----- Reklama -----

Monitor 06/01/2004

Podczas rozmów ze słuchaczami moich audycji radiowych wielokrotnie otrzymuję pytania na temat wyboru psa "dla dziecka" lub wychowania go z dziećmi. Jest to niewątpliwie bardzo rozległy temat, ale spróbuję poruszyć jego najważniejsze aspekty.

Po pierwsze - pies podobnie jak jego przodkowie jest nadal drapieżnikiem. Myśli oraz reaguje jak wilk, a nie dyplomowana niania. Ten oczywisty fakt powinien głęboko utkwić w naszym mózgu zanim zaczniemy snuć jakiekolwiek plany odnośnie przyszłej "czworonożnej opiekunki dla dziecka". Jeżeli ktoś marzy o psie, który będzie "zajmował się" dziećmi, osoba ta myśli w kategotoriach utopii.

Po drugie - podczas moich 28 lat doświadczeń z psami ani razu nie spotkałem się z sytuacją, aby szczenię zostało nauczone choćby najbardziej podstawowych manier przez dziecko, nie mówiąc już o prawidłowym wychowaniu. Ktokolwiek ma nadzieję na taki przebieg wydarzeń, powinien również przestać marzyć oraz "zejść na ziemię". Pomimo tych dwóch oczywistych faktów, nie twierdzę, że niemożliwe jest przyjacielskie współistnienie psów oraz dzieci. Aby jednak do tego doszło musimy my wszyscy, czyli dorośli, dzieci oraz pies, spełnić szereg koniecznych warunków.

Najlepiej jeśli zaczniemy planować wszystko jeszcze przed nabyciem psa. Gorąco odradzam nabywanie psa jeśli dziecko jest całkiem małe. Wówczas kontakt pomiędzy nim a czworonogiem jest minimalny, zaś opieka nad psem będzie dodatkowym obowiązkiem dla pani domu pochłoniętej opieką nad dzieckiem. Wreszcie bardzo trudno jest nauczyć dziecko umiejętności właściwego zachowania się przy "Ciapku" jeśli jest ono młodsze niż 4 lata.

Nasze dziecko musi zostać nauczone spokojnego zachowania wokół psiaka, a nade wszysko uszanowania prawa psa do odpoczynku. Analogicznie, każdy czworonóg powinien posiadać swoją klatkę, aby mógł w niej ukryć się przed nadmiarem energii u naszych dzieci. Szczenię, podobnie jak każde rosnące dziecko portrzebuje bardzo dużo odpoczynku, toteż po każdym spacerze lub zabawie i załatwieniu potrzeb fizjologicznych, będzie instynktownie poszukiwało "nory", aby odpocząć. Służy do tego wygodna klatka, która powinna spełniać funkcje schronienia oraz azylu. Dziecko powinno mieć zabroniony dostęp do klatki, jeśli zwierzę do niej weszło. Rodzice, którzy nie są w stanie kontrolować poczynań dziecka, nie powinni nabywać psa.

Bardzo często otrzymuję pytania, która rasa jest najlepsza dla dzieci. Mogę z dumą wspomnieć, że moja ukochana rasa - Staffordshire Bull Terrier- jest w Anglii nie tylko uznawana za przysłowiową "niańkę", ale także określana jako "nanny- dog" (pies-niańka) ze względu na szczególne zalety opiekuńcze względem dzieci. Jeśli jednak mam być absolutnie szczery, to muszę napisać, że inny czynnik decyduje o stosunku czworonoga do dzieci w stopniu znacznie większym aniżeli rasa. Mam na myśli płeć psa. Jeżeli chcemy odpowiedniego psa dla dzieci, powinniśmy nabyć sukę, nie psa-samca! Naturalnie, nie twierdzę, że niemożliwa jest bardzo dobra relacja pomiędzy psem i dziećmi. Jednak podchodząc do problemu od strony statystyki, mamy wielokrotnie większą szansę na osiągnięcie sukcesu w tej kwestii wybierając ją, zamiast jego. Suka jest mniej agresywna, mniej uparta oraz na ogół mniej raptowna, natomiast bardziej cierpliwa oraz znacznie bardziej przywiązana do rodziny. Potwierdzają to liczby: ilość dzieci pogryzionych przez suki jest trzykrotnie niższa w porównaniu z psami. Jeśli zaś pies jest nie wykastrowany, prawdopodobnieństwo pogryzienia dziecka wzrasta następne trzy razy. Zatem w myśl statystyki, posiadając nie wykastrownego samca szansa pogryzienia dziecka w porównaniu z suką ma się tak jak 9 : 1.

Wracając do kwestii wyboru rasy, pamiętajmy, że dla małego, powiedzmy do lat co najmniej 7-miu dziecka, musi to być rasa średnia lub duża. Psy miniaturowe, choć często idealne dla osób starszych, są zbyt delikatne, aby znieść raptowne zabawy lub bieganie z małymi dziećmi. Każdy upadek dziecka na taką "miniaturkę" może zakończyć się bardzo poważnym urazem lub śmiercią psiaka. Niemniej ważny jest niestabilny charakter, a zwłaszcza strachliwość oraz brak odporności na ból u ras rozmiarów miniaturowych. Teoretycznie więc są one bardziej predysponowane do przypadkowych ugryzień dzieci w porównaniu do ras większych. Wielu odpowiedzialnych hodowców odmówi sprzedaży szczeniąt ras miniaturowych rodzinom z małymi dziećmi.

Odradzałbym również rasy azjatyckie do roli przyjaciela dzieci (Akita, a zwłaszcza Chow Chow). Choć mogą one być dobrymi towarzyszami dorosłych, to jednak są bardziej niezależne (czytaj mniej zsocjalizowane z człowiekiem) w swej naturze.

Najważniejszą chyba rzeczą jest kwestia należytego wychowania młodego czworonoga. To połączone z nabyciem psa z właściwego źródła daje bardzo, bardzo wysokie prawdopodobieństwo sukcesu, choć niestety nie ma tu całkowitej gwarancji. Pies jest żywym organizmem, nie robotem, więc nie zawsze udaje się wyhodować czworonoga zbliżonego do ideału.

Obraz psa leżącego wiernie u nóg dziecka lub wesołej zabawy wspomnianej pary, jest niezmiernie satysfakcjonujący dla oczu większości normalnych rodziców. Również wychowanie dziecka w domu ze zwierzętami, a zwłaszcza nauczenie szacunku do nich, ma wysoce pozytywny wpływ na rozwój psychiki u dzieci, co zostało udowodnione przez naukę.

Niestety do dziś, średniowiecznym wzorem, wielu rodziców wychowuje dzieci w duchu lęku przed psami, ale to już zupełnie inny temat…

Autor artykułu, George C. Urbański jest specjalistą w dziedzinie kynologii oraz hodowcą psów. Publikuje artykuły w magazynach kynologicznych w wielu krajach.

Zajmuje się szkoleniem psów i konsultacjami.

Tel. 847-885-7946

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Często spotykam się z opinią, że prowadzenie rachunkowości firmy jest jednym z najmniej lubianych obowiązków wielu właścicieli oraz pracowników biznesów. Opinie te wyrażają osoby, które nie mają z reguły przygotowania do pracy w tej dziedzinie, a są zmuszone w jakimś stopniu do wykonywania części obowiązków związanych z prowadzeniem rachunkowości firmy. Sy­tuacja jest jeszcze gorsza jeżeli system rachunkowości firmy nie jest skomputeryzowany. Często prowadzenie rachunkowości w systemie manualnym odbywa się bez żadnej struktury narzuconej przez profesjonalnych księgowych lub przez przepisy podatkowe, tak jak to jest w Polsce lub wielu innych krajach europejskich. W wyniku braku formalnego systemu prowadzenia ra­chu­nkowości firmy, informacje finansowe używane do rozliczeń podatkowych są często niedokładne, a może to spowodować problemy podczas ewentualnej weryfikacji tych rozliczeń przez urząd podatkowy.

W przeszłości małe biznesy, czyli ponad 90% firm działających na rynku amerykańskim, nie miały dużego wyboru jeżeli chodzi o systemy do prowadzenia rachunkowości na komputerze. Ceny mikrokomputerów były wysokie, sięgały nawet kwoty $20,000, a ich mo­żliwości były ograniczone. W latach sie­de­mdziesiątych najtańszy komputer firmy IBM kosztował ponad dzie­sięć tysięcy dolarów. Komputery sprze­da­wane przez nie­które inne firmy ( Apple, Commodore, Atari, Tandy) by­ły tańsze, ale ich możliwości nie były imponujące. Dlatego też, według danych opubliko­wanych przez fir­mę International Data, w Stanach Zje­dnoczonych sprzedano w roku 1980 tylko około 327,000 mikrokomputerów (w stylu desk-top).

Wszystko zmieniło się w 1981 roku, po tym jak firma IBM wprowadziła na rynek pierwsza wersje komputera typu PC wraz z nowym systemem operacyjnym - DOS (Disk Operating System). Komputer ten można było nabyć po konkurencyjnej, jak na tamte czasy cenie, od $1,565 za najprostszy model - do ponad $6,000 za najbardziej zaawansowany. Wraz z nowym komputerem firma IBM udostępniła możliwość nabycia praktycznych programów (do pisania, liczenia, bawienia się, itp) działających w nowym systemie operacyjnym. Poza tym firma IBM umożliwiła innym firmom możliwość napisania dodatkowych programów funkcjonujących w systemie DOS. Jednym z tych nowych programów wprowadzonych na rynek równocześnie z nowym komputerem IBM-PC był program Peachtree. Był to zaawansowany, jak na tamte czasy, program do prowadzenia rachunkowości firmy przy użyciu komputera. Firma Peachtree, założona w roku 1976, została wybrana przez IBM do zaprojektowania programu do prowadzenia rachunkowości małych firm w nowym systemie operacyjnym, który miał być podporą nowego komputera (IBM-PC) nad którym firma IBM pracowała w sekrecie pod koniec lat siedemdziesiątych.

Nowy komputer IBM wraz z jego wersjami produkowanymi na licencji IBM przez inne firmy, pobił wszelkie rekordy popularności i stał się nowym standardem dla wielu firm oraz osób pragnących pracować na mikrokomputerach. Program Peachtree umożliwił ty­siącom biznesów skomputeryzowanie swoich systemów rachunkowości. W miarę upływu czasu pojawiło się wiele innych programów o podobnym profilu. Naj­bardziej znane z nich były między innymi: DacEasy, Accpac, One Write Plus, MYOB oraz Pacioli. Wię­kszość z tych programów kosztowało poniżej $500, tak więc cena nie stanowiła dużej bariery do skomputeryzowania rachunkowości małych firm. Pod koniec lat 80. ilość programów oferujących możliwość skomputeryzowania rachunkowości biznesów wynosiła już kilkadziesiąt. W wyniku tego zaostrzyła się konkurencja, co pomogło w utrzymaniu niskich cen programów, ale także zrobiło się ciasno na tym rynku, co często utrudniało konsumentowi podjęcie decyzji odnośnie zakupu odpowiedniego programu.

W pierwszej połowie lat 90. nastąpiły dwie ważne zmiany na rynku oprogramowań do prowadzenia rachunkowości małych firm.

Pierwszą z nich były próby wprowadzenia nowych wersji programów, które działały w systemie operacyjnym Windows. Wersje te okazały się znacznie łatwiejsze w obsłudze niż wersje funkcjonujące w systemie operacyjnym DOS. Do końca lat 90. ogromna większość programów sprzedawanych na rynku pracowała w systemie Windows. Firmy, które miały problemy z przepisaniem swoich programów pod system Windows lub zrobiły to zbyt pózno straciły swoją pozycję na rynku.

Drugą zmianą było wypuszczenie na rynek w roku 1992 przez firmę Intuit programu QuickBooks. Na początku była to wersja napisana w systemie DOS. Program QuickBooks był częściowo podobny do swojego starszego kuzyna, programu Quicken, który od 1984 był i jest obecnie najbardziej popularnym programem używanym do analizy finansów osobistych.

Program QuickBooks dość szybko zyskał uznanie ekspertów oraz użytkowników. Jego popularność wzro­sła jeszcze bardziej po tym, jak został wydany w wersji Windows. Był on nieco łatwiejszy w obsłudze od programu Peachtree, jakkolwiek możliwości obydwu programów były porównywalne. Pod koniec lat 90. Quick­Books był już najbardziej popularnym programem na rynku w swojej kategorii. Podczas gdy QuickBooks był cały czas własnością jednej, stabilnej finansowo firmy, firma Peachtree była sprzedana dwa razy podczas lat 90., co na pewno nie pomogło jej w konkurowaniu na rynku. Ostatnim "gwoździem" do trumny konkurencji był chyba sukces firmy Intuit w przekonaniu tysięcy zawodowych księgowych do tego, że program ten jest wystarczająco dobrym, aby go śmiało polecać klientom.

Obecnie, według danych opublikowanych w róż­nych fachowych publikacjach, QuickBooks jest zdecydowanie najbardziej popularnym programem w swojej kategorii, stosowanym przez ponad 80% osób oraz firm kupujących oprogramowanie do prowadzenia rachun­ko­wości małych biznesów.

Dlaczego program QuicBooks

jest taki popularny?

Przyjrzyjmy się tylko niektórym funkcjom tego programu.

QuickBooks, tak jak inne programy działające w systemie Windows, jest dość "przyjazny", ponieważ używa symboli (icons), które naciskamy myszką chcąc zacząć wykonywać daną transakcję.

Program podzielony jest na kilka osobnych części. Główne z nich to: Banking, Customers, Vendors, Em­ployees oraz Reports.

Banking: (Bankowość)

- Najbardziej podstawową funkcją w tej części programu jest możliwość wypisywania oraz drukowania czeków poprzez program. Jeżeli nie chcemy drukować czeków, mamy opcję wpisania ich do programu bez drukowania. Podczas wypisywania cze­ku w programie musimy sklasyfikować dany wy­datek do odpowiedniej kategorii. Jest to bardzo ko­rzystne w pózniejszej pracy, ponieważ program jest w stanie zapamiętać do jakiej kategorii był sklasyfikowany wydatek na daną firmę (na przykład: Office Max = Office expenses and supplies) na poprzednim czeku. Tak więc, nie musimy się już zastanawiać nad tą kategorią wypisując następny czek. Zaoszczędza nam to dużo czasu.

W tej części programu możemy także wpisywać depozyty na konta czekowe lub na inne konta bankowe poprzez naciśnięcie odpowiedniego symbolu oraz wpi­sanie deponowanej kwoty. Musimy także zakwalifiko­wać tę wpłatę do odpowiedniej kategorii (tak jak "Sales revenue" czyli obrót firmy).

Możemy także łatwo odzwierciedlić przelewy (transfers) pieniędzy pomiędzy kontami bankowymi na­ ci­skając na odpowiedni symbol oraz zaznaczając konta i wpisując sumę przelewanych pieniędzy.

QuickBooks daje nam możliwość wpisania do programu transakcji (zakupów) dokonywanych poprzez ka­r­ty kredytowe. Możemy to zrobić manualnie poprzez wpi­sanie szczegółów każdej transakcji lub poprzez uży­cie funkcji Online Banking, która pozwoli nam na im­port transakcji przez Internet do programu QuickBooks. Nie wszystkie karty kredytowe są w stanie użyć Online Banking do importu transakcji przez Internet. Program QuickBooks zawiera listę kart kredytowych, przez które można to zrobić. Użycie Online Banking do przelewania transakcji z kart kredytowych zaoszczędza bardzo dużo czasu dla firm, które często używają kart kredytowych. Dla firm, które mają tylko po kilkanaście transakcji mie­sięcznie, jest to także oszczędnością czasu oraz jest wy­godniejsze niż wpisywanie tych transakcji manualnie.

QuickBooks automatycznie zmienia stan konta po wyegzekwowaniu każdej transakcji. Tak więc, zaosz­czę­dzamy czas, ponieważ nie musimy już manualnie obli­czać stanu konta w książeczce czekowej.

Każde konto czekowe powinno być "balansowane" miesięcznie, czyli transakcje (czeki, depozyty, przelewy, itp) wpisane do programu QuickBooks są porównywane z transakcjami widocznymi na mie­sięcznych zestawie­niach bankowych (bank statements). Możemy to zrobić w stosunkowo prosty sposób poprzez użycie funkcji Reconcile. W ten sposób jesteśmy w stanie wyłapać oraz poprawić błędy, nasze lub banku, i upewnić się, że każda transakcja została wpisana w poprawnej kwocie oraz że stan kont bankowych wykazywany przez QuickBooks jest pra­widłowy.

Customers: (Klienci)

- Ta część programu pozwala nam odzwierciedlić wszystkie transakcje, jakie mamy z naszymi klientami. Na przykład: poprzez użycie funkcji Estimate możemy wpisać oraz wydrukować wycenę da­nego projektu/pracy dla klienta. Oczywiście osoby, któ­re nie robią wycen prac nie są zoobowiązane do produ­kowania tego dokumentu. Mogą zacząć proces od two­rzenia faktury (Invoice) za zrobioną usługę lub sprze­dany produkt.

Jeżeli wcześniej była robiona wycena (Estimate), to możemy stworzyć fakturę prosto z tej wyceny po­przez naciśnięcie odpowiedniego symbolu, bez przepi­sy­wania informacji. Jeżeli kontrakt wymaga od klienta wypłacania pieniędzy dla nas na konto tego kontraktu kil­kakrotnie podczas pracy nad nim, możemy stworzyć kilka faktur na odpowiednie kwoty używając tej poprze­dniej wyceny. Ten proces nazywa się Progress Billing. Wa­rto zauważyć, że podczas tworzenia faktur w Pro­gress Billing mamy możliwość zmiany niektórych informacji, takich jak cena lub ilość sztuk, itp. Tworzenie faktur (Invoices) w programie QuickBooks jest stosunkowo łatwe i jest używane przez bardzo wiele firm.

Niektóre firmy zamiast wycen otrzymują zamó­wienie (Sales Order) od klientów. Możemy wpisać za­mó­wienie wraz ze wszystkimi szczegółami do programu. Później możemy stworzyć fakturę prosto z tego za­mó­wienia poprzez naciśnięcie odpowiedniego symbolu, bez przepisywania szczegółów transakcji. Mamy możli­wość także zmienienia niektórych informacji przed wy­dru­kowaniem końcowej faktury.

Po otrzymaniu pieniędzy od klientów, QuickBooks umożliwia nam zarejestrowanie tych wpłat (Receive Pay­ments). Mamy możliwość zaznaczenia odpowiedniej faktury lub faktur, na konto których jest robiona wpłata. Możemy wpisać rodzaj wpłaty (czek, karta kre­dytowa, gotówka) lub numer czeku. Mamy także mie­jsce na wpisanie uwag na temat transakcji. Na przykład: możemy odnotować powód, dla którego klient nie za­płacił całej kwoty faktury.

Następnie możemy w tej części programu wpisać depozyty (Deposits) pieniędzy wpłaconych przez klientów na konto wystawionych faktur.

Program umożliwia nam wydrukowanie co jakiś czas (najlepiej miesięcznie) zestawienia (Statements), któ­re podsumowuje transakcje (wystawione faktury, do­konane wpłaty, itp) z klientem w danym okresie czasu oraz wykazuje jego ogólne zadłużenie wobec naszej fir­my. Wynikiem tej procedury jest z reguły wcześniejsze zebranie pieniędzy od klientów za dokonane usługi lub sprzedane produkty.

Program także pozwala nam na wydrukowanie pokwitowania za pieniądze otrzymane od klientów (Sa­les Receipt), w przypadkach, kiedy faktury nie są wysta­wiane, ale pokwitowanie jest potrzebne. W ten sposób tran­sakcja z klientem jest także zarejestrowana w systemie.

Vendors:

(Firmy lub osoby, którym my płacimy za coś)

- Ta część programu pozwala nam zorganizować płacenie rachunków wystawionych przez naszych kontrahentów lub przez firmy lub osoby, które coś nam sprze­dały lub wykonały dla nas jakąś usługę. Jest to bar­dzo pomocne, kiedy otrzymujemy dużą ilość rachunków w ciągu miesiąca. Po otrzymaniu rachunku od "Ven­dora" możemy wpisać ten rachunek do programu wraz ze wszystkimi informacjami, takimi jak kwota do za­pła­cenia, data wystawienia, termin do płatności, itp. Po wpi­saniu tych rachunków program pozwoli nam zobaczyć, które rachunki mają termin do zapłacenia w najbliższych dniach. Pozwala to nam na płacenie ra­chu­nków na czas, przez co możemy uniknąć kar za spóźnienia.

Używając tej części programu jesteśmy także w sta­nie wydrukować raport z listą osób, które powinny otrzy­mać formularze 1099 po zakończeniu roku. Mo­żemy także ustawić program tak, aby umożliwić wy­drukowanie formularzy 1099.

Employees: (Pracownicy)

- Program QuickBooks umożliwia nam druko­wanie czeków dla pracowników, któ­rzy mają potrącane podatki od zarobków. Za doda­tko­wą opłatą (mniej niż $200 na rok) można wykupić do­datek do programu, który umożliwi mu obli­czenie wszy­stkich potrąceń podatkowych. Wtedy program wy­dru­kuje także niektóre formy podatkowe. Wykupienie te­go serwisu jest wskazane w sytuacjach, kiedy godziny pracy pracowników mogą się różnić z tygodnia na ty­dzień lub kiedy firma ma już kilkunastu pracowników.

Jeżeli firma ma tylko kilku pracowników oraz kie­dy godziny pracy nie różnią się z tygodnia na tydzień, można używać tej części programu z powodzeniem na­wet bez wykupienia dodatkowego serwisu.

Program ma opcję (Timesheet), która umożliwia wpisanie godzin przepracowanych przez pracowników nad danym projektem lub klientem w danym tygodniu. Daje to kierownictwu firmy możliwość obliczenia zys­ko­wności danych projektów poprzez akumulację kosz­tów robocizny w projektach. W innych częściach programu jesteśmy w stanie zarejestrować (dopisać do projektów) inne koszty związane z projektem oraz dochód otrzymany za projekt. W ten sposób jesteśmy w stanie prze­prowadzić analizę bezpośrednich kosztów oraz do­chodów projektów.

Reports: (Raporty)

- QuickBooks ma wbudowaną do programu dużą ilość gotowych raportów, które poz­wa­lają nam na ewaluację działalności firmy w dowolnym okresie czasu. Program także umożliwia modyfi­kacje tych raportów w razie potrzeby oraz na zacho­wa­nie zmodyfikowanych raportów w liście raportów. W ten sposób nie musimy tworzyć zmodyfikowanych ra­po­rtów ponownie w przyszłości.

Program QuickBooks jest sprzedawany w kilku wersjach: Basic ($199.95), Pro ($299.95), Premier ($499.95), En­terprise ($3,500.00) oraz Online Edition (od $19.95 za miesiąc). Wersja Enterprise może być używana w sie­ciach komputerowych przez dziesięciu użytkowników w tym samym czasie. Wersje Pro oraz Premier są sprze­dawane w wersjach sieciowych (maksymalnie 5 użyt­ko­wników w tym samym czasie) w cenach $749.95 (Pro) oraz $1,499.95 (Premier). Wersja Online Edition może być używana przez 20 użytkow­ników w tym samym czasie.

Program QuickBooks nie był zbudowany z myślą o osobach, które pracują lub się kształciły w dziedzinie ra­chu­nkowości. Tak więc żadna znajomość zasad rachun­kowości lub prawa podatkowego nie jest wymagana do obsługi programu. Pomimo tego wskazane jest, aby oso­by używające programu po raz pierwszy skorzystały z po­mocy kogoś, kto ma więcej doświadczenia w opero­waniu nim. W ten sposób proces otworzenia oraz usta­wie­nia nowej firmy w programie QuickBooks się skróci.

Program QuickBooks stał się tak popularny i opa­nował rynek do tego stopnia, ze coraz więcej uni­we­r­sytetów w Stanach Zjednoczonych oferuje kursy obsługi tego programu. W wielu miastach oferowane są prywatne kursy obsługi QuickBooks i coraz częściej ogłoszenia o pracę biurową wymagają wcześniejszej znajomości programu.

Z informacji pochodzących z firmy Intuit wynika, że firma ta nie spoczęła na laurach i inwestuje w rozwój pro­gramu poprzez dalszą agresywną pracę nad jego ulepszeniami.

Piotr Aleszczyk, CPA, MST - Absolwent University of Illinois at Chicago (Bachelor of Science in Accounting) oraz DePaul University (Master of Science in Taxation). Jako jeden z niespełna 10% kandydatów w USA zdobył, po końcowym trzydniowym egzaminie, tytuł CPA (Certified Public Accountant) w pierwszym podejściu. Od października 1993 jest właścicielem firmy PJA Associates. Poprzednio pracował w prestiżowej, międzynarodowej firmie biegłych księgowych - Grant Thornton oraz w kompanii Occidental Petroleum Corporation.

Przedsiębiorca budowlany, właściciel M.B. Bu­­i­l­ders & De­ve­­lo­pers. Działalność w Chi­­ca­go roz­po­czął na po­­czątku lat 80. - po­do­bnie jak wie­lu polskich imi­­­grantów - od małej fir­my re­­­­mo­n­towo-bu­do­­wla­nej. Dziś jest właścicie­lem po­tęż­nego prze­d­się­bio­­r­stwa specjali­zu­ją­cego się w budownictwie mieszka­nio­wym. Zre­­a­­li­­zo­wał już ponad 500 pro­jektów. Jego dziełem są je­dne z naj­­pię­kniejszych kondominiów w Wicker Park, Buck­­town, a osta­tnio ró­wnież w Lincoln Park. W ze­szłym ro­ku za bu­dy­nek 2700 Club przy ulicy Halsted otrzymał prestiżową nagrodę Project of the Year Award, przyznawaną przez National Com­me­rcial Buil­ders Council.

Kiedyś chciałby napisać książkę o dziejach swojej ro­­­dziny i jej związkach z Ameryką. Bracia jego babci przy­byli do Nowego Jorku w 1885 roku, gdzie od razu zo­stali zwerbowani do pracy przy wyrębie drzewa w Mi­nnesocie. Harowali tam tak ciężko, że po pewnym cza­­sie zdecydowali się na ucieczkę. Trzy miesiące szli pie­szo do Chicago. Żywili się rzepą i burakami, które do­­stawali od spotykanych po drodze farmerów. Podczas kolejnego noclegu w lesie zaatakował ich wygłodniały niedźwiedź i śmiertelnie zranił jednego z braci. Drugi le­dwie żywy dotarł w końcu na miejsce. Rodzina nie mo­gła go rozpoznać, był tak zarośnięty i obdarty.

Praca i język angielski

Droga Stanisława Boducha była bez porównania łat­wiejsza, choć rozpoczęła się także w dramatycznych okolicznościach. Przyjechał tu w 1981 roku z Austrii, gdzie akurat przebywał, kiedy w Polsce wprowadzono stan wojenny. Miał wówczas 21 lat, 250 dolarów w kie­szeni i niesprecyzowane plany na przyszłość. Po angie­l­sku umiał powiedzieć tylko "thank you". Zatrzymał się u wujka, który był właścicielem kilku budynków mie­sz­kaniowych w Chicago. Zamieszkał w jednym z nich, w se­rcu polskiej dzielnicy, przy ulicy School. Pierwszą pra­cę znalazł w pobliżu domu, w zakładzie mechani­cznym, położonym przy skrzyżowaniu ulic Milwaukee i Belmont, naprzeciw popularnej dziś stacji benzynowej. Pracował przy obsłudze obrabiarek, co mu nawet nieźle szło, ponieważ miał smykałkę do maszyn, jak również znał się na rysunku technicznym. Zarabiał 2.25 dol. na go­dzinę - cóż, takie były wówczas najniższe stawki. Wie­czorami chodził do szkoły na kursy języka angiels­kiego, poza tym uczył się własnymi niekonwencjonalny­mi metodami, np. codziennie czytał "Chicago Tri­bune"... ze słownikiem.

W końcu na swoim

Po roku właściciel zdecydował się przenieść fabry­kę do Wisconsin. Poprosił Stanisława, aby z nim poje­chał. Lubił pracę, cenił szefa, ale nie chciał się wy­pro­wa­dzać z Chicago. Znalazł zatrudnienie w innej fabry­ce, gdzie zarabiał już... 6.5 dol. na godzinę. Po trzech mie­siącach za­kład przejął inny właściciel i znów został bez pracy.

- Bardzo mnie to przygnębiło - wspo­mina pan Sta­n­ley. - Jak to, żebym ja w tym wieku był bez pracy... Nie mo­głem się z tym pogodzić. Byłem przyzwyczajony, że w Polsce każdy miał pracę.

Kilka miesięcy był na przymuso­wym urlopie. Po­tem, za namową kolegi, za­czął pracować dla firmy Da­men Construction. Sam nie myślał o tego ro­dza­ju fachu. - Firmy budowlane ko­ja­rzyły mi się z brudnymi, nudny­mi robotami - wyznaje. - Ale nie miałem wielkiego wy­­bo­­ru. Zaczynałem jako pomocnik, a wkrótce samodzielnie wykonywałem już wszelkie prace. Nawet mu się to spodobało, tylko szef miał problemy finansowe i wy­płacał zaledwie połowę pensji. Wytrzymał tam jeszcze rok, po czym w 1983 roku założył firmę School Con­stru­c­tion (od nazwy ulicy, przy której mieszkał). Po­cząt­kowo praco­wał jako podwy­ko­nawca ( subcontractor), po dwóch la­tach prowadził już sa­mo­dzielnie fir­mę. W 1988 roku rozstał się ze wspólnikiem i za­łożył przedsię­bio­rstwo deweloperskie M.B. Builders ("M" to ini­cjał jego pra­w­dziwego imie­nia Ma­rian, "Stanley" przy­­­l­gnął do niego w Ame­ryce).

Bez ryzyka nic się nie osiągnie

Działalność rozpoczął od "Polo­ni­j­ne­go Trójkąta" - historycznego centrum polskich imigrantów w Chicago. Tru­­dno powiedzieć, co bar­dziej nim kierowało - sentyment czy biznesowa kalkulacja. W tamtym czasie oko­­lica już bardzo podupadła, choć wciąż żywe były tam polskie tradycje. W po­bliżu Muzeum Polskie , najstarsze po­lo­ni­jne kościoły, swoje podwoje otwie­rały Wooden Gallery i Teatr Chopina. Zawsze wierzył w możliwość ożywienia tej dzielnicy - blisko stąd do środmieścia, ła­twy dojazd autostradą. Pierwszy budy­nek kupił przy 933 Ashland (dziś znajduje się tam kawiarnia "Ritz"). Na dole urzą­dził pomieszczenia biurowe firmy, piętra za­jęły mieszkania. Potem wykupywał ko­lejne działki, stare bu­dynki fabryk, ma­gazynów. Remontował je lub burzył, a w ich miejsce stawiał nowoczesne, świetnie wkompo­no­wa­ne w pejzaż "plomby". Ce­ny były wtedy bardzo przy­stępne - do­my kupował po 20, 30, 50 tysięcy do­la­rów, a działki po 10 tysięcy. Dziś są warte dwa­dzieścia razy ty­le.

Inwestując w tej dzielnicy, oczywiście ryzykował, bo kto mógł wtedy przypuszczać, że ceny tak bardzo pój­dą w gó­rę. Jeszcze do niedawna ludzie z przedmieść bali się tam przyjeżdżać. Teraz jest to jedna z naj­dro­ż­szych i najpię­knie­j­szych enklaw Chicago. I wciąż się zmie­nia na lepsze. Nie byłoby jednak tego boo­mu, gdy­by nie tacy pionierzy jak Sta­nley Boduch.

- Bez ryzyka nic się nie osiągnie - dzie­li się swoimi doświadczeniami. - Czę­sto pytają mnie o receptę na su­kces. Za­wsze odpowiadam - trzeba wierzyć w sens te­go, co się robi, cieżko pracować i je­szcze mieć sporo szczęścia.

Najlepszy projekt roku

Dotychczas wybudował ponad 500 do­mów prywatnych i obiektów komercy­j­nych. Obecnie 95 procent wszy­stkich je­go prac stanowią budynki wielorodzinne, tzw. kondominia. Największe, składające sią z 52 mie­szkań, postawił w Lincoln Park przy 2700 North Ha­l­sted. Ten właś­nie budynek przyniósł architektowi i firmie nagrodę "za najlepszy projekt roku 2003". Wy­róż­niony obiekt został poka­za­ny na Mię­dzy­na­rodowej Wystawie Budo­w­nictwa w Las Vegas. O wydarzeniu tym pisały "Chi­cago Sun-Times", "Co­m­mer­cial Builder Magazine", "Lerner Ne­ws­paper" i "Nation"s Bu­i­l­ding News" w In­ternecie.

- Takie wyróżnienie w Chicago, to na­­p­rawdę ogromna satysfakcja. Cieszę się, że realizując te projekty, wpisujemy się w pejzaż architektoniczny miasta - nie ukrywa dumy z tej nagrody pan Sta­nisław.

Osobiście także uważa, że to najlepszy z dotychczasowych projektów firmy. Bu­dynek świetnie łączy walory fun­kcjo­na­­lne z estetycznymi. Posiada dwa po­zio­my garażów podziemnych, czte­ry biura komercyjne, salę do ćwi­czeń, przestronny hol, a na dachu - punkt ob­serwa­cyjny z wi­do­kiem na śródmieście. Wnęt­rza lu­ksu­so­wo wykończone "pod klucz". Wszy­s­tkie mieszkania w bu­dynku są już sprze­dane, oprócz jedne­go, które wynajmuje.

"Dzielnica idzie w dół, ___

bo biali wyku­pu­ją domy"

Przesiębiorstwo M.B. Builders reali­zu­je proces inwestorski kompleksowo: od pozyskania gruntów do zakończenia bu­dowy i wykończenia mieszkań. Gdy­by wszy­stkie prace chciał sam wy­ko­nywać, Boduch musiałby w firmie zatrudniać set­ki osób. Natomiast obecnie na etacie pra­cuje tylko sześć osób, resztę prac zle­ca. Współpracuje z około 90 podwykona­w­cami, nie wliczając w to biur architektonicznych, inżynieryjnych czy realnościo­wych. Każdy szczegół jest jednak zat­wierdzany przez samego szefa. Lubi wszy­stkiego dopilnować i nie wyobraża so­bie innego prowadzenia firmy. Naj­trud­niejsze zazwyczaj są pertraktacje z urzę­dami dzielnicowymi i miejskimi. Cza­sem mieszkańcy protestują, bo nie chcą w są­siedztwie żadnych dużych bu­dy­nków. Kie­dy niedawno zaczął budo­wać przy ulicy Grand budynek na 32 mieszkania (wykupił cały "block"), protestowało po­nad 500 osób. Krzy­czeli, że przyszedł ja­kiś bogaty z prze­d­mieścia i wypędza sta­mtąd biednych ludzi.... - A ja wszędzie, gdzie wcho­dziłem, podno­siłem prestiż oko­licy. Nie wszyscy to jednak rozumieją - wyjaśnia.

- Kiedyś kupiłem kamienicę naprzeciwko biura przy 900 Ashland. Po­dczas re­montu ktoś na ścianach nary­so­wał swastykę. Niby zwyczajne graffiti, ale nie ten wstrętny znak! Tak mnie to obu­rzyło, że postanowiłem znaleźć spra­w­cę. Za­ga­dnąłem przechodzącego obok Porto­ry­ka­ń­czyka. On mi na to powiada, że dzielnica idzie w dół, bo biali wyku­pu­ją budynki... Dom zrujnowany, chcę go wy­­remontować, a tu okrzykują mnie ra­si­s­tą. Na szczęście są to raczej odosobnione reakcje. Często, już po zakończeniu bu­do­wy czy remontu, zbieram pochwały, na­wet od tych, którzy na początku kręcili nosem.

Klientami M.B. Builders & Deve­lo­pers są głównie Amerykanie - młodzi, 20- i 30-letni profesjonaliści. Oni nie ma­rzą już o "sypialniach" na przedmieś­ciach. Wolą mieszkać blisko śródmieścia, gdzie skupia się życie biznesowe i kultu­ra­lne. Wiąże się to z obserwowaną od ki­l­ku lat tendencją powrotu do miasta. Ale nie wszyscy ulegają tym trendom. Jedyny Po­lak, który kupił od firmy mieszkanie - wła­śnie w budynku przy Halsted - uro­dził się w Chicago, ale jego rodzice przyjechali z Polski. - Tak się ucieszyłem, że da­łem mu kredyt na 10 tysięcy - opowiada deweloper . Wśród naszych rodaków do­minuje chyba jeszcze przekonanie, że za "taką cenę" lepiej kupić większe mie­sz­kanie gdzie indziej. Ja zawsze podcho­dziłem do tego inaczej. Uważałem, że jak dzielnica się rozwija, to warto tam in­we­stować".

Rok temu w budynku przy ulicy Ash­land, nieopodal siedziby firmy, ot­worzył kawiarnię o europejskiej nazwie "Ritz". Taka też jest atmosfera stylowego wnę­trza, przypominająca kafejki Wie­dnia czy Krakowa. Właściciel mówi, że nie spo­dziewa się wielkiego zysku, ale za­leżało mu na podniesieniu prestiżu dzie­lnicy. Za­chęcone przykładem, ru­szy­ły także inne bi­znesy - już jakiś Włoch za­mierza otwo­rzyć tam restaurację.

W trosce o Muzeum

Polskie w Ameryce

Z polskim środowiskiem w Chicago Sta­nley Boduch związał się stosunkowo nie­dawno. Wcześniej łączyły go kontakty - tak zawodowe, jak towarzyskie - prze­de wszystkim z Amerykanami. Mie­sz­kali z rodziną daleko, mieli trójkę ma­łych dzie­ci, które trzeba było wciąż gdzieś dowo­zić.... Na nic nie było czasu. Żo­na odkąd prze­stała pracować zawo­do­wo, zajmuje się działalnością charytatywną. To ona właśnie zaraziła go swoją pa­sją.

Od wielu lat wspiera Muzeum Pol­skie w Ameryce. - To skarbnica historii Po­lonii i nasza jedyna większa instytucja kulturalna w tym mieście. Szkoda, że musi działać w tak skromnych wa­runkach. Istnieją przecież różne formy pomocy.

Sam wystąpił z inicjatywą wybudo­wa­nia na terenie jednego, rzadko wykorzystywanego parkingu, budynku miesz­kalnego. Zysk z tego przedsięwzięcia mo­żna by przeznaczyć na modernizację bądź rozbudowę gmachu muzeum. Są tak­że inne projekty... Być może uda się nie­które z nich zrealizować. Obecny pre­zes Zjed­noczenia Polskiego Rzymsko-Ka­tolic­kiego jest chętny do współpracy i podchodzi do wielu spraw nie tylko pragmatycznie, ale i perspektywicznie.

Inwestycje w Polsce

Szefa " M.B. Builders" do inwestycji w Polsce nie trzeba namawiać. Kupił już dzia­łki w Kielcach i na Podhalu. W Kra­ko­wie jest właścicielem posesji przy uli­cy Szpitalnej w pobliżu Teatru im. Ju­liu­sza Słowackiego, ma także kamienicę w ry­n­ku w Koszycach. A marzenia o wkro­cze­niu z firmą na polski rynek stają sie co­raz bardziej realne.

Szczególne więzi łączą go z "małą Oj­czyzną". Od lat jest mecenasem i po­pu­laryzotorem Koszyc koło Krakowa, gdzie się urodził i wychował. Zamierza ut­wo­rzyć tam muzeum regionalne, galerię i ekskluzywną kawiarnię. Zachęca ró­w­nież innych polonijnych biznesmenów do podobnych inwestycji. Niedawno miał serię wykładów na ten temat.

Rok temu założył w Chicago Klub Ko­szyce, zrzeszający polonijnych koszyczan i sympatyków tego historycznego mias­teczka. Na pierwsze spotkanie przy­szło dwadzieścia osób - został wybrany pre­zesem. Obecnie klub liczy 100 czło­n­ków i wciąż się rozwija. O działalności informuje na bieżąco witryna internetowa koszycechicagoclub.com. Kilka dni temu prezes pojechał do Polski, by wziąć udział w uroczystej sesji Rady Gmi­ny Koszyce, podczas której podpi­sa­no porozumienie o współpracy z chica­go­wskim klubem, a założycielowi nada­no tytuł honorowego obywatela miasta.

Nie ma to jak Chicago

Stanley Boduch, choć tak wiele osią­gnął, nie uważa się za człowieka w czepku urodzonego. Nie prawi też morałów o cię­żkiej pracy, bo to przecież oczywiste. Naj­bardziej radują go sukcesy dzieci. Naj­starszy syn w tym roku wybiera się na studia do Arizony. Wykazuje zainteresowania biznesowe. Być może kiedyś wy­ręczy ojca w firmie. Dziewczynki prze­bywają jeszcze w domu i chciałby się nimi cieszyć jak najdłużej. Jest je­sz­cze golf, który stał się jego wielką pasją.

Na początku budował wiele rezyde­n­cji na północnych przedmieściach, w Wil­mette, Winnetce, Kenilworth. Bardzo mu się tam podobało. Planował, że kiedy się ożeni, to w którejś z tych miejsco­wo­ś­ci wybuduje dom dla swojej rodziny. Oczy­wiście, po ślubie decyzja należała już nie tylko do niego samego. Żona upie­rała się przy Lemont, gdzie poprzednio mieszkała i pracowała w biurze ad­wo­kackim. - Zadz­woniliśmy do agenta nie­ruchomoś­ciowego, aby nam doradził do­bre miej­sce... gdzieś pośrodku. Wska­zał na Hins­dale. Pojechaliśmy tam w 1988 roku i zostaliśmy do dziś. Jego obe­c­ny dom przypomina stare europejskie po­siadłości, choć został współcześnie wy­budowny.

Mógłby godzinami opowiadać o swo­­ich ulubionych zakątkach na świecie, na przykład w Toskanii oraz na Kara­i­bach, gdzie często wyjeżdża na wakacje z rodziną. Ale od razu zaznacza, że za ża­dne skarby nie wyprowadziłby się na sta­łe z Chicago.

- Podoba mi się, że jest to miasto so­li­dne, z zasadami, czego nie ma w Los An­geles czy w Nowym Jorku. Demokrata tu jest bardziej konserwatywny niż repu­bli­kanin w New England. Śródmieście ma­my chyba najpiękniejsze w całych Stanach Zjednoczonych. No i ta mozaika kultur, narodowości - co sprawia, że każ­dy czuje się u siebie. To miasto zbudowali przecież imigranci. Cóż, ja także dokła­dam tu swo­je cegiełki - podsumowuje Stanley Boduch.

Tekst Danuta Peszyńska

"Teraz się wprawiam, by niczego nie brać na serio.

Człowiek może popełniać mnóstwo małych błędów.

To bez znaczenia.

Jeśli jednak te błędy są wielkie i ciążą na jego życiu,

musi nauczyć się nie brać siebie na serio.

Tylko w ten sposób uniknie cierpienia.

Zbyt długie cierpienie jest śmiertelnie groźne.

[...]

Jeśli komuś brak wiary, każde miejsce jest dla niego piekłem."

[s.6 i 219]

Brudna Trylogia o Hawanie szokuje i zachwyca, bo wszystko w tej niesamowitej opowieści jest skrajne. Skrajny jest tytuł, bohaterowie, sytuacje, nastrój i przesłanie. Pedro Juan Gutiérrez opisuje Hawanę w trzech odsłonach, z których każda składa się z wielu scen-epizodów. Dostajemy w rezultacie iście epicki obraz miasta i jego mieszkańców. Zbieżność imion autora i głównego bohatera wzmacnia wrażenie autentyczności opisu i nieomalże pamiętnikarskiej wierności faktom, które często walą z nóg swoją mocą.

Pedro Juan, dawniej dziennikarz, pracownik radia i telewizji, człowiek nieprzeciętnie inteligentny i wrażliwy wraz z "osiągnięciami dyktatury w realizacji jedynie słusznej drogi" został zredukowany w swoich aspiracjach, planach i marzeniach do dumy z posiadania wielkiego kutasa, do którego ma wielu sentymentu oraz równie wspaniałych, potężnych jaj, które wprawdzie dawniej produkowały więcej spermy, ale i teraz są ciągle wydajne: " Lubię się masturbować, wąchając sobie pachy. Podnieca mnie zapach potu. Bezpieczny i aromatyczny seks. Zwłaszcza wtedy, gdy wieczorem czuję się napalony, a Luisa jest gdzieś w mieście, szukając kilka peso. Choć teraz to już nie to samo. Gdy ktoś ma czterdzieści pięć lat, to mu słabnie libido. Nie mam już tyle spermy. Raz na dzień jeden rachityczny wytrysk. No cóż, zaczyna się takie męskie klimakterium: mniejsza potencja, mniej zainteresowania, jaja pracują już coraz wolniej. Ale i tak wokół mnie jest ciągle pełno kobiet. Myślę, że mam też więcej życia duchowego. Ha, ha! Ja i życie duchowe! Nie, to wcale nie znaczy, że jakoby teraz jestem bliżej Boga. Ładnie brzmi takie zdanie: "Och, czuję się tak blisko Boga!" Nie. Ja tak nie mówię. Bóg czasem daje mi jakieś znaki. A ja wciąż próbuję. I tyle." [s.139]

Pedro Juan rzeczywiście stale próbuje zrozumieć siebie i to wszystko, w czym przyszło mu żyć, a ma co analizować. Hawana pogrążona jest w skrajnym upadku. W mieście praktycznie nic nie działa. Nie ma nawet wody, nie mówiąc już o towarach w sklepach czy możliwości dostania pracy. Fantastycznie rozwinął się czarny rynek wszystkiego: narkotyków, towarów spożywczych, alkoholu, ciuchów, antyków, mieszkań, pracy, a przede wszystkim prostytucji. To właśnie handlowanie ciałem stało się najbardziej skutecznym i najtańszym sposobem zarabiania na życie, a w zasadzie przeżycie. Normy społeczne znacznie poszerzyły swój zakres znaczeniowy i stały się zdecydowanie bardziej "elastyczne" w akceptowaniu zachowań, które jeszcze parę lat wcześniej byłyby nie do pomyślenia.

" No dobrze, chciałem tylko powiedzieć, że teraz zrozumiałem już coś równie starego jak ludzkość, ale człowiek wciąż na nowo musi się tego uczyć: etyką biedaka jest kochać tego, kto ma pieniądze i od czasu do czasu może mu rzucić jakiś ochłap. Etyką niewolnika jest kochać i uwielbiać swego pana. W sumie to jest bardzo proste. Biedak - albo niewolnik, to wszystko jedno - nie może sobie za bardzo komplikować moralności ani być zbyt wymagającym, jeśli chodzi o godność. Chyba, że chce umrzeć z głodu. "Jeśli da mi trochę, to znaczy, że jest dobry i go kocham". To wszystko. Kobiety na ogół rozumieją to od dziecka i godzą się z tym. My, mężczyźni, wolimy utrudniać sobie życie, buntować się, mieć swoje zasady i tak dalej. W końcu też to rozumiemy, tylko trochę później.

No więc ten dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy jest jedną z twarzy ubóstwa. Ale ubóstwo ma też inne twarze. Może najbardziej widoczna jest małoduszność lub raczej zawężenie ducha. Stajesz się żałosnym, chciwym i wyrachowanym typem. Twoją jedyną troską jest przeżyć. Po diabła ci szlachetność, solidarność, uprzejmość, pacyfizm. [s.161]

Pedro Juan jest niezwykle silną osobowością. Nie podaje się nawet w sytuacjach skrajnych. Nie walczy w zasadzie o "godne" życie, bo godność, tak zresztą jak inne kategorie etyczne, jest pojęciem na tyle "rozciągliwym" w Hawanie, że dawno zagubiły się gdzieś w niebycie jej granice. Bohater "Brudnej trylogii" chce po prostu przeżyć nie szkodząc i nie przeszkadzając innym, a to jest wielki wyczyn i ogromne wyzwanie - przeżyć nie robiąc krzywdy drugiemu.

"Nie wzięło mnie to. Nie dałem się. Muszę nauczyć się sposobu na przetrwanie. Na przeżycie. Muszę nauczyć się przyjmować ciosy i natychmiast wstawać po każdym. Inaczej mnie wyliczą i przegram. Wyniosą mnie z ringu." [s. 86]

Pedro Juan nie ma żadnych złudzeń: "Od czterech lat w całym kraju panował głód i ogólny obłęd, ale najbardziej dotknęło to Hawanę. Jeden z moich przyjaciół ciągle mi powtarzał: "Wiesz, Pedro Juan, żeby żyć w tym kraju, trzeba być wariatem, alkoholikiem albo w ogóle się nie budzić". Czasem ktoś rozsądny podchodził do takiego kamikadze i coś mu tam tłumaczył, ale ten zawsze miał jedną odpowiedź: "Ja chcę po prostu wyrwać się z tego gówna. Tam dopiero jest życie". Ci ludzie naprawdę byli zdesperowani. Chyba też odważni. Albo głupi, nie wiem. Podejrzewam, że odwaga i głupota często idą w parze". [s.35]

Jakkolwiek bohater powieści nie ma cienia złudzeń, co do wartości systemu i ideologii, która uczyniła jego życie niemożliwym, to przecież w "Brudnej Trylogii o Hawanie" nie ma polityki, nie ma politykowania, nie ma żadnych bezpośrednich komentarzy do tyczących starego faceta z brodą i cygarem w ustach. Rzeczywistość polityczna Kuby nie ma w tej książce żadnego bezpośredniego wymiaru, a jeśli gdzieś pojawia się jakaś sugestia dotycząca osiągnięć "jedynie sprawiedliwego ustroju" to raczej w kontekście "absurdalności" ludzkiego losu:

"-Dajcie mi skończyć. Ten obywatel od dwóch miesięcy pracuje w prosektorium i podejrzewamy, ze już wcześniej wynosił wątroby zmarłych i sprzedawał je na czarnym rynku jako wątroby wieprzowe. Potrzebujemy świadków..." [s.349]

Poznajemy dramatyczne skutki wprowadzania "jedynie słusznej drogi do szczęścia i dobrobytu" w życie bez jakichkolwiek historycznych odniesień czy politycznego kontekstu:

"W radiu facet czytał dziennik. Słyszałem tylko: "to nasze zwycięstwo", "rezultat", "entuzjazm narodu", "radośnie i z nadzieją". Nie wiem, o czym gość mówił. Powtarzał tylko te słowa". [s.279]

To jedna z istotniejszych, jeśli nie najważniejsza cecha prozy Gutiérreza, która sprawia, że losy bohaterów opowiadane bezpośrednio przez Pedro Juana w kontekstach różnych jego życiowych doświadczeń i wydarzeń porażają autentyczną brutalnością, naturalistyczną dosłownością i pierwotną seksualnością, a jednocześnie są kompletnie pozbawione najmniejszego nawet zadęcia, pretensji, politycznych i społecznych tyrad czy jakichkolwiek oczekiwań wobec kogoś czy czegoś.

Obraz Hawany, a w zasadzie hiper- realistyczny portret tego miasta udało się Pedro Juanowi stworzyć tylko w oparciu o losy konkretnych osób, które mieszkają w tym mieście:

"Czekałem. Tutaj wszyscy czekają. Dzień po dniu. Nikt nie wie, na co czeka. Dni mijają. I mózg powoli tępieje. To dobrze. Dobrze jest mieć otępiały mózg, bo wtedy się nie myśli. Ja czasem myślę za dużo i niepotrzebnie wpadam w desperację. Kiedyś studiowałem, byłem zdyscyplinowany, miałem plany na jutro i na przyszły rok. Chciałem zbawiać świat. Później wszystko szlag trafił i wylądowałem w tej norze. Tutaj jedni mają świerzb, inni wszy albo mendy. Nie ma pieniędzy, jedzenia ani pracy. Z każdym dniem jest nas coraz więcej. Pojęcia nie mam, skąd się bierze tylu obdartusów. Ludzie żyją tu jak karaluchy. Po dziesięciu, dwunastu w jednym pokoiku.

Dlatego lepiej jest nie myśleć za dużo i tylko się bawić. Rum, kobiety, maryśka. Od czasu do czasu jakaś rumba. Cała reszta to gówno. Nie warto w nim grzebać, bo śmierdzi.

No więc tak właśnie sobie żyłem. Chudy jak szkielet, wygłodzony....[s.251]

Powieść Gutiérreza, jak na trylogię przystało skomponowana została z trzech części wyraźnie od siebie oddzielonych i opatrzonych różnymi tytułami, które są jednocześnie przynależne poszczególnym opowiadaniom. Każda z części jest też dokładnie datowana, a całość zamyka się w okresie od 5 czerwca 1994 do października 1997. Część pierwsza:

"Zakotwiczony na ziemi niczyjej"- kończy się wyznaniem: "Obym ja tak mógł dożyć osiemdziesięciu trzech lat i wciąż zachować jakieś złudzenia. Nawet takie głupie: że znajdę sobie jeszcze narzeczoną, ożenię się i uwierzę w miłość. Że ten cały głód i nędza kiedyś wreszcie się skończą."[Brudna...s.71] jakkolwiek wcześniej ten sam bohater mówi również: "My, ludzie, powinniśmy się pozbyć złudzeń, wykarczować je, stanąć twardo na ziemi i krzyknąć: "Kurwa! Teraz tak! Teraz jestem dobrze zakotwiczony na ziemi i niech sobie przyjdzie huragan!" Tylko w ten sposób można dotrwać do końca, uniknąć większych awarii i nie dać się zatopić. Co najwyżej mieć tylko trochę brudnej wody w zęzie." [s.67]

"Nic do roboty"- drugą część tryptyku otwierają cytaty z Shri Ramakrishny i Italo Calvino. Swój tytuł bierze od krótkiego, acz mocnego tekstu, w którym bohater definiuje istotę swojej egzystencji: "Byłem wyluzowany i spokojny. Seksu miałem dużo, za to żadnych trosk. No dobrze, zawsze są jakieś troski, ale teraz nauczyłem się je od siebie oddalać. Nabierałem do nich pewnego dystansu, odsuwając je w przyszłość. To dobry sposób, żeby się trochę mniej wyraźne i żeby je można było ignorować. Miałem w domu kobietę. Przytyłem parę kilo. I żyłem. Żyłem, nie mając nic do roboty. To się chyba nazywa wegetacją. Człowiek prześlizguje się przez życie i na nic już nie czeka. To takie proste". [s.135]

W ostatnią, trzecią cześć "Mój smak" wprowadzają nas cytaty z Grahama Green"a i Hemingway"a. Fragment z "O naszym człowieku w Hawanie" jest szczególnie znaczący:

"[...] I wtedy nagle przyszło mi do głowy, że to nieprawdopodobne miasto, w którym każdy grzech jest dozwolony i wszystko można sprzedać albo kupić, byłoby idealną scenerią dla mojej komedii." [s.233]

Podążając tym tropem i biorąc pod uwagę również jeden z najbardziej zużytych frazesów z cytowanego na tej samej stronie fragmentu ze "Starego człowieka i morza" "Brudna trylogia o Hawanie" jawi się zdecydowanie bardziej jako"komedia ludzka" niż "boska komedia".

Pedro Juan dosyć obrazowo opisuje nam w tej części swój "smak", a raczej "zapach" życia, który może nie tyle jest wyrafinowany, co naturalny: "Pod cienką lycrą wszystko było widać: sterczące sutki, pępek i łagodne zakrzywienie brzucha aż do dwóch pionowych warg między nogami. Niemal czułem zapach potu spod jej pach: ten intymny i erotyczny aromat, który właściwy jest tylko Murzynkom i Mulatkom.[...] Od razu zaczął grubieć mi kutas. Sam z siebie. Wystarczyła ta woń i już się podnieciłem. [ s.287]

Można by mieć przez moment wrażenie, że mamy w tej książce do czynienia z bardziej wyrafinowaną formą powieści pornograficznej. Gutiérrez nie skąpi nam przecież sążnistych opisów erotycznych wyczynów i doznań bohaterów, w których nie tylko sperma tryska potężnymi strumieniami, ale i ilość orgazmów bohaterek "Trylogii" jest imponująca. Myliłby się jednak okrutnie ten, kto "Brudną trylogię o Hawanie" chciałby zaliczyć do "pornosów". Niezwykle liczne sceny, w których erotyzm pokazany jest jako doświadczenie skrajne, pierwotne, prawie zwierzęce znakomicie wpisują się w całość przedstawionego w powieści świata granicznych zachowań i bezwzględnych praw opartych na przewadze silniejszego, młodszego i zdrowszego. Erotyzm powieści Pedro Juana nie funkcjonuje sama dla siebie, tak jak to ma miejsce w tekście pornograficznym.

W "brudnej Trylogii" jest jedynie jednym z wielu szokujących elementów składających się na fenomenalnie realistyczny opis znacznie szerszej i bardziej skomplikowanej rzeczywistości rożnych obszarów ludzkiej aktywności.

"Myślę, że chyba nikt tak naprawdę nie potrzebuje pornografii. Potrzebujemy autentycznej miłości. I trochę ducha, religii, filozofii. Ale to wszystko wymaga czasu, ciszy i refleksji. Właśnie dlatego jesteśmy tacy zagubieni". [...] "A więc gdy rozsadza cię furia i wściekłość, musisz jakoś się rozładować. Są różne sposoby, wszyscy je znamy: alkohol, seks, narkotyki. No i dobrze, niektórym wystarcza jakaś dieta, czekoladki, nie wiem. U nas w dzielnicy wszyscy na ogół wybierają seks, potem może trochę alkoholu i trawkę. Są też mistycy i im się żyje najlepiej. Ale to jest inna sprawa. Zostawmy mistyków i ezoteryków. W końcu jest ich bardzo niewielu. Nie liczą się.[s.199 i 223]

Hawana w powieści Pedro Juana żyje życiem na pograniczu istnienia i nieistnienia, absurdu i groteski, paranoi i snu - stąd skrajność i intensywność opisywanych i przeżywanych doświadczeń. Sam Gutiérrez tak mówi o sobie i swojej twórczości:

"Załóżmy, że znam kobietę, która nazywa się Carmen. Nie interesuje mnie ona, kiedy jest elegancka i dobrze ubrana, wolę ją inną . Wolę taką Carmen, która potajemnie pije, jest lesbijką, opowiada w łóżku świństwa i zupełnie nie przypomina tej Carmen, którą znamy. Literatura jest zanurzeniem się w mroczne obszary każdego człowieka".

Autor, Hawańczyk z krwi i kości zanurza się w to, co jest rzeczywistością tego niesamowitego miasta, a robi to bez cienia retuszu czy jakichkolwiek upiękrzeń. Historie ludzi tworzących tę rozpadającą się, zdegenerowaną "metropolię" są porażająco prawdziwe. Tworzą obraz miasta ludzi zepchniętych na margines sensu istnienia, który rozszerza się i rozciąga odwrotnie proporcjonalnie do poziomu zdegenerowania. W końcowym rozliczeniu można go zawęzić do seksu, alkoholu, narkotyków i ewentualnego zdobywania pokarmu - i to jest główna teza i przesłanie tej książki: nie ma sytuacji, której nie dałoby się jakoś przeżyć, przetrwać, przezwyciężyć, aż do momentu, gdy rzeczywiście nie da się już tego wszystkiego, przeżyć, przetrwać i przezwyciężyć.

Zredukowanie człowieka do jego dwu pierwotnych, elementarnych funkcji biologicznych; zaspakajania głodu i seksu urasta u Gutiérreza do wymiaru prawdy ogólnej i powszechnej, która dotyczy każdego zdegenerowanego systemu politycznego.

Nie trzeba koniecznie żyć w Hawanie, by sens istnienia ograniczyć do spożywania i wydalania ewentualnie spółkowania. Dosyć przerażającym przesłaniem tej powieści jest również konstatacja, iż nie tylko brak dóbr i wolności degeneruje, ale to samo dzieje się przy ich nadmiarze.

Bohater Gutiérreza nie zdycha jednak z głodu, nie rzęzi śmiertelnie w narkotycznym czy alkoholowym ciągu, nie popełnia też samobójstwa z powodu mniejszej wydolności penisa czy jąder. Ma jedynie "już dość boksowania się z niewidzialnym przeciwnikiem, więc śmieje się z całej piersi.

-Ale fajna noc, kurwa, ale fajna! Która to może być godzina? Chyba za chwilę będzie świt. Trzeba wynieść książki. Czas zacząć walkę. To kolejna runda. Nie można spuszczać gardy. Dlatego wtedy mnie znokautowali. Bo spuściłem gardę." [Brudna...s.377]

Zbigniew Kruczalak

www.domksiazki.com

wszystkie cytaty pochodzą z:

Brudna trylogia o Hawanie, Pedro Juan Gutiérrez, Zysk i S-ka, 2004, s.379.

8 czerwca 1979 r. zdawało się, że "ca­łe góry przyszły do Nowego Targu" i zwołały okolicę. Świadkowie i uczestnicy tamtych zdarzeń mają jeszcze przed oczyma nieprzebrany tłum cią­gną­cy od popołudnia poprzedniego dnia w stronę Nowego Targu, procesje wy­ruszające nocą z okolicznych wsi, drzwi domów otwarte dla pielgrzymów szu­kających noclegu, wielkie poruszenie serc, eksplozję wzruszenia i radości w rozplanowanych na planie wycinka ko­ła sektorach, gdy przemykał między ni­mi odkryty papamobile; charakte­ry­sty­czną sylwetkę w bieli, ramię wy­cią­gnięte w geście błogosławieństwa i poz­drowienia, górującą nad głowami, strze­lającą w niebo konstrukcję oł­ta­rza, z daleka patrząc, wydawałoby się, lekką i ażurową.

Przetrwała też pamięć o błyskach lo­rnetek funkcjonariuszy "czuwających" w zaroślach otaczających murawę lotni­ska; o przyspieszonym nawałnicą powrocie do domów, także ślizgiem z siekanej stru­gami deszczu skarpy lotniska i wpław przez Biały Dunajec. W tym pośpiechu, w błyskawicach rozdzierających na­grza­ne powietrze - nikt prawie, z wyjątkiem tych, którzy musieli - nie został, by u­wie­cznić równie pospieszną jak opu­sz­czanie miejsca mszy likwidację (bo nie by­ł­a to regularna rozbiórka) drewnianej kon­strukcji ołtarza projektu nowota­r­skiego architekta Tadeusza Jędryski.

Ołtarz ten był jedynym, który uległ prawie zupełnemu demontażowi i jednym z najpiękniejszych obiektów, jakie przez tych 25 lat były świadkami papieskich pielgrzymek do ojczyzny. Ponieważ był ołtarzem budowanym podczas pierwszej pielgrzymki - istniała ewentualność, iż stanie się obiektem kultowym. Ówczesne władze chciały temu zapobiec. Zezwolenia na budowę ołtarza wojewoda udzielił - można przypuszczać - dopiero, gdy zobligowała go władza zwierzchnia, bo z własnej woli dopuścić do tego nie chciał.

- Termin przyjazdu papieża ustalony był na 8 czerwca, a kiedy Sącz nam zlecił pra­ce - pozostawał tylko miesiąc na zbudowanie ołtarza. Chyba nie chcieli, że­by­śmy ten ołtarz mogli ukończyć... - wspo­mi­na dziś wieloletni szef zaopatrzenia w Prze­dsiębiorstwie Budownictwa Komu­na­lnego, Kazimierz Pajerski z Nowego Tar­gu.

Wiele drewna, na wezwanie księży z ambon, przywieźli górale. Zgłaszali się do pomocy cieśle, przywożąc swoje ma­szy­ny. Zebrało się na lotnisku gotowych do pracy ok. 300 ludzi. Reglame­n­to­wa­nego drewna było dramatycznie mało, a te­r­min - naglący.

Główne podpory konstrukcji ołtarza sta­nowiło 12 belek o bokach 45 x 45 cm (w dolnej części) oraz 35 x 35 cm (w gór­nej części). Budowniczowie ołtarza zu­ży­li 200 litrów lakieru i tyleż pokostu oraz 800 kg gwoździ, a długie śruby do skręcania konstrukcji osadzonej na kotwach w ziemi wykonywano w ślusarni Prze­d­siębiorstwa. Stolarnia i ślusarnia PBK zre­sztą przez cały maj pracowały na rzecz ołtarza. - Ale i tak, siłami PBK, ro­bi­libyśmy go chyba pół roku - wspominają pracownicy.

Przez kilka dni poprzedzających przy­jazd papieża cieśle pracowali nawet no­cami, przy świetle.. Pośpiech był taki, że przez ostatni tydzień ludzie nawet nie opu­szczali terenu budowy, nocując w ba­ra­kowozie. Ołtarz i sektory udało się uko­ńczyć dzień przed pamiętną mszą. Tydzień wcześniej jednak okazało się, że bu­dowlę już trzeba oddać do spraw­dze­nia służbom specjalnym, dlatego też wy­ko­nawcy nie zdążyli założyć instalacji od­gromowej. Dni były akurat parne, po­go­da burzowa i wąski krąg ludzi ma­ją­cych świadomość tego braku, drżał, wi­dząc pioruny bijące w Biały Dunajec no­cą poprzedzającą papieską wizytę.

Gdy po zakończeniu mszy i przeje­ź­dzie między sektorami pa­pież wsiadł do helikoptera, by zatoczyć je­szcze kółko nad Bukowiną, wzlecieć nad Gorce i czo­ło Turbacza - gęstwę cie­mnych chmur pru­ły błyskawice. Kilka osób z tłumu opuszczającego lotnisko do­znało wtedy - na szczęście nie śmier­telnych - porażeń od piorunów.

W tym samym czasie koparka i dźwig (od dnia poprzedzającego wizytę cze­kające na lotnisku) podjeżdżały już do ołtarza, by czynić swoją powinność. Pracownicy zahaczyli liną o krokwie, 8-10-tonowy dźwig pociągnął i w momencie rozpadła się i połamała cała konstru­kcja. Na miejscu był dyrektor nowosą­de­c­kiego Kombinatu Budownictwa Komu­na­lnego, jako jednostki nadrzędnej, była mi­licja, tajne służby i służby kościelne. Jak wyjaśnia inż. Andrzej Stopka, ów­cze­sny dyrektor nowotarskiego PBK, kro­kwie konstrukcji ołtarza łączone były "na pierścienie" i ściskane śrubą, stanowiły więc węzeł nie do rozebrania, a przynaj­mniej nie w tak błyskawicznym tempie, nie w takich warunkach. Konieczność na­ty­ch­miastowej rozbiórki ołtarza nowosą­dec­kie szefostwo uzasadniało mu potrze­bą szybkiego uruchomienia lotniska, na którym zaraz potem miały się odbywać szkolenia. Ponieważ w latach 50-tych lotnisko było budowane dla celów milita­rnych, konstrukcję trzeba było tak zespa­lać z podłożem, by nie uszkodzić beto­nowych pasów zamaskowanych murawą.

Połamane deski, listwy, krokwie z oł­tarza zwożono do magazynu PBK w No­wym Targu przez prawie całą noc. Ha­ł­da zwiezionego drewna urosła na 8-10 metrów i podobną miała szerokość. Jed­nak najlepsze drewno sądeckie samocho­dy prosto z lotniska zabrały do nowo­są­dec­kiego Kombinatu Budow­ni­c­twa Komunalnego, do robót przy rozbiórce oł­tarza przywożąc wcześniej z ówczesnej sto­licy województwa cały autobus nie­trzeźwych junaków OHP. Do Sącza poje­cha­ło około połowy drewna z ołtarza oraz deski z ławek, dostarczone przez lu­dzi. Kościół zabrał tylko żerdzie, ponoć do budowy kolejnego obiektu sakralne­go. Nazajutrz po papieskiej wizycie na lo­t­nisku nie było już nic prócz resztek dre­wnianego złomu i podeptanej trawy. Dre­wno zwiezione do magazynu miejscowi już junacy przez dwa miesiące uwa­l­niali od gwoździ i śrubunków, segre­gu­jąc według rozmiarów. Drewna krok­wio­we­go - tzw. krawędziaków o wymiarach 8 x 10, 10 x 12 i 16 x 16 cm na lotnisku by­ło najwięcej, lecz do magazynu trafiło bardzo niewiele, gdyż ten materiał został zabrany prosto z lotniska.

Po jakimś czasie dyrektor PKB w No­wym Targu wydał polecenie wydania drewna dla milicji warszawskiej - w ilości takiej, jaka się zmieści na dwa duże sa­mo­chody. Wzięte za pokryciem 35-50 pro­cent rzeczywistej wartości "krawędziaki" może nadawały się na zbudowanie da­czy, ale na pewno nie domu miesz­ka­l­ne­go. Potem jeszcze deski i "krawędziaki" wydawane były z polecenia dyrektora do Białki lub Bukowiny Tatrzańskiej, po­do­bno dla generała, który tam budował daczę.

Jest więc prawdopodobne, że część drewna z ołtarza na nowotarskim lotnis­ku została potem użyta do budowy innej ge­neralskiej daczy w Konstancinie pod War­szawą. Nie jest jednak możliwe, by ma­teriał pobrany z magazynu dało się "przerobić" na płazy ścienne. Rozmiary wywiezionego drewna wskazują nato­miast, że ten materiał mógł być użyty do wykończenia budynku, a jego szczyt być może istotnie ozdabia listwa z brzegu podestu.

Nie był to wszakże koniec historii drewna z papieskiego ołtarza. Po około ro­ku do biura PBK na Parkowej przyje­cha­li po cywilnemu panowie z policji czy z UB. Zabrali oni - rzekomo "do śledztwa" dokumenty dotyczące rozchodu dre­wna z dwóch aut, które pojechały do Warszawy. W stanie wojennym dyrekto­r techniczny PBK wraz z szefem zao­patrzenia byli wzywani na policję w No­wym Targu i przepytywani, gdzie jeszcze mo­gło pojechać drewno ołtarza na no­wotarskim lotnisku, bo nie na tym rzecz po­lega, aby dygnitarze kradli.

Chodziły słuchy, że ołtarz z no­wo­tarskiego lotniska od razu chcieli kupić gó­rale "spod hal", aby drewniana konstrukcja dała początek kaplicy, ale gros decyzji towarzyszących papieskiej wizycie zapadało na szczeblu dyrekcji Kom­bi­natu Budownictwa Komunalnego, Ko­mitetu Wojewódzkiego i wojewody. W efe­kcie Kościół przejął z ołtarza tylko szczyt i krzyż. Szczyt był długo ekspo­no­wany w bocznej nawie nowotarskiego koś­cioła p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa, lecz potem zdemontowany i zło­żony w magazynie. Krzyż towarzyszył różnym masowym uroczystościom religijnym, teraz również obchodom ćwierć­wie­cza pamiętnej mszy na nowotarskim lotnisku.

Przez tych 25 lat ołtarz projekto­wa­ny i wznoszony w nieprawdopodobnym tem­pie, trwał tylko w pamięci ludzkiej i na zdjęciach. Dopiero architekt ołtarza, au­tor wybranej wówczas przez Kurię Me­tropolitalną koncepcji, Tadeusz Ję­dry­s­ko, zainicjował stworzenie makiety obie­ktu w skali 1:25, łącznie z przywie­zioną wtedy z Ludźmierza złocistą figurą Mat­ki Bożej Gaździny Podhala. Makieta bę­dzie umieszczona w nowotarskim ra­tu­szu, za szkłem.

Tekst i fotografie Anna Szopińska

Mamma mia!

Wszyscy kochają Włochy, ten but kopiący Sycylię, przepełniony zapierającymi dech w piersiach krajobrazami, będącymi kombinacją natury i kultury. Wszyscy kochają włoszczyznę. Potrawy włoskie są przez większą część świata uważane za najsmaczniejsze, a zarazem najprostsze w przygotowaniu i najzdrowsze. W rankingach na ulubioną kuchnię, zawsze prowadzi kuchnia włoska.

Amerykanie kochają Włochów, między innymi dlatego, że większość z nich w poprzednich pokoleniach wiodła życie w słonecznej Italii.

Ja osobiście uwielbiam makaroniarzy, a szczególnie tych co dla mnie gotują. Moja fascynacja zazieleniła się pesto bazyliowym, z oliwą z oliwek z prywatnej tłoczni przyjaciela, z czosnkiem i orzeszkami piniowymi, wymieszanym ze wstążkami tagliatelle. Potem już sama odkryłam parmezan i szynkę parmeńską, gorgonzolę , bruschettę, chleb foccachia, lasagne, canneloni, wszystkie inne makarony o barwnych nazwach, wina, a przede wszystkim włoskie desery, od gelatto począwszy, przez panna cota, do niebiańskiego tiramisu. Wymieniać można w nieskończoność, ale obawiam się, że klawiatura mojego komputera nie zniosłaby śliny, cieknącej na samo wspomnienie tych rarytasów.

Na szczęście Chicago jest oblepione włoskimi restauracjami serwującymi szikagowską pizzę, włoskimi tratoriami z różnymi wariacjami pasty, włoskimi delikatesami, gdzie można kupić oryginalne sery, szynkę, salami, marynowane oliwki, oliwę, pieczywo , makarony, przyprawy i inne specjały przydatne w chwili, kiedy sami zakasamy rękawy, otworzymy książkę kucharską, którą niewątpliwie znajdziemy na półkach każdej księgarni i zabierzemy się do pitraszenia na włoską modłę. I tak, jak można krzywym okiem spoglądać na francuskie ślimaki czy surową rybę prosto z Japonii, tak nikt nie oprze się kawałkowi pizzy czy spagetti z sosem pomidorowym. Jest jeszcze jeden aspekt kuchni z Italii: pośród wszystkich wykwintnych dań, włoskie są najtańsze.

Włosi, tak jak Francuzi, Hiszpanie i Grecy, czczą i celebrują posiłek, czyniąc z każdego małą ucztę, a tym samym sprawiając sobie i współbiesiadnikom świąteczną przyjemność w zwykły dzień.

Porządek wykwintnego obiadu jest następujący. Najpierw na stół wjeżdża przystawka, tzw. antipasta, czyli coś co podaje się przed pastą, a zazwyczaj jest to taca z zimną wędliną, salami, szynką, serami i warzywami lekko marynowanymi w oliwie z oliwek i occie winnym, bądź dla odmiany talerz z owocami morza i surowymi warzywami. Następnie serwuje się makarony, czyli minestre, bo choć słowo pasta przyjęło się na całym świecie, po włosku oznacza ono "ciasto", a makaron to minestre. Najpopularniejsze włoskie dania z makaronem to spaghetti alla Bolognese z sosem przyrządzonym z mielonego mięsa, dojrzałych pomidorów i ziół, spaghetti alla Carbonara z jajkiem, śmietaną i kawałkami boczku; również al frutti di mare z owocami morza w sosie pomidorowym, al formaggi z, zazwyczaj, czterema gatunkami sera.

W kuchni włoskiej makarony nie są posiłkiem samym w sobie. Serwowane po przystawce, są preludium do dania głównego czyli piatti principali, którym zazwyczaj są mięsa, przyprawiane dwoma ziołami: rozmarynem i bazylią, bądź ryby. Zanim jednak nastąpi kulminacyjny punkt programu, prawdziwy Włoch zje zupę minestrone, z warzywami i macaroni, i insalate z oliwą z oliwek. To danie z kolei może być podawane przed lub po minestre. Całość zostaje uwieńczona deserem. Jednak po tak obfitym 5 daniowym posiłku mało kto jest w stanie zjeść tłuste i słodkie desery, dlatego zazwyczaj serwuje się sezonowe owoce. Zresztą tak jak owoce, tak i warzywa są zjadane zawsze w zgodzie z porą roku, gdyż wtedy mają one najlepszy, autentyczny smak i aromat.

Łatwo zauważyć, że w tej wyliczance brakuje tak popularnego dania jakim jest pizza.

Typowa dzisiejsza pizza, z dużą ilością sera, sosem pomidorowym, salami, oliwkami na wysoko wyrośniętym cieście to wymysł amerykański, a oryginalana włoska pizza to tylko podpłomyk z oliwą z oliwek i ziołami. Taka pizza w zamierzchłych czasach była posiłkiem ubogich , a współcześnie jest tylko przekąską, kiedy to jej amerykańska odmiana jest zazwyczaj posiłkiem samym w sobie, na dodatek bardzo kalorycznym.

Najlepszą pizzę, będącą kompromisem między pizze italiana i made in USA, jadłam w niedawno otwartej Trevia Ristorante przy 1575 N. Milwaukee Avenue. Mają oni w menu do wyboru cztery wariacje na cienkim, chrupiacym cieście. Pizza Tre Via- grilowany bakłażan, krewetki, pomidory i kozi ser, to najbogatsza wersja, a Pizza Napoli z prosciutto di parma, figami i dziką arugulą to chyba najsmaczniejsza. Trevia nie należy do miejsc najtańszych, ale warto spędzić w niej przyjemny wieczór, chociażby ze względu na romantyczną atmosferę, przyciemnione światło, kameralne stoliki, idealne miejsce na randkę.

Jeśli chcecie spróbować doskonałych gnocchi skierujcie swe kroki w kierunku Ukrainian Village do tratorii A Tavola przy 2148 W. Chicago Avenue. Gnocchi to wyśmienite serowe kluseczki, trochę podobne do naszych kopytek. A Tavola jest miejscem niewielkim, skromne jest też jej menu: trzy antipasti, 3 pasty, 3 dania główne, wszystko jednak dosmakowane i dopieszczone wytrawną ręką szefa kuchni staje się "niebem w gębie".

Z kolei Sabatino"s ze względu na wystrój i atmosferę, uznawana jest za najbardziej tradycyjną restaurację włoską w mieście. Znajdująca się na 4441 W. Irving Park Sabatino"s, przyciąga klientów rozegranym piano barem oraz wyśmienitą lasagną i maricotti, makaronowymi muszlami nadziewanymi czterema gatunkami sera.

Think Cafe słynie z domowych deserów. Posiada też inne atuty, jak antipasti z białych szparagów rozpływających się w ustach czy przeogromne porcje insalate, jednak numerem popisowym i celem do odwiedzenia tej kafejki przy 2235 N. Western Avenue jest zuccotto.

Słodkie arcydzieło z musu czekoladowego, z białej i czarnej czekolady, ułożonego warstwami na sosie ze śweżych moreli, spryskanego płynną czekoladą. Zjawiskowe jest również ich tiramisu i placek kawowy.

Choć zasadniczo kuchnia włoska jest kombinacją warzyw, zbóż, owoców, ryb, serów, czyli produktów nieprzetworzonych, dostarczanych przez naturę biednym Włochom, stąd nazwa cucina povera- kuchnia ubogich, to jednak wybierając się do włoskich restauracji w Chicago radziłabym nie zapomnieć portfela. Za jakość się płaci, ale czyż nie warto żyć chwilą?!

W ubiegłym miesiącu biuro imigracyjne wydało dwa memoranda prawne, które zmieniają nieco procedu­rę przyznawania petycji. Ze względu na to, że dotyczą one wielu z Państwa obecnie starających się o różne przy­wileje imigracyjne, postanowiłam im właśnie poś­więcić ten artykuł.

Oba memoranda wydane zostały przez pana Wi­l­liama Yates, który jest jednym z dyrektorów biura imigracyjnego odpowiedzialnym za interpretację przepisów wykonawczych. Pierwsze z nich, wydane 4 maja 2004 dotyczy tzw. RFE (Request for Evidence). RFE, to prośba biura imigracyjnego o dodatkowe dokumenty lub wy­ja­śnienia. RFE towarzyszyć może różnym petycjom, za­ró­wno tym o przedłużenie wizy turystycznej, jak i tym o po­byt stały. Do tej pory biuro imigracyjne w prawie każ­dym przypadku wydawało RFE, dając tym samym szansę aplikantowi na uzupełnienie swojej aplikacji, zanim wy­dano odmowę. Zawsze można więc było liczyć na to, że biuro imigracyjne upomni się o brakujący dokument za­nim wyda odmowę. W niektórych wypadkach jednak wy­dawano RFE zupełnie niepotrzebnie, w sytuacjach, w których aplikant wysłał wszystkie niezbędne dokumenty, ale biuro albo ich nie zauważyło, albo nie zrozumiało ich znaczenia.

W memorandum, o którym mowa, pan Yates informuje, że RFE nie jest konieczne we wszystkich sytuacjach. Uważa on, że RFE jest dobrą wolą oficera CIS i je­śli oficer uważa, że aplikant nie udowodnił dostatecznie, że kwalifikuje się na przywilej imigacyjny, o który prosi, to oficer może wydać decyzję odmowną nawet bez wy­da­nia RFE i proszenia o dodatkowe informacje. Sytuacja ta jest bardzo niebezpieczna, ponieważ wielu imigran­tów zamiast udać się do adwokatów imigracyjnych, ko­rzy­sta z usług biur podróży lub innych pośredników, któ­rzy nie znają wymagań przepisów wykonawczych i skła­dają niepełne aplikacje. Do tej pory aplikanci mogli li­czyć na to, że biuro imigracyjne upomni się o bra­ku­ją­ce dokumenty zanim wyda decyzję odmowną. Obecnie ta­kiej pewności już nie ma.

Według wydanego ostatnio memorandum biuro imi­­gracyjne będzie polegało na dokumentach złożonych na początku wraz z aplikacją. W związku z tym, teraz ba­r­dziej niż kiedykolwiek, osoby starające się o pobyt sta­ły lub przedłużenie wizy (np. turystycznej) lub zmia­nę na inną wizę, powinny udać się do prawnika, który spe­cjalizuje się w sprawach imigracyjnych. W przeciw­nym wypadku ryzykują Państwo odmowę złożonej petycji.

W przypadku otrzymania odmowy również powinni Państwo zgłosić się do prawnika imigracyjnego po to, aby złożyć tzw. Motion to Reopen, a więc prośbę o ot­wa­rcie sprawy. Taka prośba powoduje, że sprawa będzie po­nownie przez biuro imigracyjne rozpatrzona i moż­liwe będzie złożenie wyjaśnień, na przykład że aplikant nie miał prawnika, ale że aplikant posiada dokumenty, któ­rych złożenie na początku, wraz z aplikacją, spo­wo­do­wałoby przyznanie petycji. Nie każdy jednak oficer zgo­dzi się na otwarcie sprawy, ponieważ wielu uważa, że jeśli aplikant nie zatrudnił prawnika imigracyjnego, w przy­padku odmowy musi ponieść konsekwencje. W wię­kszości jednak oficerowie biura imigracyjnego pozwolą na otwarcie sprawy i zmienią swą odmowną de­cyzję, jeśli dodatkowe informacje złożone z Motion to Re­open wyraźnie pokażą, że aplikant kwalifikuje się na przy­wilej, o który się stara.

Petycja Motion to Reopen musi jednak być złożona w ciągu 30 dni od wydania decyzji odmownej. Muszą jej to­warzyszyć dodatkowe dokumenty i opłata $110. Wy­da­ne ostatnio memorandum wskazuje na to, że biuro imi­gracyjne nie będzie tolerować aplikacji, które skła­dane są z niepełną dokumentacją. W oczach biura imigracyjnego takie niepełne aplikacje powodują doda­t­kową pracę dla oficerów biura i powodują opóźnienia. Ostrze­gam więc osoby, które uważają, że nie potrzebują po­mocy prawnej w aplikacjach o przedłużenie wizy B-2 lub o wizę studencką lub inną wizę tymczasową, że jeśli po­pełnią najmniejszy błąd w składaniu aplikacji lub po­miną dokument, to nie będą mieli już szansy tego błędu na­prawić później. Od samego początku powinni więc Państwo polegać wyłącznie na prawnikach.

Drugie memorandum, również wydane w ubie­głym miesiącu, 4 maja 2004, dotyczy sponsorowania na po­byt stały przez pracodawcę. Szczególnie dotyczy to wy­magania aby sponsor udowodnił, że posiada od­po­wiednie zasoby finansowe, aby opłacić stawkę wymaga­ną przez Departament Pracy. Wymaganie to miało począ­t­kowo za zadanie sprawdzić wiarygodność petycji. Jeśli spo­nsor chce zatrudnić cudzoziemca, to według De­par­ta­mentu Pracy powinien udowodnić, że stać go na to. Wy­móg ten brzmi racjonalnie. Jednak sposób w jaki biu­ro imigracyjne wymaga, aby zostało to udowodnione, nie jest racjonalny.

Biuro imigracyjne od lat koncentruje się w większości na zeznaniach podatkowych sponsora, a do­kła­d­nie na wykazanych zyskach. Według interpretacji biura imigracyjnego zyski wykazane powinny być większe niż wymagana stawka. W wielu wypadkach jednak tak nie jest nawet jeśli sponsor ma milionowe obroty i za­tru­d­nia mnóstwo osób. Zazwyczaj korporacje roz­po­rzą­dzają zyskami pod koniec roku w formie premii, zwiększonych pensji i inwestycji, po to, aby nie płacić poda­t­ków za zostawione zyski. Jest to normalna i legalna pra­ktyka. Biuro imigracyjne ślepo zapatrzone w zyski, po­mi­ja majątek w banku, inwestycje, itp. i odmawia petycji o sponsorowanie nawet w przypadku olbrzymich ko­r­poracji. W związku z tym od wielu już lat AILA, Sto­wa­rzyszenie Amerykańskich Prawników Imigracyjnych, pro­wadziło rozmowy z biurem imigracyjnym na temat bardziej racjonalnej interpretacji tego przepisu. Roz­mo­wy te niedawno zakończyły się sukcesem i biuro imigra­cy­j­ne przygotowuje przepisy wykonawcze, które mają na celu wyeliminowanie konieczności ustalenia "możli­wo­ści finansowych" jako jednego z elementów sponso­rowania. Jeśli przepisy te w końcu ujrzą światło dzienne, znacznie ułatwi to proces sponsorowania.

Na razie jednak biuro imigracyjne chcąc unormo­wać swą interpretację tego warunku sponsorowania wy­dało powyżej wspomniane memorandum, które daje oficerom wskazówki, w jakich sytuacjach należy petycje spo­nsorowania przyznać. Po pierwsze, pozytywna de­cy­zja będzie wydawana w sytuacji, kiedy zyski sponsora (wykazane w podatkach) są większe od ustalonej przez Departament Pracy stawki. Po drugie, w sytuacji, kiedy spo­nsor już opłaca imigrantów wymaganą stawką i jest w stanie wykazać to formularzami W-2 lub 1099. Po trze­cie, i jest to nowa interpretacja prawa, petycja I-140 po­winna być przyznana jeśli "assets", a więc obecny ma­jątek sponsora jest większy niż wymagana dla imigranta stawka. Ta interpretacja wreszcie bierze pod uwa­gę, że pomimo, że korporacja może nie wykazywać zys­ków, jednak może mieć na tyle wartościowy majątek, aby móc sponsorować imigranta.

Nie wszyscy jednak oficerowie przeczytali chyba no­we memorandum, ponieważ nadal wydają odmowy na podstawie braku odpowiednio wysokich zysków. Te­raz jednak mamy prawną podstawę (w postaci nowego me­morandum), aby od tych decyzji się odwoływać w ocze­kiwaniu na nowe przepisy eliminujące to wymaganie.

Na koniec - o umowie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Eu­ro­pejską (w tym oczywiście Polską) o wymianie informacji dotyczących pasażerów przylatujących z krajów Unii Europejskiej. Zgodnie z nia wszystkie informacje zgro­madzone przez linie lotnicze, dane personalne, ad­re­sy, kontakt w sytuacji nagłej konieczności, numer ka­r­ty kredytowej użytej do zakupu biletów, itd. będą do­stę­p­ne do wiadomości zainteresowanych. Unia Europejska dłu­go broniła się przed tą umową, ze względu na obawy zwią­zane z prawem ochrony danych osobowych, ale w koń­cu uległa pod presją USA.

Wymienione powyżej zmiany w przepisach wy­ko­na­wczych dyskutowane będą na konferencji prawników imi­gracyjnych z udziałem członków Biura Imi­gra­cyj­ne­go, Departamentu Stanu i Deparamentu Pracy, która od­bę­dzie się 10 czerwca. Sprawozdanie z jej obrad - w na­stę­pnym artykule.

Pragnę również ogłosić, że nasze biuro w polskiej dzie­lnicy przenieśliśmy niedawno pod nowy adres. Za­miast, jak do tej pory, na Belmont, w weekendy spoty­kać będziemy się z Państwem w nowym biurze przy 3604 N. Lavergne, na skrzyżowaniu Lavergne i Addison (na wysokości 5000 W. Addison).

Zapraszamy!

Autorką artykułu jest Agata Gostyńska Frakt.

Adwokat imigracyjny i rodzinny

Tel.
(312) 644-8000

Adres: 100 W. Monroe, Suite 1705

Chicago, IL 60603

Moją pierwszą wypowiedzią na łamach "Monitora" ponad pięć lat temu był artykuł poświęcony zespołowi jelita drażliwego (Irritable Bowel Syndrome - IBS). Nazwę tego zespołu niektórzy tlumaczą na język polski jako zespół jelita wrażliwego lub zespół jelita nadwrażliwego. W dalszej części będę używał skrótu IBS jako nazwy zespołu.

Ze względu na związek ze stresem, IBS był i jest jedną z najczęstszych przypadłości imigrantów z jakimi na co dzień spotykamy się w praktyce lekarskiej. Przez ostatnich pięć lat postęp medycyny doprowadził do odkrycia wielu nie znanych wcześniej mechanizmów choroby, co umożliwiło wprowadzenie na rynek kilku nowych leków oferujących pomoc pacjentom cierpiącym na IBS.

IBS charakteryzuje się uczuciem pełności brzucha, częstymi biegunkami lub zaparciemi, lub naprzemiennymi biegunkami z zaparciami. Niektóre osoby z IBS mają śluz w kale, niektórzy narzekają na wzdęcia, nagłą potrzebę wypróżnienia, uczucie niepełnego wypróżnienia.

Przez wiele lat przyjmowało się, że IBS jest powodowany wyłącznie przez stres. Trudność diagnostyki IBS polega na tym, że pomimo nieprawidłowej czynności jelit, nie stwierdza się żadnych zaburzeń anatomicznych, organicznych, tak jak też nie ma jakichkolwiek testów krwi na potwierdzenie istnienia tego zaburzenia. Przez długi czas nazywano IBS "chorobą bez schorzenia" co w pełni określało ulotność definicji tej choroby. Definicją IBS zajmowali się specjaliści wielokrotnie i w wyniku ich pracy powstały kryteria choroby, od miejsca spotkania nazywane kryteriami rzymskimi (1988 rok) i najbardziej aktualne, kryteriami rzymskimi II (1999 rok).

Należą do nich ból lub dyskomfort brzucha przez okres co najmniej 12 tygodni w czasie ostatnich 12 miesięcy i co najmniej dwa spośród trzech poniższych objawów:

- ‑ulga po wypróżnieniu,

- ‑początek objawów występuje razem ze zmianą częstotliwości oddawania stolca,

- ‑początek objawów występuje razem ze zmianą konsystencji stolca.

Dodatkowe kryteria wspierające diagnozę IBS to nieprawidłowa częstotliwość oddawania stolca, nieprawidłowa konsystencja stolca, nieprawidłowe wypróżnianie, wypróżnianie ze śluzem, wzdęcia lub uczucie rozpierania.

Diagnostyka pacjentów z IBS składa się z dokładnego wywiadu i badania fizykalnego. Przy spełnieniu powyższych kryteriów jedynie ograniczone badania laboratoryjne mogłyby być wskazane. Są to badania na krew utajoną w kale, morfologia krwi, poziom hormonów tarczycy, opad (polski OB), chemia krwi, badanie kału na obecność pasożytów. Pacjentom powyżej pięćdziesiątego roku życia zaleca się przeprowadzenie kolonoskopi. Objawy, które zapewniają dokładniejsze badania na obecność groźniejszych chorób to: utrata wagi ciała, gorączka, anemia, ciągła biegunka lub poważne zaparcia, masy, guzy w brzuchu i w odbycie, rodzinna historia raka lub chorób zapalnych jelita grubego.

W chwili obecnej przyjmuje się, że IBS rozwija się na podstawie skomplikowanej kombinacji zaburzeń patologicznych. Zaburzenia te są związane z czynnikami genetycznymi, odpowiedzialnymi za zmianę perystaltyki jelit, stanami zapalnymi błony śluzowej jelita, nadwrażliwością jelit, zaburzeniami przepływu impulsów pomiędzy mózgiem a nerwami trzewnymi. Pacjenci z zapaleniem błony śluzowej żołądka mają dziesięć razy większe ryzyko IBS.

Niektórzy pacjenci z IBS mają obniżony poziom czynników przeciwzapalnych (cytokin) występujacych w naszym organizmie. Niektórzy pacjenci z IBS podają tragiczne doświadczenia życiowe jak na przykład gwałt w przeszłości czy też bycie ofiarą znęcania się psychicznego lub znęcania fizycznego. Czynniki socjalne wpływające na powstanie IBS to śmierć w rodzinie, rozwód, utrata pracy. Podróże i nadmierny wysiłek fizyczny również mogą wywołać wystąpienie objawów brzusznych.

Dieta z dużą ilością alkoholu, tłuszczu, kofeiny, sorbitolu, fruktozy, mleka i przetworów mlecznych, produktów zbożowych, czy warzyw może powodować zaburzenia brzuszne.

Częściej notuje się IBS u pacjentów z zaburzeniami psychiatrycznymi. Około 30-60% pacjentów z depresją, stanami lękowymi, napadami paniki ma objawy IBS. Z kolei około 50% pacjentów z IBS spełnia kryteria zaburzeń psychiatrycznych.

Pacjenci cierpiący na IBS mają taką samą jakość perystaltyki mięśni żołądka, jelita cienkiego i grubego. Czynnikiem wyróżniającym ich perystaltykę są zmiany ilościowe. Zbyt szybka lub zbyt wolna perystaltyka doprowadza odpowiednio do biegunek lub zaparć. Dieta, hormony, fizyczny lub psychologiczny stres mogą zaburzyć częstotliwość jak też i siłę skurczy perystaltycznych.

Z badań na pacjentach z IBS wynika, że wielu z nich ma zaburzoną motorykę jelit i nadmierną wrażliwość na bodźce pochodzenia jelitowego przesyłane do mózgu. Już w tej chwili wiadomo, że za IBS w dużej części jest odpowiedzialna nieprawidłowa aktywność połączeń nerwowych na drodze jelito-mózg i mózg-jelito. Z tego też względu stres czy zburzenia psychosocjalne mogą wywoływać zaburzenia w pracy jelit i dolegliwości brzuszne. Ze względu na przeważające objawy, pacjentów z IBS zalicza się do grup chorych z biegunką, z zaparciami, z biegunką i z zaparciami, z wzdęciami i bólem brzucha. Sposób leczenia pacjentów zależy w dużej mierze od tego, do której grupy zostali zaliczeni.

Objawy IBS występują u 10-15% wszystkich dorosłych w Stanach Zjednoczonych (15 milionów ludzi). Co ósma wizyta w gabinecie lekarskim odbywa się z powodu IBS, a gastroenterolodzy rozpoznają to schorzenie u co trzeciego swojego pacjenta z objawami brzusznymi. Ciągle przyjmuje się, że tylko co czwarty człowiek cierpiący na IBS zgłasza się ze swoimi dolegliwościami do lekarza. Kobiety stanowią dwie trzecie wszystkich cierpiących na IBS, i cztery piąte wszystkich pacjentów z IBS szukających pomocy. Różnice płci w występowaniu IBS tłumaczy się różnicą fizjologii układu pokarmowego, przetwarzaniem bodźców bólowych w mózgu, różnicami psychologicznymi. IBS występuje w podobnych proporcjach u różnych ras i grup etnicznych. Większość przypadków stwierdza się u młodych ludzi dorosłych i ta częstotliwość zmniejsza się z wiekiem.

IBS (Irritable Bowel Syndrome) diagnozuje się obecnie już nawet u dzieci poniżej piątego roku życia. Czynnikami odpowiedzialnymi za występowanie IBS u małych dzieci mogą być ząbkowanie, przejście ostrych chorób wirusowych, problemy w szkole lub domu. Przypuszcza się, że niewielka część dzieci z symptomami IBS mogła "nauczyć" się choroby od któregoś z rodziców.

Pacjenci z IBS częściej niż inni narzekają na różne inne dolegliwości zdrowotne i prawie dwadzieścia razy częściej zgłaszają się do lekarzy z objawami brzusznymi, a dwukrotnie częściej niż ich rówieśnicy z innymi objawami. Pacjenci z IBS opuszczają trzykrotnie więcej dni w pracy i trzykrotnie częściej przyznają, że są zbyt chorzy aby w ogóle pracować. Ich jakość życia jest porównywalna z jakością życia ludzi chorych na cukrzycę i inne choroby przewlekłe. Koszty IBS (leczenie, straty ekonomiczne) oblicza się na ponad 20 miliardów (billions) dolarów rocznie. HMO obliczyły, że pacjenci z IBS kosztują je o $1,000 na rok więcej aniżeli pacjenci bez IBS.

Pacjenci z IBS zaczynają szukać pomocy po mniej więcej trzech i pół roku od momentu wystąpienia objawów. Okres ten bardzo często doprowadza do stanów lękowych i stresów, gdyż pacjenci z objawami IBS przez cały czas wyobrażają sobie, że mają ciężkie schorzenia organiczne (na przykład nowotwory). Te niepotrzebne obciążenia psychiczne jeszcze bardziej nasilają objawy choroby i powstaje błędne koło, gdzie objawy kliniczne nasilają stany lękowe, a te z kolei nasilają objawy IBS. Często w momencie diagnozy niezbędne i tak samo ważne jest leczenie objawów IBS jak też i stanów lękowych.

Ciekawym jest, że pacjenci z IBS mają zwiększoną wrażliwość na bodźce bólowe płynące z układu pokarmowego, ale nie są bardziej wrażliwi na ból somatyczny, a niektórzy z nich mają zwiększoną odporność na ten ból. Leczenie IBS polega na upewnieniu pacjentów, że ich problemy zdrowotne nie mają poważnego podłoża organicznego i dokładnym wytłumaczeniu im pochodzenia choroby. Często już samo postawienie diagnozy IBS przynosi ulgę pacjentom. Czasami lekarz sugeruje zmiany w diecie pacjentów, szczególnie wyłączenie pokarmów pogarszających objawy. Ćwiczenia fizyczne, redukcja stresu, psychoterapia również mogą być stosowane do leczenia IBS.

Zaufanie pacjenta do lekarza może pomóc bardziej niż jakiekolwiek leki. Łagodne formy IBS z zaparciami leczy się środkami przeczyszczającymi, formy z biegunką lekami przeciwbiegunkowymi. Wzdęcia czy ból występujące przy IBS leczy się lekami przeciwskurczowymi lub przeciwdepresyjnymi.

Postęp wiedzy o IBS doprowadził do rozwoju leków działających bezpośrednio na receptory nerwowe odpowiedzialne za wystąpienie objawów IBS. Pierwszym z tych leków był antagonista (hamuje funkcje) receptorów serotoniny występujących w jelicie, aloserton, stosowany do leczenia kobiet z IBS w postaci poważnych biegunek. Lek ten był skutecznie stosowany w 2000 roku u setek tysięcy kobiet i mężczyzn dotkniętych tą przypadłością, niestety, kilka przypadków zgonów spowodowanych całkowitym zahamowaniem czynności jelit przez ten lek doprowadziło do wycofania go z rynku w Stanach Zjednoczonych. Lek ten powrócił na rynek w czerwcu 2002 roku z zastrzeżeniem dużo ostrożniejszej kwalifikacji pacjentów.

Innym lekiem często stosowanym od 2002 roku do leczenia IBS (Irritable Bowel Syndrome) jest tegaserod, agonista (pobudza funkcje) receptorów serotoniny, który obecnie z powodzeniem stosuje się u kobiet z IBS z objawami zaparć. W chwili obecnej prowadzi się badania nad kilkoma innymi modulatorami receptorów neuroprzekazników, które z istniejącymi już na rynku lekami umożliwią coraz bardziej skuteczne leczenia IBS.

Doktor medycyny Błażej Łojewski, M.D. 

(Blazej Lojewski)

Warunki minimalne

do uzyskania certyfikatów stanowych

Akredytacja nauczycielska w Illinois

Illinois State Board of Education - rada stanowa edukacji Illinois udziela licencji na pracę w szkołach sta­nowych wyłącznie osobom posiadającym wysokie kwa­lifikacje. W celu utrzymania wysokich standardów ka­ndydaci muszą spełnić wymagania ściśle związane z ro­dzajem wybranego certyfikatu. Niniejszy artykuł przedstawia wszystkie rodzaje certyfikatów udzielanych przez władze stanowe Illinois wraz z warunkami kwalifikacyjnymi, oraz procedurę ubiegania się o akredytację.

Informacje ogólne

Lista dostępnych certyfikatów

Stan Illinois udziela następujących certyfikatów na poziomie wstępnym, zwykłym i zaawansowanym: praca z dziećmi małymi (od urodzin do 3 lat), nauczanie po­czą­tkowe (klasy K-9), średnie (klasy 6 -12), specjalne (klasy K-12, lub od przedszkola do 21 lat), certyfikat dla personelu usług szkolnych i dla administracji. Wszystkie wy­mienione certyfikaty mogą zostać wystawione kan­dy­datom na okres tymczasowy (maksymalnie dwa lata finansowe). Pozostałe rodzaje udzielanych certyfikatów obejmują certyfikat nauczania zastępczego, tymczasowy certyfikat nauczania zawodowego, tymczasowy certyfi­kat na pracę w niepełnym wymiarze godzin oraz przejściowy certyfikat dwujęzyczny. Niniejszy artykuł zawie­ra bardziej szczegółowy opis wymienionych certyfika­tów, zakres uprawnień oraz warunki ich uzyskania.

W jaki sposób można zdobyć licencję uprawniającą do nauczania w stanie Illinois?

Aby uzyskać certyfikat nauczania zastępczego, ty­m­czasowy certyfikat nauczania zawodowego, tymczasowy certyfikat nauczania zawodowego, lub tymczasowy certyfikat na pracę w niepełnym wymiarze godzin na­leży złożyć podanie w ramach oceny odpisu wyników i spełnić wszystkie warunki uzyskania danego certyfi­ka­tu. Ukończenie akredytowanego programu jest alterna­ty­wnym, obok kwalifikacji poprzez ocenę odpisu wyni­ków, warunkiem uzyskania przejściowego certyfikatu dwu­języcznego.

Od osób starających się o certyfikat wymaga się dobrego charakteru i stanu zdrowia, ukończonych co najmniej 19 lat i obywatelstwa Stanów Zjednoczonych lub legalnego pobytu w Stanach Zjednoczonych i pozwolenia na pracę.

Jak i gdzie można ukończyć

akredytowany program?

W stanie Illinois 55 szkół oferuje akredytowany pro­gram kształcenia nauczycielskiego. Ponieważ żadna szko­ła nie oferuje wszystkich możliwych aspektów akredytacji, warto wybrać taką szkołę, która oferuje interesujący program i spełnia inne kryteria, ważne dla danej osoby. Każdy kandydat musi oczywiście spełnić wa­runki wstępne danej instytucji przed przystąpieniem do akredytowanego programu. Ocenie poddane może być zarówno już posiadane wyższe wykształcenie jak i do­świadczenie kandydata. Doradca uniwersytecki u­dzie­la informacji na temat kursów, które należy zali­czyć, aby zakwalifikować się do uzyskania wybranego typu certyfikatu. Kandydatom uczestniczącym w programie na poziomie podstawowym lub średnim doradca wskaże również kursy, które są niezbędne do zakwalifikowania się do nauczania konkretnych przedmiotów.

W następnych artykułach podamy listę szkół wraz z przedstawieniem konkretnych oferowanych przez nie programów. Warto także zapoznać się z informatorem akredytowanych programów - Directory of Approved Pro­grams. Aby go otrzymać proszę skontaktować się pi­se­mnie lub telefonicznie z Wydziałem Przygotowania Za­wodowego - Division of Professional Preparation.

Po ukończeniu akredytowanego programu kandydaci otrzymują do wypełnienia podanie o licencję, Ap­plication for Certificate. Doradca uniwersytecki poddaje ocenie wypełniony formularz, uwzględniając również wy­niki uzyskane w ramach ukończonego programu. Je­żeli kandydat spełnia wszystkie warunki, otrzyma formularz z podpisem i pieczęcią uprawnionego pracownika instytucji. Nie wolno na tym etapie wprowadzać ża­dnych modyfikacji do formularza. Następnie formularz wraz z opłatami i oficjalnym odpisem wyników nauki przesyła się do rejonowego inspektora. Po zdaniu przez kandydata wszystkich wymaganych testów, inspektor udziela tymczasowej akredytacji na zatrudnienie - Tem­porary Employment Authorization. Jest to dokument, na podstawie którego można podjąć pracę w oczekiwaniu na właściwy certyfikat. W tym czasie należy pamiętać o po­informowaniu inspektora o ewentualnych zmianach adresu zamieszkania. Rejonowy Urząd Edukacji, The Re­gional Office of Education, po otrzymaniu certyfikatu od Rady Stanowej Edukacji rejestruje dokument na dany okres ważności i przesyła do kandydata. Certyfikat musi zostać zarejestrowany na sprecyzowany okres ważności w rejonie gdzie wykonywana jest praca, lub, jeśli posiadacz certyfikatu nie pracuje, w rejonie zamieszkania.

Podsumowanie procedury podania

o uprawnienie do pracy

1. ‑Należy uzyskać podpisany i opieczętowany formularz podania z uniwersytetu lub szkoły. Nie wpro­wadzać żadnych zmian do formularza.

2. ‑Dołączyć oficjalny odpis wyników z uniwersytetu. Odpis ten nie musi zawierać dyplomu ukończenia stu­diów, jednakże w najlepszym interesie kandydata jest uzyskanie wszystkich odpisów z wszystkich szkół, do których uczęszczał, które wykażą całość po­branej nauki na poziomie szkoły pomaturalnej i stu­dia.

3. ‑Podanie o licencję podlega bezzwrotnej opłacie $30. Opłaty obowiązkowo uiszcza się na specjalnym formularzu do otrzymania w biurze inspektoratu re­jo­no­wego. W niektórych rejonach edukacyjnych opła­ty wpłaca się bezpośrednio gotówką do biura inspe­kto­ra, w innych przyjmuje się przekazy pieniężne lub czeki na 30 dolarów płatne Inspektoratowi Edu­kacji. Nauczyciele w mieście Chicago mogą wnieść je­dnorazowy przekaz pieniężny na $30.00 płatny In­spe­ktoratowi Edukacji.

4. ‑Przekazać wszystkie dane Rejonowemu Inspek­to­ro­wi Edukacji, w rejonie zamieszkania kandydata lub w rejonie gdzie planuje on/ona rozpoczęcie pracy. Biura inspektoratów rejonowych podane są na koń­cu niniejszego artykułu.

5. ‑Po zdaniu przez kandydata wszystkich obo­wią­z­ko­wych testów, inspektor rejonowy wystawi tymczasowe uprawnienie do zatrudnienia, Temporary Em­plo­yment Authorization, upraw­niającą do pracy nau­czy­cielskiej przed otrzymaniem właściwej licencji. Certyfikat zostanie wysłany do kandydata w przeciągu około trzech tygodni. Należy pamiętać o poinformowaniu inspektora rejonowego o ewentualnej zmianie adresu.

Co to jest ewaluacja ukończonych przedmiotów (indeksu)?

Ewaluacja indeksu to sposób oszacowania kwalifi­kacji kandydata pragnącego uzyskać certyfikat w stanie Illinois. Ocena polega na zestawieniu kursów wykształ­cenia wyższego ukonczońych przez kandydata z kursami stanowiącymi minimalne wymaganie do uzyskania cer­tyfikatu. W przypadkach niektórych kursów ocena nie jest konieczna. Jeżeli kandydat nie kwalifikuje się do zwo­lnienia od oceny, niezbędne jest zaliczenie wymaga­nych kursów i semestralnych godzin kredytowych wy­ma­ganych do uzyskania wybranych certyfikatów.

Jak przeliczyć godziny kwartalne

na godziny semestralne?

Aby przeliczyć godziny kwartalne na godziny se­me­stralne, należy je pomnożyć przez dwie trzecie. Na przy­kład, 12 godz. kredytowych stanowi odpowiednik oś­miu godzin semestralnych (12 x 2/3=8), etc.

Kto może zakwalifikować się poprzez ewaluację zdobytych kredytów?

Kandydaci ubiegający się o licencję nauczania za­stę­pczego, tymczasową licencję nauczania zawo­do­we­go, tymczasową licencję nauczania zawodowego lub tym­czasową licencję do pracy w niepełnym wymiarze godzin obowiązkowo składają podanie w ramach oceny odpisu wyników. Kandydaci ubiegający się o przejścio­wy certyfikat dwujęzyczny mogą zostać zakwalifiko­wa­ni poprzez ocenę świadectwa lub poprzez ukończenie akre­dytowanych programów edukacji nauczycielskiej. Mo­żna ubiegać się o certyfikat do pracy z dziećmi ma­łymi, nauczania podstawowego, na poziomie średnim lub nauczania specjalnego jeżeli:

1. ‑Kandydat ukończy program edukacji nauczycie­l­skiej akredytowany przez stan inny niż Illinois i poró­wny­walny z certyfikatem wystawianym w Illinois oraz prze­dłoży formularz poświadczający weryfikację - State Approved Program Verification, wypełniony przez biuro uniwersytetu kandydata. Absolwenci akredytowanych pro­gramów instytucji w Illinois, którzy ukończyli studia ponad trzy lata temu mogą posłużyć się formularzem we­ryfikacyjnym w celu otrzymania porównywalnego ce­r­tyfikatu poprzez ocenę odpisu wyników;

2. ‑Kandydat posiada certyfikat nauczycielski wystawiony w Illionois na poziomie nauczania przedszkolnego, początkowego, średniego lub nauczania specjalnego oraz doświadczenie w pracy nauczycielskiej;

3. ‑Kandydat posiada certyfikat wystawiony w in­nym stanie porównywalny do certyfikatu o jaki ubiega się on/ona w stanie Illinois.

Osoby ubiegające się o zaliczenie certyfikatu dla personelu usług szkolnych lub administracji mogą zło­żyć podanie o akredytację poprzez ocenę odpisu wyni­ków, jeśli:

1. Posiadają ważny, porównywalny certyfikat wystawiony w innym stanie, i/lub

2. Uniwersytet, gdzie kandydaci ukończyli program wypełni formularz weryfikacyjny "State Approved Pro­gram Verification" (ISBE 73-05) wykazujący, iż uko­ńczony program porównywalny jest z programem w Illinois.

Jaka jest szansa uzyskania certyfikatu, jeżeli nie spełnia się warunków stawianych w Illinois?

Jeżeli kandydat posiada ważny certyfikat wysta­wio­ny w innym stanie i porównywalny z certyfikatem o ja­ki ubiega się w Illinois, oraz jeżeli ocena posiadanych kwalifikacji kandydata wykazuje, iż nie spełnia on/ona warunków do uzyskania certyfikatu Illinois, taka osoba kwalifikuje się do uzyskania certyfikatu tymczasowego. Certyfikaty tymczasowe ważne są przez okres maksymalnie dwóch lat finansowych. Należy uzupełnić wszystkie braki nie później niż w przeciągu dziewięciu (9) mie­sięcy od daty wystawienia certyfikatu tymczaso­wego, w przeciwnym razie certyfikat zostaje unie­waż­niony. Po uzupełnieniu braków w ramach wymaganych dziewięciu miesięcy, tymczasowy certyfikat zostaje prze­dłużony na okres pozostający do upływu dwóch lat od daty wystawienia. W ramach czasu ważności certyfi­ka­tu tymczasowego, należy zaliczyć wszystkie wymagane kursy lub egzaminy wyrównując w ten sposób bra­ki do uzyskania normalnego certyfikatu.

Jak dowiedzieć się,

które dodatkowe testy trzeba zaliczyć?

Jeżeli kandydat nie spełnia warunków do uzyskania certyfikatu Illinois, otrzyma on/ona list - wykaz deficytów wraz ze spisem kursów i innych brakujących elementów kwalifikacji. List zostaje wysłany do kandydata z rejonowego biura edukacji, gdzie zostało złożone po­da­nie.

W jaki sposób uzupełnić braki?

Poprzez zaliczenie wymaganych kursów w akredytowanej instytucji edukacji nauczycielskiej. Wszystkie braki z zakresu danych kursów wymienione są w semestralnych godzinach kredytowych. Kursy, do których przy­stąpi kandydat muszą stanowić w sumie minimum li­czby brakujących semestralnych godzin kredytowych. Po zaliczeniu kursów, kandydat przesyła oficjalny odpis wy­ników rejonowemu inspektorowi. Na tym etapie sta­nowa rada edukacji poddaje ponownej ocenie zakres nie­doborów kandydata lub, jeżeli usunięte zostaną wszy­tkie braki, wystawia normalny certyfikat.

W jaki sposób można dowiedzieć się,

które kursy zniwelują moje braki?

Kandydaci, którzy uczęszczają do instytucji Illi­nois przygotowującej nauczycieli do uzyskania wybra­ne­go certyfikatu powinni zwrócić się z pytaniem do swo­jej szkoły. Osoby zaliczające kursy w innych instytucjach powinny przedłożyć w biurze stanowej rady edu­kacji opis kursu, do którego pragną przystąpić.

Które szkoły wyższe oferują tego rodzaju kursy?

Kursy zaliczyć można w dowolnej instytucji edu­kacji nauczycielskiej w Illinois z listy, którą zamieścimy w następnych artykułach. Ważne będą także kursy zali­czone w szkołach osiedlowych Illinois community college, o ile nie istnieje obowiązek zaliczenia danego kur­su w bardziej zaawansowanej instytucji edukacyjnej. Pro­szę jednak pamiętać, że tylko dziewięć (9) semestra­l­nych godzin kredytowych z zakresu edukacji profesjo­na­lnej można uzyskać w community college i kursy wie­czo­rowe z takich szkół nie będą akceptowane. Istnieje też opcja zaliczenia kursów na uniwersytetach kszta­ł­ce­nia nauczycielskiego na terenie innych stanów.

Artykuł został przygotowany przez biuro "Eureka"

zajmujące się tłumaczeniem dokumentów

i przygotowaniem do nostryfikacji.

Adres: 6601-15 W. Irving Park Rd. Suite #204

Chicago, IL 60634 tel. 773-545-1700

Podział majątku

Umowa majątkowa

Każdy rozwód składa się z dwóch części. Jedna dotyczy prawnego zakończenia samego związku małżeńskiego, a druga - podziału mienia, zasobów finansowych, ustalenia opieki nad dziećmi i wysokości alimentów. Podział mienia małżonków nazywa się umową majątkową ( property settlement). Rozwód i umowa majątkowa nie muszą się odbywać w tym samym czasie. Wyrok rozwodowy może zapaść wcześniej, szczególnie jeżeli jedna ze stron chce powtórnie zawrzeć związek małżeński. Jeżeli małżonkowie nie mogą porozumieć się sami co do podziału majątku, sędzia uczyni to za nich później.

Około 90% małżeństw samodzielnie uzgadnia swoje sprawy, co pozwala im na rozwód za zgodą stron ( uncontested divorce), którego zaletą jest łatwość, szybkość otrzymania i bez porównania niższy koszt. Sądowa batalia może kosztować każdą stronę kilkanaście, nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów i czasem pochłonąć rodzinny majątek.

Sposób podziału majątku regulują prawa stanowe. Czterdzieści jeden stanów i dystrykt Kolumbii uznają zasadę odrębności mienia małżonków i zwane są separate property states. Pozostałe 9 stanów honoruje zasadę wspólnoty mienia i są nazywane community property states.

Separate property states

Przed laty definicja odrębnego mienia była prosta. Wszystkie pieniadze, jakie małżonek zarobił lub otrzymał (dary, spadki) były jego oddzielną własnością i wszystko, co zostało kupione za te pieniądze było jego oddzielnym mieniem. Jeżeli dom został kupiony za zarobki męża, dom był jego i żona nie miała do niego prawa.

Taka interpretacja oddzielnego mienia była często niesprawiedliwa. Dlatego została opracowana zasada "słusznego" podziału majątku ( equiable distribution), według której małżeństwo jest ekonomiczną spółką ( partnership), więc zasoby finansowe, zdobyte w trakcie małżeństwa (zwane martial property), są wspólnym produktem i powinny być podzielone sprawiedliwie pomiędzy partnerów. Zgodnie z tą zasadą, sąd bierze pod uwagę wiele czynników takich, jak: zasoby małżonków, czas trwania małżeństwa, finansowy wkład w trakcie trwania małżeństwa, wiek i zdrowie małżonków, konsekwencje podatkowe, potrzeby małżonka sprawującego opiekę nad dziećmi, utrata praw do spadku i praw do korzystania z programów emerytalnych, wysiłki włożone w powiększenie własności małżeńskiej i odrębnej, zmarnowanie własności małżeńskiej lub oddzielnej, dokonanie transferu na 3 lata przed rozwodem.

Po rozważeniu wszystkich czynników, sąd dzieli majątek w sprawiedliwy sposób. W najprostszym przypadku sąd może pozwolić małżonkom na zatrzymanie swojego indywidualnego mienia (które wnieśli do małżeństwa lub otrzymali jako dary czy spadki w czasie jego trwania) i wspólny dorobek podzieli po połowie. Naturalnie pojawiają się poważne problemy, jeżeli małżeństwo posiada wspólne inwestycje, nieruchomości, biznesy i istnieje trudność z ustaleniem, co za czyje pieniądze zostało nabyte.

Community property states

Dziewięć stanów - Arizona, Kalifornia, Idaho, Luizjana, Nowy Meksyk, Newada, Teksas, Washington i Wisconsin stasuje zasadę wspólnego mienia ( community property). Wspólne mienie składa się ze wszystkiego, co małżonkowie zarobili lub nabyli w trakcie trwania małżeństwa i jest dzielone dokładnie po połowie. Dom, który został kupiony tylko za zarobki męża stanowi wspólne mienie i będzie podzielony po połowie. Dary i spadki otrzymane przez którąś ze stron w trakcie małżeństwa, zaliczją się do odrębnego mienia.

W czasie rozwodu sędzia może podzielić tylko wspólne mienie, a mienie indywidualne pozostaje przy jego właścicielu. Niemniej rozdzielając community property i zasądzając wysokość alimentów na dzieci, sędzia może wziąć pod uwagę wysokość indywidualnego mienia małżonków.

Majątek małżonków składa się nie tylko z domu, samochodu, mebli, akcji czy obligacji, ale również z własności niematerialnej, jak dyplomy zawodowe, stopnie naukowe, profesjonalna praktyka, wysiłki w budowaniu kariery artystycznej. Sprawa mieszkanki Nowego Jorku - Loretty O"Brien, przeszła do historii amerykańskiego prawodwstwa. Przez 10 lat Loretta pracowała ciężko jako nauczycielka, by utrzymać rodzinę i zarobić na kosztowną medyczną szkołę swego męża. Dwa miesiące po otrzymaniu dyplomu lekarskiego mąż wniósł pozew o rozwód. Loretta domagała się udziału w licencji lekarskiej męża, jako że swoją pracą pomogła ją uzyskać. New York Court of Appeals zgodził się z nią i uczynił ją w 40% właścicielką dyplomu męża.

Poznanie prawa stanowego jest niezbędne w celu uzyskania bezkonfliktowego i sprawiedliwego podziału majątku rodziny i załatwienia rozwodu za porozumieniem stron.

Niepracująca zawodowo żona, która wychowała trójkę dzieci, nie musi się obawiać, że po trzydziestu latach małżeństwa zostanie przez męża wyrzucona z domu bez grosza przy duszy. Otrzyma ona najprawdopodobniej połowę majątku. Z drugiej strony panienka, która wyszła za mąż za bogatego mężczyznę i po pół roku domaga się połowy wszystkiego, będzie wiedzieć po przeczytaniu tego artykułu, że nie powinna sobie robić większych nadziei .

Artykuł przedrukowano za zgodą

Polskiego Poradnika "Sukces"

Adres: 255 Park Lane; Douglaston, NY 11363

Kazdy z nas w jakims sensie rozumie termin na­wrót, co oznacza powrót do picia (palenia lub uzywania innych narkotyków) po okresie najczesciej dobrowolnej abstynencji. Dla wszystkich, którzy podjeli decyzje, aby przestac pic lub palic oraz dla ich rodzin problem nawrotu jest najbardziej trudna i budzaca najwiecej emocji spra­wa. Bo przeciez nie chodzi o to, aby na jakis krótszy lub dluzszy czas powstrzymac sie od picia alkoholu czy palenia papierosów, ale zeby zrobic to trwale, na reszte zycia. Wtedy to do­pie­ro ma sens i tylko wtedy mozna mówic o wygranej wa­l­ce z choroba alkoholizmu. Podejmujac temat nawrotu i zdajac sobie sprawe jak wiele naroslo w zwiazku z tym problemem nieporozumien, postaram sie wyjasnic pro­blematyke nawrotu w swietle najnowszych badan i praktyki wlasnej.

Sam termin "nawrót", mimo ze czesto uzywany, jest terminem nie do konca scislym, poniewaz sugeruje, ze po okresie, w którym alkoholik jest juz wolny od cho­ro­by, nastepuje powrót do niej. W rzeczywistosci osoba z problemem alkoholowym jest chora przez caly czas, tyl­ko etapy choroby ulegaja zmianie. Po okresie remisji na­stepuje okres zaostrzenia i to jest wlasnie wyzej wy­mie­niony "nawrót". Takie zrozumienie choroby alkoho­lo­wej prowadzi do swiadomosci, ze tak jak po dniu na­ste­puje noc, tak po okresie nieuzywania alkoholu na­ste­puje okres fazy zaostrzenia choroby, który moze do­pro­wa­dzic do ponownego picia. Moze brzmi to fatalistycz­nie i wiele osób nie bedzie chcialo przyjac tego faktu do wiadomosci. Wydaje mi sie jednak, ze wlasnie niezrozumienie tego mechanizmu i nierealistyczne oczekiwania najczesciej doprowadzaja do ponownego uzycia alkoholu. Jesli wiemy na pewno, ze po dobrym okresie na­sta­pia trudnosci, wtedy mozemy sie na te trudnosci przygotowac i z pelna swiadomoscia sledzic objawy, które z pewnoscia doprowadza do nawrotu choroby. Jesli tej swia­domosci nie mamy, jestesmy bezbronni wobec nie­uchronnego rozwoju wydarzen, nie mamy tez narzedzi, aby radzic sobie z taka sytuacja, poniewaz jej nie prze­wi­dujemy. Kiedy pojawi sie sytuacja, w której odczu­wa­my napiecie, zaczynamy obsesyjnie myslec o alkoholu. Kiedy odczuwamy cala beznadziejnosc sytuacji, kiedy ma­my poczucie ze przegrywamy z naszym nalogiem - cu­da moze zdzialac swiadomosc, ze to jest norma - tak wla­snie wyglada zaostrzenie, ze ono musialo przyjsc i nie bedzie trwalo wiecznie. Najwazniejsze jest teraz we wla­sciwy sposób przetrwac kryzys. Ale trzeba wiedziec, ja­ki jest ten wlasciwy sposób. Sytuacja kryzysowa wcale nie musi doprowadzic do ponownego uzycia, chociaz cze­sto tak sie dzieje. Jak juz napisalam, najwazniejsza sprawa, aby poradzic sobie z sytuacja doprowadzajaca do nawrotu jest wykorzystanie umiejetnosci radzenia sobie z taka wlasnie sytuacja. Ale zeby tak sie stalo trzeba taka sytuacje przewidywac oraz posiadac niezbedne umiejetnosci i strategie radzenia sobie z problemem.

Badania wskazuja, ze skuteczne okazaly sie me­to­dy dotyczace zachowania oraz metody poznawcze. Te pie­rwsze to wszystkie czynnosci odwracajace uwage, je­dze­nie, picie, zwloka, aktywnosc fizyczna, relaks oraz np. rezygnacja z wziecia udzialu w przyjeciu, na którym pi­je sie alkohol, odmowa wypicia lub wyjscie z takiej im­prezy - to znaczy bardzo konkretne zachowania, któ­re nie dopuszczaja do uzycia. Metody poznawcze to na przy­klad zdanie sobie sprawy ze wszystkich korzysci wy­nikajacych z trzezwego zycia lub przypomnienie so­bie dotychczasowych konsekwencji zwiazanych z pi­ciem oraz co sie dalej stanie jesli do tego powrócimy. Me­tody te w swietle badan wykazaly sie wysoka sku­te­cz­noscia u osób, które je stosowaly, w porównaniu z oso­bami, które nie stosowaly zadnych metod, a jedynie sta­raly sie przeczekac kryzys. Istnieja oczywiscie pewne o­graniczenia zwiazane z uzyciem obu wyzej wy­mie­nio­nych metod. Metody te przynosily sukces tylko wtedy, gdy osoba badana nie odczuwala glebokiej depresji. Jes­li cierpiala na depresje, konieczne stawalo sie podjecie le­czenia depresji, w przeciwnym razie nie mozna bylo li­czyc na mozliwosc poradzenia sobie z problemem. Ogól­nie mozemy stwierdzic, ze to czy dojdzie do na­wro­tu w sytuacji kryzysowej, czy do niego nie dojdzie, za­lezy od tego czy osoba wykona jakies dzialania aby po­radzic sobie z pokusa. Ciekawe ze, to co w tej sytuacji zro­bi wydaje sie byc pozbawione wiekszego znaczenia. Cho­dzi o to, aby zrobila cokolwiek z wielu mozliwosci, któ­re ma do dyspozycji. Zeby jednak to osiagnac, trzeba te metody znac. Co wiecej, metody raz sprawdzone, by­ly potem z duzym sukcesem powtarzane, poniewaz oka­zaly sie skuteczne. Badania wskazuja, ze wsród osób, któ­re zastosowaly którakolwiek z powyzszych metod w sy­tuacji wysokiego ryzyka (o których jeszcze napisze) wytrwalo w abstynencji 63% (czyli az 63 osoby na ka­z­de 100 osób), a sposród osób, które nie stosowaly zadnej me­tody, 3% (czyli tylko 3 osoby na kazde 100 osób). Wi­dac z tego niezbicie, ze podstawowe znaczenie w sy­tu­acji ryzyka ma swiadomosc osoby co do mozliwosci uzy­cia sprawdzonej metody i uzycie jej.

Jest jeszcze jeden doniosly czynnik, który zdecydowanie podwyzsza skutecznosc stosowanych metod - jest nim oczekiwanie osoby co do wlasnej skutecznosci, to znaczy przekonanie, ze w danej sytuacji poradzi sobie z okreslonym problemem. Jest to nic innego, Moi Dro­dzy, jak zaufanie do samego siebie, o które, niestety, tak tru­dno u osób naduzywajacych alkoholu, tytoniu lub in­nych narkotyków. Jak mozna miec zaufanie do siebie, sko­ro setki, a moze tysiace razy zaufanie to zostalo nadszarpniete przez nas samych. I tutaj znów mamy do czy­nienia z ogromnym znaczeniem sku­te­cznego dzialania w sytuacji kryzysowej. Jesli choc ki­lka razy uda sie nam to osiagnac, nasze zaufanie do siebie bardzo szybko ros­nie i kazdy nastepny raz jest juz latwiejszy do uzyskania. Gle­bokosc przekonania o wlasnej skutecznosci moze stac sie w takiej sytuacji samosprawdzajaca sie prze­po­wie­dnia. A trafnosc takiej przepowiedni wzrasta w miare jak mnoza sie okazje do zmierzenia sie z pokusami. Jesli wy­grywamy, zaufanie do siebie samych rosnie i odwrotnie. W badaniach ci, którzy wyrazali niski poziom zaufania do siebie, na przyklad w sytuacjach towarzyskich ("nie dam rady, gdy ktos bedzie mnie namawial do wy­pi­cia") wykazywali tez sklonnosc do uzycia alkoholu w ta­kich tez wlasnie sytuacjach. Idac dalej - oczekiwania osób obecnie niepijacych co do wlasnej skutecznosci, a wiec przekonanie, ze okreslone zachowanie przyniesie, badz tez nie, okreslony rezultat, pozwalaja przewidziec póz­niejszy nawrót choroby.

Oczywiscie, oprócz wiary, ze czlowiek moze cos zro­bic, równie niezbedna jest chec aby to zrobic, czyli mo­tywacja. Jest to równiez czynnik kluczowy, który wia­ze sie z zaufaniem do siebie, bo zeby byla chec aby cos zrobic, musi byc tez pozytywne oczekiwanie, ze na­sze dzialania przyniosa wlasciwy rezultat.

Wyraznie daje sie zauwazyc, ze zapobieganie sku­t­kom nawrotów to takze praca nad budowaniem zaufania do siebie samego, poniewaz jest to jeden z najistotniejszych i niestety tez najbardziej zaburzonych czynni­ków w budowaniu trzezwego, wartosciowego zycia.

Autorka artykulu, Grazyna Sobiczewska,

jest terapeuta rodzinnym i malzenskim.

Family Counseling & Rehabilitation Center

5820 W. Irving Park Road, Chicago, IL

Tel. 800 652 0005 (bezplatny), 773 685 8482

www.helpfamily.com

Kiedy Bob Lipsky z partnerami sprzedawali swoją firmę usług marketingowych nie szukali nawet klienta. Klient ich znalazł. Była to firma brytyjska pragnąca rozszerzyć swoje usługi w USA. Działo się to w późnych latach 80-tych. 10 lat później, kiedy angielski partner ogłosił bankructwo, Lipsky odkupił firmę i zaczął szukać klienta po raz drugi, gdyż zbliżał się do wieku emerytalnego. Transakcja nie doszła do skutku z powodu rozbieżności co do ceny firmy. Różnica wynosiła $75,000. Lipsky zmienił taktykę. Zamiast sprzedać firmę zaczął poszukiwać młodszego kandydata na szefa, ażeby przyśpieszyć rozwój firmy z docelową sprzedażą około $3.5 miliona rocznie.

Z obu doświadczeń wyciągnął dwa podstawowe wnioski.

1. ‑Potrzebni są dobrzy eksperci: księgowy, doświadczony prawnik, doradca podatkowy oraz znajomy pracownik banku.

2. ‑Trzymaj dokładny zestaw ksiąg. Właściciel zaprzątnięty całodziennym prowadzeniem firmy, nie zdaje sobie sprawy, na ile jest ona zyskowna. Trzymanie aktualnego bilansu i ksiąg przychodów i rozchodów nie zawsze jest zadaniem numer 1. Czas, kiedy nie masz zamiaru sprzedawać firmy jest najlepszy aby rozpocząć przygotowania do sprzedaży. Kiedy możesz spojrzeć 3 do 5 lat wstecz na liczby opisujące firmę to są one dużo bardziej wiarygodne.

Oto kilka podstawowych wskazówek, które należy uwzględnić przygotowując się do sprzedaży własnej firmy.

• ‑Zwracaj baczną uwagę na strukturę cenową. Umiej utrzymać równowagę. Z jednej strony, jeżeli biznes idzie dobrze szczególnie po dwóch ostatnich chudych latach nie manipuluj cenami aby nie stracić stałych klientów. Z drugiej strony, patrz aby ceny nie były poniżej ceny rynkowej w twojej branży. Mogłoby to zahamować rozwój firmy.

• ‑Zmniejsz wydatki. Przestudiuj je i znajdź kategorię, na których można zaoszczędzić. Zrewiduj koszty ubezpieczenia, nie płać poborów dla członków rodziny większych niż wartość rynkowa, oszczędzaj na samochodach firmowych czy też wyjazdach służbowych.

• ‑Przedłuż kontrakty z dostawcami, dystrybutorami i stałymi klientami. Długoterminowe kontrakty oznaczają stabilność firmy dla potencjalnych nabywców.

• ‑Przeszkol dobrze pracowników, tak aby pozostali w firmie i mogli zobaczyć jej kondycję przy przejmowaniu jej przez nowego właściciela.

• ‑Zbadaj opcje zapłaty podatku od sprzedaży biznesu. Bądź w kontakcie z doradcą podatkowym.

• ‑Utrzymuj dobre stosunki ze swoimi ekspertami, bo mogą znać potencjalnych nabywców.

• ‑Sporządź krótką listę potencjalnych nabywców. Po pierwszym z nimi spotkaniu będziesz wiedział co zrobić aby uczynić firmę bardziej atrakcyjną do kupienia.

• ‑Pomocą może służyć SCORE - Service Corps of Retired Executives www.nj-score.org, który poleca przeczytanie "Kupno małego biznesu". Jest to podstawowa broszura dla sprzedającego firmę, aby dowiedzieć się czego kupujący będą od ciebie wymagać.

Przy sprzedaży firmy ustalenie tej ceny, która zachęci kupującego i zadowoli właściciela, nie jest łatwe. Ostatecznie, właściwą jest cena, którą kupujący zapłaci. Istnieje kilka sposobów, aby ją ustalić, ale nawet najlepsza metoda musi być oparta m. in. na znajomości kategorii biznesu, podaży na rynku i innych czynników. Właściciel firmy powinien skonsultować się z dobrym księgowym, prawnikiem znającym prawo podatkowe a także pośrednikiem od sprzedaży firm.

Jak ustalać cenę

Na co należy zwracać uwagę przy ustalaniu ceny:

Wielkość i rodzaj biznesu. Dla małych firm detalicznych i usługowych takich jak sklepy spożywcze i stacje benzynowe ustala się cenę wielokrotność dochodu netto właściciela plus wartość inwentarza w momencie sprzedaży.

Ceny dla biznesów opartych na koncesji są szacowane według innych zasad i są obliczane przez wyspecjalizowanych pośredników znających te kalkulacje.

Dla większych firm prowadzonych niezależnie, czyli średnich firm z roczną sprzedażą oscylującą między 1 a 15 milionów dolarów, porównanie cen sprzedaży podobnych firm na tym samym rynku jest dobrym punktem wyjścia.

Za opłatą można korzystać z bazy danych w internecie: Bizcomps.com i Mergernetwork.com, aby dowiedzieć się za jaką cenę sprzedano podobne firmy.

Sposoby ustalania ceny. Niektóre gałęzie przemysłu stosują standardowy wzór ustalania ceny. Poszukaj na rynku innej firmy tej samej branży najlepiej o tej samej skali dochodów i liczbie pracowników, radzi Ed Paulson, autor " The Complete Idiot"s Guide to Buying and Selling a Business" (Alpha Books). Dla skalkulowania ceny sprzedaży firmy oznacz mnożnik z jej dochodów przed zyskiem, podatkiem, deprecjacją i amortyzacją czyli EBITDA ( earnings before interests, taxes, depreciation and amortization). Następnie zrób to dla swojej firmy i będziesz miał pole do manewru.

Kluczowe dla ustalenia ceny jest obliczenie tzw. good value, czyli wartości przedsiębiorstwa w postaci: inwentarza, reputacji oraz wyrobionych stosunków. Jest to dodatkowa wartość poza dochodami netto, czyli różnica między dochodami brutto, a możliwymi zarobkami. Dla porównania można wzorować się na sposobie obliczania good value przez IRS. Od dochodów przed podatkiem odejmuje się przeciętny roczny zwrot podatkowy (8-10%). Pozostałość ulega kapitalizacji, zwykle 15-20%.

Finalna transkacja

Zarówno kupujący jak i sprzedający ustalają cenę minimalną i maksymalną. Aktualna cena leży pośrodku. Różnica między nimi stanowi pole do negocjacji. Typowa transakcja kończy się zapłaceniem 40% zadatku plus gotówka za inwentarz, a 60% pożycza się z banku. Sprzedający zobowiązuje się zapłacić za konsultację, za przejęcie firmy przez innego właściciela oraz podpisuje umowę. Należności dla brokera wahają się od 3 do 10% ceny sprzedaży. Im wyższa cena, tym procent niższy. 10% należności płaci się brokerowi przy cenie biznesu poniżej $800.000. Aby znaleźć dobrego brokera przejrzyj: International Business Brokers Association-www.ibba.org. Zapytaj prawnika, księgowego, oraz innych właścicieli firm o pośredników. Poproś ich o referencje.

W sprzedaży biznesu należy wykazać cierpliwość. Jeśli nie masz napiętego kalendarza może to zająć nawet do roku czasu.

Zanim przyjdzie pora na sprzedaż firmy

W przypadku firm, które dobrze prosperują, właściciel zrasta się z biznesem. Jest on częścią jego życia. Myśl o sprzedaży biznesu nie przychodzi z łatwością. Nigdy nie myślałam o sprzedaży firmy, powiedziała Lorraine Jones, właścicielka biznesu czyszczącego dywany w Asbury Park. Prowadziła go od 26 lat. Upływający czas, kłopoty z własnym zdrowiem oraz słabnące zdrowie matki-staruszki spowodowały, że dojrzała trudna myśl o sprzedaży biznesu. A jest to biznes rodzinny od 4 generacji.

Dylemat właściciela firmy

Podjęcie właściwej decyzji co do losu biznesu jest kluczowe. Po wielu latach kształtowania biznesu lub kreowania go przez członków rodziny nie tylko liczby liczą się przy robieniu transakcji. Aspekt psychologiczny jest również bardzo ważny.

Wielu właścicieli firm zaczynało je przy kuchennym stole lub w piwnicy i w ciągu 20-25 lat rozrosły się do firm zatrudniających 60-70 osób. Panuje opinia, że biznes jest jak dziecko. A przecież nigdy nie myślisz, żeby dziecko sprzedać. Z tej przyczyny wielu właścicieli biznesów przekazuje je dzieciom. Są w ten sposób spokojniejsi, ale nie pozbawieni trosk. Manewr ten łagodzi ból, ale nie do końca. Nie przekazuj go rodzinie, jeśli ona tego nie chce. Ale nie sprzedawaj na zewnątrz bez konsultacji z członkami rodziny.

Opcja wyjścia z biznesu

Bardzo ważne jest wiedzieć, co się będzie robić po sprzedaży biznesu. Na papierze dla wielu ich właścicieli sprzedaż brzmi jak wyjście z biznesu. Często stają się konsultantami lub pracownikami. Jeden z właścicieli natychmiast zajął jedno z czołowych stanowisk w regionalnym Chambers of Commerce, a jego żona zdecydowała się pracować na pół etatu jako księgowa u nowego właściciela. Kiedy prowadzisz biznes przez długi okres czasu zaczynasz myśleć, że tylko ty prowadzisz go doskonale. Z jednej strony to dobrze, bo znasz go na wylot, ale z drugiej potrzebne są nowości chociażby w zarządzaniu, które może wnieść nowy właściciel.

Artykuł przedrukowano za zgodą

Polskiego Poradnika "Sukces"

Adres: 255 Park Lane; Douglaston, NY 11363

Czy warto bankrutować?

Przyjęło się mówić - mam dom. Jednak, który z mie­szkańców Ameryki jest tak naprawdę całkowitym wła­ścicielem domu, w którym mieszka? Część domu na­le­żąca do jego właściciela jest zazwyczaj mniejsza od tej, którą posiada bank, który otworzył pożyczkę hipo­te­czną.

To, "ile domu" tak naprawdę posiada jego właściciel ma duże znaczenie, jeżeli decyduje się on wystąpić o orzeczenie bankructwa z paragrafu siódmego.

Prawo upadłościowe większości stanów, a również pra­wo federalne, ustala przeliczoną na dolary wartość do­mu, która nie może zostać odebrana osobie wystę­pu­ją­cej o orzeczenie upadłości. Jeżeli po dodaniu tej wa­r­to­ści do pozostałej do spłacenia pożyczki hipotecznej uzyskuje się kwotę równą lub przekraczającą wartość do­mu, wtedy bankrutujący ma pełne prawo go zachować. Je­że­li rynkowa wartość domu jest wyższa od sumy tych skła­dników - wtedy zarządca majątku bankruta sprzedaje dom a gwarantowana przez prawo część domu, którą mo­że zachować - zostaje wypłacona w gotówce.

Przykład:

Załóżmy, że rynkową wartość domu osza­cowano na 100 tysięcy dolarów. Prawo stanu za­mie­sz­kania bankruta zezwala mu zachować własność w do­mu o wartości 35 tysięcy dolarów.

Jeżeli wartość pozostałej do spłacenia pożyczki hi­po­tecznej wziętej na zakup tego domu jest wyższa lub równa kwocie 65 tysięcy dolarów - wtedy sąd pozwoli mu dalej w nim mieszkać po ogłoszeniu upadłości. Pod wa­runkiem, oczywiście, regularnego spłacania kolej­nych rat pożyczki.

Jeżeli natomiast wartość pozostałej do spłacenia pożyczki hipotecznej jest mniejsza niż 65 tysięcy do­la­rów - załóżmy, że wynosi 30 tysięcy dolarów - wtedy dom zostanie sprzedany na wolnym rynku. Po sprzedaży do­mu za 100 tysięcy dolarów bankowi, który otworzył po­życzkę hipoteczną, 35 tysięcy dolarów przekazuje ba­n­krutowi, a więc tyle, ile prawo upadłościowe danego sta­nu pozwala mu zachować na cele mieszkaniowe. Po­zo­stałe 35 tysięcy dolarów otrzymają wierzyciele ba­n­kruta.

Uwaga!

Kilka stanów, w tym Floryda, określa wa­r­tość nieruchomości jaką może zatrzymać osoba ogła­sza­jąca upadłość, bez przeliczania jej na dolary. W pra­wie tych stanów określa się nie maksymalną wartość mo­żliwego do zatrzymania domu - ale maksymalną wie­lkość działki. To pozwala bankrutom z Florydy za­trzy­mywać domy o wielomilionowej wartości, jeżeli zbu­dowali je na wystarczająco małej działce.

Uwaga! Zazwyczaj stany, które określają w do­la­rach wartość nieruchomości jaką może zatrzymać ban­krut zezwalają na podwojenie tej kwoty gdy bankrutuje mał­żeństwo. Tak się dzieje na przykład w stanie Nowy Jork.

Kiedy siódmy

a kiedy trzynasty paragraf?

Upadłość z trzynastego paragrafu powinny wybrać te osoby, które mają zbyt dużo majątku i mogą go stracić po­dczas procedury bankrutowania opisanej w paragrafie siódmym.

Upadłość z trzynastego paragrafu może również orzec sędzia, jeżeli uzna, że osoba wnosząca o orzeczenie bankructwa na mocy paragrafu siódmego posiada sta­łe zarobki umożliwiające jej spłacenie długów w czasie trzech, lub pięciu lat, jeżeli zostaną jej stworzone od­po­wiednie ku temu warunki.

Bankrutowanie z paragrafu siódmego powoduje, że znakomita większość długów ulega umorzeniu. We­dług obowiązujących przepisów kolejny raz wniosek o orze­czenie personalnej upadłości można złożyć po upły­wie sześciu lat.

Bankrutowanie z paragrafu trzynastego nie umarza tak wielu długów jak z paragrafu siódmego.

Uwaga!

Osoba, która nie radzi sobie ze spłatą zo­bo­wiązań nałożonych na nią na mocy paragrafu trzyna­stego może po pewnym czasie wystąpić do sądu o orze­cze­nie upadłości z paragrafu siódmego.

Czego nie należy robić podczas

procedury upa­dło­ś­ciowej

Nie oszukuj swoich wierzycieli.

Przepisy o upadłości mają za cel danie ulgi komuś, kto popadł w długi. Jeżeli sąd stwierdzi, że występujący o orzeczenie upadłości dłużnik dokonał różnych ma­ne­wrów finansowych dla ochronienia posiadanej własności przed wierzycielami - nie orzeknie bankructwa. Wię­cej, może skazać niedoszłego bankruta na karę wię­zie­nia.

W dokumentach przekazywanych sądowi dłużnik ma obowiązek wyliczyć wszystkie decyzje podjęte wzglę­dem swego majątku przez cały rok poprzedzający ich wnioskowanie o orzeczenie bankructwa.

Nie próbuj oszukać sądu.

Każde kłamliwe oświadczenie złożone w sądzie o sta­nie twojego majątku może cię wpuścić w o wiele wię­ksze kłopoty niż długi. Sądy szczególnie nie lubią dłuż­ni­ków o rozdwojonej jaźni, którzy używają dwóch nu­me­­rów Social Security. Jeżeli okaże się, że ten sam, wy­stę­pujący o orzeczenie bankructwa osobnik, jest właścicielem pokażnego majątku przypisanego do innego nu­me­ru SS - wtedy będzie miał o wiele większe kłopoty niż samo bankrutowanie.

Alternatywa do bankructwa

- nie robić nic

Dla wielu ludzi tkwiących po uszy w długach naj­le­pszą opcją radzenia sobie z nimi może być - paradoksalnie - nie robienie niczego. Jeżeli bowiem dłużnik nie ma ani zbyt dużych zarobków, mieszka w wynajmo­wa­nym mieszkaniu, jego samochód już dawno zapomniał cza­sy świetności - może się okazać, że jest impregno­wa­­ny na jakiekolwiek akcje wierzycieli z sądowymi włą­­cznie ( judgment proof).

Nie można trafić do więzienia

za niepłacenie dłu­gów

Przeciwko takiemu dłużnikowi wierzyciele nie skie­­rują sprawy do sądu. To by tylko powiększyło ich własne ko­­szty. Zamiast tego niemożliwy do odzyskania dług wpi­szą w koszty prowadzenia działalności biznesowej.

Prawo każdego stanu dokładnie określa okres ( statue of limitations), w którym wierzyciele mogą starać się o odzyskanie pieniędzy. Po upływie tego okresu dług ule­ga przedawnieniu.

Uwaga! IRS czuwa!

Odpuszczony w ten sposób dług nie rozwiewa się je­dnak w powietrzu. Urząd podatkowy traktuje go jako do­chody dłużnika, a te jak najbardziej podlegają opoda­t­kowaniu. Każdy bank, który zaniecha ścigania dłużnika in­formuje zarówno jego, jak i IRS o podjęciu tego kroku przez posłanie formularza 1099 z wysokością darowanej kwoty.

Można jednak starać się w IRS o zaniechania ścią­ga­nia podatku od darowanych długów.

Czy istnieje życie finansowe po

ogłoszeniu ban­kru­ctwa?

Nie należy się obawiać tego, że po ogłoszeniu ban­kru­ctwa przylega lub ciągnie się za człowiekiem zła opi­nia, będzie miał on problem z dostaniem lub utrzyma­niem pracy. Amerykańskie prawo zabrania dyskrymino­wać kogokolwiek, również dłużnika.

Ktokolwiek, kto odczuwa, że jest dyskryminowany z powodu ogłoszenia personalnego bankructwa - ma pra­­wo wnieść skargę do sądu.

Prawo nie zabrania jednak właścicielowi kamienicy odmówić bankrutowi wynajęcia mieszkania. Jedyne co może go przekonać to regularnie płacony czynsz.

Orzeczenie bankructwa pozostaje w historii kredytowej do dziesięciu lat od uprawnomocnienia się wy­ro­ku. Później ulega wymazaniu. Jednak już w trzy lata od orzeczenia bankructwa można odbudować w miarę przy­zowitą historię kredytową. Należy zacząć od kart kre­dytowych zabezpieczonych przez zdeponowanie w ba­n­ku sumy równoważnej wielkości udzielanego kredytu. Taką kartę można na przykład uzyskać w Polsko-Sło­wia­ńskiej Federalnej Unii Kredytowej.

Książki opisujące reguły osobistego bankrutowania można znaleźć w każdej księgarni. To widomy do­wód na to, jaką popularnością cieszą się wśród miesz­­­kań­ców Ameryki. Najlepszą z nich - moim zdaniem - to "How to File for Chapter 7 Bankruptcy" autorstwa pra­wni­ków Stephena Eliasa, Albina Reneautera oraz Ro­bina Leonardo wydało wydawnictwo Nolo. Można ją ró­w­nież zamówić wchodząc na stronę internetową wy­da­wni­ctwa pod adresem: www.nolopress.com.

Artykuł przedrukowano za zgodą

Polskiego Poradnika "Sukces"

Adres: 255 Park Lane; Douglaston, NY 11363,