochroniarz zareagował podniesieniem brwi. Na to pani siedząca zakrzyknęła na niego: "Widzi pan, kazał mi pan usiąść i co teraz?!".

"Ja pani wcale siadać nie kazałem, tylko walizkę przestawić!".

W tej chwili zaczęłam się zastanawiać co się takiego stało, gdzie nastąpił błąd, w którym momencie ktoś zszedł na złą ścieżkę? Dlaczego tak potencjalnie mało konfliktowa sytuacja przeistoczyła się w prawdziwą burzę z piorunami, i to gdzie - w Konsulacie Generalnym RP, który jest budynkiem administracji państwowej, a dodatkowo najstarszą i najważniejszą placówką konsularną Polski (informacja za stroną internetową placówki). Nie ma już świętości, ideał sięgnął bruku! Załatwiwszy swoją sprawę skierowałam się ku wyjściu, kiedy to usłyszałam jeszcze ironiczny rechot tej, która przyszła ostatnia. Okazało się bowiem, że interesantka z walizką cały czas stała w złej kolejce i kłótnię wszczęła bez powodu. Czyżby karma?

T ak się nietypowo złożyło, że już następnego dnia miałam kolejne spotkanie trzeciego stopnia ze zgoła inną polonijną instytucją rezydującą w Chicago. Z okazji zbliżających się świąt postanowiłam wysłać opuszczonym bliskim w kraju skromne upominki. Nie żeby tam zaraz bukiet wędlin czy kosz egzotycznych owoców, ani żaden zestaw alkoholowy, w zasadzie nic z produktów żywnościowych. Przesyłek międzykontynentalnych zwykle dokonuję za pośrednictwem polonijnych serwisów wysyłkowych. Bo tanio, wiadomo. Jakkolwiek ilekroć zdarza mi się korzystać z usług czy to biura znajdującego się najbliżej mojego domu, czy tych troszkę bardziej oddalonych, tylekroć serce mam na ramieniu. Czy znów na mnie ktoś nakrzyczy jak na niegrzecznego gówniarza? A może nikt nie odpowie na ponawiane powitanie? Albo osoba pomagająca pakować te moje podarki z Ameryki, tak je poprzekłada, pomaca, poobraca, że moja własna aranżacja, mój osobisty pomysł na prezent dla mojej rodziny, stanie się historią?

U ff, przeżyłam. Stres porównywalny z wizytą na dywaniku u dyrektora. Tym razem się udało, ale tylko mnie, bo inna klientka, wysyłająca czekoladowe koszyczki wielkanocne, została przy świadkach, bezpardonowo zbesztana za błędne wypełnienie formularza. Nikt jej wcześniej nie poinstruował jak owy należy wypełniać, nikt nie służył pomocną dłonią. Ale co z tego, w końcu o klienta nie trzeba dbać i tak wróci do sprawdzonego miejsca. Okazało się jednocześnie, że stosunki pomiędzy pracowniczkami instytucji wcale nie należą do sielankowych. Brr, aż ciarki po plecach przechodzą na myśl o takim miejscu pracy. Być może zasada jakiej hołdują panie z obsługi klienta jest prosta, wszystkich traktujemy jednakowo. Starego w domu zbesztam, bo w małżeństwie z długim stażem tylko taka forma wymiany zdań obowiązuje. Koleżanka, wredna małpa, po co się wymądrza. A klient? No klient to jeszcze zobaczy kto tu jest pan.

S puentować chciałabym jednak cokolwiek przewrotnie te swoje ostatnie doświadczenia. Właśnie teraz przed świętami, kiedy najbardziej tęsknimy za krajem, za pozostawionymi tam przyjaciółmi i rodziną, za utraconą młodością i za czym tylko jeszcze można tęsknić w Polsce, teraz jest dobry czas aby ukoić nostalgiczne rozterki. A najlepszy na to sposób to obcowanie ze swoimi. Od razu poczujemy się jak w domu, nawet przeniesiemy się w czasie do odległych lat octu i kolejek. Każdy ma taką Cepelię na jaką sobie zasłużył. Mnie, o dziwo, ten swoisty skansen pozwala choć na chwilę zapomnieć o bólu duszy spowodowanym tęsknotą za krajem. Szczególnie w czasie okołoświątecznym.

W kwietniu największym wydarzeniem pozostaje na naszej liście książka autorstwa Marka Lasoty zatytułowana "Donos na Wojtyłę". Autor, polonista i historyk - pracownik krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej napisał fascynującą rozprawę o sprawach, które z obecnej perspektywy wydają się już nie do pomyślenia, a stanowiły jeszcze nie tak przecież dawno element "normalnego" funkcjonowania państwa, które nie mogło się obejść bez inwigilowania wszystkiego i wszystkich. Praca Lasoty każe nam od nowa stawiać pytania o wartość prawdy, lojalności, odpowiedzialności za dokonywane wybory, zmusza nas przewartościowania naszych, często jednostronnych, opinii na temat patriotyzmu czy też zdrady. Napisano o tej książce mnóstwo recenzji, z których przebija jedna, znacząca opinia: "Donos na Wojtyłę" nie dotyczy wyłącznie Metropolity Krakowskiego - jest to raczej próba dogłębnego i mądrego opisu systemu totalitarnego.

Niezwykłą autobiografię napisał Mrożek, który cierpiąc na afazję postanowił poddać się zabiegowi terapeutycznemu i powoli przywracać, a w zasadzie odtwarzać swoją pamięć. Przyjmuje imię Baltazar i zaczyna drążyć wspomnienia meksykańskiego okresu swego życia i wiele wydarzeń i spotkań z ludźmi, którzy byli dla niego ważni.

Oczywiście wysoko w notowaniach, jak zawsze zresztą, pozostaje książką Joanny Chmielewskiej "Krętka blada" - ale kryminały Chmielewskiej to długotrwały fenomen wydawniczy i czytelniczy, który wymyka się tradycyjnym kategoryzacjom.

1. DONOS NA WOJTYŁĘ

Marek Lasota,

Znak, 2006

Pierwsze kompleksowe, oparte na analizie dokumentów bezpieki, omówienie inwigilacji polskiego Kościoła w epoce PRL-u. Siły zła - gorliwi funkcjonariusze UB i SB oraz setki tajnych współpracowników, także z kręgów kościelnych - zwarły szeregi w walce z Pasterzem Krakowskiego Kościoła. Donosy, raporty i sprawozdania o powstawaniu parafii w Bieńczycach, stosunkach panujących w Kurii, roli Kardynała Wojtyły w pracach Soboru, jego relacjach z innymi hierarchami Kościoła wypełniają strony tej książki. Dokumenty zgromadzone w teczkach są świadectwem zdrady, dowodem ludzkiej słabości i nikczemności. Ostatecznie jednak rozpędzona ubecka machina, prowadząca starannie zaplanowane działania przeciwko Kościołowi, poniosła klęskę. Postawa Karola Wojtyły, jego odwaga, mądrość i roztropność, wydatnie się do tej porażki przyczyniła. W ten sposób teczki, wbrew ich twórcom, są także symbolem zwycięstwa Dobra.

2. BALTAZAR - AUTOBIOGRAFIA

Sławomir Mrożek,

Noir sur Blanc, 2006

Sławomir Mrożek w słowie wstępnym i zakończeniu tej książki powiada, iż spisywanie wspomnień podjął w celach terapeutycznych. Chodziło o to, aby za pomocą metodycznego drążenia pamięci i przelewania na papier zawartych w niej przeżyć, obrazów i myśli pokonać afazję (utratę zdolności posługiwania się językiem, zarówno w mowie, jak w piśmie), którą został on dotknięty w wyniku udaru mózgu.

Sławomir Mrożek, którego zresztą zawsze zajmowała kwestia tożsamości (narodowej, społecznej, kulturowej), z godną podziwu odwagą i determinacją wykorzystał przypadek własnej choroby do podjęcia zasadniczego problemu człowieka, jakim jest samoidentyfikacja jednostki. Co rozumiemy, mówiąc o sobie ja? Co to właściwie znaczy, że czujemy się sobą? Czy jest to stan ciągły, czy zmienny, a jeśli zmienny, to, co podlega zmianie? Co jest podstawą naszej tożsamości, którą wiążemy z naszym imieniem i nazwiskiem?.

3. KRĘTKA BLADA

Joanna Chmielewska, Kobra Media, 2006

"Przede mną, na szosie, palił się samochód. Nie całkiem na szosie, trochę z boku, na drzewie, co nie przeszkadzało, że hamować zaczęłam od razu po wyjściu z zakrętu. Zanim się zatrzymałam tuż za nim, zdążyłam pomyśleć, że primo, mam gaśnicę, a secundo, jeśli nie wybuchł do tej pory, nie wybuchnie chyba i teraz. Majaczyło mi się, że tę gaśnicę mam w bagażniku. Nie żałowałam produktu, ogień zgasł. Pod pianą ujrzałam coś, co sprawiło, że odsunęłam się na taktowną odległość. I co niby miałam zrobić teraz? Telefonu komórkowego nie posiadałam. Odjechać? Szukać glin? Może znajdę gdzieś komisariat...?" - fragment książki.

4. KROKI

Mariusz Maślanka, Świat Książki, 2006

Kroki to historia Kuby Dolińskiego, z zamiłowania fotografa, włóczącego się po Polsce bez wiadomego celu, który zjeżdża do rodzinnej wsi, otumanionej telewizją i alkoholem. Romeczek jest ciepłym portretem wieśniaka-poczciwiny. Historyjki z donaldówek to nostalgiczna podróż w krainę dzieciństwa - na wieś dziadków.

5. HISTORYK

Elizabeth Kostova, Świat Książki, 2006

Kiedy młoda Amerykanka żyjąca w Europie znajduje średniowieczną książkę i plik listów złowrogo zaadresowanych do "Mojego Drogiego i Nieszczęsnego Następcy", jej życie odmienia się na zawsze. Ruszając śladami najsłynniejszego demona w historii - Draculi, odbywa podróż, która doprowadza ją do odkrycia wstrząsającej prawdy o jej ojcu, zaginionej matce i dziadku, przepadłym bez wieści. Tajemnice kryjące się w bibliotekach, archiwach i monasterach wiodą ją w sam środek niewyobrażalnego zła ukrytego w czeluściach historii. By je pokonać, całe generacje naukowców traciły reputację, zdrowie psychiczne, a nawet życie... Zbrodnie, spisek, wielka przygoda i nieprzewidywalne zakończenie w jednej z najbardziej niezwykłych powieści ostatnich lat,

6. KATYŃ

Paul Allen:

Świat Książki, 2006

Autor, precyzyjnie opisując przyczyny, dzieje i próby zafałszowania Zbrodni Katyńskiej, opowiada historię trzech rodzin: Hoffmanów i Pawulskich ze Lwowa oraz Czarnków z Krakowa. w każdej z nich zamordowano męża - adwokata, zawodowego oficera, lekarza. Ich tragedie przedstawione zostaly na szerokim, rzetelnie udokumentowanym tle polskiej historii od 1939 po 1992 rok, gdy władze rosyjskie wreszcie opublikowały "Rozkaz nr 13", w którym Stalin osobiście nakazał rozstrzelać polskich jenców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa.

7. HARRY POTTER I KSIĄŻĘ PÓŁKRWI

Joanne K. Rowling, Media Rodzina, 2006

Harry Potter i jego przyjaciele trafiają nie tylko na szósty rok nauki w Hogwarcie, ale znajdują się też w samym centrum walki z odrodzonym Sam-Wiesz-Kim. Mroczny tom szósty pełen jest nie tylko dramatycznych wydarzeń, ale i miłosnych przygód, które pokażą nam niektórych bohaterów w zupełnie nowym świetle.

7. ZŁO KONIECZNE

Alex Kava, Harlequin Enterprises, 2006

W wielu miejscach Ameryki w tym samym czasie giną katoliccy księża. Niemal identyczny scenariusz rytualnych zbrodni wskazuje na jednego sprawcę. Maggie O"Dell, specjalistka od portretów psychologicznych seryjnych morderców, znów prowadzi dochodzenie. Poszlaki wskazują na to, że zamordowani księża za życia skrzywdzili wielu młodych mężczyzn. Jednak Maggie nie wie, że ofiary księży od pewnego czasu kontaktowały się ze sobą na specjalnym forum internetowym, planując zemstę. Tymczasem w życiu Maggie ponownie zjawia się ksiądz Keller. Podejrzany o potworne zbrodnie wymknął się wymiarowi sprawiedliwości. Teraz jemu ktoś grozi śmiercią. Ksiądz proponuje Maggie układ: w zamian za osobistą nietykalność pomoże schwytać zabójcę.

9. CHEMIA ŚMIERCI

Simon Beckett,

Amber, 2006

Manham. Małe spokojne miasteczko. "Krajobraz pozbawiony zarówno życia, jak i konkretnych kształtów. Płaskie wrzosowiska i upstrzone kępami drzew mokradła". To tu doktor David Hunter szuka schronienia przed okrutną przeszłością. Sądzi, że przeżył już wszystko to, co najgorszego może przeżyć człowiek, sądzi, że wie o śmierci wszystko. Ale śmierć, "ów proces alchemii na wspak, w którym złoto życia ulega rozbiciu na cuchnące składniki wyjściowe", wdziera się do Manham. I to w niewyobrażalnie wynaturzonych formach. Jeszcze nie wiemy, dlaczego Hunter - wybitny antropolog sądowy - zaszył się tu jako zwykły lekarz. Dlaczego odmawia pomocy policji, skoro potrafi określić czas i sposób dokonania każdej zbrodni. Wiemy tylko, że się boimy. Razem z mieszkańcami Manham czujemy odór wszechobecnej śmierci. Giną młode kobiety, dzieci znajdują makabrycznie okaleczone zwłoki, ktoś podrzuca pod drzwi martwe zwierzęta, ktoś zastawia sidła na ludzi.

10. PO PROSTU GOTUJ

Pascal Brodnicki, Media - Worxx, 2005

Pascal Brodnicki urodził się 5 września 1976 w Lille we Francji. Dla Francuzów jest Polakiem (mimo że nie ma polskiego akcentu), dla Polaków Francuzem. Gotowania uczył się w szkołach gastronomicznych w Lille i Saint Jean Pied de Port. Pracował w wielu restauracjach, ale z prawdziwą dumą wspomina dwie: czterogwiazdkową Chelsea Hotel w Londynie i Les Pyrenees we Francji (w kraju Basków). W popularnym programie "Po prostu gotuj" uczy jak gotować smacznie, modnie a przede wszystkim - łatwo.

Zbyszek Kruczalak

D&Z Do m Książki Muzyki i Kawy

www.domksiazki.com

"Ikona jako teologia w kolorach uobecnia przez kolory to, co Ewangelia głosi słowami" - tak zachęca do oglądania ekspozycji autor.

Obrazy Roberta Rumina są inspirowane ikonami bizantyjskimi. Ikony są dla niego - jak sam powiada - formą kontaktu z Bogiem, są jego pytaniami o wielkie i małe sprawy tego świata.

Malarz w swoich pracach śmiało łączy tematykę tradycyjną z tematyką współczesną. W jego malarstwie tradycja jest potraktowana jako inspiracja do pokazania własnych wizji artystycznych. Część obrazów jest namalowana techniką temperową, inne - techniką akrylową. Na pokłady do swoich prac wykorzystuje stare drewniane przedmioty - stolnice, blaty stołowe, szuflady, łopaty do pieczenia chleba czy węzgłowia łóżek. Wszystkie obrazy nacechowane są symboliką sakralną, pełno w nich ukrytych znaczeń oraz ewangelicznego przesłania. Każdy obraz ma swoje źródła w Księgach Starego i Nowego Testamentu, swoją historię i ukrytą myśl.

37-letni artysta pochodzi z Nowego Sącza. Jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Nowym Wiśniczu. Swoje prace prezentował na licznych wystawach i konkursach malarskich w Polsce. Na stałe ma zorganizowaną ekspozycję w Galerii "Stary Dom" - Nowy Sącz i Galerii MGOK- Stary Sącz. Był wielokrotnie wyróżniany i nagradzany za swoje prace.

Wystawa "Ikona Inna" otwarta będzie w Muzeum Polskim do 7 maja. Polecam ją wszystkim tym, którzy chcą doświadczyć kontaktu świata duchowego ze światem materialnym. Zapraszam do spojrzenia w oczy postaciom świętych na tych unikalnych obrazach i spotkania poprzez ikonę ze samym sobą.

Anna Tomaszewska

"Czego tak usiłuje bronić przed tym małym potworkiem,

że aż musi rozpaczliwie i bezwstydnie uciekać?" [Sprawa...s.180]

Sprawa osobista

"Sprawa osobista" Kenzaburo Oë jest powieścią z 1964 roku. W Polsce miała do tej pory dwa wydania: jedno w 1974 a drugie w 2005 roku. Można ją z łatwością streścić w jednym zdaniu: bohaterowi o imieniu Ptak rodzi się syn z przepukliną mózgową - młody ojciec nie potrafi tego z początku zaakceptować i odrzuca dziecko, później jednak zmienia swoje nastawienie i ratuje niemowlaka przed śmiercią.

Historia może wydawać się czytelnikowi literacko wyeksploatowana. Mamy nieskończoną ilość tekstów literackich o nieszczęśliwych dzieciach, wystarczy choćby przypomnieć wstrząsającą powieść tego samego autora zatytułowaną "Zerwać pąki, zabić dzieci". Można też "Sprawę osobistą" uznać za epatującą tematami skrajnymi, które zawsze budzą współczucie i zainteresowanie czytelników [chore dzieci, seks itd.]. Ocena tekstu zmienia się jednak diametralnie, gdy uświadomimy sobie fakt, wprawdzie poza literacki, ale istotny, iż wydarzenia w powieści są mocno osadzone w osobistych doświadczeniach pisarza.

"Wznawiana przez PIW powieść "Sprawa osobista" oparta jest na autentycznym wydarzeniu z życia pisarza, którego syn Hikari, przyszedł na świat z ciężką wadą neurologiczną mózgu określaną jako mongolizm. W późniejszych latach stał się utalentowanym kompozytorem muzyki. Jego utwory wydano na płytach CD w Japonii i USA".

Wiedząc o tym, nasza optyka odbiorcza automatycznie się modyfikuje. Test nabiera waloru prawdziwości i traktujemy go jako zapis jednostkowego, rzeczywistego doświadczenia - jako swoisty dokument. Przyjrzymy się dokładniej zawartości świata wykreowanego przez pisarza, o którym napisano:

"Twórczość Oë to zdumiewające połączenie groteski, turpizmu i ostrej krytyki społecznej z głębokim humanizmem i miłością do pojedynczego człowieka".

Bohater ma 27 lat i nie szczególnie spełnione i szczęśliwe życie. Jego małżeństwo jest raczej jałowe uczuciowo, a praca nie daje satysfakcji. Dobrze wykształcony anglista marzy zatem o Afryce, która urasta w tekście "Sprawy osobistej" do rangi symbolu. Studiuje jej mapy i czyta powieści afrykańskich autorów, marząc o symbolicznej ucieczce na inny kontynent przed wszelkimi niespełnieniami. To, trzymające go przy życiu marzenie, rozpada się w pył, gdy oczekiwane dziecko, które miało być remedium na nieudane małżeństwo rodzi się z bardzo poważnym upośledzeniem mózgowym. Nie potrafiąc sobie z tym poradzić rzuca się w alkohol i seks ze swoją dawną koleżanką ze studiów, która zresztą chętnie poddaje się jego "afrykańskiej" obsesji uciekania. "Symbolicznych" sytuacji w powieści jest oczywiście więcej:

postać cudzoziemskiego dyplomaty Delczewa, który wbrew wszelkim przeciwnościom, pozostaje wierny swej miłości do Japonki, czy odrzucony w dzieciństwie przyjaciel, którego odnajduje i którego imię ostatecznie nada swemu choremu dziecku.

Odnalezienie Kikuhiku i rozmowa z nim jest zresztą mementem przełomowym w stosunku Ptaka do dziecka. Odrzucenie, odraza, brak akceptacji i ostateczne skazanie na śmierć zmienia się w postanowienie ratowania niemowlaka -

"jeśli chodzi o ścisłość, cały czas próbowałem uciec. I o mały włos nie uciekłem. Ale chyba rzeczywistość zmusza człowieka do przyjęcia właściwej postawy - kiedy żyje się w świecie realnym. To znaczy, nawet jeśli człowiek oszukuje i sam lezie w tę pułapkę, zawsze w końcu dostrzeże jedyną słuszną drogę, która pozwoli mu ją ominąć. - Ptak był zaskoczony lekką nutą żalu we własnym głosie. - I tak właśnie było ze mną". [Sprawa...s.183]

Cytowany fragment to stosunkowo rzadki w powieści komentarz wykraczający poza lakoniczny opis zdarzeń i sytuacji. Kenzaburo Oë potraktował powieściową "sprawę" rzeczywiście bardzo osobiście i mimo, że można by ewentualnie konstruować w kontekście tej prozy różne ogólne rozważania o sensach takich kategorii jak nadzieja, cierpliwość, samotność, ucieczka, odrzucenie, niespełnienie, szczęście, śmierć, nieszczęście, choroba czy cierpienie - to w kontekście tej książki sprawdzają się one tylko o tyle, o ile dotyczą poszczególnego, jednostkowego człowieka. "Doświadczenie istotne" znaczy u Oë tyle co osobiste [indywidualne] nie zaś publiczne [zbiorowe].

Zbyszek Kruczalak

www.domksiazki.com

Wszystkie cytaty pochodzą z:

Sprawa osobista, Kenzaburo Oë, PIW, 2005, s.183

oraz z portali internetowych:

www.ksiazka.net.pl, www.japonia.org.pl

Wystawa "Świątynie dawnej i obecnej Polski" w Chicago

"Budowla, powstała w końcu XV wieku, stanowi unikat w skali europejskiej. Jej typowo gotycka architektura kryje w sobie wnętrze ozdobione kanonicznym cyklem malowideł o charakterze bizantyjsko-ruskim. Polichromie powstały w pierwszej połowie XV stulecia z polecenia króla Władysława Jagiełły. W ten sposób w jednej świątyni spotkały się ze sobą dwie wielkie tradycje artystyczne - rzymska i konstantynopolitańska, świadcząc dobitnie o złożoności i bogactwie cywilizacji dawnej Rzeczypospolitej".

To, co ludzi łączy

Cytat ten pochodzi z opisu zabytkowej kaplicy zamkowej p.w. Świętej Trójcy w Lublinie, prezentowanej na jednej z 80 plansz wystawy "Świątynie dawnej i obecnej Polski". Cała ta unikalna i ważna dla promocji polskiej kultury w świecie wystawa jest świadectwem złożoności, bogactwa, a przede wszystkim tolerancji, która dziś - niestety - nie zawsze jest z tą kulturą utożsamiana. Przedstawione na niej domy modlitwy - głównie kościoły rzymsko-katolickie, ale również świątynie protestanckie, cerkwie, synagogi i meczety - ukazują Polskę jako kraj, gdzie spotykały się różne kultury i przez wieki żyli w zgodzie wyznawcy różnych religii. Przygotowana przez Jerzego Łużyńskiego z Centrum Kultury w Lublinie wystawa miała światową premierę w roku 1998 w Londynie podczas Festiwalu Kultury Krajów Europy Centralnej, a w następnym roku została po raz pierwszy pokazana w Polsce, w Toruniu, kiedy gościł tam z wizytą duszpasterską papież Jan Paweł II. Prezentowana była także m.in. w Kopenhadze podczas Szczytu Państw Unii Europejskiej i w Paryżu z okazji wejścia Polski do Unii. Obecnie do 7 maja można ją zobaczyć w Muzeum Polskim w Ameryce.

Świątynie przedstawione są na kolorowych planszach o wymiarach 100 x 70 cm. Każda z nich zawiera - naniesione techniką komputerową - fotografie, plany, notę historyczną oraz - niektóre - mapę Polski z danego okresu. Oprawę scenograficzną stanowią trzy repliki podświetlanych witraży Józefa Mehoffera z kościoła św. Mikołaja w szwajcarskim Fryburgu.

Ekspozycja jest przede wszystkim ciekawa i atrakcyjna wizualnie. A to w dużej mierze dzięki fotografiom - choć oczywiście szkoda, że nie oryginałom - które oprócz wartości dokumentacyjnych, posiadają także walory artystyczne. Autorem wielu z nich jest wybitny fotograf Adam Bujak, autor ponad stu albumów. Fotografie ukazują sylwetki budowli w pejzażu, wprowadzają do wnętrz, zatrzymują wzrok na charakterystycznych detalach.

Zgromadzona dokumentacja pozwala zapoznać się z przykładami budownictwa sakralnego z różnych epok historycznych i wszystkich regionów Polski - od najstarszych, z początku państwa polskiego, po nowoczesne, współczesne budowle. Jawią się majestatyczne katedry Poznania, Gniezna, Krakowa, Warszawy. Cudowne sanktuaria i ośrodki kultu na Jasnej Górze, w Kalwarii Zebrzydowskiej... Świątynie z prastarych polskich miast - Lwowa i Wilna, które po II wojnie światowej znalazły się poza granicami terytorialnymi kraju. Rozmaitość stylów, bogactwo dzieł sztuki sakralnej. Zabytki architektury romańskiej, strzeliste wieże gotyku, perły architektury barokowej. Potężne kamienne budowle, jak górująca ponad dachami kamieniczek konkatedra w Gdańsku czy widoczne od strony zalewu wiślanego na stromym zboczu sanktuarium fromborskie. Najpiękniejsze są jednak małe drewniane wiejskie kościółki, których architektura i wystrój wnętrza noszą cechy charakterystyczne dla miejscowej twórczości ludowej. Taki jest na przykład uroczy kościółek w Dębnie Podhalańskim, "jedno z najstarszych i najcenniejszych obiektów drewnianej architektury na Podhalu".

Budowle te przypominają o ponad tysiącletniej obecności Polski w świecie chrześcijańskiej Europy, o trwałych i głębokich związkach z Rzymem. Mówią także o specyfice polskiego katolicyzmu, utożsamianego często z patriotyzmem. O wyjątkowej roli, jaką Kościół w Polsce odegrał w czasach zaborów, powstań i komunizmu.

O ile świątynie katolickie - tak bliskie sercom Polaków - mogą zadziwić amerykańskich widzów różnorodnością form, pięknem i artyzmem, o tyle w zdumienie niejednokrotnie wprawiają pokazane na planszach obok cerkwie, bóżnice i meczety. Polska bowiem dziś kojarzy się z państwem jednolitym wyznaniowo - rzeczywiście 93 procent ludności stanowią katolicy obrządku łacińskiego. Ale, jak mogą się dowiedzieć widzowie mniej zorientowani w naszych dziejach z opisów przy fotografiach i - obszerniej - z esejów w katalogu wystawy, przez stulecia ziemie Rzeczypospolitej zamieszkiwały różne grupy etniczne, wyznawcy religii, którzy często znajdowali tam schronienie przed prześladowaniami w innych krajach. Tak, że w licznych miejscowościach sąsiadowały ze sobą kościół, cerkiew i bóżnica a w niektórych regionach kraju także meczet. Odzwierciedlenie wzajemnych wpływów kulturowych można odnaleźć również w architekturze budowli sakralnych.

Ciekawym zjawiskiem są molenny - "domy modlitw staroobrzędowych wyznawców prawosławia, którzy w Rzeczypospolitej, na ziemi suwalskiej znaleźli schronienie przed prześladowcami religijnymi z carskiej Rosji". Fotografie Adama Bujaka ukazują skromne, drewniane budowle, pokryte dachami zwieńczonymi charakterystyczną "cebulą" z krzyżem, w Wodziłkach, Grabowych Grądach, Pogorzelcu i Suwałkach (zbliżenie na detal - zaryglowane, drewniane drzwi nieczynnej molenny).

W odróżnieniu od cerkwii, architekturą nie wyróżniają się w otoczeniu meczety. Tylko wystrój wnętrza z orientalnymi kobiercami na drewnianych podłogach i ścianami zdobionymi wersetami z Koranu mówi o domach modlitwy wyznawców Mahometa. Spośród istniejących na ziemiach polskich meczetów - jeszcze w okresie międzywojennym było ich kilkanaście - dziś pozostały tylko dwa - zbudowane w XIX drewniane obiekty w Bohonikach i Kruszynianach na Białostocczyźnie, "na terenach zasiedlonych przez tatarskich obywateli dawnej Rzeczypospolitej.

Naturalne w pejzażu przedwojennej Polski bóżnice, można było spotkać w każdej większej miejscowości. Szczególnym pięknem wyróżniały się unikalne bóżnice drewniane. Wiele z nich kształtem nawiązywało do okolicznej architektury dworków, zajazdów i spichlerzy. Niestety, wszystkie zostały spalone przez Niemców. Taki też los podzieliła drewniana świątynia w Wołpii z połowy XVIII wieku, o której wspaniałości - oprócz starych fotografii w kolorze sepii ukazujących m.in. kunsztowny wystrój wnętrza - mówi także duży przekrój perspektywiczny. Zachowało się natomiast sporo cennych obiektów murowanych, jak na przykład czynna dzisiaj bóżnica Remuh na krakowskim Kazimierzu.

Kościół protestancki najliczniej reprezentowany jest na polskim Śląsku - i na tzw. Ziemiach Odzyskanych. W samym Bielsku-Białej istnieją trzy kościoły augsburskie, m.in. przedstawiony na wystawie neogotycki - o smukłym, wydłużonym kształcie - kościół ewangelicko-augsburski p.w. Zbawiciela. W mieście tym znajduje się postawiony w 1900 roku jedyny w Polsce pomnik Marcina Lutra. Niecodzienna historia związana jest z drewnianym kościółkiem augsburskim w Karpaczu, który został zbudowany około 1200 roku w Norwegii, skąd sprowadzono go do Polski w XIX stuleciu.

Ukazując różnorodność, piękno i bogactwo polskich świątyń, wystawa przede wszystkim mówi o tym, co uniwersalne, co ludzi łączy. Przedstawione budowle są świadectwem ludzkiego ducha, potrzeby świętości, "czegoś trwałego i niezniszczalnego".

"Są znakiem istnienia odwiecznej prawdy, pełnego Dobra i najwspanialszego Piękna" - pisze w katalogu wystawy prof. Leon Dyczewski, kierownik Katedry Socjologii KUL. - "Jednocześnie budzą nadzieję, że wartości tych będą ludzie zawsze pragnęli i będą je wciąż na nowo realizowali".

Prezentowana do 7 maja ekspozycja ma jeszcze jeden dodatkowy aspekt. Pozwala mianowicie spojrzeć w szerszym kontekście kulturowym i historycznym na polonijne domy modlitwy w Chicago. Tym bardziej, że właśnie w sąsiedztwie Muzeum Polskiego w Ameryce wznoszą się najstarsze i jedne z najwspanialszych polskich kościołów w tym mieście: Świętego Stanisława Kostki, Świętej Trójcy i Świętego Jana Kantego, gdzie dziś już nie odprawia się Mszy św. po polsku, ale o rodzimych "korzeniach" i wciąż trwałych związkach przypomina m.in. postawiona tam kilka lat temu replika Ołtarza Mariackiego w Krakowie. W pobliżu muzeum położone są również dwa ukraińskie kościoły grecko-katolickie i zabytkowa katedra prawosławna p.w. Świętej Trójcy, którą zaprojektował słynny Louis Sullivan. Dla zainteresowanych odwiedzeniem tych świątyń, zwłaszcza że okres wielkanocny zachęca do takich wędrówek, muzeum przygotowało specjalną mapkę z dokładnym wykazem i adresami.

Danuta Peszyńska