----- Reklama -----

Monitor 12/01/2004

W logicznym następstwie mojego poprzedniego artykułu powinienem kontynuować "Co kupo­wać?" z listopada. Uczynię to już w styczniu, lecz ponieważ rok powoli dobiega końca postanowiłem wspomnieć nieco o prezentach pod choinkę dla naszych czworonogów.

Żyjemy w XXI wieku, uważamy psa za członka rodziny, więc prezenty takie powinny być czymś absolutnie naturalnym. A zatem rodzi się pytanie: co spra­wić naszemu Maxowi na gwiazdkę? Zanim pomogę odpo­wiedzieć na to pytanie, zastanówmy się chwilę co naj­bardziej lubi nasz pies. Z pewnością lubi jeść!

Może więc podamy mu w misce coś niezwykle atrakcyjnego jako "prezent pod choinkę"?

Jeśli przez cały rok żywiony był psim jedzeniem, z pewnością "świąteczna" porcja posiłku przygotowanego przez nas osobiście będzie dla niego istną ucztą. Pisałem w przeszłości rozlegle na temat psich dań przyrzą­dza­nych w domu. Wspomnę tylko, że w psiej kuchni nie powinno się używać przypraw oraz mięso nie powinno stanowić więcej niż połowę porcji, zaś reszta składać się powinna z warzyw, owoców oraz węglowodanów (kaszy, ryżu, makaronu itd). Inna szkoła zaleca jedynie mie­szankę surowego mięsa oraz surowych warzyw i owo­ców. Obie wydają się być całkowicie poprawne, choć czworonogi na ogół wolałyby dostać mięso go­towane lub pieczone. Jeśli jednak postanowiliśmy nie gotować w święta lub jeśli do specialnej uczty chcie­li­byśmy jeszcze coś dodać, proponuję czytać dalej.

Kwestia najbliższa jedzeniu to gryzienie. W przyrodzie wilk, kojot lub dziki pies aby zjeść ofiarę polowania musi się solidnie naszarpać. Jest to obok jedzenia oraz ruchu kolejna, silnie występująca potrzeba u na­sze­go "udomowionego wilka", którą my, właściciele musi­my zaspokoić. Potrzeba ta jest spotęgowana w okresie szczenięcym, a zwłaszcza młodzieńczym, kiedy rosnące szczęki wymagają treningu. Kupmy psiakowi "pod choinkę" coś twardego do gryzienia! Najbardziej popularne w tej kategorii psie suchary są dobre, lecz służą najwyżej do dwóch minut, zatem spełniają raczej fun­kcję przerywnika nudy, aniżeli zabawki na dłużej. Podobnie rzecz się ma w przypadku kości Nylabone Edible, które są oferowane w dużej ilości smaków. Ostatnio na rynku towarów dla psów mamy do czy­nie­nia z zalewem kości, które czyszczą zęby oraz popra­wiają oddech: zielonych (za sprawą znajdującego się w środku chlorofilu) Dentabone i Greenies. Spełniają dobrze swe funkcje i nawet są lubiane przez psy, lecz niestety nie należą do najtańszych. Znacznie dłużej wy­trwają gumowe oraz plastykowe Nylabone oraz Gu­ma­bone, również w kształcie kości. Pomimo nieco wyższej ich ceny warto je nabyć, gdyż są bardzo trwałe i będą długo służyły. Idealnymi są wykonane z twardej gumy zabawki typu Kong, które charakteryzuje długowiecz­ność. Można również wypełnić je sucharem lub masłem orzechowym, a pies będzie przez długi czas zajęty ich wypróżnianiem (wylizywaniem), co sprawi mu nie­wąt­pliwą przyjemność przez dłuższy czas, zabijając tym samym dokuczliwą nudę. Właściwie dobrany pod względem rozmiaru Kong przyczyni się również do wspa­nia­łego rozwoju mięśni szczęki poprawiając wyraz i urodę głowy.

Podpowiem, że naturalne, świeże kości mogą rów­nież być doskonale do funkcji "gryzaka". Tutaj jednak muszę ostrzec, że ubrudzą one dywan w domu oraz spowodują u psa potrzebę częstszego wypróżniania się (choć nie biegunki), dlatego proponuję podawanie ich tylko w ogrodzie w dni wolne, najlepiej latem. Mogą wówczas zostać spożyte na trawie, zaś przebywające na zewnątrz psy mają możliwość swobodnego załatwiania swych potrzeb.

v ‑Gotowe sprasowane ścięgna ( rawhide) można na­być w każdym sklepie dla zwierząt ( pet store). Są one również lubiane przez psy.

v ‑Zabawki piszczące są bardzo dobre, lecz pamiętajmy, że służą tylko do zabawy i przenoszenia, a nie są odpowiednie dla psów mających tendencję do ciągłego gryzienia. Pogryzione oraz połknięte mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia naszego ulubieńca, dlatego nie powinniśmy zostawiać ich z psem bez nadzoru.

v ‑Dobrym pomysłem na prezent jest z pewnością piłka lub inna zabawka do rzucania. Niestety, pora roku - zima nieco ograniczy możliwości jej używania. Muszę też podpowiedzieć, że wyczerpujące wielokrotne aportowanie jest odpowiednie dla psów co najmniej półtorarocznych, a w przypadku ras cięższych nawet dwuletnich.

v ‑Dla nieagresywnych dorosłych psów możemy nabyć linę do przeciągania. Każdy sklep zoolo­gicz­ny oferuje duży wybór tego typu zabawek po stosunkowo niskich cenach. Są także oferowane plastykowe zabawki do ciągnięcia zaopatrzone w wygodny uchwyt dla naszej dłoni.

Wielu właścicieli może podejść do kwestii świą­tecznego prezentu w sposób praktyczny poszukując cze­goś nieco bardziej użytkowego. Proponuję ortopedycz­ny materac dla psiaka. Jest wskazany zwłaszcza dla starszych czworonogów z częstymi dolegliwościami w stawach. Prezent taki wprawdzie nie spowoduje weso­łego machania ogonem, lecz będzie prawdopodobnie służył długo, przyniesie psu ulgę, a być może nawet zaoszczędzi nieco wizyt u weterynarza.

Innym pomysłem w obrębie tej samej kategorii bę­dzie długa, na przykład 30 stopowa linka do ćwiczenia psa dająca mu nieco więcej "wolności" podczas spaceru w parku w porównaniu ze stosunkowo krótką smyczą.

Analogicznie, podstawka pod miski (niestety, nie­osiągalna jest na rynku podstawka pod jedną miskę, która w zupełności by wystarczyła), zmniejszy napór na nadgarstki psa podczas jedzenia. Szczególnie przydatna dla gwałtownie rosnących szczeniąt ras dużych, ale nie zaszkodzi także pozostałym psom.

Jak więc ilustruje powyższy artykuł, oferowana w sklepach ilość towarów na prezenty jest ogromna. Jeszcze więcej możemy znaleźć na internetowych stro­nach o podobnej tematyce.

Autor artykułu, George C. Urbański jest specjalistą w dziedzinie kynologii oraz hodowcą psów. Publikuje artykuły w magazynach kynologicznych w wielu krajach. Zajmuje się szkoleniem psów i konsultacjami.

Tel. 847-885-7946; e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

W Święta Bożego Narodzenia często podróżujemy. Część z nas pojedzie do Polski na święta, a do części z nas z Polski na święta przyjedzie rodzina. Obojętnie w którą stronę odbywamy podróż, prędzej czy później staniemy przed urzędnikiem imigracyjnym na lotnisku. Podróże i odprawy imigracyjne zmieniły się dramatycznie po wydarzeniach 11 września. Zmiany te następowały stopniowo i czasem wręcz niezauważalnie, ale w tej chwili inspekcje na lotnisku rządzą się już innymi prawami i w okresie świątecznych podróży warto jest o tym porozmawiać.

Nowy Urząd Imigracyjny.

Jedną z największych zmian po 11 września jest nowa struktura Biura Imigracyjnego. Biuro Imigracyjne, dawne INS (Immigration and Naturalization Service) podlega nowo ustanowionemu Department of Homeland Security, a więc Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W skład tego departamentu wchodzą trzy odrębne agencje, które kiedyś były częścią Biura Imigracyjnego, dawnego INS. Jedną z nich jest CBP, a więc Customs and Border Protection, która jest odpowiedzialna za inspekcję na lotnisku. Pracują w niej zarówno urzędnicy dawnego INS, jak i byli urzędnicy urzędu celnego oraz urzędu inspekcji rolnej. Niektórzy z nich przeprowadzają inspekcję imigracyjną po relatywnie krótkim szkoleniu. Wielu z nich więc nie do końca rozumie prawo i procedury imigracyjne. Często więc może się zdarzyć, że dokumenty, na które Państwo wjeżdżali w przeszłości, typu re-entry permit czy advance parole mogą zostać niezrozumiane przez nowego urzędnika i będziecie Państwo bez powodu odesłani do wyjaśnienia w formie tak zwanego "secondary inspection". Tam już problem powinien się wyjaśnić. Pracują już tam bowiem bardziej doświadczeni urzędnicy Biura Imigracyjnego.

Problem z podziałem starego biura imigracyjnego na trzy niezależne części spowodował również sytuację, w której niejednokrotnie informacje o obecnie załatwianych aplikacjach nie zawsze trafią do urzędnika na lotnisku, pomimo, że urzędnik w downtown juz nad aplikacją pracuje. Warto jest więc mieć przy sobie kopie dokumentów obecnie rozpatrywanych przez urząd imigracyjny CIS (Citizenship and Immigration Services), a więc tej agencji nowej struktury imigracyjnej, która zajmuje się przyznawaniem aplikacji.

Inspekcja imigracyjna.

Generalnie, inspekcja na lotnisku przebiega następująco. Najpierw osoby przybywające do USA muszą przejść tzw. "primary inspection", a więc inspekcję wstępną przechodząc przez stanowisko urzędnika imigracyjnego. Dla większości z nas ta inspekcja będzie jedyną.

Jeśli natomiast urzędnik ma wątpliwość co do tego czy może wpuścić konkretnego aplikanta ponieważ stwierdzi, że albo posiada niewłaściwe dokumenty, albo coś w komputerowej bazie danych wzbudziło jego podejrzenia, to wysyła go wtedy do "secondary inspection", a więc bardziej dokładnej inspekcji. Odbywa się ona w specjalnym pomieszczeniu, gdzie aplikanci są przesłuchiwani przez innych oficerów imigracyjnych. Ci oficerowie mają dostęp do bardziej szczegółowych informacji o historii imigracyjnej danego aplikanta. W "secondary inspection" znajdują się również bardziej doświadczeni urzędnicy, którzy często wyjaśniają sytuację prawną i wątpliwości, które miał urzędnik w "primary inspection". Dlatego często zdarza się, że osoby wjeżdżające do USA są wpuszczane dopiero po szczegółowej rozmowie podczas "secondary inspection". W tej chwili ze względu na słabe przygotowanie niektórych urzędników dokonujących wstępnej kontroli coraz częściej zdarza się, że aplikant, który nigdy wcześniej nie miał problemów podczas przekraczania granic USA nagle będzie odesłany na rozmowę do wyższego rangą urzędnika imigracyjnego. Jeśli z jakiegoś powodu urzędnicy imigracyjni nie są w stanie podjąć decyzji dotyczących przekroczenia granicy przez aplikanta, a boją się odesłać go z powrotem, bo wydaje im się, że przedstawił pewne dokumenty, które wskazują, że powinien być wpuszczony, to zostanie on wprawdzie wpuszczony, ale zostanie odesłany do tzw. "deferred inspection" - opóźnionej inspekcji w głównym gmachu biura imigracyjnego na 10 W. Jackson w Chicago. Zazwyczaj osoba taka zostanie od razu na lotnisku umówiona na spotkanie w biurze imigracyjnym. Bardzo często biuro imigracyjne zatrzymuje dokumenty aplikanta, takie jak paszport lub zieloną kartę, aby zmusić go do stawienia się na spotkanie. "Deferred inspection" ostatecznie powinno rozwiać wątpliwości i doprowadzić do podjęcia decyzji o przyjęciu albo o wydaleniu z USA.

Podróże do USA na wizach tymczasowych.

Do wiz tymczasowych zaliczamy wizy turystyczne, studenckie, pracownicze, itp. Są to wszystkie wizy, których posiadacze przybywają do USA na okres tymczasowy.

Zacząć należy od przypomnienia, że aby wjechać do USA trzeba posiada aktualny paszport, to znaczy, że jego ważność musi przekraczać sześć miesięcy w momencie przekroczenia granicy USA. Czasem kierujemy się tym na jak długo jest ważna nasza wiza i nie zauważamy, ze kończy sie ważność paszportu. Jest to bardzo częsty przypadek, a takie zaniedbanie może spowodować zawrócenie z granicy USA. Jeśli zbliża się wieć termin ważności naszego paszportu, należy natychmiast wystąpić o nowy. Stary paszport trzeba wtedy czasowo zwrócić do urzędu, ale ponieważ w wielu przypadkach jest w nim aktualna jeszcze wiza amerykańska, to należy poprosić o zwrot starego paszportu. Należy również zwrócić uwagę na to, aby wiza amerykańska nie została przedziurkowana. Urząd paszportowy dziurkuje stare paszporty, a przedziurkowana wiza może zostać uznana za nieodpowiednią do przekroczenia granicy. Po otrzymaniu nowego paszportu jedziemy do USA zarówno ze starym (z wizą w środku) jak i z nowym. Pokazujemy oba paszporty urzędnikowi na lotnisku. Urzędnik wbije pieczatkę wjazdową i dokument I-94 (pokazujący na jak długo możemy zostać) w nowy paszport.

Studenci

Podróże studentów są w obecnej sytuacji bardziej niebezpieczne niż w przeszłości. Wraz ze wprowadzeniem systemu komputerowego SEVIS rozpoczęła się nowa era utrzymywania statusu studenckiego F-1 i jego pochodnych F-2. Los studenta na lotnisku zależy przede wszystkim od informacji o nim w systemie SEVIS. Jeśli status studenta nie jest określony jako aktywny, to nawet jeśli uczęszcza on do szkoły i posiada odpowiednią dokumentację, to znaczy I-20, wizę w paszporcie, dokumenty odpowiedzialności finansowej, to będzie zawrócony z lotniska, chyba że urzędnik imigracyjny skontaktuje się z SEVIS-em, a jego przedstawiciele szybko zmienią status studenta na poczekaniu. To zdarza się jednak bardzo rzadko, a najczęściej student taki będzie odesłany z powrotem do swego kraju, aby sytuację wyjaśnić. Aby uniknąć odesłania z lotniska, student powinien skontaktować się ze szkołą, z DSO (designated student official) zanim przybędzie do USA (lub zanim wyjedzie z USA na święta) i upewnić się, że jego status jest w SEVISie zapisany jako "aktywny". Jeśli nie, to DSO musi natychmiast skontaktować się z SEVISem i wyjaśnić sytuację. Czasem jest to kwestia jednego telefonu, czasem trzeba wystąpić o tak zwany reinstatement, a więc przywrócenie aplikanta do statusu, ale ta droga niestety trwa kilka miesięcy i może uniemożliwić wyjazd na święta do Polski.

Podróże rezydentów

Jeszcze do niedawna posiadanie zielonej karty, czyli pobytu stałego, gwarantowało wjazd z powrotem do USA. Ale jak wszystko w prawie imigracyjnym, również ten aspekt prawa imigracyjnego uległ zmianie.

Po pierwsze, utrudnione jest podróżowanie po długotrwałej nieobecności. Po drugie, rezydenci, którzy byli w przeszłości aresztowani będą musieli się z tego wytłumaczyć zanim zostaną wpuszczeni z powrotem do USA.

Jeśli chodzi o powroty rezydentów USA (posiadaczy pobytu stałego) po długotrwałej nieobecności, to problemy z wpuszczeniem takich osób do USA zdarzają się coraz częściej. Pobyt za granicą do 6 miesięcy zazwyczaj nie wzbudzi wątpliwości biura imigracyjnego. Jeśli natomiast rezydent pozostał poza USA ponad 6 miesięcy, to prawdopodobnie będzie przez biuro imigracyjne proszony o wyjaśnienie.

Osoby, które wiedzą, że muszą wyjechać z USA na dłuższy okres, na przykład leczenie, studia, kontrakt zagraniczny, powinny przed wyjazdem złożyć aplikację o tzw. re-entry permit, a więc dokument, który pozwala na wjazd rezydenta bez problemów po długotrwałej nieobecności. Nawet re-entry permit ma jednak swój limit i pozwala na wyjazd z USA do dwóch lat. Re-entry permit kiedyś przez Polaków nazywany był potocznie "białym paszportem", ponieważ wyglądał jak paszport z białą okladką. Od kilku miesięcy Biuro Imigracyjne wydaje nowe dokumenty re-entry permit, przypominające wygladem paszport, ale są one teraz jaskrawo-zielone. Proszę więc się nie zdziwić, jeśli otrzymają Państwo "zielony paszport" zamiast "białego"; biuro imigracyjne zmieniło po prostu tylko dokument. Proszę jednak pamiętać, że o ile re-entry permit ułatwia powrót rezydenta do USA, to nie utrzymuje on rezydentury koniecznej do starania się o naturalizację. Roczny pobyt poza granicami USA, nawet z re-entry permit, spowoduje, że od nowa musimy "zbierać" lata rezydentury aby móc starać się o naturalizację. Jest to wtedy już wprawdzie tylko 4 lata i 1 dzień w takiej sytuacji, niemniej jednak znacznie nam to naturalizację opóźni.

Drugim nowym utrudnieniem w podróżach zagranicznych posiadaczy pobytu stałego jest dostęp Biura Imigracyjnego do bazy danych FBI. Biuro Imigracyjne na lotnisku posiada dostęp do historii kryminalnej rezydentów USA, co powoduje, że osoby, które do tej pory podrożowały bez problemów, mogą zostać zatrzymane, a nawet w niektórych przypadkach wciągnięte w proces deportacyjny. Jeszcze niedawno wielu rezydentów, którzy w przeszłości mieli sprawy kryminalne obawiało się starać o naturalizację. Woleli oni mieszkać w USA bezpiecznie w statusie rezydenta USA. Teraz jednak sytuacja jest bardziej skomplikowana, ponieważ rezydenci bedą sprawdzani przy powrocie do USA. Tego wcześniej nie było. Ich przeszłość kryminalna została udostępniona oficerom imigracyjnym na granicy. Jeśli rezydent wraca do USA i był kiedyś aresztowany, to areszt ten będzie zaznaczony w jego rekordzie. Zostanie on poproszony o rozmowę w formie "secondary inspection", gdzie będzie musiał się wytłumaczyć ze swego aresztu. Dlatego już od kilku miesięcy radzimy, aby osoby takie miały ze sobą tak zwany certified court disposition, a więc dokument z sądu, który pokaże jak sprawa się zakończyła. W wielu przypadkach osoba została uniewinniona lub sprawa została wydalona z sądu. Jeśli jesteśmy w posiadaniu dokumentu udowadniającego to, to nie powinniśmy mieć problemu na granicy. Jeśli jednak sprawa skończyła sie skazaniem, to urzędnicy imigracyjni na lotnisku zazwyczaj zatrzymają zieloną kartę i każą stawić się na spotkanie w budynku biura imigracyjnego w śródmieściu w ramach wyżej opisanej "deferred inspection". Wtedy urzędnicy specjalizujący się w prawie imigracyjnym dotyczącym skazań kryminalnych stwierdzą, czy osoba taka powinna być zatrzymana, czy powinno się przeciwko niej zacząć sprawę deportacyjną lub czy po prostu sprawa jest błaha i należy rezydenta wypuścić.

Problem polega na tym, że wielu rezydentów podlega deportacji za swoje skazania kryminalne i ich podróże powodują, że "przypominają się" biuru imigracyjnemu. Wielu z nich przez to stanie przed sądem imigracyjnym na rozprawie deportacyjnej. Dlatego też przestrzegamy podróżujących rezydentów, którzy byli w przeszłości aresztowani. Proszę wyciągnąć z sądu dokumenty dotyczące rozwiązania sprawy, pokazać je prawnikowi imigracyjnemu przed wyjazdem zagranicę. Jeśli prawnik stwierdzi, że wyjazd nie powinien być problemem, należy go poprosić o list tłumaczący prawną sytuację, który będzie można wraz z dokumentami sądowymi przedstawić na granicy, by uniknąć klopotów. Jeśli areszt nigdy nie spowodował skazania, to warto poprosić, aby oficer imigracyjny naniósł taką notatkę w rekord komputerowy, aby przyszłe podróże odbywały się już bez problemów i koniecznosci tlumaczenia. Jeśli jednak prawnik stwierdzi, że sprawa kryminalna może powodować problemy imigracyjne, to należy plany wyjazdowe zmienić. Szkoda narażać swą przyszłość w tym kraju.

Podróże obywateli USA.

Podróże obywateli USA są oczywiście najmniej problematyczne. Ale i tutaj należy pamiętać o tym, że podróżować musimy z ważnym i nie zniszczonym paszportem. Staranie się o wydanie nowego paszportu USA za granicą jest możliwe, ale czasem dość skomplikowane. Posiadacze paszportów polskich i amerykańskich powinni zadbać o to, aby do Polski wjechać na paszport amerykański. Urzędnicy imigracyjni czasem kwestionują sytuację, w której w paszporcie amerykańskim nie ma pieczątek wjazdowych do innego kraju. Dotyczy to jednak krótkich wizyt w Polsce, a jeśli ktoś planuje wyjazd dłuższy niż miesiąc lub dwa, to powinien skontaktować się z konsulatem RP w Chicago, aby zapytać jak powinien się zachować w takiej sytuacji.

Pozostaje mi życzyć Państwu przyjemnych i bezproblemowych podróży świątecznych, jak również spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia.

Do siego roku.

Autorką artykułu jest Agata Gostyńska Frakt.

Adwokat imigracyjny i rodzinny

Tel. (312) 644-8000

Adres: 100 W. Monroe, Suite 1705 Chicago, IL 60603

Z księdzem Jackiem spotkałam się w kościele pod wezwaniem Świętej Heleny, gdzie podczas podbytu w Chicago pełni posługę duszpasterską. Rozmawialiśmy o jego pracy naukowej, o Papieżu i Kościele, a przede wszystkim o tym, czym wszyscy teraz żyjemy - o świętach Bożego Narodzenia. Oto obszerne fragmenty wypowiedzi ks. Jacka Neumanna.

Adwent

Bardzo ciekawe jest ustawienie Adwentu jako przygotowania do przyjścia Pana Jezusa miesiąc przed rokiem kalendarzowym. Tradycja ta pochodzi prawdopodobnie z nawiązania do kalendarza żydowskiego (Żydzi mają przesilenie pełni jesienne i obchodzą Nowy Rok pod koniec września). Rok kościelny jest specyficzny, ponieważ zaczyna się cztery niedziele przed Nowym Rokiem. Poszczególne niedziele odnoszą się zarówno do przesłania proroctw Starego Testamentu, jak i zapisów w Ewangeliach dotyczących przygotowań do narodzenia Pana Jezusa. Porównując cztery Ewangelie - św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza i św. Jana - zobaczymy, że każda z nich opisuje pewne wydarzenie, różne od pozostałych i zawiera odmienną myśl przewodnią. I tak na przykład Ewangelia św. Mateusza przedstawia Chrystusa jako Mesjasza, wywodząc jego genealogię od Abrahama i Dawida. U św. Jana Chrystus jest Słowem, które było na początku i z miłości do ludzi stało się ciałem.

Adwent to okres radosnego oczekiwania. W czasie wyprzedza się coś, co ma się dopiero wydarzyć. Przypomina nam to, że całe nasze życie jest oczekiwaniem i przygotowaniem na spotkanie z Panem. Zapalamy świece adwentowe, przed nami idzie Matka Boska Brzemienna... W Adwencie szczególne błogosławieństwa spotykają matki oczekujące potomstwa.W całej symbolice i ikonografii świąt Bożego Narodzenia macierzyństwo jest niezwykle wyeksponowane. Maryja staje się postacią wiodąca, Święty Józef także jest obecny, ale pozostaje jakby na dalszym planie. Wiąże się to z dominującą w świecie chrześcijańskim teologią matki, w odróżnieniu od islamu, skupionego wokół postaci ojca.

Bóg się rodzi

Kiedy już wiemy, że Chrystus jest poczęty i Maryja ma urodzić, biegniemy zobaczyć, pokłonić się Malutkiemu. I gdzie się Jezus rodzi? W stajni, w ubóstwie i chłodzie. Idzie więc drogami najbardziej poniżonych i zapomnianych. Widzimy również, że pierwsi przy nim są pastuszkowie, którzy nigdy dotąd nie byli w synagodze. Do dziś chodzimy do kościoła na Boże Narodze- nie i na Wielkanoc. Adwent jest jednak bardziej lubiany (Hurra, Chrystus się urodził! Jesteśmy szczęśliwi).

Pan Jezus w żłóbku to dziecko, które nas nie skrzyczy, nie wypomni, nie wyliczy. Idziemy chętniej do dziecka niż do ukrzyżowanego. Bo z krzyża może jeszcze coś powiedzieć, może nas skarcić. A leżącemu w żłóbku śpiewamy Podnieś rączkę Boże dziecię i błogosław. I on to zrobi. Zbliżając się do dziecka, musimy uśmiech z siebie wydobyć, bo kiedy pokażemy grymas, to ono się przestraszy i zacznie płakać. Ale kiedy będziemy bez grzechu - po rekolekcjach i spowiedzi - i nachylimy się nad żłóbkiem z pogodną miną, to zachwycimy się tym Jego prostym spojrzeniem. I jakby w lustrze zobaczymy nasze życie, na obraz i podobieństwo Chrystusa.

Co roku postanawiamy, że będziemy lepsi i godniej przygotujemy się na przyjście Pana. Planujemy, że może w kościele zrobimy szopkę, wstawimy okna, naprawimy dach. Przychodzi kolejne Boże Narodzenie, a my w popłochu staramy się się załatać jakieś dziury. Okazuje się, że tu brakuje ściany, tam wybite okno, a zamiast szopki jedynie pusta grota. I chyba tak już jest, że Bóg wchodzi nie w to co odświętne, ale w zwyczajność i prostotę, nieraz poniszczoną i osłabioną przez grzech. Przychodzi i umacnia nas. Jest chlebem, bez którego nie możemy żyć.

Przy choince jak w Raju

W okresie świąt Bożego Narodzenia powracamy nawet do tej pięknej harmonii, jaką jest drzewo rajskie. Mówi się, że Adam i Ewa zerwali z drzewa jabłko. Dlaczego właśnie jabłko? Ponieważ w krajach południowych jest to owoc rzadki, wyjątkowy. Gdyby przekaz pochodził z innego regionu geograficznego, np. z Europy Północnej, to byłaby to zapewne pomarańcza. Chodzi bowiem o owoc zachwycający i kuszący. I pewnie tym jabłkiem jest właśnie bombka, którą zawieszamy na choince. Mamy więc pięknie przyozdobione drzewko, ktore stoi w jednym szczególnym miejscu w domu. Gromadzimy się wszyscy wokół niego jak w rajskim ogrodzie. Jest spokój, harmonia i radość. Cieszymy się, że ten Raj nie został jednak utracony. Pan Jezus przychodzi, daje nam prezenty. I w tym obdarowywaniu jest piękno, które wyrządzamy najbliższym.

Drzewo życia

Panu Jezusowi składano dary: złoto, kadzidło i mirrę. Złoto było symbolem królewskim (na krzyżu widniał napis w trzech językach: "Jezus Król Żydowski"). Kadzidłem balsamowano ciała, mirra służyła do namaszczenia. Potem złota korona została zastąpiona cierniową; tron - krzyżem. To znaki, że gdzieś świat ukradł Jezusowi koronę, bogactwo i chwałę. Nago się urodził i nago z tego świata odszedł. Żłóbek stał się łożem śmierci, jakby przeniesiony do wyższego wymiaru. Maryja rąbek z głowy zdjęła, i tym co było jej okryciem, otuliła go, w pieluszki powiła... Jezus nic od ludzi nie wziął, a przyniósł tak wiele - pół świata zbawił i wprowadził do Raju. I tak na przemian krzyż staje się drzewem życia, a drzewo życia - krzyżem.

Ten odwieczny cykl znalazł wyraz w dawnych rytuałach i obrzędach. Choinkę trzymano w kościele do święta Matki Boskiej Gromnicznej, a następnie wynoszono i przechowywano gdzieś przy świątyni. Potem z pnia drzewka robiono krzyż. Igliwie zielone palono na popiół, a z gałęzi bocznych pleciono cierniową koronę. A znowu z tego krzyża, który zostawał z Wielkiego Piątku, ciosano żłóbek. Taka jest kontynuacja drzewa życia. Symbolizuje ona usytuowanie człowieka w cyklu liturgicznym - pełnia naszego życia zostaje zamknięta w ramy poszczególnych dwunastu miesięcy.

Zabawa sylwestrowa

to nie zwyczaj pogański

Adwent przygotowuje na koniec. Jest to początek końca czy koniec początku. Boże Narodzenie obchodzimy 25 grudnia, a tydzień później - Nowy Rok. Warto znowu odwołać się do symboliki liczb. Świat został także stworzony przez sześć dni, siódmego dnia Pan Bóg odpoczywał. My zaczynamy już świętować w noc noworoczną. A dlaczego właśnie Sylwester? Musimy przenieść się do Rzymu roku 999. Ostatni rok pierwszego tysiąclecia upływał w atmosferze niepewności i strachu przed zbliżającą się - jak wówczas powszechnie wierzono - Apokalipsą. Na tronie papieskim zasiadł właśnie Sylwester II. Dużo wcześniej z niepokojem zastanawiano się, jakie przyjmie imię. Przepowiednia bowiem głosiła, że kiedy papież przybierze imię Piotr, to nastąpi koniec świata (warto zwrócić uwagę, że dotychczas nie było nawet Piotra II). W dodatku liczba 999 w lustrze odbita daje 666 - apokaliptyczny znak szatana. Po świętach Bożego Narodzenia zaczęły się modlitwy, posty, jałmużna. Zamożni wyzbywali się swoich dóbr, żebracy stawali się bogaczami; jedni się umartwiali, inni ekstatycznie korzystali z uciech życia. 31 grudnia papież, kardynałowie, biskupi wraz z całym Rzymem leżeli przed Bazyliką św. Jana na Lateranie. Przed północą zaczęły bić dzwony. Po 24. uderzeniu zaległa głucha cisza. Nie wiadomo, kto się pierwszy podniósł, kto wydał okrzyk. Zrazu pewnie z niedowierzaniem wstali i jakby upewniając się, że naprawdę żyją, wzajemnie się dotykali. A potem rozpoczęły się wiwaty i radosne celebracje. Na pamiatkę tego wydarzenia odtąd ta noc nazywa się Sylwestrem.

Natomiast 1 stycznia obchodzimy imieniny Mieczysława. A przysłowie na ten dzień mówi: Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. To przestroga, aby nowy rok nie był rokiem wojny, lecz rokiem pokoju. Zawsze pierwszego stycznia Papież wystosowuje orędzie pokojowe, w którym wzywa nas do sprawiedliwego rozliczania porachunków. Bez sprawiedliwości i przebaczenia nie ma bowiem pokoju. Pokoju duszy i pokoju świata.

Ksiądz Jacek Neumann święcenia kapłańskie otrzymał w 1985 roku w Olszynie. Studiował na Uniwersytecie im. Jana Gutenberga w Mainz w Niemczech oraz w Akademii Teologii Katolickiej (obecnie Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) w Warszawie, gdzie w 1999 roku uzyskał doktorat. W latach 2000-2003 kontynuował studia na Wydziale Teologicznym Papieskiego Uniwersytetu Angelicum w Rzymie. Był wikariuszem w parafii św. Mikołaja w Elblągu, proboszczem i kustoszem Sanktuarium Męczeństwa Św. Wojciecha w Świętym Gaju, a także kapelanem sióstr klarysek w Maria Vesperbild w Niemczech i spowiednikiem tamtejszego Sanktuarium Maryjnego.

Obecnie przebywa w Chicago w związku z finalizacją rozprawy habilitacyjnej pt. "Nowe tysiąclecie w przesłaniu milenijnym Jana Pawła II", która w najbliższych miesiącach ukaże się nakładem wydawnictwa Pallotinum w Warszawie. Jest to pozycja główna do hablilitacji (oprócz trzech wcześniejszych publikacji: Dar Bożego Królestwa, Invito alla salvezza nelle parabole di Gesu, Chrystologiczny charakter życia chrześcijańskiego w świetle pism świętej Klary z Asyżu) na Uniwersytecie kardynała Stefana Wyszyńskiego z zakresu teologii dogmatycznej.

*****

Możemy śmiało chodzić po linie, ale kiedy spojrzymy w dół, ogarnia nas panika. Gdy patrzymy w niebo, tego lęku nie ma - widzimy gwiazdy i nie zawiruje się nam w głowie. I chyba warto życzyć sobie na to Boże Narodzenie takiego odważnego spojrzenia w dół, przed siebie. Zobaczymy tam Pana Jezusa małego...

Spisała i opracowała Danuta Peszyńska

Zdjęcia z archiwum ks. Jacka Neumanna

"Jedyna droga do szczęścia wiedzie

poprzez miłość mającą źródło w tobie"

[Ścieżka miłości]

"Ten [boski] plan jest dobry z natury swojej,

zło zaś nie w świecie się rodzi,

ale w moich mniemaniach o świecie."

[O co nas pytają wielcy filozofowie]

W grudniowym tekście muszą zawsze pojawić się życzenia świąteczne i noworoczne, powinno być stosunkowo radośniej niż zwykle, może być nawet trochę podniośle, musi być też z całą pewnością serdecznie.

Nie bardzo wiedząc, jak sobie z tymi wymaganiami poradzić, by nie popaść w retorykę kartki świątecznej, postanowiłem zacytować dwa fragmenty z kompletnie różnych książek, których nikt trzeźwo myślący nigdy ze sobą by nie zestawił. Dzięki temu zabiegowi chciałem uniknąć wielu niezręcznych sytuacji i posądzeń, z których potem trzeba się tłumaczyć. Cytowanie znakomicie chroni przed zarzutem banalności, braku oryginalności, błędnego punktu widzenia czy braku kompetencji - gdyby jednak coś się komuś nie podobało, to zawsze można użyć znanej, pieczeniarskiej frazy: "nie ja to napisałem, nie ja powiedziałem".

Tak asekurowany pragnę przedstawić pierwszy fragment, który znalazłem w zadziwiającej książce Dona Miguela Ruiza pod tytułem "Ścieżka miłości - praktyczny przewodnik po sztuce budowania związków".

Autor jest znany polskiemu czytelnikowi z bestsellerowych "Czterech umów", o których swego czasu napisałem w Monitorze:

Cztery umowy - Księga mądrości Tolteków - Praktyczny przewodnik do wolności osobistej", jest książką o sztuce satysfakcjonującego życia, czyli o metodach i sposobach osiągnięcia stanu zaakceptowania siebie i otaczającej rzeczywistości."

O tym samym, czyli o odkrywaniu naszej prawdziwej natury jest "Ścieżka miłości", w której czytamy:

"Urodziliśmy się z prawem do szczęścia, prawem do radości życia. Nie jesteśmy tu po to, by cierpieć. Jeśli ktoś pragnie cierpieć, proszę bardzo, jednak nie jest to nasz obowiązek - nie musimy cierpieć.

Dlaczego więc cierpimy? Ponieważ cały świat cierpi, więc zakładamy, że cierpienie jest normą. Potem tworzymy sobie cały system przekonań, który utwierdza nas w tej "prawdzie". Nasze religie głoszą, że przybyliśmy tu, by cierpieć, że życie jest padołem łez. Męcz się dzisiaj, wykaż cierpliwość i pokorę, a kiedy umrzesz, zostanie ci to wynagrodzone. Brzmi to ładnie, tyle, że to nieprawda.

Wybraliśmy cierpienie, ponieważ nauczono nas cierpieć. Jeśli nadal będziemy dokonywać takich samych wyborów, nigdy nie przestaniemy cierpieć. [...]

Żyjesz w piekle albo żyjesz w niebie, ale teraz. Piekło i niebo istnieją wyłącznie na poziomie umysłu. [...]

Zwalcz wszystkie pokusy, żeby być tym, kim nie jesteś. Stań się tym, czym jesteś naprawdę. Kiedy się poddasz swojej naturze, temu czym jesteś naprawdę, przestaniesz cierpieć. Kiedy poddasz się swej prawdziwej istocie, poddasz się Życiu, poddasz się Bogu. Poddanie kończy walkę, kończy opór i cierpienie. [...]

Z otwartymi oczami i wolny od ran, stajesz się sceptykiem - nie po to, by pokazać wszystkim, jaki jesteś mądry, i nie po to, by naśmiewać się z ludzi, którzy wierzą w te wszystkie kłamstwa. Nie. Przebudzony, stajesz się sceptykiem, ponieważ rozumiesz, że Sen jest nieprawdziwy. Otwierasz oczy, budzisz się i wszystko staje się oczywiste. [...] Przebudzenie następuje, kiedy zyskujesz świadomość, że to ty jesteś Życiem. Kiedy jesteś świadom, że ty jesteś siłą, która stanowi Życie, wszystko staje się możliwe." [Ścieżka...s.158-166]

A teraz zobaczmy, co o Sceptykach mówi profesor Leszek Kołakowski w swojej niewielkiej, ale fascynującej książce zatytułowanej "O co nas pytają wielcy filozofowie":

"Epiktet na tej wierze metafizycznej [iż Kosmos przemienia się cyklicznie] buduje swoją doktrynę moralną, która nas poraża swoją niezłomną konsekwencją. Rzeczy wszystkie, jak niestrudzenie powtarza, dzielą się na takie, co są zależne od nas, i takie, co są niezależne. Zależne od nas samych jest to, co myślimy, co sądzimy, czego pragniemy, akty woli naszej, ducha naszego; niezależne są nasze ciało i zdrowie, nasze majętności, nasza sława i zaszczyty, nasz żywot cielesny, wszystko to bowiem może nam być odebrane przez los, wszystko jest poddane Przeznaczeniu, nad którym nie mamy władzy.

Jeśli do tych niezależnych rzeczy przywiązujemy wagę, jeśli niepokoimy się o nie, życie nam będzie upływać w ciągłej rozterce, będziemy bogów, ludzi i świat przeklinać, będziemy niewolnikami owych dóbr rzekomych, nieprawdziwych przecież. Kiedy zaś zrozumiemy tę kluczową różnicę, nabędziemy po prostu niewzruszonej obojętności względem wszystkiego, nad czym nie mamy władzy. Wtedy zaś żadna krzywda i żadne zło nie może nas dotknąć, będziemy szczęśliwi, cokolwiek się zdarzy. [...]

Nie te wszystkie zdarzenia bowiem przyprawiają mnie o żal i niepokój, ale moje własne o tych zdarzeniach mniemania, moje fałszywe wyobrażenia. Gdy się tych mniemań pozbędę, jestem wolny, bezpieczny i zadowolony w obliczu wszystkich możliwych ciosów losu". [O co nas...s.57-64]

Oba przytoczone fragmenty, mimo iż pozornie nic ich nie łączy, dają spójne i inspirujące odczytanie stoicyzmu, pełne odkrywczych sprostowań i nowych, niebanalnych stwierdzeń. Można z pewną dozą zdziwienia zauważyć, iż wiele istotnych tez stoicyzmu stanowi fundament całego współczesnego prądu w psychologii i literaturze w ogólności, zwanego nurtem pozytywnego myślenia, literaturą motywacyjną czy samodoskonalenia duchowego. Całe pojęcie afirmacji Przeznaczenia stanowiące "rdzeń stoickiego stosunku do świata"[O co nas pytają ... s.60] jest nieomalże żywcem wzięte od stoików i przeniesione praktycznie w całości do szkoły rozwoju duchowego i samodoskonalenia jednostki w duchu New Age. Oto kilka niezwykłych cytatów z obu książek przytoczonych równolegle:

" [...] afirmacja Przeznaczenia, umiłowanie losu, amor fati. Afirmacja ma być totalna, jeśli jest prawdziwa, a oczywiście może być prawdziwa przy założeniu, że los nie jest bezmyślną grą atomów, ale wcielonym w życie planem boskim. Ten plan jest dobry z natury swojej, zło zaś nie w świecie się rodzi, ale w moich mniemaniach o świecie." [O co nas...s.60-61]

"Zwalcz wszystkie pokusy, żeby być tym, kim nie jesteś. Stań się tym, czym jesteś naprawdę. Kiedy się poddasz swojej naturze, temu, czym jesteś naprawdę, przestaniesz cierpieć. [Ścieżka...s.164]

"Nie te wszystkie [zewnętrzne] zdarzenia bowiem przyprawiają mnie o żal i niepokój, ale moje własne o tych zdarzeniach mniemania. Gdyby się tych mniemań pozbędę, jestem wolny, bezpieczny i zadowolony w obliczu wszystkich możliwości losu.[O co nas...s.59]

"Trudno być kimś, kim się nie jest, stale przekonywać siebie i innych, że jesteś taki, jaki nie jesteś. Starania, aby być kimś, kim się nie jest, pochłaniają całą twoją energię. Bycie sobą nie wymaga żadnego wysiłku." [Ścieżka...s.162]

"Bytem nie rządzi po prostu przyczynowość ślepa, ale ład opatrznościowy, gdzie wszystko ma swój sens i cel". [O co nas...s.58]

"...wszystko co istnieje, jest doskonałe. Jesteś doskonały taki jaki jesteś." [Ścieżka...s.160]

"Innymi słowy, mam losu słuchać, mam los chwalić, jakikolwiek on jest, bo wiem z góry, że układają go bogowie w mądrości i dobroci swojej. Jestem zawsze pogodny, ale nie chełpię się swoją wyższością nad innymi. I to się nazywa życie zgodne z naturą." [s.60]

"Jeśli podejmiesz odpowiedzialność za swoje postępowanie, przyszłość będzie w twoich rękach i możesz żyć w raju." [Ścieżka...s.161]

Dwa kompletnie odmienne kręgi kulturowe dwu zupełnie przypadkowo zestawione ze sobą teksty, skrajnie różne doświadczenia życiowe autorów, kompletnie nieprzystające do siebie tradycje myślenia, a mimo tych zasadniczych różnic obie grupy przytoczonych fragmentów są zadziwiająco podobne i bliskie sobie.

Oba twierdzą przecież jedno:

Będę jak aktor w teatrze [...] jestem zadowolony, jeśli aktorstwo moje jest dobre." [O co nas...s.60]

"Jeśli tworzysz swoje życie z miłością, twój sen staje się dziełem sztuki." [Ścieżka...s.172]

Czego sobie i Państwu Świątecznie i Noworocznie serdecznie życzę!

Zbyszek Kruczalak

D & Z Dom Książki Muzyki i Kawy

Tel. 773-282-4222

Wszystkie cytaty pochodzą z:

"O co nas pytają wielcy filozofowie"

Leszek Kołakowski, Znak, Kraków 2004, s.103.

"Ścieżka miłości, praktyczny przewodnik po sztuce budowania związków"

Don Miguel Ruiz, Galaktyka, 2004, s.175.

Pierwszy śnieg spadł już jakiś czas temu, lodowisko na Michigan Avenue też działa pełną parą, w tym roku powiększone i na pięknym tle otwartego zeszłego lata parku Millenium, State Street przybrana ferią świateł, a wystawa Marshal Field"sa opowiada historię Królewny Śnieżki. Sklepy pełne świątecznego szału zakupowego. Ludzie szykują się do zmiany nastroju na ten trochę lepszy, przygotowują się na częste uśmiechanie i życzliwość. Zima. Święta. Sylwester.

Wprawdzie w okresie Nowego Roku i karnawału perlisty trunek staje się tematem dyżurnym i banalnym, to jednak według milionów osób na całym świecie (wypijających go rocznie około 180 milionów litrów) szampan jest jedynym napojem godnym tego, żeby za jego pomocą świętować wielkie okazje. Racząc się szampanem poczujemy się wykwintnie ze względu na jego wysublimowany smak jak i snobizm, bedący nieodłącznym elementem tego wytwornego i drogiego alkoholu.

Szampan jest jak ambrozja, niedostępny napój bogów greckich.

Działa rownież jak afrodyzjak- niezapomniana kombinacja z truskawkami z filmu "Pretty Woman". Bąbelki uderzają do głowy i przenoszą w świat baśni, oczywiście cena sprowadzi nas szybko na ziemię. Prawdziwy szampan jest towarem luksusowym, na który niestety mało kogo stać. Butelka 0,75 litra czerwonego szampana z dobrego rocznika od najlepszych producentów może kosztować nawet do 2,000 dolarów. Świeżo "wypuszczone" szampany w gorszym roczniku kosztują od 25 do 200 dolarów za butelkę. Bardzo wysoką cenę zawdzięcza temu, że powierzchnia winnic, z których winogrona przerabia się na szampana wynosi tylko około 150 hektarów, a ich właściciele mają monopol na trunek zwany szampanem, więc mogą dowolnie dyktować ceny. Do najsłynniejszych winnic produkujących szampana należą Dom Perignon, Moët, Veuve Cliquot, Ruinart i Roederer.

Zapomnijmy jednak o pieniądzach, istnieją rzeczy, za które warto zapłacić każdą cenę i dobry szampan do nich należy, za co wdzięczni powinniśmy być żyjącemu w XVII wieku mnichowi z szampańskiego (czyli znajdującego się w Szampanii, a nie słynącego z dobrej zabawy) zakonu Benedyktynów Pierrowi Dom Perignon. To właśnie on eksperymentując przez wiele lat na sobie i swoich współbraciach otrzymał wino, które miało bąbelki i na dodatek nadawało się do picia.

Bąbelki zawdzięcza szampan specjalnej metodzie produkcji polegającej na dwukrotnej fermentacji. Pierwszy raz fermentuje w wielkich kadziach, do których jest wlewany zaraz po wytłoczeniu z winogron. Po pewnym czasie to co powstało w kadziach jest filtrowane i przelewane do butelek charakteryzujących się specjalnym kształtem dna umożliwiającym wytrzymanie bez szwanku ciśnienia powstającego gazu. Butelki są przechowywane w piwnicach wydrążonych w wapiennych skałach szyjką do dołu i to właśnie w nich następuje druga fermentacja, w której powstają bąbelki. Proces ten trwa od ośmiu tygodni nawet do kilku lat, następnie do szampana dodaje się cukru i normalnego wina, korkuje, drutuje i wysyła w świat. Powstały w ten sposób napój ma od 8 do 12 procent alkoholu. Na etykiecie szampana nie znajdziemy nazwy szczepu, ale bo też nie ma sensu jej szukać. Wszystkie produkuje się wyłącznie z trzech odmian - chardonnay, pinot noir i pinot meunier, zazwyczaj wymieszanych w najróżniejszych, bardzo starannie dobranych proporcjach. Napis "blanc de blanc"s" oznacza, że trunek otrzymano wyłącznie z białych winogron, czyli chardonnay. Będzie on z reguły finezyjniejszy, lżejszy, wdzięczniejszy od tradycyjnych, natomiast "blanc de noirs", wytwarzany z czerwonych owoców winorośli, charakteryzuje się większym bogactwem i mocą.

O typie wina przesądza zawartość cukru, prawie wszystko więc decyduje się ostatecznie na etapie produkcji zwanym "dégorgement". Jest to zabieg mający na celu usunięcie zgromadzonego przy korku, a powstałego z drożdży, osadu. Butelkę trzeba błyskawicznie otworzyć i równie szybko zakorkować, uzupełniając ubytek trunku taką samą ilością liqueur d"expédition, roztworu cukru trzcinowego, starego szampana, czasem z odrobiną brandy. W przypadku extra-brut dodaje się jedynie szampana, co niekiedy bywa podkreślone dopiskiem "sans dosage". Przy szampanach brut bywa różnie, dobrych roczników nigdy się nie dosładza, dla pozostałych dopuszczalna jest tolerancja od 0,25% do 0,5% cukru.

Ciekawostką jest, że słodki szampan, bardzo modny 100 lat temu, ulubiony trunek na dworze carów Rosji, stracił znacznie na popularności. W Stanach Zjednoczonych i w Anglii nie pije się go prawie wcale, a podobno Winston Churchill, gdy go przypadkiem skosztował, pobiegł zaraz umyć zęby, choć wtajemniczeni twierdzą, że była to sztuczna szczęka. Nie znaczy to przecież, by słodki szampan nie miał swoich amatorów i by zaproponowanie go, oczywiście w sytuacjach deserowych, świadczyło o jakimś braku znawstwa, czy też o nieobyciu towarzyskim.

A propos etykiety: szampana właściwie spożywa się w czystej, nie skażonej postaci, jego temperatura powinna wynosić około 10 stopni Celciusza, dlatego przed podaniem trzeba go schłodzić w kubełku z lodem lub lodówce.

Do tak niezwykłego trunku oczywiście trzeba stosować specjalne kieliszki. Ano właśnie, coupe czy flute? Stary spór, w czym należy pić szampana: w płaskich czarkach na wysokiej nóżce, czy też w długich kieliszkach zbliżonych w kształcie do litery V lub w dużych, przypominających wąskie tulipany, takich jak stosowane do białych win bordoskich? Przeciwnicy flute namiętnie przekonują, że w wąskich i długich naczyniach trunek pieni się zbyt obficie, a jej entuzjaści wykazują, iż w szerokich pucharkach typu coupe bardzo szybko giną bezcenne bąbelki. Jednak flute. Tego rodzaju kieliszki zresztą są dziś używane najczęściej, ale żadna sztywna etykieta w tej materii nie obowiązuje. Szampan kojarzy się ze swobodą, beztroskim rozluźnieniem i nie trzeba mu narzucać żadnych sztywnych ram obyczajowych, choć z uwagi na swą szlachetność zasługuje niewątpliwie na piękną oprawę.

Czym jednak kierować się kiedy jeszcze nie otworzyliśmy zakorkowanej butelki, kiedy jesteśmy w sklepie i mamy ochotę wydać szaloną sumę? Które z napisów na butelce szampana są najważniejsze? Przede wszystkim samo słowo "champagne".

Jak wiadomo, tylko i wyłącznie musujące wina z precyzyjnie określonych rejonów starej francuskiej prowincji Szampanii mają prawo do tej nazwy. Jest ona rygorystycznie przestrzegana. Istnieje na świecie wiele wspaniałych pienistych trunków, różne włoskie frizzante i spumante lub wytworne crémanty luksemburskie, ale prawdziwy szampan jest i będzie tylko francuski i tylko z Szampanii. Dlatego też przezorni wytwórcy umieszczają jeszcze na etykietach nazwy miejsca produkcji i kraju, np. "Bouzy France" czy "Reims France". Kolejna standardowa informacja na naklejce dotyczy typu wina, jego smaku: "extra-brut" lub "brut intégral", lub "brut zéro" - bardzo wytrawny, "brut" - klasyczny wytrawny, "extra-sec" - pomiędzy wytrawnym a półwytrawnym, "sec", określany również jako "gout américain" - półwytrawny, "demi-sec" - półsłodki, "doux" - słodki. Odpowiednie terminy po angielsku, to: "extra-brut", "brut", "extra-dry", "dry", "semi-dry" i "sweet".

Gwarancję autentyczności pochodzenia stanowi sam napis "champagne", czym się więc jeszcze kierować, dokonując wyboru wśród tysięcy butelek? Marką. Handlową marką trunku. Tak się składa, że na ogół będzie nią nazwisko producenta, czasem założyciela wytwórni, niekiedy nazwa firmy. Oto kilka przykładów: Charles Heidsieck, Veuve Clicquot-Ponsardin, Pommery, G.H. Mumm, czy mniej sławni, acz znakomici Duval Leroy, Paul de Richebourge lub Pierre Gimonnet. A co można powiedzieć o winach, które, oprócz słowa "champagne", noszą tylko nazwę miejscowości czy gminy, np. Avize, Ay, Sollery, a nie wymieniają producenta? W zasadzie są to również marki handlowe, tyle że wspólne dla kilku bardzo drobnych wytwórców. Nabywca, jeśli nie jest superkoneserem, musi się liczyć z niespodziankami, tak na plus, jak i minus.

Koneserów wśród nas pewnie jest nie wielu, i pewnie tylko nieliczni przywitają rok 2005 prawdziwym szampanem, ja jednak mam nadzieję, że większość z nas w noc sylwestrową zasmakuje jakichkolwiek bąbelków, a może ten Nowy Rok niosący ze sobą nową dozę nadziei uraczy nas prawdziwie szampańskimi niespodziankami.

Ile razy jadę do Warszawy, tyle razy wracam do literatury. Przede wszystkim dlatego, że pierwsze kroki kieruję do kawiarni "Czytelnika", żeby zorientować się, kto jeszcze okupuje sławne literacko-artystyczne stoliki. Tak też stało się tegorocznej jesieni. Przy sławnym stoliku jak zawsze, jak od lat, zobaczyłam dyrektora Gustawa Holoubka ze sławnym reżyserem i pisarzem Tadeuszem Konwickim. Potem wpadli: Kazimierz Kuc, Janusz Głowacki, Jerzy Gruza, Janusz Morgenstern. A jak któregoś dnia zobaczyłam to całe towarzystwo razem, pomyślałam, że oto jestem świadkiem powstania jakiegoś undergroundowego stowarzyszenia reżyserów. Wizyty te sentymentalnie przenoszą mnie w lata siedemdziesiąte, kiedy jako redaktor siadywałam z autorami, żeby omówić tekst, ale także uczestniczyć w pełnych pasji dyskusjach i podglądać literackie znakomitości tamtych czasów. I teraz czuję tę samą atmosferę, mimo iż czasy się zmieniły, osobistości ówczesne lekko poblakły, a współcześni urzędnicy pobliskich rządowych instytucji traktują to miejsce jako jadłodajnię.

Dobrze chociaż, że w tym samym budynku znalazła nowe miejsce redakcja "Przekroju". Dzięki temu mogłam poznać samego Naczelnego, a obecnie także gwiazdę TV - Piotra Najsztuba. Ten z powodu braku miejsc w porze lunchu skorzystał z mojego stolika i musiał wysłuchać mądrości na temat nowego wystroju pisma, opędzić się przed babską ciekawością oraz przełknąć wraz z kawałkiem kotleta propozycję prywaty. Ale dzięki temu dowiedziałam się, że żyje on z "gadania", a w piśmie jest "zakontraktowanym wyrobnikiem", co świadczyłoby o naprawdę zachodnim podejściu do mediów. Najsmutniejsze to, że nawet "Przekrój" nie chce liczyć na czytelników mojej generacji, tylko, jak wszystko, co się rusza, stawia na młodych. A przecież młodzi nie mają jeszcze sentymentów.

Wracając do literatury. "Czytelnik" ciągle wydaje książki, ale przestawił się raczej na klasyków i skończyły się czasy, gdyśmy wydawali "młodych niepokornych" lub kontrowersyjnych reportażystów. Nowa książka Janusza Głowackiego "Z głowy" ukazała się nakładem wydawnictwa "Świat Książki", chociaż Głowacki pozostał wierny "Czytelnikowi", a właściwie jego kawiarni. Ciekawostką jest też fakt, że Ryszard Matuszewski, krytyk literacki i wieloletni pracownik "Czytelnika", wydał swój "Alfabet" w "Iskrach". A alfabet to niepośledni, gdyż poza wspomnieniami postaci, które po wojnie tworzyły panel decydentów w zakresie literatury polskiej i światowej, to również kawał historii naszego kraju i kultury. Czytając widzę tych, którzy już odeszli, ale ciągle gdzieś przy stolikach kawiarni wydawniczej ich duchy pokutują w mojej wyobraźni. Dlatego wracamy. Niektórzy z zagranicy, niektórzy z zasłużonych emerytur - wracamy do "swoich" stolików, tak jak wraca się do młodości i jej wspomnień. To dzięki niezmienności Janeczki Dróżdż i Jadzi Włodek, które w transformacji znalazły jakoś swoje miejsce, możemy bez bólu rozstania podziwiać zmiany w Warszawie.

Warszawa stale żyje literaturą. Na spotkania z młodymi pisarzami (Masłowską, Kuczokiem, Odiją) przychodzą studenci, piękni, dobrze ubrani, inteligentni. W tym roku od 16 do 24 października odbywał się festiwal literacki pod hasłem "Czyja Europa?" Festiwal ma już swoją historię i tradycję. Odbywa się w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim. Jest ukierunkowany młodzieżowo i lansuje sztukę najmłodszych. Przychodzą młodzi i snobujący się na rozumiejących. W zeszłym roku miałam okazję przyjrzeć się między innymi Dorocie Masłowskiej i Pawłowi Dunin-Wąsowiczowi, który na pytanie, czy ma wydawnictwo, odpowiedział: "mam pieczątkę". I dzięki tej pieczątce wylansował Masłowską, a obecnie wydaje pismo literackie "Lampa", na łamach którego w dalszym ciągu lansuje młodych pisarzy, artystów i muzyków. Miesięcznik w październiku nosi numer 7, czyli niedawno Dunin zaczął i może nawet uda mu się przetrwać.

Warszawa to także podzielone i rozparcelowane środowisko literackie. Kilku prezesów nobliwie nazwanych instytucji, walka o sponsorów i świadomość medialną wydawców, przedzieranie się na rynek promocjami. Stąd tyle imprez poświęconych autorom i książkom. Łącznie z nieśmiertelną " Warszawską Jesienią Poezji" w piwnicach domu Związku Literatów i Staromiejskim Domu Kultury. Istnieje też Mazowieckie Centrum Kul

tury, Stołeczne Centrum Edukacji Kulturalnej, kluby młodzieżowe jak Smolna, Ordynacka i undergroundowe jak Kolekcja czy Piwnice. Jest więc gdzie się wybrać i posłuchać. Okupowany tłumnie przez młodzież "Empik" na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu zyskał konkurenta w postaci klubu "Traffic", który mieści się w dawnym domu Braci Jabłkowskich przy ulicy Brackiej. Na szczęście wśród odbiorców książka ciągle pozostaje w kręgu dobra duchowego, a nie towaru.

Ale warszawska ulica o literaturze nie mówi. Obecną bolączką i tematem są choroby. Każdy na coś narzeka. Zszokował mnie taksówkarz, który na krótkiej trasie opowiedział mi ze szczegółami historię swojej podagry. Trochę to jak "paluszek i główka to szkolna wymówka", żeby nie uczestniczyć, żeby nie brać odpowiedzialności, żeby się wyizolować od elit. I pomimo nowych kolorowych wieżowców, budowanych przez światowych Gigantów, pomimo nowo otwieranych centrów handlowych, wyczuwa się, że drapieżny kapitalizm powoli dogorywa. Przynajmniej w świadomości "ulicy". Coś z tego pojęli politycy ustalając 50% podatek od dochodów najwięcej zarabiających oraz ujawniający coraz to nowe afery, w które zamieszani są przede wszystkim "współcześni posiadacze". No i nie rozgryziesz, dlaczego pomimo trzech rozbiorów górę bierze myślenie bolszewickie.

Na szczęście ulica warszawska tak jak w czasie rozbiorów, wojny, czy PRL-u ma swoje specyficzne poczucie humoru. I nie byłabym prawowitą członkinią tej "ulicy", gdybym nie przytoczyła powiedzonka, że wkrótce "polskie piekło" stanie się faktem bezspornym - jeśli premierem zostanie Rokita, a prezydentem Boruta.

I dzięki temu poczuciu humoru w Warszawie czuję się jak w domu, jakby tych lat rozłąki w ogóle nie było. Sentymentalnie, genetycznie i intelektualnie przynależę. Chociaż na pytanie, jak obecnie jest w Polsce, muszę stwierdzić, że w kraju, w którym Wassermann o wszystkim wypowiada się dodatnio, ludzie "słabują".

Życzę wszystkim zdrowszego Nowego Roku.

Tekst zdjęcia: Bożena Jankowska

Prezentujemy czwartą już listę najbardziej "uznanych" tytułów książkowych jakie ukazały się ostatnio. Jak zapowiadaliśmy w poprzednim wydaniu wraz z publikacją pierwszej listy bestsellerów wydawniczych "Monitora" drukowanie comiesięcznych zestawień najlepszych, najciekawszych, najbardziej popularnych i najgłośniejszych książek bedzie teraz stałym zwyczajem edytorskim "Monitora". Stwarzamy tym samym pierwszą chicagowską listę bestsellerów książkowych. Będzie ona drukowana zawsze w tym samym miejscu w miesięcznej edycji "Monitora", wraz z sekcją zwaną "Monitor - Plus" i będzie zawsze prezentowała piętnaście tytułów wraz ze zdjęciami okładek.

Lista jest przytowowyna na podstawie różnych danych określających popularność poszczególnego tytułu [liczba sprzedanych egzemplarzy, ilość recenzji jakie się ukazały, wpływ adaptacji czy tłumaczenia, popularność oryginału itd.].

Jeśli Państwo macie własne sugestie i chcecie typować tytuły swoich ulubionych książek, zapraszamy do wzięcia udziału w redagowaniu tej listy.

1. SPRAWA HONORU -

DYWIZJON 303 KOŚCIUSZKOWSKI

Lynne Olson Stanley Cloud,

Albatros, 2004

To pasjonująca, błyskotliwie opowiedziana historia polskich pilotów myśliwskich, którzy przyczynili się do uratowania Anglii w czasie bitwy powietrznej w 1940 roku, oraz zdumiewającej zdrady, jakiej dopuściły się Stany Zjednoczone i Wielka Brytania pod koniec drugiej wojny światowej.

Skupiając się na osobach pięciu pilotów słynnego Dywizjonu 303 Kościuszkowskiego, autorzy ukazali, jak ci młodzi Polacy, całym sercem pragnący wyzwolić swoją ojczyznę, weszli do grona najbardziej bohaterskich i skutecznych myśliwców drugiej wojny światowej. Czerpiąc z nieoficjalnego dziennika Dywizjonu 303 - wypełnionego osobistymi relacjami ze starć z nieprzyjacielem - oraz z listów, wywiadów, wspomnień, opowieści i fotografii, autorzy żywo i zajmująco opisali pilotów tej jednostki i ich walkę. Śledzimy losy głównych bohaterów w czasie szkolenia przed wojną, ich dramatyczną ewakuację z Polski do Francji, a po jej upadku do Wielkiej Brytanii, w której, początkowo pogardliwie potraktowani przez RAF, odegrali kluczową rolę w bitwie o Anglię, a ich brawura i umiejętności w bezpośrednich pojedynkach na śmierć i życie z niemieckimi messerschmittami podczas eskortowania alianckich wypraw bombowych przeszły do legendy. Dowiadujemy się też, co spotkało polskich pilotów po wojnie, gdy ich kraj oddano Związkowi Sowieckiemu.

Książka odkrywa przed nami historię Polski w czasie drugiej wojny światowej i dzieje wielotysięcznej armii żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych, walczących u boku aliantów. Opowiada o bezustannych zmaganiach Polaków z Hitlerem i Stalinem, o ich długiej walce o niepodległość i o tragicznym rozwianiu tych marzeń w czasie pokoju, który nastąpił.

Ta mocna, wciągająca i wzruszająca książka jest ważnym uzupełnieniem literatury na temat ostatniej wojny. Dedykowana "Narodowi polskiemu" przeznaczona jest dla czytelników interesujących się historią Polski i Europy, drugiej wojny światowej, polskim lotnictwem i pilotami a zwłaszcza Dywizjonem 303 Kościuszkowskim, kulisami wielkiej polityki, walką Polaków o wolność w latach 1919 - 1989 oraz szczegółami zdrady jakiej wobec Polski dopuścili się alianci.

2. PIĘĆ OSÓB, KTÓRE SPOTYKAMY W NIEBIE

Mitch Albom,

Świat Książki, 2004

Eddie jest weteranem wojennym, który pracuje jako mechanik w wesołym miasteczku. Gdy ginie w wypadku w dniu swoich osiemdziesiątych trzecich urodzin, dowiaduje się, że historia jego życia dopiero się rozpoczyna. Jak się okazuje, niebo nie jest rajskim ogrodem, tylko miejscem, w którym ma spotkać pięć osób. Rozmowy z nimi pokażą mu, dlaczego żył w taki a nie inny sposób.

Albom stworzył zaskakującą, a zarazem niezwykle prostą i budującą wizję nieba. Zmieni ona nie tylko nasze wyobrażenia o zaświatach, ale także uświadomi rzeczywistą wartość ludzkiego życia.

3. RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW - SALON

Waldemar Łysiak,

Nobilis, 2004

W najnowszej książce Waldemara Łysiaka znajdziemy dużo ciekawych i sensacyjnych informacji o "salonowcach" znajdujących się na świeczniku w naszym kraju.

"Pisarz tak wrażliwy jak Łysiak jest genialnym sejsmografem nastrojów społecznych, wydobywa i wypowiada to, co skryte jest głęboko, jeszcze nie artykułowane, niepokoi, porusza, a nawet kieruje zbiorowymi emocjami (...) W polskiej tradycji uważa się, że jeżeli naród nie może mówić własnym głosem, Bóg zsyła mu pisarza. On mówi za naród i w imieniu narodu."

O Waldemarze Łysiaku - Józef Dudkiewicz, amerykański (polonijny) publicysta i edytor.

4. GALERIA POTWORÓW

Agnieszka Osiecka,

Prószyński i s-ka, 2004

Książka ta to świat Agnieszki Osieckiej, przez nią opisany. Opowieść ta była publikowana w odcinkach w tygodniku "Polityka" (1988-1992), a dziś po raz pierwszy ukazuje się w formie książkowej, wzbogacona o fotografie i przypisy.

5. WSRÓD ZNAJOMYCH

Leszek Kołakowski,

Znak, 2004

Zbiór tekstów, które powstały przy rozmaitych okazjach. Opowieści o różnych osobach, żyjących i zmarłych, ważnych w życiowej drodze prof. Kołakowskiego.

Powiodło mi się w życiu nadzwyczajnie, bo tylu ludzi niezwykłych udało mi się znać. Byli wśród nich akademicy wszystkich możliwych profesji, lekarze i inżynierowie, pisarze i poeci, aktorzy i reżyserzy filmowi i teatralni, malarze i rzeźbiarze. Byli też politycy różnych odmian, między innymi przywódcy komunistyczni i przywódcy trockistowscy, a także szpiedzy. Byli również księża i kardynałowie, ludzie różnych wiar i religii, byli teozofowie i znawcy okultyzmu. Wolno mi doprawdy uważać się za wybrańca losu, iż mogłem tylu ludzi interesujących znać i uczyć się od nich.

6. KOD LEONARDA DA VINCI

Dan Brown,

Albatros, 2004

Ta książka będzie dla miłośników spiskowych bajek świetną zabawą. "Łyka się" ją za jednym zamachem. Zagadki z podwójnym dnem są specjalnością Browna. Dan Brown jest niewątpliwie miłośnikiem spiskowych teorii dziejów.

Robert Langdon, szacowny wykładowca Harvardu i specjalista od symboliki religijnej, znany już polskim czytelnikom z "Aniołów i demonów", jest podejrzany o morderstwo kustosza Luwru. Ofiara zabójstwa Jacques Sauniere pozostawił wskazówki, które podobno dotyczą mordercy - ciąg liczb i anagram. Z przekazu zmarłego Langdon domyśla się, że był on tajnym strażnikiem najbardziej chyba poszukiwanej relikwii chrześcijaństwa Świętego Graala. Kilkudniowy pobyt profesora z wykładami w stolicy Francji zamienia się w pościg, a w śledztwie - podobnie jak w "Aniołach i demonach" - wspiera go piękna kobieta, tym razem Sophie Neveu, kryptograf i wnuczka zamordowanego. Absolutny przebój sezonu.

7. Z GŁOWY

Janusz Głowacki,

Świat Książki, 2004

Głowacki to mistrz celnej anegdoty, i gdyby chcieć zacytować najlepszą, trzeba by przepisać wszystkie! Podobno został krytykiem, by dopiec swoim profesorom-aktorom, którzy go wyrzucili ze szkoły teatralnej, a pisarzem, by mieć powodzenie u kobiet jak Marek Hłasko... O swoim ciekawym życiu opowiada w krótkich, zwartych epizodach, z ogromnym poczuciem humoru, ale i z bezlitosnym dystansem do siebie i do innych. Dziesiątki historyjek z rodzinnego PRLu i Nowego Jorku, w którym mieszka od lat, powodują, że od lektury trudno się oderwać. "Z głowy" jest jak legendarny SPATIF, w którym dyskutowało się Heideggera i aktualny kurs dolara, szanse odzyskania niepodległości i napicia nie rozcieńczonego jarzębiaku, zrobienia dobrego filmu i okradzenia bogatego Szweda przy barze. Powstała autobiografia, która dla jednych będzie kolejnym wielkim skandalem mistrza prowokacji, a dla drugich - samym życiem.

8. POWSTANIE "44

Norman Davies,

Znak, 2004

W przedmowie do wydania polskiego Norman Davies pisze: "Po pierwsze uważałem, że sprawą o podstawowym znaczeniu jest umieszczenie Powstania na tle długiej chronologii zdarzeń i uwzględnienie faktów, które nastąpiły przed rokiem 1944 i później. Główny trzon książki objął zatem okres od roku 1939 do roku 1956, z dość obszernym rozszerzeniem narracji na czas od roku 1956 do dziś. Po drugie dosyć szybko doszedłem do przekonania, że podstawową wadą istniejących opracowań - zwłaszcza w przypadku polskich autorów -jest minimalizacja roli sojuszu aliantów, do którego Polska przecież należała, i kierowanie krytyki niemal wyłącznie przeciwko bezpośrednim polskim uczestnikom dramatu. W rezultacie przeanalizowałem wydarzenia i niedociągnięcia agend działających nie tylko w Berlinie i w Warszawie, ale także w Londynie, Waszyngtonie i Moskwie. Ostatecznie zdecydowałem, że podstawowe pytanie, jakie należy postawić, brzmi nie "dlaczego powstańcy nie zdołali osiągnąć swoich celów?", lecz "dlaczego w ciągu dwóch miesięcy wahań i deliberacji zwycięscy alianci nie zorganizowali pomocy?". Książkę Daviesa otwiera piękna dedykacja: "WARSZAWIE oraz wszystkim, którzy walczą z tyranią bez względu na wszystko". Dzieło - bardzo obszerne - składa się z trzech podstawowych części: "Przed Powstaniem", "Powstanie" i "Po Powstaniu", treść poszczególnych rozdziałów uzupełniają - podobnie jak wcześniej w "Europie" - "migawki" i "kapsułki". Całość zamyka "Raport przejściowy", w którym autor sformułował swoje wnioski. Sensacja wydawnicza w Polsce.

9. ZERWAĆ PĄKI, ZABIĆ DZIECI

Kenzaburo Oë,

Amber, 2004

Trwa wojna. Ewakuowani do górskiej wioski chłopcy z domu poprawczego są traktowani przez wieśniaków jak wrogowie - poniżani, bici, a wreszcie pozostawieni samym sobie w odciętej od świata osadzie. W obliczu głodu, zarazy i śmierci muszą stworzyć własne prawa, które pozwolą dzieciom przeżyć dorosły koszmar. Znakomita, wstrząsająca powieść japońskiego laureata literackiej Nagrody Nobla o nieskończonej i niemożliwej do pokonania samotności, nawet w obliczu miłości.

10. PODRÓŻE Z HERODOTEM

Ryszard Kapuściński,

Znak, 2004

Kiedy Ryszard Kapuściński wyruszał w swoją pierwszą zagraniczną podróż, dostał w prezencie "Dzieje" Herodota. Dzieło starożytnego historyka towarzyszyło mu w wędrówkach po Indiach, Chinach, Azji Mniejszej i Afryce. W swojej najnowszej książce sławny reporter opowiada o wielu fascynujących wydarzeniach politycznych i historycznych, których był naocznym świadkiem, zestawiając je z faktami opisywanymi przez Herodota. Zastanawia się, jak sposób podróżowania, przekazywania wiadomości i opisywania dziejów wpływa na rozumienie świata. I choć wydawać by się mogło, że od czasów Herodota w pracy reportera zmieniło się prawie wszystko, to jednak i współcześnie, mimo natłoku informacji z różnych części globu, trudno zrozumieć bieg historii. Dla tych, którzy chcą podjąć ten wysiłek, książka Ryszarda Kapuścińskiego jest wspaniałym przewodnikiem, przede wszystkim dlatego, że nie udziela gotowych odpowiedzi, a uczy stawiać mądre pytania.

11. ACHAJA - tom 3

Andrzej Ziemiański,

Fabryka Słów, 2004

Kolejny tom bestsellerowej serii. Tym razem Cesarstwo Luan atakowane jest przez królestwo Troy i przez armię niewielkiego Arkach. Wydawałoby się, że z oddziałami tego ostatniego rozprawi się bardzo szybko. Nikt w Luan nie sądzi, że cokolwiek może zachwiać potęgą Tradycji i Zakonu. Nikt oprócz tych, którzy już przeszli na stronę Biafry i Zaana? Achaja sądzi, że odnalazła swoje miejsce. Ale Biafra ma wobec niej inne plany: jej ręka, ręka księżniczki Arkach i Troy, stanie się kartą przetargową w politycznej grze z Zakonem, cesarstwem i księciem Orionem. Stary świat legł w gruzach. Jaki będzie nowy?

12. TWIERDZA SZYFRÓW

Bogusław Wołoszański,

Wołoszański Sp. z o.o., 2004

Akcja książki rozgrywa się pod koniec II wojny światowej - Jest styczeń 1945 roku. Z ośrodka kryptologicznego, jaki Niemcy założyli w Jeleniej Górze, przenosząc tam tajny oddział Pers "Z" z bombardowanego Berlina, młody naukowiec Hugo Jörg zostaje oddelegowany do zamku Czocha, miejsca osłoniętego największą tajemnicą. Jak mówi profesor Schauffler, szef ośrodka : "Pers"Z" ma jądro tak tajne, że nawet on wszystkiego nie wie". W zamku Niemcy umieścili zespół naukowców i urządzenie, które potrafi odczytywać radzieckie szyfry tzw. jednorazowe. Stało się to możliwe w wyniku nagminnego nie przestrzegania przez radzieckich szyfrantów w okresie wielkich klęsk przełomu lat 1941/42 podstawowej zasady jednorazowego użycia tych szyfrów. Niemcy uzyskują dostęp do największych tajemnic. Radziecki wywiad podejmuje próby zdobycia tego urządzenia. Do wyścigu włącza się wywiad aliancki, którego zespół, Target Intelligence Committee (TICOM), dowodzony przez komandora Howarda Compaigne"a dociera do zamku, dzięki pomocy Jörga. Jednakże nad sytuacją panuje szef ochrony tej najtajniejszej placówki SS-Obersturmbannführer Globcke. Czy on, wykorzystując uczucia i słabości swoich przeciwników, wygra?

Akcja powieści, oparta na faktach, rozgrywa się:

- w Nowym Jorku, gdzie działają radzieccy szpiedzy wkradający atomowe tajemnice, korzystając z naiwności naukowców zatrudnionych w Las Alamos,

- w Paryżu, skąd wyrusza misja TICOM,

- w zamku Czocha,

- w tajemniczym podziemnym kompleksie "Riese" w Górach Sowich, którego częścią są lochy zamku Książ. Tam też pozostaje ukryta największa tajemnica drugiej wojny światowej.

13. POLACTWO

Rafal A. Ziemkiewicz,

Fabryka Słów , 2004

"Chamuś w gumofilcach, podkoszulku i beretce, jak z satyrystycznych rysunków Krauzego, stał się polskim bożkiem i wyrocznią. To on mówi elitom, czego chce naród. To pod jego kątem układa się polityczne programy, to na jego rozum przykrawają świat media. Nawet Kościół, przestraszony wybuchem antyklerykalizmu w początku lat dziewięćdziesiątych i nieskrywaną gotowością chamusia do przetrzepania biskupich szkatuł, pilnie uważa, by nie narazić mu się zbyt rygorystycznym stawianiem spraw."

14. HISTORIA RODZINY RCCAMATIO

Yann Martel,

Znak, Listopad 2004

Nowa książka autora Życia Pi! Yann Martel po raz kolejny dowodzi siły swojej wyobraźni i talentu do snucia opowieści, których nie sposób zapomnieć. Tym razem daje również olśniewający pokaz różnorodności. W Historii rodziny Roccamatio zawierają się cztery głęboko poruszające opowieści, jedna bardziej niezwykła od drugiej. Pomysłowość Martela i przyjemność, z jaką bawi się językiem, dorównują tylko jego darowi do stwarzania postaci, które stają się czytelnikowi bardzo bliskie.

"Musicie teraz zrozumieć, że nie poznacie historii rodziny Roccamatio z Helsinek. Pewne intymne szczegóły nie powinny nigdy wychodzić na światło dzienne. Wystarczy świadomość, że istnieją, i to wszystko. Opowiadanie o rodzinie Roccamatio przysparzało nam trudności, zwłaszcza w miarę upływu lat w naszej historii. Rozpoczęliśmy silni i dzielni, spierając się przez cały czas i przerywając sobie nawzajem, zaskakując wzajemnie naszą pomysłowością i oryginalnością, zaśmiewając się często - ale odtworzenie rzeczywistości bywa bardzo męczące, gdy nie jest się w pełni sił. Paul nie tyle był niechętny (...), ile po prostu brakowało mu sił. Męczyło go nawet słuchanie".

Małe arcydzieło...Tekst na tyle poważny i przekonujący, że należy go po prostu przeczytać.

15. W CIENIU INKWIZYCJI

Arturo Perez-Reverte,

Muza S.A., 2004

Opowieść o Hiszpanii pierwszej połowy XVII wieku. Na tronie zasiada młody, niemający na nic wpływu, Filip IV, wnuk potężnego Filipa II. Dwór habsburski powoli staje się labiryntem intryg, podchodów, wzajemnych świństw. Z jednej strony sprawujący rządy kanclerz, z drugiej sekretarz królewski, uprawiający własną podstępną politykę ramię w ramię ze złowieszczym inkwizytorem. Na skrzyżowaniu tych dwóch ośrodków władzy znajduje się Diego Alatriste y Tenorio, czterdziestoparoletni szermierz, wytrawny żołnierz. W czasie gdy nie jest na wojnie, dorabia, pojedynkując się w cudzych sprawach. Małomówny, raczej sceptyk, zna życie od najgorszej strony i może dlatego zachowuje wciąż elementarne zasady moralne.

opracowanie: Zbyszek Kruczalak

D & Z Dom Książki Muzyki i Kawy

Tel. 773-282-4222

www.domksiazki.com

W poprzednim numerze "Monitora" podałem kilka przykładów planowania podatkowego jako legalnej działalności, która w ramach istniejących przepisów prawnych ma za zadanie zmniejszyć podatek dochodowy. Oczywiście, przykłady można mnożyć w nieskończoność, dlatego staram się podawać przykłady dotyczące możliwie jak największej ilości podatników. Im bardziej skomplikowana jest sytuacja podatkowa lub majątkowa podatnika, tym bardziej skuteczne może być planowanie podatkowe. Niemniej jednak, nieruchomości, zwłaszcza własny dom, muszą stanowić jedną z najbardziej dyskutowanych instancji planowania podatkowego w życiu przeciętnego rezydenta USA. Swoją drogą, zastanawia mnie fakt, że ciągle wielu ludzi mówi o jednorazowym zwolnieniu podatkowym z zysku osiągniętego ze sprzedaży własnej rezydencji i konieczności kupienia następnego domu o takiej samej lub większej wartości. Jest to stare prawo, które już nie obowiązuje od roku 1997, a więc 7 lat! Teraz można kupować i sprzedawać personalne rezydencje co dwa lata w nieskończoność (lub raczej do śmierci podatnika) i nie płacić podatku od zysku do $250,000 na podatnika ($500,000 na parę małżeńską) pod warunkiem, że używaliśmy tego domu do zamieszkania przez jakiekolwiek dwa lata z ostatnich pięciu. Nie ma konieczności kupienia następnego domu po sprzedaży poprzedniego! Amerykański Kongres chce zrobić z nas wszystkich właścicieli domów (lub mieszkań) i dlatego prawie dwa lata temu zmienił prawo dotyczące płacenia podatku od personalnej rezydencji używanej do prowadzenia biznesu. Stare prawo w takim przypadku mówi, że należy płacić podatek na tę część zysku od sprzedaży personalnej rezydencji, która była używana do prowadzenia działalności gospodarczej (i odpisywana w rozliczeniach). Nowe prawo stwierdza, że nasza personalna rezydencja jest również zwolniona od płacenia podatku od zysku, nawet gdy używaliśmy własnego domu w 90% na biznes (obowiązują te same limity, $250,000 na osobę, $500,000 na parę małżeńską). Jedyny podatek, który płacimy w takim przypadku, to podatek od tzw. "recapture of depreciation", czyli skumulowanej amortyzacji, którą braliśmy każdego roku. Wyjaśni to następujący przykład. Załóżmy, że John prowadzi biznes kontraktorski i używa własnego domu jako biura. Dom był kupiony w roku 2003 za $500,000 i wartość działki w dniu kupna wynosiła $110,000. John pomierzył powierzchnię domu używaną na biznes i odpisuje 30% domu na biznes. W roku 2007, po dokładnie czterech latach, John sprzedaje dom za $750,000. Koszta closingu i remontów w domu Johna wynoszą $50,000, a więc zysk Johna na domu wynosi $200,000. Według starych reguł, John musiałby płacić podatek na dochód $100,000 ($200,000 całkowitego zysku razy 30% plus skumulowana amortyzacja w wysokości $40,000). Amortyzację domu obliczamy następująco: od ceny kupna odejmujemy wartość działki ($110,000) i dzielimy przez 39 lat, co daje nam $10,000 amortyzacji na rok, a więc $40,000 przez cztery lata.

Według nowych reguł, John musi płacić podatek tylko na amortyzację, którą sobie odpisywał każdego roku, a więc na $40,000 dochodu, a nie na $100,000 według starego prawa. Osobom kontemplujących używanie biura w domu dla celów podatkowych chciałbym przypomnieć, że kryteria odciągania wydatków na "home office" (biuro w domu) się nie zmieniły; i tak jak dawniej, jeżeli mamy biuro gdzie indziej i używamy również pokoju w domu do biznesu, IRS nie pozwoli na odpis "home office".

W specyficznych sytuacjach możemy skorzystać ze zwolnienia z tytułu użytkowania personalnej rezydencji przed upływem dwóch lat od zamieszkania. Dotyczy to sytuacji, gdy musimy zmienić dom z powodów zdrowotnych, zmiany miejsca pracy, lub innych nieprzewidzianych sytuacji, takich jak rozwód, pożar itp. W takich przypadkach korzystamy z proporcjonalnego zwolnienia. Przykładowo, gdy mieszkaliśmy półtora roku w sprzedanym domu, czyli 75% od dwóch lat, nasze zwolnienie wynosi 75% od $250,000 na osobę, czyli $187,500. Tak jak poprzednio na biuro w domu płacimy tylko podatek od amortyzacji.

Nie należy się dziwić, że paragraf 121 kodeksu podatkowego dotyczący zysków ze sprzedaży własnego domu stał się bardzo popularny wśród tzw. "fixer-uppers" lub "rehabbers", czyli po polsku, ludzi zajmujących się remontami domów we własnym zakresie. Trzeba przy tym wspomnieć, że okres dwóch lat kwalifikujący do ulgi podatkowej, liczy się od momentu wprowadzenia do własnego domu, nie od dnia kupna. Jeżeli więc kupimy działkę i wybudujemy nowy dom do zamieszkania, IRS prawdopodobnie nie uwzględni naszych stwierdzeń, że wprowadziliśmy się już po wybudowaniu czterech ścian i dachu, lecz możemy tak już twierdzić po uzyskaniu tzw. "occupancy permit" pozwalającego nam na zamieszkanie.

W jaki sposób przesunąć lub uniknąć płacenia podatku w przypadku sprzedaży domu czynszowego lub używanego w całości na biznes? Możemy skorzystać z tzw. "1031 exchange" inaczej zwanej "Starker exchange". Należy w takim przypadku kupić następny dom o podobnym stopniu użytkowania (a więc dom na biznes lub do wynajmu) w przeciągu sześciu miesięcy od sprzedaży starego, przy tym należy zidentyfikować nowy dom w przeciągu 45 dni. Nie wolno włożyć pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży na własne konto, należy je powierzyć jednej ze specjalnych firm powierniczych tzw. "1031 exchange qualified intermediary". Są to przeważnie duże firmy, które są zabezpieczone ubezpieczeniem na kilkadziesiąt milionów, korzystanie więc z usług "qualified intermediary" nie powinno stanowić problemu. W specjalnych przypadkach, korzystając z pomocy "1031 exchange qualified intermediaries" można kupić nowy dom przed sprzedażą starego. Chciałbym przy tym ostrzec czytelników, że planowanie należy zacząć przed "closing date" i "qualified intermediary" musi być powiadomiony również przed tą datą, żeby rozpocząć odpowiednie przygotowania. Jeśli odbierzemy czek po closingu i dopiero wtedy zaczniemy myśleć o "1031 exchange", cała transakcja straci swoją ulgową charakterystykę.

Należy pamiętać, że "1031 exchange" jest instrumentem, który przede wszystkim umożliwia przesunięcie podatku od zysku na lata późniejsze. Całkowite lub częściowe uniknięcie podatku można uzyskać tylko w dwóch przypadkach: śmierci podatnika lub wprowadzenia się podatnika do domu używanego przedtem jako dom biznesowy. Wyjaśnię to na następującym przykładzie.

Mark i Monica mieszkają w Illinois i korzystają z "1031 exchange" przy sprzedaży swojego domu czynszowego i przenoszą zysk wynoszący $200,000 na nowy dom używany również do wynajmu. Po kilku latach sprzedają nowy dom z zyskiem $150,000 i kupują następny dom czynszowy korzystając z "1031 exchange". Przez cały ten okres Mark i Monica nie płacą jakiegokolwiek podatku od zysków. Po roku Mark i Monica postanawiają przenieść się do Kalifornii i sprzedać swój trzeci dom czynszowy. Na domu tym zarabiają $50,000, przy tym nie zamierzają kupować następnego domu czynszowego. Co się dzieje w takim przypadku? Mark i Monica płacą podatek od skumulowanych zysków z trzech domów, a więc od $400,000. Jedynym sposobem na uniknięcie podatku w ogóle jest śmierć podatnika, a więc nietrudno zauważyć, że "1031 exchange" jest bardziej korzystne dla starszych podatników, którzy po przeprowadzeniu bezpodatkowej transakcji zamierzają trzymać ostatni dom do swojego zejścia z tego świata. Jeżeli cały majątek podatnika nie przekracza $1,500,000 na osobę w dniu śmierci, nie ma także podatku spadkowego, a więc zyski nigdy nie będą opodatkowane!

Zwolnienie częściowe uzyskujemy w przypadku kupienia domu biznesowego i po pewnym czasie zamiany tego domu na prywatną rezydencję. Tak więc wracając do Marka i Moniki, załóżmy, że kupują swój czwarty, kolejny dom do wynajmu w Kalifornii, korzystając z "1031 exchange" i po pewnym czasie wprowadzają się do niego. Jeżeli podatnicy mieszkają w tym domu przez co najmniej dwa lata i czekają pięć lat ze sprzedażą, wtedy otrzymują zwolnienie $500,000 od zysków. Należy pamiętać o tym, że domu nie wolno sprzedać przed upływem pięciu lat i nawet, gdy zostanie wykorzystane zwolnienie podatkowe w wysokości $500,000, trzeba płacić podatek od "recapture of depreciation", czyli skumulowanej amortyzacji branej przez podatników po 5 maja 1997 roku. Załóżmy, że Mark i Monica zarobią na swoim domu w Kalifornii $100,000, a więc skumulowany zysk na wszystkich domach wynosi $500,000. Mark i Monica mieszkali w swoim kalifornijskim domu przez trzy lata i trzymali go przez pięć lat od daty kupna. Nie płacą oni podatku od zysku, jedynym podatkiem, który muszą zapłacić jest podatek od "recapture of depreciation", amortyzacji branej po 5 maja 1997 roku. Załóżmy, że amortyzacja ta wynosi $60,000, a więc zamiast płacić podatek na $500,000 Mark i Monica płacą podatek od $60,000, przy tym maksymalna stopa podatkowa na tego typu dochody wynosi 25%. W opisie tego przypadku użyłem przeprowadzki do Kalifornii celowo, żeby odróżnić ostatni dom od innych; jednak Mark i Monica wcale nie muszą się przeprowadzać do innego stanu lub miasta, żeby skorzystać z tego samego zwolnienia podatkowego.

Jeżeli pomimo wszystko zamierzamy sprzedać ostatnią nieruchomość i nie kupować następnej należy przynajmniej odczekać rok ze sprzedażą. Kwalifikujemy się wtedy na niższą stopę podatkową w wysokości maksymalnie 15% na zyski kapitałowe i 25% na amortyzację braną po 5 maja 1997 roku.

Nietrudno zauważyć, że prywatne domy oferują największe możliwości całkowitego lub częściowego uniknięcia podatków od dochodów dla przeciętnego podatnika. Paragraf 121 kodeksu podatkowego prawdopodobnie stworzył całkiem nową klasę drobnych przedsiębiorców, tzw. "rehabbers", którzy korzystając z ulgi podatkowej remontują lub nawet budują nowy dom od nowa i sprzedają go co dwa lata. Boom budowlany z ostatnich lat miał przynajmniej częściowo paragraf 121 jako jeden ze swoich inicjatorów. Jedyną niedogodnością może wydawać się fakt, że należy zmieniać swoje miejsce zamieszkania wraz z każdym nowym domem. Ale biorąc pod uwagę, że możemy zarabiać do $500,000 na małżeństwo co dwa lata nie płacąc podatków od dochodów, czyż nie jest to godziwy sposób na zrealizowanie American Dream?

Autor artykułu, Andrew Chołowicz, CPA

jest właścicielem biura rozliczania podatków i księgowości C&M Tax & Accounting Services, Inc.,

6906 W. Belmont, Chicago IL 60634

Tel. (773) 545-9990

Na półkuli północnej sezon świąteczny zbiega się z początkiem kalendarzowej zimy (tak, tak na półkuli południowej jest początek lata, a święta przebiegają bez śniegu). Oddalenie od bliskich, krótsze dni, brak odpowiedniego naświetlenia, zbliżające się Święta Bożego Narodzenia powodują, że wielu z nas doświadcza zaburzeń nastroju, które mogą w prawie niedostrzegalny sposób przekształcić się w depresję.

Definicja depresji, oprócz obniżonego nastroju, obejmuje również utratę radości i zadowolenia z czynności i rzeczy, które zazwyczaj sprawiały nam przyjemność (anhedonia). Obniżonemu nastrojowi i anhedonii muszą towarzyszyć jednocześnie co najmniej cztery z poniższych cech dodatkowych: zaburzenia apetytu (nadmierny lub też jego brak), zaburzenia snu (brak snu lub nadmierna ospałość), zmęczenie (nadmierne, nieproporcjonalne do wysiłku), zaburzenia psychiczno-ruchowe (nadmierna aktywność, drażliwość lub też obniżenie aktywności), obniżenie poczucia własnej wartości, zaburzenia koncentracji, pamięci, brak zdecydowania w podejmowaniu decyzji, myśli samobójcze. Objawy te powinny trwać co najmniej dwa tygodnie. Powyższe objawy trwające powyżej dwóch lat określa się nazwą dystymii.

Przyjmuje się, że w społeczeństwie amerykańskim 5-20% całej społeczności doświadczy depresji w swoim życiu. Depresja występuje u dzieci i u ludzi starszych, ale najczęściej dotyczy ludzi około czterdziestki, a kobiet częściej niż mężczyzn. Pomimo tego, że co czwarta wizyta w gabinecie medycznym odbywa się z powodu depresji, 30-50% przypadków nie jest rozpoznawanych prawidłowo i nie jest leczonych.

Jest to choroba powodowana przez wiele czynników środowiskowych i zdrowotnych, ale ogólnie przyjmuje się, że wywołują ją zaburzenia w układzie neuroprzekaźników i ich receptorów w naszym mózgu. Serotonina (przeciwdepresyjny przekaźnik), noradrenalina (hormon walki i ucieczki), dopamina (odpowiedzialna również za schizofrenię i chorobę Parkinsona) są podstawowymi neuroprzekaźnikami odpowiedzialnymi za objawy depresji. I tak na przykład obniżenie ilości noradrenaliny powoduje spowolnienie i ospałość, natomiast zmniejszenie serotoniny powoduje nadmierną drażliwość, agresję, i myśli samobójcze.

Neuroprzekaźniki wywołują powstawanie bodźców nerwowych w komórkach mózgu poprzez połączenie się ze swoimi receptorami. Zaburzenia w koncentracji tychże receptorów na wypustkach komórek nerwowych są również odpowiedzialne za powstawanie depresji. Jak z powyższego opisu wynika, depresja jest chorobą psychiczną powstajacą w wyniku zaburzeń na poziomie molekularnym komórki, a co się z tym wiąże, jest to choroba organiczna (mózgu), tak jak każda inna choroba somatyczna. Dzięki wiedzy na temat zależności pomiędzy neuroprzekaźnikami i ich receptorami, współczesna medycyna wykształciła nowe koncepty leczenia depresji, jak też i nowe leki, bardziej skuteczne, i o małym potencjale wywoływania objawów ubocznych.

Depresję możemy podzielić na jednobiegunową (unipolar) i dwubiegunową (bipolar), nazywaną również cyklofrenią. Przy chorobie dwubiegunowej okresy depresji są oddzielone od siebie okresami nadmiernej aktywności (manii lub hypomanii). Niektóre postacie depresji są dziedziczne.

Wystąpienie depresji jest najczęściej poprzedzone przez znaczny stres (zgon bliskiej osoby, rozwód), ale może też towarzyszyć większej ilości stresorów zbiegających się w jednym czasie (na przykład egzaminy w szkole, trudna sytuacja finansowa, choroba). Depresja poporodowa dosyć często towarzyszy młodym matkom nawet po porodzie bez żadnych komplikacji.

Wystąpieniu depresji sprzyja historia depresji, samobójstw, alkoholizmu i nadużywania narkotyków w najbliższej rodzinie. Choroby przewlekłe, migrenowe bóle głowy, ból przewlekły (plecy!), choroba wrzodowa żołądka, brak snu, stres, dojrzewanie, okres menopauzy, zawały serca i udary mózgu również sprzyjają powstawaniu depresji.

Ze względu na różnorodność objawów, depresje można pomylić z organicznymi chorobami mózgu, zaburzeniami hormonalnymi (niedoczynność lub nadczynność tarczycy), cukrzycą, niewydolnością nerek, wątroby, brakiem witaminy B12, niedoborem kwasu foliowego, objawami ubocznymi używania leków, lub też objawami odstawienia leków, nadużywaniem alkoholu i narkotyków, jak też ich odstawieniem.

Do leczenia depresji używa się psychoterapii i farmakoterapii. Z leków stosowanych obecnie najbardziej popularne są leki należące do grupy tak zwanych wybiórczych inhibitorów wyłapywania serotoniny (SSRI- selective serotonin reuptake inhibitors). Najpopularniejszymi lekami z tej grupy są Prozac, Zoloft, Paxil, Lexapro. W niektórych postaciach depresji hipnoza lub fototerapia (przebywanie w pomieszczeniach silnie oświetlonych) mogą przynieść pacjentom poprawę. W przypadkach odpornych na leczenie ciągle jeszcze można zastosować elektrowstrząsy. Pacjenci mający myśli i plany samobójcze powinni być leczeni w szpitalu. Najbardziej popularnym lekiem do leczenia cyklofrenii pozostaje lit (lithium).

Pomimo dużej ilości dostępnych leków do leczenia depresji na rynku, każdy pacjent wymaga indywidualnego leczenia. Indywidualizacja leczenia dotyczy wyboru odpowiedniego leku, ustalenia najlepszej dawki, jak też długości leczenia. O tym, czy dany lek jest nieskuteczny często można stwierdzić dopiero po kilku tygodniach. Niektóre leki przeciwdepresyjne mają bardzo powolny początek działania, a wycofywanie się z nich również powinno przebiegać stopniowo. Długość terapii trwa najczęściej kilka miesięcy (6-12), ale niektórzy pacjenci obawiając się nawrotu choroby, po zaprzestaniu leczenia wymagają długoletniego podawania leków. Sama świadomość, że istnieje lek, na który można liczyć w przypadku nawrotów, znacznie poprawia nastrój pacjentom. Niestety, nawroty zdarzają się często. Podawanie niektórych suplementów razem z lekami przeciwdepresyjnymi może mieć niebezpieczne komplikacje (szczególnie dziurawca - St. John"s wort).

Do dzisiejszego artykułu dołączam dwa kwestionariusze na wykrywanie i potwierdzenie obecności depresji. Mam nadzieję, że szybko się z nimi Państwo uporacie. Połączenia telefoniczne do Polski są coraz tańsze, święta miną szybko, a do wiosny już niedaleko.

Jak mawia Spongebob, bohater bardzo popularnej, szczególnie wśród dzieci kreskówki, jutro będzie lepszy dzień, a jeżeli nawet nie, to jak wykazują badania, jutro będzie nowy dzień.

Wszystkim czytelnikom "Monitora", a szczególnie tym, którzy znajdują się z daleka od najbliższych, życzę miłych, spokojnych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia.

Doktor medycyny Błażej Łojewski, M.D. 

(Blazej Lojewski)

Masz rodzinę w Polsce, której pomagasz finansowo? Jesteś zmęczony jeżdżeniem do polonijnych agencji, żeby załatwić transfery pieniężne? Masz dość kosztownych i kłopotliwych trasferów bankowych? Ten artykuł jest dla ciebie.

Jeden z pomysłów mówi, by otworzyć oddzielne konto w USA i posłać bliskiej osobie kartę bankomatową (ATM card). Metoda ta działa w przypadku jednej osoby, ale nie bardzo, gdy mamy większą rodzinę, której okazjonalnie ślemy urodzinowe prezenty. W takiej sytuacji pomoże nam PayU.

Polska firma PayU (www.payu.pl), odpowiednik amerykańskiego paypala (www.pay-pal.com), umożliwia słanie rodzinie w Polsce pieniędzy ściąganych z twojej karty kredytowej.

Co to jest PayU?

PayU to system, który umożliwia szybkie i bezpieczne dokonywanie oraz otrzymywanie wpłat poprzez Internet pomiędzy wszystkimi osobami, które posiadają swoje konto email. Dzięki PayU zapłacisz wybranej osobie (serwisowi, sklepowi itp.) za pomocą karty kredytowej lub przelewu bankowego (z polskiego banku). Jeśli jesteś odbiorcą wpłaty nie musisz nawet posiadać konta bankowego, by otrzymać pieniądze przez Internet!

PayU może na twoje życzenie wysyłać ci (na adres email twojego konta w PayU), comiesięczne zestawienie twoich płatności. Dokonaj tylko aktywacji tej opcji w ustawieniach konta PayU.

Kto może korzystać z systemu PayU?

Osoba chcąca korzystać z PayU musi być pełnoletnia i posiadać własne konto email. Z PayU mogą korzystać osoby prywatne, a także osoby prowadzące działalność gospodarczą (one mogą jedynie otrzymywać wpłaty przez PayU).

PayU stworzyło również możliwość dokonywania płatności osobom spoza Polski. Mogą one rejestrować się przy pomocy specjalnego formularza dla osób z zagranicy.

PayU dla osób spoza Polski?

System umożliwia rejestrację osobom, które: nie posiadają numeru PESEL (ponieważ nie posiadają polskiego obywatelstwa), bądź tylko mieszkają na stałe za granicą lub mają zamiar płacić kartą kredytową wystawioną przez niepolski bank. PayU umożliwia więc dokonywanie i odbieranie płatności w ramach systemu PayU. Są jednak dwa ograniczenia dla osób zagranicznych:

Po zarejestrowaniu PayU wymaga przefaksowania kopii dokumentów potwierdzających dane osobowe podane w formularzu rejestracyjnym.

Osoby z zagranicy nie mają możliwości wypłaty pieniędzy z PayU poza granice Polski. Zgromadzone środki można wypłacić tylko do banku w Polsce, albo... przesyłać je rodzinie w Polsce - po to w końcu konto to planujemy otworzyć.

Ile kosztuje korzystanie z PayU?

Rejestracja i prowadzenie konta są całkowicie bezpłatne. Niewielką opłatę 2.9%+.30 zł. od otrzymanej kwoty ponosi się w zależności od typu transakcji i wysokości przelewanej kwoty. Powyżej 2000 złotych płaci się 58 złotych oraz oraz 1.9%. Bezpłatne są powiadomienia o wpłatach przez email oraz przez SMS.

Jeżeli rodzina zechce wypłacić pieniądze za pomocą przekazu pocztowego (bo nie posiada własnego konta bankowego), to opłata zależy od aktualnego cennika Poczty Polskiej. Można to sprawdzić na stronie internetowej: www.pocztapolska.pl/cennik/cennik6.htm

Jak zostać użytkownikiem PayU?

Wystarczy się zarejestrować (podając pełne dane osobowe). Po przesłaniu wypełnionego formularza rejestracyjnego, PayU wysyła do ciebie e-maila potwierdzającego wraz z automatycznie wygenerowanym twoim hasłem do serwisu. Następnie wystarczy się zalogować w PayU. Można wtedy, a nawet należy, zmienić podane wcześniej przez system hasło dostępu.

Jeżeli chcesz posłać mamie pieniądze, to dokonujesz tranzakcji płatności. Wpisujesz wszystkie informacje o swojej karcie kredytowej i daną kwotę ślesz na elektroniczny adres mamy.

Jak mama odbierze pieniądze?

Mama wypełnia formularz wypłaty: wpisuje numer swojego rachunku bankowego i pieniądze pojawiają się na jej koncie. Jeżeli chce mieć przekaz pocztowy przysłany do domu, to wybierą tę opcję i wpisuje swój adres. PayU jak najszybciej dokona przekazania twoich pieniędzy.

Łatwiej: Jeśli mama nie ma komputera, albo komputera nie lubi, to może pieniądze dostawać automatycznie. Trzeba tylko tę opcję raz ustawić przez wpisanie minimalnej kwoty, przy jakiej ma nastąpić wypłata i numer rachunku bankowego, na który mają następować wpłaty.

System PayU raz na dobę (w nocy) sprawdza stan konta i jeżeli kwota na mamy rachunku przekracza minimalną określoną kwotę, to aktualnie znajdująca się suma na tym koncie zostaje przekazana na wskazany wcześniej przez mamę rachunek bankowy.

Nowoczesna mama może wybrać też dodatkową opcję i być informowana o wpłacie przez SMS.

Escrow - gdy nie dowierzasz szwagrowi

Escrow to system zabezpieczenia transakcji online stosowany przez kupujących i sprzedających, ale również poręczny w innych sytuacjach. Do tej pory kupujący często ryzykował dokonując wpłaty "w ciemno". Z drugiej strony sprzedający obawiał się wysłać towar bez uzyskania najpierw zapłaty. Dzięki bezpiecznemu kontu Escrow obie strony, kupujący i sprzedający, mają pewność, że transakcja zakończy się pomyślnie.

W USA - PayPal

W USA i w 38 innych krajach działa podobny system zwany PayPAL (www.paypal.com).

Artykuł przedrukowano za zgodą

Polskiego Poradnika "Sukces"

Adres: 255 Park Lane; Douglaston, NY 11363

Na Gwiazdkę podarujmy dzieciom bezwarunkową miłość, tolerancję, i po prostu więcej czasu. Być może uda nam się skorygować nasze metody wychowawcze i zbliżyć się do ideału rodziców doskonałych...

W listopadowym wydaniu "Monitora" pisałam o najbardziej typowych błędach wychowawczych, które zdarza się popełniać rodzicom wobec własnych dzieci i o konsekwencjach, które dotyczą całej rodziny, nie tylko dzieci. Poruszyłam problem bałwochwalczej, bezrefleksyjnej miłości do własnego dziecka, a także postawy autorytarnej, nadmiernych oczekiwań i niekonsekwencji, które zaburzają prawidłowy proces wychowania i utrudniają, a czasem wręcz uniemożliwiają młodej osobie normalne funkcjonowanie w życiu. Z racji ograniczenia formy, jaką jest artykuł, nie mogę bardziej wnikliwie rozwinąć tego tematu. Przedstawiłam tylko zachowania rodziców najbardziej typowe, najczęściej występujące i najbardziej zaburzające harmonię życia rodzinnego. Poniżej chciałabym poruszyć już zapowiadany i myślę, że bardzo interesujący wszystkich rodziców temat, mianowicie, co to znaczy być rodzicem doskonałym. Może brzmi to prowokująco, bo z góry wiadomo, że osiągnięcie stanu idealnego nie jest możliwe ani osiągalne i najczęściej nie mamy takich ambicji (a może jednak mamy, tylko gdzieś głęboko skryte?).

Nawet jeśli z góry założymy, że może chcielibyśmy, ale nie musimy być rodzicem idealnym, to jednak warto wiedzieć, jakimi cechami miałby się charakteryzować taki rodzic i czego tak naprawdę nam brakuje, aby na takie miano zasłużyć i, ewentualnie, co moglibyśmy zrobić, aby zbliżyć się do tego ideału. Zanim dojdziemy do określenia, jakiego rodzica można uznać za idealnego, zastanówmy się nad tym, jaki rodzic nie zasługuje na to miano.

Na plan pierwszy wysuwają się te cechy, które utrudniają porozumienie: wybuchowość, drażliwość, reakcje nieadekwatne do sytuacji lub niekonsekwentne, czyli ktoś, kto nie panuje nad swoimi emocjami, reaguje pod wpływem nastroju, nie mając na uwadze słuszności sprawy, ale własne korzyści.

Rodzic, odbiegający od ideału, to także ktoś, na kim nie można polegać, kto nie dotrzymuje słowa, nie traktuje umów z dzieckiem poważnie, kto nie traktuje dziecka w ogóle jako podmiot, a raczej jako "zadatek" na człowieka. Wobec takiego "zadatku" na człowieka można czuć się upoważnionym postępować nierzetelnie, bo nie ma się świadomości, że własnemu dziecku, choćby miało trzy lata, należy się także szacunek.

Rodzic niedoskonały, to taki rodzic, który ma nadmierne, wygórowane wymagania wobec dziecka, jest wiecznie niezadowolony z jego osiągnięć, skłonny koncentrować się na jego niedoskonałościach i na błędach, które popełnia i które ma się "obowiązek" nieustannie korygować. Taki rodzic jest nietolerancyjny dla błędów popełnianych przez dziecko, wymaga od niego 100% doskonałości, a każde odstępstwo od swojego wyobrażenia, co powinno robić dziecko, a nie robi, karze groźbami, krytyką i odrzuceniem, całkowicie nie dostrzegając zalet dziecka i nigdy go nie chwaląc.

Rodzic trudny to też taki, który nie poświęca dziecku swojego czasu, ingerując tylko kiedy trzeba je "wychowywać", co robi czasem nadgorliwie, stosując wszystkie sprawdzone "metody" - krzyki, wyzwiska, zawstydzanie, obwinianie, obrażanie, czasem posuwając się do nadużyć fizycznych, co też uważa za dobrą i sprawdzoną metodę wychowawczą.

Nie można też zaliczyć do doskonałych, mimo, że mogą na takich wyglądać, tych rodziców, którzy są bezgranicznie ulegli, tolerancyjni i bezkrytyczni, akceptują wszystkie zachowania dziecka, dostosowując normy obowiązujące w domu do jego kaprysów. Nie są nimi również ci, którzy nie potrafią niczego odmówić dziecku, wszystko dla niego poświęcając (zaharowując się czasem na śmierć, żeby miało wszystko, czego chce). Tacy rodzice znoszą bez skargi złe traktowanie ze strony dziecka, uważając to za normę i oddając władzę w domu w ręce dziecka, co owocuje anarchią i chaosem. Wykazując takie cechy i zachowania wobec własnych dzieci, nieustannie zapominamy, że dzieci uczą się przez naśladowanie. Jak to powiedział odkrywczo pisarz James Baldwin: "dzieci najczęściej nie potrafią słuchać starszych, ale też nie zdarzyło się, aby nie potrafiły ich naśladować". Dlatego tak ważnym jest, aby dawać im właściwe, konstruktywne wzorce, ponieważ możemy być zupełnie spokojni, że nasze dzieci będą robiły to, co obserwują, a nie to, co im mówimy, że powinny robić. Jak już napisałam, niewielu rodziców ma tę okoliczność na uwadze, wychowując swoje dzeci i też między innymi dlatego tak niezadowalające są ich zabiegi wychowawcze. Już marginesowo wspomnę (żeby nie straszyć), że tak samo będą wychowywane państwa wnuki, bo dzieci będą dawały im państwa wzorce, więc nie bądźcie zdumieni, że wnuk będzie zdradzał na przykład pokrętność dziadka lub bezradność babci i nie sądźcie, że wzięło się to znikąd. Oczywiście, nie jest to aż tak proste, bo w rachubę wchodzą jeszcze inne zmienne. Piszę tylko o pewnej tendencji i prawidłowości.

Skoro wiemy jakie cechy posiada rodzic niedoskonały, skonstruujmy poprzez zaprzeczenie obraz rodzica doskonałego. Rodzic idealny, to ktoś, kto:

P Panuje nad swoimi emocjami, zachowuje się adekwatnie do zachowań dziecka (nie krzyczy, nie oskarża, nie grozi, nie obraża, nie obwinia, nie zawstydza, nie bije). Bez względu na to, jak trudna, czy nawet drastyczna jest sytuacja konfliktowa, daje dziecku prawo do wyrażenia swojej opinii i emocji.

P Jest godny zaufania, rzetelny, można na nim polegać (dotrzymuje słowa, potrafi przyznać się do błędu, przyznać rację dziecku, przeprosić, jeśli sytuacja tego wymaga - obraził lub zawiódł dziecko).

P Jest tolerancyjny dla błędów popełnianych przez dziecko - daje mu prawo do bycia niedoskonałym (nie robi tragedii, kiedy coś się dziecku nie uda). Stosuje kary łagodne i tylko w wyjątkowych okolicznościach.

P Dostrzega i podkreśla zalety dziecka, nie stawiając mu zbyt wysokich wymagań, doceniając i chwaląc jego osiągnięcia i zachęcając do działania (koncentrując się raczej na zaletach, a nie na wadach).

P Jest konsekwentny w postępowaniu wobec dziecka. Raz ustalone zasady, oparte na wartościach są egzekwowane bez względu na nastrój czy sytuację.

P Poświęca dziecku swój czas, uwagę i potrafi słuchać. Może mniej ważne jest ile czasu poświęca dziecku - ważniejsza jest jakość tego czasu. Na przykład tylko kilka godzin tygodniowo, ale z pełnym zaangażowaniem, życzliwością i uwagą (nie pomiędzy telewizorem a komputerem).

P Potrafi ustanowić zasady (granice) panujące w domu, które obowiązują wszystkie osoby w rodzinie i wychodzą naprzeciw ich potrzebom oraz potrafi w konsekwentny sposób wyegzekwować ich przestrzeganie (zawieranie umów z tymi członkami rodziny, którzy mają problem z dyscypliną - ustalając też konsekwencje lekceważenia zasad).

P I może to, co najważniejsze: potrafi stworzyć pełną miłości, bezpieczeństwa i troski atmosferę w domu, gdzie nie ma sędziów-policjantów z jednej strony, a oskarżonych z drugiej, lecz są bliscy ludzie, którzy potrafią dawać sobie nawzajem to, co w nich najlepsze.

Czy można stać się takim rodzicem? Idealnym w stu procentach pewnie nie, ale można starać się, aby zbliżyć się do tego wzorca, na ile pozwalają nam na to nasze ograniczenia. Do relacji z naszym dzieckiem wchodzimy obciążeni wzorcami z całego naszego życia, szczególnie z dzieciństwa. Pisałam już o tym, jak trudno zmienić te wzorce, skoro dawno już je przyswoiliśmy i stały się dla nas normą, podczas gdy tak naprawdę nieraz drastycznie odbiegają od normy. Pierwszym krokiem do tego, aby podjąć decyzję o zmianie czegokolwiek, jest uświadomienie sobie co wymaga zmiany, co nie jest w porządku w naszym życiu. Drugi krok to dotarcie do potrzeby i chęci zmiany, a potem dotarcie do informacji, jak to zrobić.

W następnym artykule planuję zająć się zachowaniami rodziców, które korzystnie wpływają na zachowania dzieci.

Szczególne podziękowania za wnikliwe, inspirujące i cenne sugestie chciałabym skierować do mojego syna Kamila, który przyczynił się do powstania niniejszego artykułu w obecnym kształcie.

Autorka artykułu, Grażyna Sobiczewska, jest terapeutą rodzinnym i małżeńskim, absolwentką Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego ze specjalnością Psychologia Dewiacji. Przez ostatnich kilka lat pracowała jako terapeuta, zajmujący się uzależnionymi i ich rodzinami w Poradni Rodzinnej Towarzystwa Rodzin Dzieci Uzależnionych w Warszawie. Obecnie jest zaangażowana w

Program Pomocy Rodzinie przy Family Counseling & Rehabilitation Center jako Family Counselor

Telefon: 800 652 0005,

w internecie: http://www.helpfamily.com).

Ma osobiste doświadczenia jako współuzależniony rodzic.

Gdyby nie wspaniałomyślność uczelni amerykańskich, autorka tego tekstu, jak i tysiące innych polskich studentów w USA, nigdy nie byliby w stanie skończyć tu studiów. Co roku w USA studiuje ponad pół miliona obcokrajowców. Wielu z nich otrzymuje pomoc finansową, niektórzy za naukę nie muszą płacić ani grosza.

Oczywiście, wspaniałomyślność uczelni amerykańskich w stosunku do studentów zagranicznych to nic innego, jak działanie we własnym interesie. Na poziomie undergraduate, czyli studiów bakalarskich, uczelniom zależy na jak największej różnorodności ciała studenckiego. Obcokrajowcy dodają kolorytu uczelni, sprawiają, że studia i dla Amerykanów są ciekawsze.

Na poziomie graduate (studia magisterskie, doktoranckie i profesjonalne) obecność obcokrajowców to zwykła konieczność. Amerykańskie uczelnie nie są w stanie zapełnić wszystkich miejsc na studiach doktoranckich, zwłaszcza na kierunkach ścisłych i inżynierskich, gdzie nawet i 50% studentów to obcokrajowcy. Stąd też uczelnie amerykańskie rekrutują absolwentów zagranicznych uczelni, dla których stypendia doktoranckie są atrakcyjne (w przeciwieństwie do Amerykanów, którzy są w stanie znacznie więcej zarobić pracując) i którym tutejsze uniwersytety oferują nieosiągalne nigdzie indziej na świecie warunki nauki i badań naukowych.

Oczywiście nie każdy student zagraniczny dostaje od razu pełne stypendium. Dostępność pomocy finansowej zależy od poziomu studiów, rodzaju uczelni,a na studiach graduate - również od kierunku studiów.

Od rządu ani grosza

Niestety, studenci zagraniczni nie kwalifikują się do żadnej formy pomocy rządowej, czy to federalnej, czy stanowej. To oznacza nie tylko, że nie mogą otrzymać stypendiów i pożyczek rządowych. Niestety, nie są oni też uznawani za rezydentów stanu, tak więc na uczelniach publicznych płacą wyższe czesne (dla nie-rezydentów), najczęściej przynajmniej dwa razy wyższe od studentów miejscowych. Niezależnie od tego, ile czasu spędzą w USA i w danym stanie, osoby na wizach studenckich zawsze są traktowane jako nie-imigranci (non-immigrants),w więc z definicji i nie-rezydenci.

Jedyny wyjątek od tej reguły, jaki czasami może zrobić uczelnia, to potraktowanie jako rezydenta stanu studenta na wizie F-1 (czy J-1), który jednocześnie jest sponsorowany na zieloną kartę. To jednak zależy od przepisów stanowych oraz polityki danej uczelni.

Natomiast Derpartament Edukacji nie uzna za rezydenta nikogo, kto nie otrzymał już zielonej karty - fakt bycia sponsorowanym jest z punktu widzenia pomocy rządowej nieistotny i nie upoważnia do otrzymania federalnego, czy stanowego wsparcia finansowego na studia.

Jedyna pomoc rządu USA dostępna dla Polaków to stypendia Fulbrighta, które jednakże przyznawane są w Polsce, tylko doktorantom i pracownikom naukowym, i nie pokrywają kosztu całych studiów, prowadzących do otrzymania stopnia naukowego z amerykańskiej uczelni. Studenci na stypendiach Fulbrighta spędzają w USA semestr albo rok na wybranej uczelni, korzystając z jej zasobów, ale na zasadach studenta na wymianie naukowej.

Samopomoc

Obcokrajowcy na wizach studenckich mogą legalnie pracować i w ten sposób zarobić na opłacenie studiów i potrzeby na własne wydatki. Przepisy wizowe zezwalają studentom zagranicznycm na pracę na kampusie uczelni w czasie trwania roku szkolnego w wymiarze dwudziestu godzin tygodniowo i w czasie przerw międzysemestralnych w wymiarze 40 godzin tygodniowo

Praca poza kampusem (zazwyczaj lepiej płatna i bardziej atrakcyjna) jest mozliwa tylko za zezwoleniem USCIS (urzędu imigracyjnego) i również jest ograniczona do 20 godzin w czasie semestru lub 40 godzin tygodniowo w czasie wakacji. Każdy student na wizie F-1 (poza tymi uczęszczającymi do szkół językowych) ma prawo do rocznego stażu zawodowego na każdym poziomie studiów (np. dwunastu miesięcy na studiach bakalarskich i kolejny rok po zakończeniu studiów magisterskich). Staż można wykorzystać podczas studiów lub po ich zakończeniu, np. przez trzy miesiące wakacji, a potem przez dziewięć miesięcy po uzyskaniu dyplomu.

Istnieje możliwość uzyskania zezwolenia na pracę poza kampusem ze względu na ciężkie warunki finansowe, ale nie jest to łatwe. Pozwolenie takie jest przyznawane studentom, którym np. zmarł sponsor, lub których rządowe stypendia z kraju ojczystego nagle straciły na wartości na skutek dewaluacji rodzimej waluty.

Jak widać z powyższego, nie można liczyć na pokrycie kosztów studiów z legalnej pracy na wizie studenckiej. Jeśli za godzinę dostaniemy np. $8 (typowe stawki wahają się między $6-10), to pracując w maksymalnie dozwolonym wymiarze godzin przez cały rok będziemy w stanie zarobić około $11.000.

To pokryje mniej więcej koszty utrzymania (akademik, stołówka, podręczniki i koszty transportu wynoszą około $10.000 rocznie). Natomiast dalej zostaje nam czesne - dla studentów zagranicznych waha się ono między $3-5 tysięcy na dwuletnich community colleges poprzez $8-12 tysięcy na publicznych uczelniach czteroletnich i do $20-30 tysięcy na uczelniach prywatnych. Jeśli ktoś nie ma bogatych rodziców lub sponsora, musi liczyć na stypendia - czy to z uczelni czy z fundacji.

Studia bakalarskie

Na poziomie udergraduate stypendia są stosunkowo łatwo dostępne przede wszystkim na najbardziej prestiżowych (i bogatych) uczelniach, którym zależy na przyciągnięciu ciekawych i zdolnych studentów, nawet za cenę ufundowania im nauki. Wszystkie uczelnie Ligi Bluszczowej przyznają pełne stypendia studentom zagranicznym. Większość z nich, jak również i sporo innych czołowych uniwersytetów i college"ów liberal arts przyznaje stypendia socjalne, a więc w oparciu o potrzebę finansową przyjętego kandydata.

Tak więc na najbardziej elitarych uczelniach USA kandydat z Polski - jeśli zostanie przyjęty - dostanie pakiet pomocy finansowej analogiczny do studentów amerykańskich, tyle tylko, że zamiast federalnej pomocy finansowej znajdzie się w nim pomoc uczelniana. Jeśli ktoś pochodzi z typowej polskiej rodziny (średnie zarobki w Polsce wynoszą około $500 miesięcznie), to automatycznie dostanie pełną pomoc, oczywiście włącznie z pożyczką i pracą na kampusie. Ale wysokość pożyczki najprawdopodobniej nie przekroczy paru tysięcy dolarów, bo tyle uniwersytet przydzieliłby dziecku pochodzącemu z biednej rodziny amerykańskiej.

Na pozostałych uniwersytetach prywatnych - tych, które nie gwarantują pokrycia w 100% potrzeb finansowych przyjętych kandydatów, sytuacja studenta z zagranicy jest w sumie podobna jego amerykańskich rówieśników, tyle tylko, że jako obcokrajowiec nie może on liczyć na pomoc rządową. Natomiast jeśli chodzi pomoc z uczelni, to szanse jej uzyskania zależą od wyników akademickich (ocen w szkole i wyników na egzaminach standardowych) oraz osiągnięć pozaszkolnych (w tym sportowych czy artystycznych).

Jak pamiętamy, typowa uczelnia prywatna wykorzystuje pomoc stypendialną jako narzędzie rekrutacji studentów pożądanych na kampusie - wyróżniających się ze względu na osiągnięcia naukowe, sportowe, czy jakiekolwiek inne. Im lepsze mamy wyniki w porównaniu z typowymi przyjętymi kandydatami na daną uczelnię, tym większe są nasze szanse na uzyskanie stypendium. Pomoc dla studentów z zagranicy będzie bardziej ograniczona i rzadko kiedy mogą oni liczyć na pełny pakiet, pokrywający całe czesne i koszty utrzymania. Ale napewno w grę wchodzi przynajmniej częściowe zwolnienie z czesnego.

Niestety, raczej nie udzielają pomocy finansowej obcokrajowcom uczelnie publiczne, choć ich niższe czesne czyni je atrakcyjniejszymi dla studentów z biedniejszych krajów (pamiętajmy jednak, że studenci zagraniczni płacą wyższą stawkę czesnego w porównaniu z rezydentami stanu). Niektóre uczelnie publiczne mogą przyznawać stypendia naukowe również studentom zagranicznym, nie jest to jednak powszechnie przyjęta praktyka. Tylko nieliczne uniwersytety stanowe oferują pomoc finansową przeznaczoną specyficznie dla obcokrajowców (pulę takich stypendiów oferuje np. SUNY - Potsdam).

Informacje o uczelniach, które przydzielają stypendia studentom zagranicznym, można znaleźć w Internecie na stronie www.internationalstudent.com. Strona ta jest chyba najlepszym źródłem informacji o pomocy uczelnianej dla obcokrajowców, zawiera bowiem nie tylko dane na temat ilości przydzielonych stypendiów, ale również liczby studentów zagranicznych, wysokości czesnego - co oznacza, że łatwo możemy oszacować, jaki procent kosztu nauki na danej uczelni pokrywa typowy pakiet pomocy finansowej i jaki procent obcokrajowców na danej uczelni otrzymuje stypendia. Na stronie można wyszukiwać uczelnie według stanów, można też sprawdzić, jak wygląd sytuacja na upatrzonej przez nas uczelni.

Przy kompilacji listy interesujących nas szkół, warto skontaktować się z biurem studentów zagranicznych oraz biurem pomocy finansowej na danej uczelni i zapytać, jakie są szanse na stypendium osoby bez obywatelstwa/zielonej karty, przy naszych wynikach w nauce. Jeśli musielibyśmy liczyć na pełną pomoc finansową, warto zapytać, czy uczelnia moze pokryć w 100% potrzebę finansową kandydata, jakie są maksymalne stypendia przyznawane obcokrajowcom i ile wynosi średnia pożyczka dla osoby z rodziny z dochodami porównywalnymi do naszych.

Wiele z informacji można zazwyczaj znaleźć na stronach internetowych uczelni, ale często bezpośredni kontakt z urzędnikami biura pomocy finansowej lub biura rekrutacji pomaga wyjaśnić wątpliowści. Może też się okazać, ze choć na stronie internetowej uczelnia zarzeka się, że nie powinni liczyć na pełne wsparcie, w rozmowie z urzędnikami biura rekrutacji okazuje się, ze dla osób z wybitnymi wynikami w nauce czy innymi osiągnięciami uczelnia może zrobić wyjątek.

Artykuł przedrukowano za zgodą

Polskiego Poradnika "Sukces"

Adres: 255 Park Lane; Douglaston, NY 11363

Reasonable man

wzór odpowiedzialnego człowieka

Sędziom orzekającym w sprawach o odszkodowanie zaleca się ocenianie postępowania sprawcy szkody przez porównanie z zachowaniem w danej sytuacji sumiennej, przestrzegającej norm społecznego współżycia osoby - tzw. reasonable man. Prawo tort chce bowiem widzieć ludzi jako istoty inteligentne, zachowujące się rozsądnie i rozumnie. I surowo karze odstępstwa od tak wyznaczonych norm.

Oczywiście pojęcie reasonable man jest pewnym ideałem, który istnieje najprawdopodobniej tylko w bajkach dla dzieci, w postępowaniu każdego człowieka można doszukać się błędów - dlatego też prawnicy specjalizujący się w prawie tort nie narzekają na brak zajęć.

Obowiązek odpowiedniego zachowania bywa trudniejszy do określenia, gdy sąd rozpatruje zaniedbanie popełnione przez profesjonalistów. Stosunkowo łatwo określić, jak powinien w danej sytuacji na drodze zachować się odpowiedzialny kierowca samochodu. Trudniej jednak zdefiniować jest zasady odpowiedzialnego postępowania na przykład lekarza chirurga wobec operowanego pacjenta.

Postępowanie chirurga sędzia rozpatruje oceniając, co na jego miejscu zrobiłby odpowiedzialny, przestrzegający zawodowych standartów specjalista. Aby to stwierdzić sąd posiłkuje się często opiniami biegłych.

Adwokat pozwanego sprawcy szkody broni często w sądzie swego klienta twierdząc, że nie doszło do niej wyłącznie z jego winy - sprokurował ją również sam pozwany swoim nierozważnym postępowaniem, a więc miał współudział w zaniedbaniu (contributory negligence).

W takim przypadku prawnik stosuje zasadę:

Affirmative defence

poszkodowany wiedział, co czyni

Adwokat pozwanego może również twierdzić, że poszkodowany dokładnie zdawał sobie sprawę z ryzyka związanego z sytuacją, w której świadomie chciał uczestniczyć (assumption of the risk). Jeżeli więc uczestniczył w tego rodzaju zdarzeniu to znaczy, że akceptował ryzyko z nim związane.

Gdy adwokatowi pozwanego uda się dowieść, że poszkodowany rzeczywiście przyczynił się swym postępowaniem do zaistnienia wypadku w którym poniósł szkodę lub zdawał sobie sprawę z ryzyka związanego z sytuacją, w której świadomie chciał uczestniczyć - wtedy sędzia może odstąpić od wyznaczania odszkodowania albo znacznie je zmniejszyć.

Resipsa loquitur

rzecz mówi sama za siebie

Jest to zasada prawna, która pozwala na sformułowanie dowodu niedbalstwa pozwanego na podstawie oceny okoliczności towarzyszących powstaniu szkody. Niedbalstwo pozwanego jest tak oczywiste, że sąd może je stwierdzić bez udziału biegłych.

Sąd stosuje tę zasadę najczęściej wtedy, gdy stwierdza, że:

w do wypadku by nie doszło, gdyby pozwany dołożył należytej staranności;

w podczas wypadku powód znajdował się pod kontrolą pozwanego;

w sam powód zachowywał się biernie podczas wypadku - adwokat pozwanego nie ma podstaw do dowiedzenia, że współuczestniczył w zaniedbaniu.

Takim zaniedbaniem, do którego niekoniecznie wymagana jest ekspertyza biegłych może być pozostawienie przez chirurga obcego ciała w ciele operowanego pacjenta, wykonanie zabiegu, do którego lekarz nie był kwalifikowany, albo wykonanie go bez zgody pacjenta.

Vicarious Liability

przeniesienie odpowiedzialności

Ta zasada prawna zezwala na przeniesienie odpowiedzialności z bezpośredniego sprawcy szkody na osobę prawną lub fizyczną, która, w jakimś sensie, pośrednio była zamieszana w wypadek.

Stosunkowo najczęściej przeniesienia odpowiedzialności prawnicy dokonują przez wykorzystanie doktryny "respondeat superior" - stanowiącej, że zwierzchnik ponosi odpowiedzialność za efekty czynów podległego mu personelu podczas wykonywania obowiązków służbowych.

Jeżeli na przykład kierowca ciężarówki spowodował wypadek, w którym ucierpieli przechodnie - to odpowiedzialnym za wypadek nie jest wyłącznie kierujący pojazdem, lecz również zatrudniająca go firma transportowa.

Joint and several liability

zasada zbiorowej odpowiedzialności w szkodzie

Ta zasada prawna może być stosowana, kiedy za wyrządzenie szkody ponosi odpowiedzialność więcej niż jedna osoba prawna lub fizyczna. Jeżeli główny sprawca wypadku jest zbyt biedny by zapłacić swoją część odszkodowania natomiast pośredni - na przykład zatrudniająca go korporacja - wystarczająco bogaty wtedy ten, który jest wypłacalny bierze na siebie zobowiązania niewypłacalnego sprawcy szkody.

Przykład. Widząc czerwone światło kierowca samochodu prawidłowo zatrzymał swój pojazd na skrzyżowaniu. Niestety, kierowca jadącego za pierwszym pojazdem samochodu nie wyhamował. Z impetem wbił się w tył prawidłowo zatrzymanego samochodu. Niefortunny kierowca został odwieziony do szpitala, jego samochód nadaje się do kasacji...

Bezpośrednim sprawcą wypadku, a więc i szkód powstałych w jego efekcie - jest niewątpliwie kierowca samochodu. Jednak podczas rozprawy sądowej adwokatowi poszkodowanego udaje się dowieść, że montowane fabrycznie hamulce samochodu sprawcy były zbyt słabe. Producent samochodu staje się więc pośrednim sprawcą wypadku ponieważ nie wykazuje takiej samej troski o swoje produkty, jak co bardziej odpowiedzialni wytwórcy innych pojazdów, którzy montują w nich mocniejsze hamulce. Poszkodowany ma więc prawo domagać się rekompensaty za doznane krzywdy również od producenta samochodu bezpośredniego sprawcy wypadku.

Jeżeli bezpośredni sprawca wypadku jest bankrutem, nie ma żadnych oszczędności, a tylko rachunki do zapłacenia - wtedy producent będzie musiał pokryć zarówno tę część odszkodowania, którą musi zapłacić wyrokiem sądu jak i tą, którą pownien zapłacić kierowca.

Strict Liability

rygorystyczna odpowiedzialność

Jeżeli ktoś świadomie angażuje się w niezwykle niebezpieczną aktywność - będzie odpowiedzialny za szkody związane z jej uprawianiem niezależnie od swojego postępowania.

Przykład pierwszy - jeżeli firma jest elektrownią atomową, to będzie odpowiedzialna za wszystkie szkody, do których dojdzie podczas awarii reaktora. Nawet wtedy, jeżeli postępowała zgodnie z przepisami i niczego nie zaniedbała.

Przykład drugi - jeżeli pies ugryzie przypadkowego przechodnia, to odpowiedzialnym za skutki tego zdarzenia będzie właściciel. Kto posiada psa ten musi mieć świadomość, to zwierzę niebezpieczne - stanowi prawo tort - ponieważ czasem gryzie...

Wrongful Death

odszkodowanie za śmierć bliskiej osoby

Jeżeli przyczyną śmierci było zaniedbanie lub zabójstwo zostało dokonane z premedytacją - to krewni ofiary mają prawo domagać się odszkodowania. Dowodzą w sądzie, że ponieśli określone straty majątkowe, ponieważ nie mogą już liczyć na wsparcie zmarłej osoby. Prawo niektórych stanów zezwala również na domaganie się odszkodowania finansowego za cierpienia i urazy psychiczne spowodowane przez śmierć bliskiej osoby.

Właśnie te zasady prawne wykorzystano zakładając sprawę o odszkodowanie przeciwko O.J. Simpsonowi.

Rekompensata a kara

Podstawowy składnik rekompensaty przyznawanej poszkodowanemu przez sąd, to compensator damages - pewna suma pieniędzy, których wykorzystanie pozwoli ci na wyrównanie poniesionych strat. Będzie to przede wszystkim odszkodowanie za utratę zdolności zarobkowania, zwrot kosztów poniesionych na opiekę medyczną, pokrycie rachunków za utratę mienia. Dość ściśle określony jest wymiar takiego odszkodowania.

Odszkodowanie punitive damages przyznawane jest o wiele rzadziej, wtedy, gdy sąd uzna, że sposób postępowania sprawcy był niezwykle karygodny, całkowicie niezgodny z normami życia społecznego, przestępczy wręcz. Ta rekompensata nie ma nic wspólnego z pokrywaniem kosztów samej szkody. Jest nie tyle odszkodowaniem, co przestrogą zarówno dla sprawcy szkody, jak i dla kogokolwiek, kto chciałby postępować w podobny do niego sposób - dlatego może być bardzo wysokie, liczone w milionach dolarów. Mogą je otrzymać na przykład ofiary pijanego kierowcy, albo zabiegów medycznych przeprowadzanych w wyjątkowo nieodpowiedzialny sposób.

Statue of limitation

Wyznaczają poszkodowanemu granice czasowe na sformułowanie wszczynające sprawę sądową pozwu o odszkodowanie. Różnią się w zależności od stanu, przed którego sądami sprawa ma się toczyć. Jeżeli pozew nie zostanie sformułowany w określonym terminie może się okazać, że sąd odmówi rozpatrywania sprawy z powodu przedawnienia.

Kiedy można się domagać

odszkodowania z powodu zaniedbania

W najróżniejszych sytuacjach, które zdarzają się w życiu. W sklepie możemy pośliznąć się na rozlanym oleju, którego obsługa nie uprzatnęła, a przed domem pośliznąć się na nie uprzątniętym sniegu, który powinien być usunięty przez dozorcę. Jeżeli podczas upadku doznaje się uszczerbku na zdrowiu można domagać się rekompensaty za doznane krzywdy.

Za wypadki na ulicy, w metrze, w miejskich urzędach i pomieszczeniach, odpowiedzialne jest miasto. Na przykład miasto Nowy Jork sądzone jest nieustannie, ma nawet swój urząd, który zajmuje się wyłącznie sprawami o odszkodowanie. Warto pamiętać, że pozew o odszkodowanie (notice of claim) przeciwko miastu można składać tylko w okresie 90 dni od dnia wypadku. Podobnie - w nieprzekraczalnym terminie 90 dni składa się pozwy o odszkodowanie wobec władz lokalnych i urzędów miasteczek i powiatów stanu Nowy Jork.

W tym miejscu należy zaznaczyć, że nie każdy błąd, nie każde zaniedbanie można zaskarżyć do sądu. Musi zostać dowiedzione, że wypadek, podczas którego powstała szkoda - został spowodowany przez czyjeś niedopatrzenie. Jeżeli sąd uzna, że do wypadku - a więc i do szkody - doszłoby niezależnie od zachowania domniemanego jej sprawcy, to nie można domagać się od niego wypłacenia odszkodowania.

Powszechność procesów tort spowodowała rozwój ubezpieczeń. Osoby prawne i fizyczne masowo wykupują ubezpieczenia na wypadek, gdyby ktoś chciał domagać się od nich odszkodowania. Niektórych profesji nie da się wykonywać bez stosownego ubezpieczenia.

To prawda, że w USA rozwija się pewna kultura procesowania. Przyznane przez sąd odszkodowania uczyniły bogatymi wielu wcześniej niezbyt majętnych ludzi. Przed inicjowaniem sprawy tort należy jednak pamiętać o drugiej stronie medalu. Jeżeli sąd uzna, że wnosząca sprawę osoba tylko symuluje szkodę, licząc na przyznanie rekompensaty finansowej - może ją skazać nawet na karę wieloletniego więzienia.

Artykuł przedrukowano za zgodą

Polskiego Poradnika "Sukces"

Adres: 255 Park Lane; Douglaston, NY 11363