----- Reklama -----

Monitor 09/10/2001

Uśmiechnij się i popatrz na swoje zęby w lustrze. Popatrz dokładniej.

Proces, który toczy się na twoich zębach może cię zaskoczyć, zwłaszcza wtedy kiedy nie umyjesz ich po jedzeniu. Bakterie w płytce nazębnej rozkładają cukry z resztek jedzenia, które zostały w jamie ustnej. Kwasy, które powstają w rezultacie tego procesu rozpuszczają minerały zębów powodując uszkodzenie jego powierzchni. W tym samym czasie związki wapnia i fosforu ze úliną próbują odbudować zniszczone kryształy szkliwa. Ten proces demineralizacji i remineralizacji ciągle trwa w twojej buzi. A ty nie jesteś tego świadomym do czasu kiedy zniszczenie będzie duże i zacznie cię boleć ząb lub dentysta powie ci, że potrzebne jest wypełnienie ubytku.

Czy dalej się uśmiechasz?

Powinieneś. Przez prawie sto lat celem dentystów było zapobieganie lub odwrócenie procesu próchnicy. Teraz, po latach celowi temu służą takie produkty jak guma do żucia, pasty do zębów, płukanki, które zawierają dodatkowe minerały odbudowujące powierzchnię zęba. Po 1930 roku roku naukowcy zaobserwowali u ludzi mieszkających na terenie o zwiększonym stężeniu fluoru zmniejszenie ilości ubytków próchnicowych. Doprawadziło to do celowego fluorkowania wody pitnej. Fluor powoduje zwiększoną remineralizację powierzchni szkliwa, na której powstają znacznie wićksze i odporniejsze na kwasy kryształy fluoroapatytu. Obecnie fluor jest bardzo popularnym składnikiem past do zębów i płukanek. Pomimo jednak ogromnych sukcesów na polu profilaktyki nadal jednak próchnica jest bardzo często wykrywanym problemem stomatologicznym.

Ponad 50 procent dzieci w wieku pomiędzy piątym a dziewiątym rokiem życia i ponad 78 procent 17-latków ma co najmniej jeden ząb z próchnicą lub wypełnieniem. W Stanach Zjednoczonych ponad 108 milionów pacjentów nie posiada ubezpieczenia dentystycznego, a około 100 milionów (więcej niż jedna trzecia populacji) mieszka na terenie bez wody fluoryzowanej. Próchnica nadal rozwija się przede wszystkim wśród populacji uboższych.

W latach osiemdziesiątych grupy naukowców zaczęły badania nad pastami do zębów i płukankami, które zawierałyby w swoim składzie związki wapnia i fosforu oraz fluor jednocześnie. Badania te rozpoczęto z myślą o pacjentach ze zmniejszonym wydzielaniem śliny (u pacjentów po radioterapii, chemoterapii, zażywających pewne leki, w niektórych chorobach ślinanek) u których brakuje naturalnego przepływu śliny i w związku z tym niektórych minerałów. Chemicy badają jaki jest najlepszy sposób na dostarczenie tych związków do powierzchni zęba. Wiadomo, że czyszczenie pastą lub płukanie trwa tylko około jednej do trzech minut. Jest to czas za krótki aby dostarczyć korzystne minerały. Jednym z produktów już dostępnych od roku 1999 jest guma do żucia Trident Advantage i Trident for Kids. Do jej produkcji użyto proteinę z mleka zwaną kazeiną. Peptydy kazeiny stabilizują rozpuszczalną formę fosforanu wapnia powodując powolne i systematyczne uwalnianie jej do śliny w trakcie żucia.

Innym produktem dostarczającym jony mineralne jest pasta Enamelon. Weszła ona na rynek w 1999 roku. Niestety walczy ona nadal o zatwierdzenie przez ADA do ogólnego stosowania. Pasta ta zawiera innowacyjne połączenie dwóch różnych pojemników w jednej tubie. Po przyciśnięciu tuby z jednego pojemnika wypływa pasta zawierająca fluor i jony fosforu, a z drugiej - pasta zawierająca wapń. Na szczotce ulegają one zmieszaniu w trakcie mycia. Badania wykazały, że pasta ta ma bardzo korzystne działanie i właúciwoúci remineralizujące.

Na horyzoncie pojawiają się nowe metody remineralizacyjne. Trwają badania nad produkcją nowych gum do żucia. Mogą one zawierać, tak jak pasta Enamelon, oddzielnie wapno i fosfor. Żucie tej gumy spowoduje długotrwałe, ciągłe, na jednakowym poziomie wydzielanie zwiazków wapnia do śliny. Nadmiar minerałów pozostający po żuciu w okolicy szyjki zęba będzie mógł neutralizować kwasy nowo powstające.

Bada się również efekt płukania za pomoca płukanek dwuskładnikowych. Jeden składnik płukanek zawiera związek fluoru, w drugim znajduje się chlorek wapnia. Kiedy obie ulegną połączeniu powstające związki fluorku wapnia osadzają się na zębie powoli uwalniając aktywny fluor do zęba. Długi czas działania fluoru jest bardzo potrzebny do wzmocnienia zębów. W badaniach naukowych ten dwuskładnikowy system jest skuteczniejszy. Poziom fluoru w płukankach dwuskładnikowych jest niższy niż w tych, które zawierają jeden składnik, a ich skuteczność znacznie przewyższa efekty działania innych płukanek. Jest to godne uwagi szczególnie w pastach dla dzieci, w których nadmiar fluoru może powodować fluorozę kości i zębów.

Związki te są szczególnie przydatne, jednak ich wprowadzenie na rynek zależy nie od naukowców, ale od ludzi biznesu. Prawa handlu mogą bowiem zdecydować o tym, że w powszechnej sprzedaży będziemy mieli dostępne wcale nie najlepsze środki do zwalczania próchnicy. Badania naukowe nad skutecznością działania produktów wspomagających zwalczanie próchnicy będą oczywiście kontynuowane niezależnie od funkcjonowania rynku. Należy więc spodziewać się dalszego postępu w procesie hamowania i zapobiegania próchnicy. Jest to przyszłość dentystyki.

Każda dziedzina życia w Stanach Zjednoczonych, kraju wolności i nieograniczonej swobody, jest skrupulatnie i szczegółowo uregulowana niezliczonymi, skomplikowanymi przepisami prawnymi, których znalezienie i zrozumienie, nie mówiąc już o ich zastosowaniu w praktyce, jest często zadaniem nie do wykonania dla przeciętnego zjadacza amerykańskiego chleba.

Jeszcze kilka lat temu, gdy miał on jakiś problem prawny, mógł tylko zadzwonić do znajomego adwokata lub wybrać jakąś ofertę z wielostronicowego działu "Lawyers" w książce telefonicznej.

Dzisiaj jest już inaczej, gdyż żyjemy w epoce Internetu, który i w tej sytuacji spieszy nam z pomocą. A oto kilka siedzib Wszechświatowej Sieci (WWW) poświęconych problematyce prawnej:

www.freeadvice.com

Jest to prawdziwa encyklopedia naszych praw i obowiązków w dziedzinie prawa, opracowana na zasadzie pytań i odpowiedzi (Q & A)

Obejmuje ona wszystkie główne dziedziny prawa, między innymi prawo karne, prawo cywilne, prawo pracy, przepisy dotyczące nieruchomości, podatków itd.

Mamy tu również bazę danych dotyczących prawników, gdzie w razie potrzeby możemy znaleźć adwokata.

www.findlaw.com

Ta siedziba jest ogromną inter-netową "książką telefoniczną", a zarazem przeszukiwarką ( search engine) oferującą nieocenioną pomoc zarówno zwykłym śmiertelnikom starającym się rozwikłać swe problemy prawne, jak również i profesjonalistom w tej dziedzinie.

Pozwala ona nie tylko, w razie potrzeby, znaleźć adwokata, poznać przepisy regulujące, np. działalność małych biznesów, ale także możemy tutaj śledzić ostatnie dyskusje na temat prawnego uregulowania Internetu, sprawy rozpatrywane przez Sąd Najwyższy USA, a nawet przeczytać recenzje popularnych seriali telewizyjnych poświęconych zawodowym i sercowym perypetiom amerykańskich prawników.

Bardzo pożyteczny jest tam słownik terminów prawniczych.

www.lawguru.com

Oferuje bogaty zbiór informacji prawnych w formie tzw. FAQ (odpowiedzi na często zadawane pytania) odnośnie kilkunastu najpopularniejszych zagadnień, jak np. wypadki samochodowe, rozwody czy prawa lokatorów.

Mamy tu też do dyspozycji efektywne przeszukiwarki oraz Internet Law Library - zbiór połączeń ( links) z pokrewnymi siedzibami WWW.

W dziale Legał Questions można wybrać interesującą nas dziedzinę prawa, podać stan, w jakim mieszkamy, a następnie przedstawić nasze pytanie lokalnemu prawnikowi lub postarać się znaleźć rozwiązanie naszego problemu wśród udzielonych już wcześniej odpowiedzi.

www.law.com

Jest to dobra siedziba WWW dla wszystkich zainteresowanych ostatnimi wiadomościami z dziedziny prawa.

Zawiera ona specjalne działy dla szerokiej publiczności, uczącej się młodzieży, zawodowych prawników, a także poświęcone nowościom w dziedzinie rządowych uregulowań prawnych oraz przepisów prawnych dotyczących działalności gospodarczej.

www.uscourts.gov

Tutaj z kolei można zapoznać się z systemem amerykańskich sądów federalnych oraz przeczytać ostatnie wiadomości dotyczące ich działalności.

W dziale Frequently Asked Questions znajdziemy skondensowane odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania odnośnie amerykańskiego sądownictwa.

A gdy jesteśmy już zmęczeni skomplikowaną problematyką prawną, możemy dla odprężenia zajrzeć do

www.dumlaws.com

by poznać różne dziwne i zabawne, a ciągle obowiązujące, przepisy prawne, jak np. ten z Blythe w Kalifornii, gdzie nielegalne jest chodzenie w kowbojskich butach, jeśli nie masz co najmniej dwóch krów, czy też przepis zabraniający fryzjerom w Waterloo (Nebraska) jedzenia cebuli w godzinach od 7 rano do 7 wieczorem.

Ostatni miesiąc przyniósł dwie poważne zmiany w prawie imigracyjnym. Pierwsza zmiana - to nowe przepisy wykonawcze dotyczące przyspieszenia sponsorowania przez pracę, druga - to przepisy wykonawcze dotyczące nowej wizy K.

Sponsorowanie przez pracę w większości przypadków rozpoczyna sie złożeniem dokumentów w Departamencie Pracy. Procedura w Departamencie Pracy ma na celu sprawdzenie, czy istnieją obywatele lub legalni rezydenci USA, którzy kwalifikują się na pracę oferowaną imigrantowi, który stara się o pobyt stały przez sponsorowanie przez pracę.

Procedura ta wymaga przeprowadzenia tak zwanej rekrutacji. Zazwyczaj wiąże się to z zamieszczeniem ogłoszenia w gazecie i wywieszeniem informacji o poszukiwaniu nowego pracownika na terenie zakładu pracy. Tylko wtedy jełli rekrutacja nie przyniesie żadnych innych kandydatów nadających się na pozycję oferowaną, Departament Pracy może zatwierdzić aplikację. Powodem długiego, zazwyczaj wieloletniego, oczekiwania w Departamencie Pracy jest olbrzymia ilość aplikacji złożonych przez firmy sponsorujące imigrantów. Aplikacja musi czekac kilka lat zanim pracownik Departamentu Pracy ściągnie ja z półki i rozpocznie proces rekrutacji.

W 1997 roku Departament Pracy wprowadzil przyspieszoną procedurę zwana Reduction in Recruitment (redukcja rekrutacji), która pozwala sponsorom na przeprowadzenie własnej rekrutacji przed złożeniem aplikacji w Departamencie Pracy. Jeśli Departament Pracy uzna, że rekrutacja przeprowadzona przez sponsora była poprawna i mimo wszystko nie przyczyniła się do znalezienia kandydatów na pozycje oferowaną imigrantowi, to zaakceptuje aplikację bez przeprowadzenia swej własnej rekrutacji, tym samym znacznie przyspieszając sponsorowanie przez pracę.

Trudność z reduction in recruitment polegała na tym, że rekrutacja musiała być przeprowadzona przez przynajmniej 6 miesięcy przed złożeniem aplikacji w Departamencie Pracy. Z tego powodu osoby, które składały aplikację przed 30 kwietnia 2001, korzystajac z powrotu sekcji 245(i), nie mogly przeprowadzić własnej rekrutacji, bo ustawa 245(i) powrociła tylko na 4 miesiące, a więc nie wystarczająco długo, by przeprowadzić rekrutację wymaganą w procesie reduction in recruitment. W ubiegłym miesiącu Departament Pracy, zdając sobie z tego sprawę postanowił umożliwić tym osobom skorzystanie z reduction in recruitemnt i zmienił procedurę pozwalajac na przeprowadzenie własnej rekrutacji nawet i po złozeniu petycji w Departamencie Pracy. Dotyczy to jednak tylko petycji złożonych w Departamencie Pracy przed 2 sierpnia 2001 (dzień, w którym opublikowane zostaly przepisy wykonawcze.).

Osoby, które mają juz złożone aplikacje w Departamencie Pracy mogą rozpocząć swą własną rekrutację jeśli tylko Departament Pracy nie rozpoczął jeszcze rekrutacji. Rekrutacja ta musi zwykle trwać przynajminej 6 miesięcy. Wyniki rekrutacji musąa być przedstawione Departamentowi Pracy w postaci raportu opisującego rodzaj rekrutacji i jej rezultat, ilość kandydatów zglaszających się oraz dlaczego zostali odrzuceni. Oprócz tego Departament Pracy wymaga kopii ogłoszeń w gazetach oraz kopii wywieszki ogłaszającej pozycje w zakładzie pracy sponsora. Wywieszka ta musi również zawierać zarobki oferowane. Pensja ta jednak nie może być niższa niż tak zwana prevailing wage, a więc średnia pensja opłacana w danym zawodzie w danej miejscowości.

Osoby, które złożyły petycje do Departamentu Pracy powinny skorzystać z nowego prawa, które może spowodować nawet kilkuletnie przyspieszenia sponsorowania. Nie wszystkie jednak zawody nadają się na reduction in recruitment. Proszę konsultować się z prawnikiem imigracyjnym przed rozpoczęciem przez Państwa tego procesu.

Biuro Imigracyjne wydało również przepisy wykonawcze dotyczące nowych wiz K-3 i K-4. Wiza K-3 przyznawana będzie małżonkom obywateli USA, a wiza K-4 - ich nieletnim dzieciom.

Wizy K przyznawane będą tylko tym małżonkom i dzieciom obywateli USA, dla których obywatele ci złożyli petycje imigracyjne I-130 i petycje te albo zostały już zatwierdzone albo wciąż na zatwierdzenie (approval) czekają. Celem wprowadzenia tych wiz jest umożliwienie osobom w powyższej sytuacji wjazdu do USA na wizach i ubiegania sie o zmianę statusu na rezydenta w USA, zamiast wielomiesięcznego czekania na wizę imigracyjną w konsulatach za granicą.

Aplikacja o wizę K musi być złożona przez obywatela USA na terenie USA, sama wiza natomiast wydana będzie przez konsulat USA za granicą. Jesli ślub miał miejsce za granicą, to wiza K musi być wydana przez konsulat USA w kraju, gdzie ślub miał miejsce.

Procedura:

Obywatel USA musi najpierw złożyć na swego małżonka lub dzieci petycje imigracyjną I-130. Po jej złożeniu musi złożyć petycję o wizę K na formularzu I-129 F. Petycja ta musi być przyznana przez INS zanim konsulat wyda wizę K.

Przepisy wykonawcze traktują wizę K-4 dla dzieci jako "status pochodny" (derivative staus), co oznacza, że wiza K-4 wydana będzie nieletnim (do 21 roku) dzieciom małżonka przybywającego do USA na wizie K-3. Teoretycznie więc możliwe jest wydanie wizy K-4 dzieciom, dla których petycja imigracyjna I-130 nie była złożona. Nie jest to jednak dobry pomysł, bo o ile wiza K-4 zostanie im wydana, o tyle nie będą mogły starać się o pobyt stały. Jeśli jest to możliwe, obywatel USA powinien najpierw złożyć osobne petycje imigracyjne I-130 na małżonka i każde dziecko (poniżej 21 lat), a dopiero potem starać się o wizę K dla każdego członka rodziny, aby ci mogli starać się o pobyt stały po przybyciu do USA.

Aby przyspieszyc i ułatwić późniejsze staranie się o pobyt stały, INS radzi, aby osoby, które będą starały się o wizę K-3/K-4, a potem o pobyt stały w USA, zaznaczyly to na swej petycji imigracyjnej w punkcie 21. Jest tam miejsce na wybór, czy interview na pobyt staly przeprowadzone będzie w USA czy w konsulacie. Osoby, które złożyły już I-130 i zaznaczyły w punkcie 21, że starać się będą w konsulacie, a teraz chciałyby otrzymać wizę K, powinny poinformować INS, że chciałyby jednak przejść interview w USA. INS poprosi wtedy Departament Stanu o przesłanie do nich złozonej petycji, po to by mieć ją na interview.

INS przewiduje wydanie nowego formularza dla starających się o wizę K. Ponieważ jednak ustawa jest już prawomocna i INS nie chciało opóźniać przyjmowania aplikantów, na dzień dzisiejszy należy posługiwać się formularzem I-129F. Wypełniając ten formularz, a w zasadzie nową jego wersję, należy ominąć sekcje (B)(18) i (B)(19). Aplikacje o wizę K-3/K-4 należy wysłać pod adres:

Immigration and Naturalization Service

P.O. Box 7218

Chicago, IL 60680-7218

Po zatwierdzeniu petycji o wizę K-3/K-4 petycja ta wędruje do konsulatu danego kraju i aplikant wezwany jest na interview. Podczas interview trzeba będzie przedstawić badania lekarskie i formularz sponsorownia finansowego (Affidavit of Support), podobnie jak w przypadku sponsorownia na zieloną kartę. Osoba, która wjeżdża do USA na wizie K-3 dostanie prawo pobytu na 2 lata, a dzieci na wizie K-4 - również na 2 lata lub do 21 roku życia, jeśli 21 urodziny nastąpią przed upływem 2 lat.

Na wizę K-3 lub K-4 nie będzie można przejść w USA będac na innym statusie. Na przykład, ktoś na wizie turystycznej nie będzie jej mógł zamienić na wizę K-3 lub K-4. Osoba taka będzie musiała złożyć petycję według wyżej wymienionej procedury i starać się o wizę K-3/K-4 w konsulacie USA za granicą. Procedura ta oczywiście nie dotyczy osób, które przebywają w USA nielegalnie. Osoby te nie mogą starać się o wizę K-3/K-4, ponieważ ich wyjazd po wizę K do konsulatu grozi 10-letnim zakazem powrotu.

Osoby na wizach K-3/K-4 bedą mogły starać się o pozwolenie na pracę składając formularz I-765 pod ten sam adres:

INS

P.O. Box 7218

Chicago, IL 60680-7218

Przepisy wykonawcze pozwalają na przedłużenie wizy K-3, K-4 po pierwszych dwóch latach, używając formularza I-539 Application for Extension of Status. Składając tę aplikację trzeba bedzie udowodnić, że złożyło się już aplikację o zamianę statusu (Adjustment of Status) lub że petycja I-130 ciągle jeszcze nie została przyznana i że nadal jest się w związku z obywatelem USA, który złozył petycję I-130.

Status K-3/K-4 będzie przerwany na 30 dni po: odrzuceniu petycji I-130 lub odrzuceniu aplikacji o pobyt stały (I-485). Jesli nastąpi odebranie statusu K-3/K-4 poprzez odrzucenie petycji, aplikant będzie miał 30 dni na opuszczenie USA. Jeśli nie wyjedzie, bedzie traktowany jako osoba w nielegalnym statusie podlegająca deportacji. Status K-3/K-4 będzie również przerwany jesli przestanie istnieć związek z obywatelem, który złożył petycję I-130 (na przykład przez rozwód lub śmierć obywatela). Wizy K-3/K-4 będą również wygasać, jeśli aplikant nie złoży petycji o ich przedłużenie po skończeniu się pierwszego 2-letniego okresu, na który wiza została wydana.

Osoby na wizach K-3/K-4 będą mogły podróżowac, nawet po złożeniu aplikacji o zamianę statusu (na końcowe interview). Normalnie w takich przypadkach wymagana jest specjalna przepustka - advance parole, ale ponieważ wiza K-3/K-4 ma w sobie intencje pozostania na stale, więc krótki wyjazd nie będzie traktowany jako porzucenie aplikacji o pobyt staly i możliwy będzie nawet bez przepustki.

Osoby, które złożyły petycje o wizy K-3/K-4 do Biura Imigracyjnego przed wydaniem nowych przepisów muszą to zrobić raz jeszcze zgodnie z procedurą opisaną w powyższym artykule.

Przepisy Biura Imigracyjnego dotyczące wiz V dla małżonkow i dzieci rezydentow USA jeszcze nie zostały opublikowane.

Agata Gostynska Frakt

Psy mają wyraźny udział w historii Starożytnego Rzymu od samego jej początku. Według opisanej szczegółowo przez Plutarcha legendy : córka króla Alby będąc w stanie panieńskim urodziła dwa bliźnięta: Romulusa i Remusa. Alba rozkazał służącemu Terencjuszowi uśmiercenie braci. Dobroduszny Terencjusz ukrył bliźnięta w lesie, ocalając tym samym ich życie. Po pewnym czasie okazało się, że chłopcy przetrwali dokarmiani mlekiem przez wilczycę. Niektórzy uważają, że był to pół-wilk pół-pies. Później dwaj bracia zostali rozłączeni. Obdarzony zdolnościami oraz silnym charakterem Romulus stał się przywódcą plemion łacińskich oraz zainicjował budowę Rzymu. Kiedy jednak bracia zostali ponownie zjednoczeni doszło do sprzeczki o szczegóły przy budowie miasta. W rezultacie silniejszy Romulus zabił Remusa. Wybudowany przez braci Rzym stał się stolicą całego zjednoczonego państwa łacińskiego.

Powyższa legenda demonstruje nam stosunek Rzymian do wilków. W jaskrawym przeciwieństwie do sąsiednich cywilizacji i kultur współczesnego im świata, Rzymianie spoglądali na wilki bardzo przychylnym wzrokiem.

Naturalnie nie zmieniało to wcale faktu, iż stada owiec strzeżone były przed wilkami przez liczne psy.

W okresie Imperium Rzymskiego wybudowano niezwykle nowoczesny system dróg łączący stolicę - Rzym ze wszystkimi podległymi jej prowincjami. Stąd przysłowie: " wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". Na krzyżówkach oraz węzłach komunikacyjnych szlaków rzymskich psy były sojusznikami człowieka służącymi do pilnowania porządku. Analogicznie w samym Rzymie psy pomagały pilnować porządku pretorianom, czyli odpowiednikowi dzisiejszej policji.

Przyjmuje się, że poziom udomowienia czworonogów rzymskich był równie wysoki jak dziś, choć nie istniały jeszcze rasy w dzisiejszym ich rozumieniu. Możemy jedynie mówić o grupach psów do określonych celów: na przykład psy myśliwskie, stróżujące, pasterskie, bojowe i.t.d.

W czasach rzymskich na drzwiach domów po raz pierwszy pojawiły się ostrzegające napisy w rodzaju "UWAGA ZŁY PIES".

W okresie Cesarstwa Rzymskiego stworzono podstawy w kwestii wyboru kolorów psów do określonych celów. Żyjący w pierwszym wieku Columeliusz , ekspert w dziedzinie rolnictwa oraz hodowli zwierząt, był doskonale zorientowany w temacie:

-" Wybrany na obrońcę farmy pies powinien posiadać wystarczającą masę ciała oraz niski donośny głos, tak aby mógł przerazić intruza, najpierw gdy ten ostatni go usłyszy, potem kiedy go zobaczy. Terror zainspirowany warczeniem psa powinien spowodować ucieczkę przebiegłego spiskowca, zanim nawet sam czworonóg zostanie dostrzeżony. Pies powinien być jednolitego koloru na całym ciele, przy czym biały kolor jest bardziej właściwy dla psów pasterskich, czarny dla psów broniących gospodarstw, zaś psy w różnych kolorach nie są odpowiednie do żadnego z powyższych celów. Pasterze wolą białe psy, gdyż można odróżnić je od dzikich bestii [czyli drapieżników , przyp.G.U.] , a niekiedy ułatwia to odróżnienie ich od wilków, kiedy odpędza się je od stada owiec nad ranem lub w półmroku. W przeciwnym razie atakujący [człowiek przyp.G.U.] mógłby porazić psa. Pies do obrony farmy, przeciwstawiający się niegodziwym podstępom człowieka, który zbliża się przy jasnym świetle dziennym, posiada daleko bardziej odstraszający wygląd jeśli jest czarnego koloru.-"

W okresie istnienia Rzymu stosunek ludzi do psów był bardzo życzliwy i przypominał sytuację w Starożytnym Egipcie. Psy mieszkały w domach, podobnie jak ma to miejsce dziś. Czworonogi dostarczały ludziom towarzystwa, będąc na prawach członków rodzin. Niestety, równolegle kultywowano okrutną, zaczerpniętą z obyczajów Etrusków, tradycję używania psów obok innych zwierząt oraz niewolników do krwawych walk na arenach, celem dostarczenia rozrywki tłumom widzów. Znane są ryciny przedstawiające psy w walkach z lwami, tygrysami, dzikami, niedźwiedziami i.t.d. Molosy były rodzajem psów używanym do tego celu.

Marek Terencjusz Varro we fragmentach swego dzieła "De Re Rustica"napisanego około 40 roku p.n.e. wykazał się niebywałą znajomością kynologii:

-"Istnieją dwie grupy psów. Pierwsza [myśliwska przyp. G.U.] , spokrewniona z dzikimi bestiami z lasu i druga - szkolona do celów obronnych oraz używana przez pasterzy.

Po pierwsze, należy wybrać psy w odpowiednim wieku: szczenięta oraz stare psy nie są dobre ani dla siebie samych, ani dla owiec i również mogą same stać się ofiarami ataków dzikich bestii [czyli wilków, przyp. G.U.]. [Wybrane psy] powinny być przystojnej budowy i dużych rozmiarów. Oczy powinny być czarne lub żołtawe, tak by korespondowały z kolorem nosa. Wargi powinny być ciemne lub czerwone, zaś górna warga nie powinna być ani zbyt wysoko podniesiona ani nazbyt obwisła. Dolna część szczęki powinna być krótka z dwoma kłami lekko rozchylonymi na zewnątrz po obu stronach, zaś górne kły powinny być raczej proste. Siekacze powinny być zakryte wargą. Głowa i uszy wielkie, a uszy również szerokie oraz zwisające. Szyja z podgardlem powinna być gruba. Mięśnie nóg długie, nogi proste, skręcone na zewnątrz raczej niż do wewnątrz. Stopy duże i szerokie, rozszerzające się podczas stąpania. Kciuk powinien być wyraźnie oddzielony, a pazury twarde, zakręcone. Podeszwa stopy nie może być przesadnie twarda, raczej gąbczasta i miękka. [….] Ogon - gruby. Szczekanie powinno być niskie, szczęka szeroka, kolor najlepiej biały, gdyż łatwiej rozpoznać psa w ciemnościach, zaś w swym wyrazie pies powinien przypominać lwa. Hodowcy także wolą, aby suki posiadały wszystkie sutki równych rozmiarów"

Graciusz Faliskiusz w swej rozprawie zatytułowanej "Cynegeticon" z 20 roku p.n.e. przedstawiał psy z obszarów Imperium Rzymskiego, darząc szczególnym podziwem odmiany wyhodowane na Wyspach Brytyjskich:

-"Oprócz naszego Mastiffa, który wydaje się pochodzić z Anglii, potrafimy szkolić najdoskonalsze charty w rejonach Szampanii. Najlepsze psy gończe pochodzą z rejonów West Country, Cheshire i Lancashire [….] Nawet mały Beagle jest przypisany to naszego kraju [Anglii przyp.G.U. ] . [….] Odmiany psów pochodzą z niezliczonej ilości krajów, a zastosowanie każdej z nich związana jest ściśle z krajem pochodzenia. [….] A gdybyś tak zechciał poprzez Kanał Angielski [La Manche] i zdradzieckie morze dotrzeć do samych Bretonów! Musiałbyś być małej wyobraźni, aby nie ulec wrażeniu ich potwornych psów,

[….] [a po spotkaniu ich w bitwie, przyp. G.U.] nie podziwiałbyś nawet sławnych molosów [epirskich, przyp G.U.]. "-

Nawet sławny Cycero wychwalał zalety psów:

-"Wierność psów pilmujących to co zostało powierzone ich ochronie, przywiązanie do właścicieli, nieufność wobec obcych, niesamowita niezawodność ich nosów podczas tropienia, zawziętość podczas polowania- cóż więcej jest potrzebne aby dowieść, że zostaly one stworzone dla służenia ludziom."-

Wspaniałym rozdziałem w historii psów w Cesarstwie Rzymskim są ich dzieje u boku rzymskich legionów. Opisał to w II wieku n.e. grecki historyk, znawca militarystyki - Polibiusz. Według niego każdy legion rzymski posiadał w swym składzie wiele wyszkolonych do celów wojennych molosów, które używane do ataku, czyniły duże zamieszanie w szeregach wrogów. Na ogół molosy wypuszczane były na oddziały kawalerii, gdyż wywoływały panikę wśród koni. Rzymianie używali dla swych czworonogów specjalnych obroży nabijanych ostrymi kawałkami żelaza, dla rozcinania brzuchów końskich. Niekiedy używano obroży z płonącymi pochodniami. W okresach pokoju psy pilnowały obozowisk oraz ogromnych stad bydła pędzonych za każdym z legionów. Wszędzie gdzie dotarły legiony, dotarły także ich psy. Stąd dziś obszary występownia potomków molosów pokrywają się w przybliżeniu z zasięgiem obszarów Imperium Rzymskiego. Polibiusz wspomina również przypadki używania czworonogów do przenoszenia pisemnych rozkazów. Listy zamykano w miedzianej kapsułce, którą połykał pies. Niestety, najczęściej po przybyciu czworonożnego posłańca niecierpliwy dowódca nakazywał poćwiartowanie go, aby szybciej dotrzeć do listu.

Psy obok koni, wielbłądów i słoni były częścią armii Hannibala w III w.p.n.e. podczas wojen punickich, kiedy próbował on podbić Rzym. Pomimo licznych zwycięstw, Hanibalowi nie udało się zdobyć Rzymu. Pomimo tego wpływ jego kampanii na wojskowość rzymską był ogromny. Strategie militarne Hannibala po jego śmierci w 182 roku p.n.e. stały się klasyką wojskową, do dziś wykładaną w akademiach wojskowych dookoła świata. Rzymianie często z powodzeniem kopiowali posunięcia jego armii w okresach po wojnach punickich. Jednym z elementów było umiejętność powszechnego użycia psów bojowych przez legiony rzymskie. W okresie wojen Rzymu z Macedonią (172 -168 p.n.e.) psy bojowe używane były przez obie strony konfliktu.

Czy spłacasz rządowy kredyt studencki lub rodzicielski? Jeżeli tak, to z pewnością ucieszy cię wiadomość o korzystnej zmianie zasad oprocentowania. Od pierwszego lipca stopy oprocentowania pożyczek studenckich obniżyły się - i to znacznie.

Nowe zasady oprocentowania zostały opublikowane pod koniec maja. Pożyczki studenckie po dokonaniu konsolidacji powinny obniżyć się o około 2 punkty procentowe. Jeúli wůaúciwie zorganizujesz swoje spłaty, moýesz zyskać pewne dodatkowe zniżki. W sumie stopa oprocentowania studenckiej pożyczki może wynieść niewiele ponad 5 procent.

Poniżej znajduje się lista głównych grup kredytobiorców. Przejrzyj ją i sprawdę jak wyglŕda twoja obecna sytuacja oraz jakie powinieneú poczynić dalsze kroki w celu obniżenia miesięcznych spłat kredytów

Rokrocznie, pierwszego lipca, rząd modyfikuje stopy oprocentowania kredytów studenckich i kredytów dla rodziców typu PLUS, zależnie od stopy oprocentowania krótkoterminowych obligacji Skarbu Państwa USA.

Obecnie stopa oprocentowania nowych kredytów studenckich typu Stafford wynosi 8.19 procent, a kredytów typu PLUS - 8.99 procent. Nowa stopa podstawowa kredytów studenckich może obniżyć się do ponad 6 procent, a kredytów dla rodziców - do 7 procent. Przy wygospodarowaniu dodatkowych zbniżek, możesz zapłacić jeszcze mniej.

Obniżenie stopy oprocentowania wpłynie na sytuację pobierających kredyty różnego typu.

Jeżeli ukończyłeś/aś już naukę i aktualnie spłacasz swój kredyt studencki, stopa oprocentowania kredytów typu Stafford zaciągniętych po roku 1992 obniży się. Pisemne zawiadomienia o nowych stawkach zostały rozesůane do osób zainteresowanych w czerwcu.

Jeżeli spłacasz kredyt dla rodziców PLUS, spłata pożyczki obowiązuje w terminie 60 dni po zaciągnięciu kredytu, niezależnie od tego, czy student nadal pobiera naukę. Stawka oprocentowania twojego kredytu obniży się w takim samym stopniu jak kredytu studenckiego.

Jeżeli spłacasz swoją pożyczkę w ratach miesięcznych bezpośrednim przelewem z konta bankowego, możesz w ten sposób zaoszczędzić dodatkowo jedną czwartą punktu procentowego.

Jeżeli pragniesz połączyć zaciągnięte kredyty studenckie lub rodzicielskie, od 1 lipca możliwe będzie ustalenie nowej, niższej, niezmiennej stopy raty procentowej, która pozostanie na stałym poziomie przez cały okres spłaty. Dokładna wysokość stopy procentowej zostanie ogłoszona pod koniec tego miesiąca. Niedawno pobrane kredyty studenckie uzyskają stopę w wysokości prawdopodobnie około 6.8 procenta. (Starsze kredyty będą mieć inne stawki).

Konsolidacja kredytu wymaga szerszego wyjaśnienia. Często można w ten sposób uzyskać zniżki.

Konsolidacja to połączenie wszystkich kredytów zaciągniętych podczas studiów w jeden kredyt skonsolidowany z nową stopą oprocentowania. Pożyczki skonsolidowane zaciągnąć można u kredytodawców prywatnych, takich jak banki, the Collegiate Funding Service (www.cfsloans.com lub 888-423-7562) i Sallie Mae (www.salliemae.com lub 888-272-5543) oraz u rządu federalnego poprzez, w ramach programu Direct Loan Consolidation (szczegóły na stronie www.loanconsolidation.ed.gov lub pod numerem telefonu 800-557-7392).

Jeżeli zwrócisz się o udzielenie skonsolidowanego kredytu studenckiego typu Stafford w ciągu sześciu miesięcy od ukończenia studiów, zaoszczędzasz dodatkowo 0.6 puntów procentowych. Prywatni kredytodawcy konsolidują dwa lub więcej kredytów. Rządowy program Direct Loan "skonsoliduje" nawet pojedynczy kredyt. Najlepiej jest złożyć podanie o konsolidację kredytu zaraz po zakończeniu nauki. Tak więc, uwaga absolwenci!

Jeżeli skonsolidujesz kredyt studencki lub kredyt typu PLUS poprzez rządowy program Direct Loan w terminie do 30 września, stopa oprocentowania twojej pożyczki zostanie obniżona o dodatkowe 0.8 punktów procentowych. Aby zachować taki poziom stopy, musisz terminowo spłacać kredyt przez pierwsze 12 miesięcy. Terminowo oznacza nie póęniej niý po upływie 6 dni od terminu płatności.

Jeżeli opuścisz jeden termin płatności, obniżka stopy procentowej nadal dotyczyć będzie pierwszych 12 miesięcy spłat. Po tym okresie wracasz do normalnych stawek w stosunku do kredytu skonsolidowanego.

Jeżeli studenci skonsolidują wszystkie kredyty w ramach rządowego programu po 1 lipca, wykorzystując wszystkie dostępne zniżki włącznie z 0.25 punktami procentowymi za automatyczne płatności przelewem, całkowita stawka oprocentowania może obniżyć się do 5.2 procent.

Jeżeli jednak już skonsolidowałeś/aś wszystkie zaciągnięte kredyty i spłacasz je ze stałą stopą oprocentowania, nie będzie możliwe ponowne skonsolidowanie (refinansowanie) pożyczki u rządu, o ile nie spłacasz dodatkowo pożyczki, która nie została wcześniej skonsolidowana.

Prywatni kredytodawcy także oferują szereg zniżek. Collegiate Funding Services odejmuje 1 punkt procentowy od stawki oprocentowania, pod warunkiem terminowego spłacenia pierwszych 36 skonsolidowanych płatności.

Sallie Mae nie przewiduje podobnej zniżki w przypadku kredytów skonsolidowanych. Oferuje z kolei obniżenie stawki oprocentowania oryginalnego kredytu o 2 punkty procentowe po terminowym spłaceniu pierwszych 48 rat. Skonsolidować można także pożyczkę typu PLUS, choć w tym przypadku nie przysługują żadne zniżki.

Rokrocznie, 1 lipca stawka oprocentowania twojego kredytu wzrośnie lub obniży się w zależności od stopy rządowych obligacji skarbowych. Rozsądnie będzie więc już w tym roku skonsolidować wszystkie płatności.

Rozmowy o narkotykach z dorastającymi dziećmi nie należą do najprostszych. Wielu rodziców zwleka lub zostawia ten temat "profesjonalistom": nauczycielom, psychologom, instruktorom młodzieżowym. Niektórzy mają nadzieję, że ich dziecko nigdy nie spróbuje nielegalnych substancji. Inni zwlekają z rozmową o narkotykach, gdyż nie bardzo wiedzą co powiedzieć. Są też rodzice, którzy wychodząc z założenia, że im mniej się mówi o problemach tym lepiej i traktują temat substancji odurzających jak przysłowiowe tabu.

Doświadczenia ostatnich kilkunastu lat wskazują, że z rozmową o narkotykach nie można czekać aż "odkryjemy", że dziecko eksperymentuje z alkoholem, papierosami lub narkotykami.

Wiele nastolatków leczących się w ośrodkach rehabilitacyjnych dla młodzieży mówi, że zaczynali "brać" narkotyki nieraz kilka lat zanim rodzice dowiedzieli się o tym fakcie.

Przedział 7-9 klasy to wysokie prawdopodobieństwo eksperymentów z narkotykami. Mogą one bardzo szybko przekształcić się w regularne "branie".

"ZDROWE" DORASTANIE.

Wczesne lata młodzieńcze są okresem następujących po sobie radykalnych zmian w samym dziecku i jego otoczeniu. Nastolatki w wieku 13-16 lat wkraczają w intensywny proces rozwoju płciowego. Jest to swoiste "narodzenie się na nowo", podczas którego dziecko wkracza w role dorosłego człowieka. Może mu towarzyszyć poczucie zagrożenia, niepewności, niedopasowania (jeszcze nie dorosły, a już nie dziecko). Obraz własnej osoby bywa często zachwiany przez wątpliwości dziewcząt i chłopców na przykład czy moje ciało i ja sam rozwijam się w odpowiednim tempie i kierunku. Niepewni zachodzących w nich samych zmian, nastolatki czują się "niedopasowani". W ich otoczeniu często dochodzi do zastępowania przyjaciół z dzieciństwa nowymi młodzieńczymi przyjaźniami.

W początkowym okresie dojrzewania dziecka, jego koledzy wyraźnie zaczynają mieć dominujący wpływ. Dopasowanie się, wtopienie lub chociażby akceptacja przez rówieśników jest w tym okresie kluczowym problemem większości dzieci.

Dążenie do niezależności, próby kwestionowania autorytetów prowadzą do częstych konfliktów między nastolatkani a ich rodzicami (np. testowaie granic tolerancji dorosłych).

Wczesny okres dorastania jest poważnym sprawdzianem dla całej rodziny i samego dziecka.

Musimy jednak pamiętać, że dojrzewanie to okres emocjonalnego zdrowia, a nie choroby. Zdrowe nastolatki nie objawiają tendencji do powtarzających się zachowań dewiacyjnych na przykład łamanie reguł szkolnych, rodzinnych czy ogólnospołecznych.

Jak pomóc nastolatkom

omijać narkotyki?

Będąc rodzicami 13-16 latków jesteśmy odpowiedzialni za "opracowanie" jasnych zasad o nieużywaniu alkoholu, papierosów czy narkotyków. Natomiast przestrzeganie tych zasad powinno być pozostawione samemu dziecku. Doświadczanie konsekwencji (naturalnych i logicznych) swojego zachowania jest jedną z bardziej efektywnych metod kształtowania odpowiedzialności w młodym człowieku.

Pamiętajmy, że zasada abstynencji nie ma na celu "zatrucia młodości" córki lub syna. Wręcz przeciwnie, ma na celu ochronę jego dobra, zdrowia i życia.

Należy też zapoznać dziecko z ewentualnymi konsekwencjami eksperymentowania z jakimikolwiek substancjami odurzającymi. Konsekwencje te powinny być możliwe do zastosowania. Rzucanie słów na tzw. wiatr doprowadziło niejednego rodzica do utraty autorytetu.

Bądźmy konkretni. Wytłumaczmy dziecku powody, dla których w "naszej rodzinie" nie używa się żadnych środków odurzających. Upewnijmy się, że dziecko rozumie jakiego zachowania od niego oczekujemy. W sposób konkretny i jasny przedyskutujmy z dzieckiem (z wyprzedzeniem) jakie konsekwencje będą podjęte, jeżeli złamie zasadę abstynencji i w jaki sposób będą one egzekwowane.

Bądźmy jednoznaczni. Określmy dziecku, że reguła abstynencji obowiązuje nie tylko w rodzinnym domu ale i w każdym innym miejscu.

My sami bądźmy właściwym wzorem dla dziecka. Naśladowanie jest potężną metodą uczenia się. Rodzice powinni zwrócić uwagę, czy aby ich zachowanie jest ilustracją postaw i wartości, jakich oczekujemy od dziecka.

W przypadku gdy jedno, lub oboje z rodziców nadużywa substancji odurzających właściwe jest uświadomienie dziecku naszego własnego cierpienia, problemów i strat związanych z nałogiem.

Rodzice powinni znać przyjaciół swojego dziecka i ich rodziny. Wspólnie z innymi rodzicami ustalmy podobne zasady na przykład przestrzegania punktualności, uczestniczenia w prywatkach bez nadzoru dorosłych itp.

Ustalmy z młodym człowiekiem, że ma obowiązek poinformować: gdzie i z kim wychodzi oraz ustalić z nami godzinę powrotu ( tzn.uzyskać zgodę rodziców).

Jeżeli syn lub córka są u kolegi, powinniśmy wiedzieć gdzie on mieszka. Gdy dziecko wybiera się do kina zainteresujmy sie rodzajem filmu. Jakiekolwiek zmiany planów w "ostatniej sekundzie" muszą być zaaprobowane przez rodziców.

Nastolatki w wieku 13-16 lat zaczynają interesować się swoim wyglądem zewnętrznym (niejeden z rodziców obserwuje wtedy u dziecka pierwsze fascynacje modą, fryzurami, pierwsze próby odchudzania czy zmiany figury). Pomóżmy dziecku w zaakceptowaniu siebie. Pozwólmy mu dostrzec swoje zalety. Młody człowiek będzie miał większą wiarę we własny rozsądek gdy z ust rodziny usłyszy także pochwały pod swoim adresem.

Ćwiczmy z dzieckiem zachowania w tzw. trudnych sytuacjach. Wspólnie wymyślcie różne scenariusze i warianty alkoholowych lub narkotykowych pokus (gwarantowana zabawa na całe godziny). Przykładów takich zachowań jest wiele na przykład prywatka, gdzie dzieci piją i palą, rowerowa wycieczka nieoczekiwanie zakończona wspólnym paleniem marihuany itp.

Pozwól dziecku odegrać hipotetyczny sposób powiedzenia NIE. Praktykujcie każdą z tych sytuacji tak długo, aż dziecko będzie się czuło pewnie.

Rodzice nastolatków nie powinni zapominać, że zwłaszcza w tym okresie wspólna rozmowa ma ogromne znaczenie. Obawy dziecka związane z dojrzewaniem, pierwszą sympatią, czy pójściem do nowej szkoły są poważnymi życiowymi problemami. Wymagają one życzliwej uwagi i cierpliwości ze strony najbliższych.

Rozmawiajcie z dzieckiem o przyjaźni. Zwracajcie jego uwagę, że prawdziwy przyjaciel nie namawia do zachowań przynoszących przykre konsekwencje.

Co pewien czas przeanalizujcie wspólnie z dzieckiem zasady panujące w rodzinie - takie jak: obowiązki domowe, przywileje, harmonogram dnia itp. Czy należałoby coś zmienić np. w związku z rozpoczętym rokiem szkolnym?

Proponowane powyżej zasady mogą zapobiec kontaktom naszych dzieci z narkotykami. Są one częścią szerszej koncepcji - tzw. rodzicielstwa opartego na wartościach.

Sądzę, że nie tylko nasze pokolenie popełnia błąd, koncentrując się przede wszystkim na "ustawieniu" siebie i rodziny. Dobrom materialnym, karierom czy popularności często podporządkowana zostaje wartość zdrowia, a nawet życia.

Pokażmy naszym dzieciom, będącym u progu wkroczenia w dorosłe życie, że ich bezpieczeństwo, dobra kondycja fizyczna i psychiczna jest jedną z nadrzędnych wartości w naszej rodzinie. Nie obawiajmy się stworzyć "naszego" wewnętrznego środowiska rodzinnego, które będzie pomagało wszystkim członkom rodziny przestrzegać zdrowych zasad w życiu.

Świadome opracowanie i realizowanie przez rodziców planu wychowania w abstynencji jest jednym z przejawów takiej troski.

Program Młodzieżowy Punkt Zwrotny, działający przy Zrzeszeniu Amerykańsko Polskim, oferuje Państwu pomoc w stworzeniu takiego planu. Konsultacje induwidualne i sesje rodzinne prowadzą do powstania unikalnego programu prewencji narkotykowej dostosowanej do potrzeb waszego dziecka i wszystkich pozostałych członków rodziny.

Jedną z zasad, którą propagujemy wśród rodziców (nie tylko dzieci mających już problemy z substancjami odurzającymi) brzmi - "Jeżeli tylko wiesz co masz zrobić, zrobisz to".

Wszyscy czasami zadajemy sobie pytanie czy wszystko jest z nami w porządku. Zastanawiamy się nad tym wtedy gdy cierpimy na różnego rodzaju dolegliwości, gdy przeżywamy jakieś problemy, a czasami z nudów, gdy mamy za dużo czasu. Rozważając kwestię naszego zdrowia poszukujemy obiektywnych jego pomiarów w postaci różnorakich testów medycznych. Im więcej chcemy o sobie wiedzieć, tym więcej testów należałoby, naszym zdaniem, wykonać.

Firmy ubezpieczeń medycznych na podstawie dostępnych badań i prawdopodobieństwa występowania chorób co jakiś czas wydają swoje wytyczne dotyczące testów przeglądowych (screening tests) dostępnych dla każdego pacjenta danej grupy wiekowej i płci. Wytyczne te opierają się na danych uzyskiwanych z badań naukowych wskazujących ile istnień ludzkich można uratować lub jakich kosztów leczenia uniknąć przeprowadzając dany test. Dane te są ogólnie dostępne, lecz że względu na różnorodność wyników, jak też że względu na liczbę organizacji medycznych wnioski jak też wytyczne danych organizacji mogą się między sobą różnić. Kompanie ubezpieczeniowe dysponują jeszcze innymi danymi statystycznymi, które są pełniejsze i bardziej praktyczne, jednakże nie są dostępne dla ogółu lekarzy i nie zostały przygotowane pod kątem zapewnienia wyższej jakości opieki medycznej. Informacje tego typu odzwierciedlają rzeczywiste prawdopodobieństwo wystąpienia danej choroby lub zgonu. Rodzaj i liczbę testów jakie należy przeprowadzić na pacjencie określa lekarz w oparciu o wywiad, badanie pacjenta, prawdopodobieństwo choroby w zależności od wieku, płci, czy wyników wcześniejszych badań. Niektóre kompanie ubezbieczeniowe nie zezwalają jednak na dodatkowe testy medyczne jeżeli nie ma ku temu ścisłych wskazań medycznych.

Co to znaczy normalny? Otóż norma w statystyce, nauce bez której nie istniałaby nowoczesna medycyna, jest określana jako wartość matematyczna wyliczana na podstawie wyników testów przeprowadzonych na danej populacji. Wyniki tych badań są opracowywane według istniejących wzorów matematycznych, a norma jest zdefiniowana jako wartość przeciętna plus minus dwa odchylenia standardowe. W uproszczeniu znaczy to tyle, że tylko 95% wyników uzyskanych na ludziach zdrowych mieści się w definicji normalności. Te pięć procent, pomimo że są to wartości prawidłowe, normalne, zostaje automatycznie zaliczone poza granicę normy, 2,5% powyżej, a 2,5% zaklasyfikowane jest poniżej normy. Ta definicja normy dotyczy większości badań laboratoryjnych, których ostatecznym wynikiem jest rezultat liczbowy. Niektóre normy są modyfikowane przez organizacje medyczne i tak na przykład poziom cholesterolu, który jest uważany za prawidłowy, czy normalny był już kilkakrotnie zmieniany z 240 mg/dl do 220 mg/dl kilka lat temu, czy do 200 mg/dl obecnie. Podobnie było ze złym cholesterolem LDL, którego normalny poziom był poniżej 170 mg/dl kilka lat temu, a obecnie wynosi 130 mg/dl. Wartości cholesterolu są jeszcze niższe dla pacjentów z chorobą wieńcową i cukrzycą. Z powyższego przykładu wynika, że normy dla ludzi zdrowych i ludzi chorych różnią się. Ogólnie przyjmuje się, że niższy poziom cholesterolu obniża ryzyko zawałów mięśnia sercowego i zatorów mózgu, lecz zbyt niski poziom cholesterolu zwiększa ryzyko krwawień do mózgu. Ścisłe normy trudno ustalić również w przypadku ciśnienia krwi. Przyjmuje się obecnie, że ciśnienie krwi utrzymujące się powyżej 140/90 mmHg oznacza nadciśnienie, lecz z perspektywy kardiologii im niższe ciśnienie, tym mniejsze ryzyko miażdżycy, a co za tym idzie, mniejsze ryzyko chorób serca i udarów mózgu. Nie ma jako takiej liczbowej definicji zbyt niskiego ciśnienia krwi. Zbyt niskie ciśnienie krwi jest definiowane jako ciśnienie przy którym pacjent zaczyna odczuwać objawy niedociśnienia. Objawy te to zawroty głowy, ogólna słabość, występujące ze szczególnym nasileniem przy podnoszeniu się z pozycji leżącej. Również definicja cukrzycy została kilka lat temu zmieniona i praktycznie z dnia na dzień ludzie z poziomem cukru na czczo od 127 mg/dl do 140 mg /dl stali się cukrzykami, bo jeszcze nie tak dawno cukrzycę definiowano jako chorobę charakteryzującą się poziomem cukru na czczo powyżej 140 mg/dl. Poziom cukru poniżej 80 mg/dl uważa się jako niski, jednakże podobnie jak przy niskim poziomie ciśnienia, niskie stężenie glukozy we krwi nie wymaga interwencji lekarskiej, jeżeli pacjent czuje się dobrze i nie ma objawów towarzyszących. Jak wynika z kilku powyższych przykładów, wartości normalne są często wartościami umownymi.

Analizowanie wyników badań laboratoryjnych nie powinno sprowadzać się tylko do analizowania danych liczbowych, ale powinno kierować się w stronę korzyści lub zagrożeń wynikających z tych testów dla pacjenta. Czasami należy powtórzyć test aby wykluczyć błąd laboratoryjny, często należy prześledzić zależności zmian innych wyników (pattern), czasami należy przeprowadzić testy dodatkowe, aby być pewnym, że nieprawidłowe wyniki badań są związane z chorobą, czy też po prostu należą do tych 5% normalnych wartości, które znalazły się poza normą. Norma, jak wskazałem, jest wartością wyliczoną dla danej populacji ludzi z danego obszaru. Ten sam test przeprowadzony pośród innej populacji może nam dać inny zakres normy (normal range), z rozbieżnością najniższej i najwyższej wartości normalnej. Podobnie jest z wynikami testów przeprowadzanymi na populacji pacjentów z daną chorobą. Część z nich może mieć prawidłowe wyniki badań, pomimo istnienia choroby. Ważna jest wtedy dynamika zmian i dodatkowe testy potwierdzające istnienie choroby.

Testy laboratoryjne mają jeszcze inne ograniczenia. Wiąże się to z istnieniem tak zwanej czułości (sensitivity), i swoistości (specificity) danego testu. Czułość testu oznacza pozytywny wynik testu u pacjentów chorych na daną chorobę. Swoistość testu oznacza negatywny wynik testu u osób, które danej choroby nie mają. To rozróżnienie musiało być dokonane z tego względu, że nie ma testów idealnych i zdaża się, że osoba chora na daną chorobę ma test negatywny (wykluczający chorobę), a osoba nie dotknięta daną chorobą może mieć test pozytywny (potwierdzający chorobę). Idealny test musiałby być 100% czuły i 100% swoisty, ale większość testów ma około 95-98% czułości i swoistości. Wydawałoby się, że 98% czułości i swoistości testu to bardzo dużo, jednakże ze względu na niedużą częstotliwość występowania niektórych chorób w danej populacji, zdaża się, że jest więcej tak zwanych fałszywie pozytywnych testów (osoba nie posiadająca choroby ma pozytywny test potwierdzający istnienie choroby), jak też fałszywie negatywnych wyników (osoba posiadająca chorobę ma negatywny test). Tak jest na przykład z przesiewowym testem na AIDS. Pozytywny wynik testu nie świadczy o tym, że dana osoba jest zarażona wirusem HIV. Ze względu na niską występowalność zakażeń virusem HIV jest dużo większa szansa, że jest to fałszywie pozytywny wynik, i dlatego też wszystkie pozytywne testy na HIV muszą być potwierdzone badaniem kwasu RNA występującego w cząsteczce virusa. Liczbowo wygląda to mniej więcej tak, że dla testu o czułości i swoistości równym 95% i występowaniu danej choroby tylko u jednego procenta ludzi w danej populacji, szansa że jest to prawdziwie pozytywny test jest tylko 16.1 %. Oznacza to, że tylko jeden na sześć pozytywnych testów jest naprawdę pozytywny, a pozostałych pięć to fałszywie pozytywne rezultaty. Jeżeli dana choroba występuje u 25 % ludzi, szansa, że jest to prawdziwie pozytywny test jest równa 86.4%, a jeżeli choroba występuje u 50% ludzi w danej populacji, szansa ta się zwiększa do 95%. Trzeba tutaj wspomnieć, że im więcej testów się wykonuje, tym większa jest szansa, że któryś z nich będzie nieprawidłowy.

Aby ułatwić podejmowanie decyzji klinicznych na podstawie dostępnych informacji stosuje się często algorytmy. Algorytm to zestaw zasad postępowania w zależności od wyników zastosowanych badań. Na papierze algorytm wygląda jak drzewo genealogiczne u podstawy którego jest problem medyczny (zazwyczaj jakiś objaw), wymagający przeprowadzenia pewnych testów, których wyniki sugerują przeprowadzenie dodatkowych testów, których wyniki z kolei potwierdzają diagnozę umożliwiając przeprowadzenie leczenia lub też sugerują przeprowadzanie dodatkowych testów. Każda decyzja w takim algorytmie opiera się na dobrze udokumentowanych badaniach naukowych. Algorytmy ułatwiają lekarzom stawianie diagnoz, zmniejszają ilość niepotrzebnych testów i zmniejszają ryzyko pomyłek.

Ogólne wytyczne co do testów przesiewowych często różnią się pomiędzy firmami ubezpieczeniowymi i często żadne testy krwi nie są zalecane. W czasie wizyty lekarskiej zaleca się mierzenie ciśnienia krwi, wzrostu i wagi w każdej grupie wiekowej. Osoby powyżej 65 roku życia powinne mieć sprawdzony wzrok i słuch, jeżeli zachodzi po temu potrzeba. Wymazy z pochwy powinne być wykonane kobietom tak wcześnie, jak zaczynają życie seksualne. Z początku wykonuje się wymazy co roku, ale po kilku normalnych corocznych wymazach, jeżeli życie seksualne jest uregulowane (jeden partner lub żaden), wymazy można wykonywać rzadziej, co dwa, trzy lata lub nawet co dziesięć. Ryzyko raka szyjki macicy zmniejsza się z wiekiem, zwiększa się natomiast ryzyko raka piersi. Pierwszy mamogram zaleca się w wieku 35 lat i co 2-3 lata do 45 roku życia. Od 45 roku życia mamogramy powinne być wykonywane co roku, najlepiej w tym samym ośrodku diagnostycznym. Kobiety z rodzinną historią raka piersi powinne mieć mamogramy we wcześniejszym wieku. Poziom cholesterolu powinien być sprawdzony około 35-45 roku życia, chyba że ktoś jest w grupie zwiększonego ryzyka zachorowania na miażdżycę, to wtedy powinien mieć ten test około 25 roku życia. Osoby powyżej 50 roku życia powinny mieć sprawdzany kał na krew utajoną co roku (z historią rodzinną wcześniej). Badanie jelita grubego, sigmoidoskopia może być wykonana powyżej pięćdziesiątego roku życia (gastroenterolodzy zalecają kolonoskopię). Test na raka prostaty (PSA-Prostate Specific Antigen) był wykonywany rutynowo na pacjentach powyżej 50 roku życia, ale obecnie muszą być ku temu wskazania lekarskie.

Lekarze z własnej inicjatywy zalecają testy, które mogą przynieść dodatkowe informacje na temat zdrowia danej osoby. Najczęściej wykonuje się morfologię i chemię krwi, badanie hormonów tarczycy, analizę moczu, EKG, prześwietlenie klatki piersiowej. Testy te są niezbędne, gdyż bardzo często poważne choroby nie dają żadnych objawów klinicznych, i jest to jedyna droga do ich wczesnego wykrycia.

Biegunki spowodowane infekcjami bywają bardzo niebezpieczne szczególnie u młodych zwierząt. Powodzenie terapii zależy od szybkiej decyzji właściciela dotyczącej konieczności wizyty u weterynarza, od właściwej diagnozy lekarza i natychmiastowego rozpoczęcia leczenia. Niedojrzałość mechanizmów obronnych i kompesacyjnych, bardzo szybko postępujące odwodnienie oraz enterotoksemie w przypadku młodych organizmów w łatwy sposób prowadzą do gwałtownych zaburzeń elektrolitowo-wodnych i metabolicznch i w efekcie padnićã. Właściciele szczeniàt powinni rozumieć, ýe jedynà skutecznà drogà zapobiegania biegunkom infekcyjnym sà bezpieczne i efektywne szczepienia, a nie kosztowne i nie zawsze skuteczne leczenie. Pojawiajàce sić w ostatnich latach zmodyfikowane żywe szczepionki wirusów stanowią znakomitą ochronę przed infekcyjnymi problemami enteralnymi u szczeniąt czy kociąt.

Najczęściej występującymi infekcjami enteralnymi u szczeniąt są parwowiroza i pierwotniacza giardioza. Na dalszym miejscu plasują się pierwotniacze kocydiozy (wywoływane przez Isospora spp., Sarkocystis spp., Toxoplazma spp., Cryptosporydium spp.,), bakteryjna salmonelloza i clostrydioza (także infekcje Yersinia, Campylobacter, Bacillus, Mycobacterium, Shigella), koronawirusowe czy rotawirusowe zapalenie jelit, inwazje pasożytnicze oraz infekcje grzybicze (Histoplazma, Aspergillus, Candida). Należy wiedzieć, że biegunki infekcyjne u szczeniąt czy kociąt nie stanowią obecnie w codziennej, rutynowej praktyce weterynaryjnej większego problemu, a dzieje się to za sprawą bardzo rozsądnego podejścia właścicieli zwierząt do potrzeby profilaktycznych szczepień ochronnych u młodych zwierząt. Pomimo znacznego wyeliminowania z kociej czy psiej populacji wirusa parwo czy corona wciąż zdarzają się przypadki tego rodzaju infekcji, gdy z różnych powodów szczepienia zostają zaniechane bądź opóźnione. Zwykle w okresie letnim częściej pojawiają się przypadki parwowirozy, w okresie zimowym przypadki infekcji koronawirusowych, chociaż obserwuje się także parwowirozę u szczeniąt starszych w wieku do 6 miesięcy, a predyspozycje te wynikają z niedojrzałości mechanizmów obronnych młodych organizmów oraz pojawiania się co kilka lat nowych mutacji wirusowych. Te nowe mutacje wirusów zmuszają producentów szczepionek do ich modyfikowania oraz stosowania tychże zarówno u psów jak i kotów. Przy znacznym podobieństwie objawów zapalenia jelit u młodych zwierząt, testem serologicznym ELISA można drogą eliminacji zdiagnozować rodzaj infekcji wirusowej.

Pierwotniacze infekcje Giardia spp. (diagnozowane metodą flotacji próbki kału) są kolejną przyczyną występowania biegunek u młodych zwierząt. Objawy giardiozy u młodych zwierząt są mniej lub bardziej symptomatyczne, podobnie jak w przypadku biegunek wirusowych, mogą być krwawe bądź nie wypływać zasadniczo na kondycję zwierzęcia. W przypakach psich zapaleń jelitowych należy podchodzić do nich jako do schorzeń kompleksowych o etiologii wieloprzyczynowej. Praktycznie oznacza to, że każdy z czynników infekcyjnych moýe inicjowaã zakaýenia innymi czynnikami: wirusowymi, bakteryjnymi czy pierwotniaczymi. Nasilenie infekcji jelitowych u młodych zwierząt obserwuje się w wieku około 6 - 12 tygodni. Infekcje w tym okresie życia zwierząt wynikają ze znacznego spadku w ich organizmach poziomu przciwciaù siarowych (odpornoúã bierna). W tym to właśnie wieku właściciele szczeniąt czy kociąt powinni rozpocząć szczepienia profilaktyczne stymulując w ten sposób układ odporościowy. Ponieważ prawdopodobne jest wystąpienie interferencji szczepionkowych (przeciwciała siarowe reagujące z antygenami szczepionkowymi) istnieje konieczność trzykrotnego powtarzania szczepień ochronnych u szczeniąt czy kociąt w tym krytcznym wieku. Znaczenie szczepień, szczególnie szczepionkami zmodyfikowanym zawierajàcymi ýywe wirusy corona czy parwo, poza zdecydowanym podniesieniem odpornoúci czynnej służy również zapobieganiu zjawisku rozsiewania wirusów do środowiska, co w przypadku stosowania szczepionek z "martwym" wirusem nie ma miejsca. Środowiska masowych hodowli sprzyjają szerzeniu się schorzeń jelitowych, a jedynie regularne szczepienia najnowocześniejszymi szczepionkami pozwalają skutecznie kontrolować transmisje wirusowe czy zanieczyszczenia środowiska patologicznymi wirusami, pierwotniakami czy bakteriami.

Przykład pana Janusza

Na jednym z kursów inwestowania organizowanym przez Poradnik, pewien miły pan, nazwijmy go Januszem, spytał dlaczego jego fundusze stoją w miejscu, skoro on słyszy ciągle, że giełda pnie się w górę od lat. Na pytanie, jakie ma fundusze, nie potrafił odpowiedzieć. Na drugi wykład przyniósł wyciąg ze swojego konta 401 (k), z którego wynikało, że miał pieniądze ulokowane w funduszach obligacyjnych, a nie akcyjnych, jak myślał i dlatego nie uczestniczył w zwyżce giełdy.

Gdy 10 lat temu jego zakład pracy zaoferował mu program 401 (k), pan Janusz nie znał jego zasad i zupełnie nie wiedział, jaki wybrać fundusz spośród kilkunastu oferowanych. Spytał o poradę swojego współpracownika, który właśnie też zapisywał się do tego programu. Ten wykręcał się od odpowiedzi. "Powiedz mi przynajmniej, jaki fundusz jest najbezpieczniejszy" nalegał. Kolega wskazał, zgodnie z prawdą, krótkoterminowy fundusz obligacyjny (short-term bondfund). Dziś młody kolega, który wybrał fundusze akcyjne, ma na swoim koncie 150,000, a pan Janusz, u progu emerytury - $50,000. Sto tysięcy dolarów różnicy jest ceną, jaką zapłacił za niewiedzę.

Powtórka z programu 401(k)

Aż 95% dużych i średnich przedsiębiorstw oferuje swoim pracownikom program 401 (k), zwany też salary reduction plan lub w niektórych miejscach savings plan. Spośród upoważnionych osób zaledwie jedna trzecia korzysta z tych programów, bo nie zdają sobie sprawy z ich zalet.

A jest ich kilka:

wJesteśmy zmuszeni do oszczędzania, bo pieniądze są potrącane od poborów i automatycznie przelewane na emerytalne konto.

wMamy natychmiastową ulgę podatkową do kwoty $10,000, co obniża dochód podlegający opodatkowaniu i oszczędza na podatkach nawet do $2,800 w 28-procentowym przedziale podatkowym.

wPieniądze rosną z odroczeniem podatków i są zainwestowane w fundusze powiernicze pod opieką profesjonalistów.

wZakład pracy może dokładać do naszej inwestycji. Hojne przedsiębiorstwa dodają od 10 do 100 centów na każdego dolara odłożonego przez pracownika. Często procent ten zmienia się w czasie. Na przykład w pierwszych trzech latach firma dokłada pracownikowi 25%, a potem 50%. Im większy i zamożniejszy jest zakład pracy, tym lepsze daje pracownikom świadczenia.

wMożemy pożyczyć pieniądze z programu 401(k). Około dwóch trzecich programów na to zezwala. Oprocentowanie wynosi przeważnie jeden punkt procentowy ponad podstawową stopę procentową (prime rate). Dodatkową zaletą jest fakt, że owe procenty płacimy sobie samym. IRS pozwala na spłacenie długu w przeciągu 5 lat, a gdy pieniądze są pożyczone na zakup nieruchomości - w przeciągu l0 do 20 lat.

Wykorzystaj do maksimum

dopłaty pracodawcy

Większość przedsiębiorstw zachęca pracowników do uczestnictwa w programie 401 (k) przez dokładanie pewnej kwoty z własnej kieszeni. Przeciętna firma dopłaca (matches) 50% depozytów pracownika, aż do 6% jego poborów.

Przykład:

Jeżeli Jan Kowalski zarabia $30,000 rocznie i wpłaca 6%, czyli $l,800 na konto 401 (k), to jego pracodawca dopłaca $900 rocznie.

Strategia:

Zawsze wpłacaj na 401(k) co najmniej tyle, by uzyskać pełną dopłatę pracodawcy (full employer match), w przeciwnym razie rezygnujesz z pieniędzy. Wolno Ci wpłacać więcej, gdyż możesz mieć ulgę podatkową aż do wysokości $10,000.

Alternatywna strategia:

Innym wyjściem jest uczestnictwo w programie 401 (k) w takiej wysokości, by uzyskać pełną dopłatę pracodawcy i deponowanie do $2,000 na Roth IRA. Wpłaty na Roth IRA nie są ulgą podatkową, ale zyski na tym koncie nigdy nie będą opodatkowane.

Pułapka:

Jeżeli deponujesz $10,000, by wykorzystać maksymalnie odpis podatkowy, nie rób tego zbyt wcześnie w ciągu roku, gdyż możesz stracić część dopłaty pracodawcy.

Przykład:

Pan Nowak jest wziętym inżynierem i zarabia $120,000 rocznie, a pracodawca dopłaca mu 50%, aż do 6% jego poborów. Jak widać, wpłaciwszy $10,000 rocznie, pan Nowak może otrzymać od pracodawcy $3,600 ($120,000 x 6% x 50% = $3,600).

Powiedzmy, że pan Nowak zadeklarował wpłatę $1,000 miesięcznie i osiągnął limit $10,000 w ciągu 10 miesięcy (gdy jego łączne zarobki w tym roku wyniosły $100,000). Wtedy jego firma dopłaci mu tylko $3,000 ($100,000 x 6% x 50% = $3,000). Pan Nowak straci $600, które mógłby otrzymać od pracodawcy.

Rada:

Pan Nowak powinien wpłacać na 401 (k) równomiernie po $833 miesięcznie. Maksymalną sumę wpłat w wysokości $10,000 osiągnie w końcu grudnia, gdy jego łączne zarobki wyniosą $120,000. Pracodawca dopłaci mu pełną dozwoloną kwotę, czyli $3,600.

Jak inwestować

na koncie 401(k)

Konta emerytalne nie powinny być traktowane, jako niezależne, oddzielne pule lecz jako część całego, jednego portfela, który powinien być rozłożony pomiędzy różne kategorie walorów (akcje, obligacje, nieruchomości, złoto, gotówka), co nazywa się alokacją. Alokacja walorów zależy od naszego wieku, tolerancji na ryzyko i okresu czasu, na jaki inwestujemy. Zasady alokacji zostały omówione dokładnie w nowym wydaniu książki pt. "Jak inwestować w fundusze powiernicze", gdzie również można przeczytać o prawidłowych zasadach konstrukcji własnego portfela inwestycyjnego, znaleźć rekomendacje funduszy, a nawet wzory wypełnionych formularzy.

Błąd:

Wiele osób mówi, że nie chce narażać swoich emerytalnych pieniędzy i trzyma je w jak najbezpieczniejszych instrumentach. Jak widać na przykładzie pana Janusza na początku tego artykułu, jest to duży błąd, wynikający z całkowitego niezrozumienia zasad inwestowania.

Zakłady pracy dają pracownikom do wyboru listę kilku lub kilkunastu funduszy powierniczych. Często znajdują się tam akcje przedsiębiorstwa i Guarenteed Investment Contracts.

Rada:

Na koncie 401 (k) powinny spoczywać instrumenty, które dałyby nam najwięcej dochodu do opodatkowania, czyli fundusze growth oraz aggressive growth. Zyski (capital gain distribution) z takich funduszy będzie schronione przed podatkami, jak również zyski po sprzedaży (capital gains).

Największa pułapka

Wiele dużych firm oferuje w ramach programu 401(k) swoje akcje. Niektóre dają company matching w postaci akcji. Niezależnie od tego, jak świetlana wydaje się przyszłość zakładu pracy, nie warto ładować w nie całych emerytalnych pieniędzy. Powodem jest fakt, że nadmiernie uzależniamy się od zakładu pracy. Nie tylko nasze zatrudnienie od niego zależy, ale również przyszłość naszej emerytury. Jeżeli firma napotka na kłopoty, możemy stracić pracę, a na dodatek, stopnieje pula emerytalna w rezultacie załamania kursu akcji. Lepiej nie stawiać swojej przyszłości na jedną kartę.

Strategia:

Jeżeli masz możność wyboru, utrzymaj pozycję w akcjach swojej firmy nie większą niż 10% wartości konta 401(k).

Pożyczanie pieniędzy

Zgodnie z przepisami podatkowymi, możesz pożyczyć pieniędze ze swojego programu 401 (k), ale tylko w razie bardzo pilnej potrzeby (financial hardship) np. na opłacenie rachunków medycznych, wyższych studiów, zakup domu, uniknięcie eksmisji lub przejęcia domu przez bank za niespłacanie pożyczki hipotecznej. Musisz udowodnić, że nie masz innych źródeł pieniędzy. Rząd stara się utrudnić przedwczesne wykorzystanie pieniędzy z programu 401 (k), by były one dostępne dla pracowników na emeryturze, zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem. Warunki zaciągnięcia pożyczki z konta 401 (k) zależą od pracodawcy. Od pożyczonej kwoty trzeba płacić odsetki. Przed odejściem z firmy pożyczkę trzeba spłacić, w przeciwnym razie niespłacona kwota będzie potraktowana jako dystrybucja, od której trzeba zapłacić podatek dochodowy (income tax) i 10-procentową karę (dla osób w wieku poniżej 59.5 roku).

Rada:

Pożyczaj z konta 401 (k) w ostateczności, gdyż jego celem jest zabezpieczenie Twojej przyszłości, a nie łatanie dziur w budżecie.

Na zakończenie

Jeżeli przez lata będziesz regularnie wpłacał na konto 401 (k) (lub inne konto emerytalne), uzbiera się tam bardzo duża kwota, która stanowić będzie większość Twojego majątku. Warto postępować z nią bardzo ostrożnie, by zapewnić sobie zamożną, beztroską emeryturę.

Podstawowym zabezpieczeniem przed infekcją naszego komputera wirusem jest aktualny program antywirusowy. Na rynku mamy do dyspozycji obecnie kilkanaście programów blokujących ataki wirusów. Zasada działania wszystkich jest praktycznie jednakowa. Wiemy już, że wirus komputerowy to po prostu program, więc każdy z wirusów ma charakterystyczny kod. Właśnie ten kod jest niejako "odciskiem palca", którego poszukują programy antywirusowe. Po zainstalowaniu programu antywirusowego zawartość naszego dysku twardego jest skanowana plik po pliku w poszukiwaniu tych charakterystycznych linii programu dopisanych przez wirusa. Przede wszystkim sprawdzany jest boot sektor dysku twardego, a następnie pliki z rozszerzeniem *.com, *.exe, *.dll, procedury macro, skrypty visual basic..... Po sprawdzeniu systemu program antywirusowy instaluje nam na stałe "strażnika", którego zadaniem jest sprawdzanie na obecność wirusów każdego nowego pliku kopiowanego na nasz system z internetu jak i CD i dyskietek. Jak widzimy, podstawą działania programów AV jest porównanie linii programu (sygnatury) wirusa z programami na naszym dysku twardym. Program antywirusowy jest więc praktycznie bezsilny w wypadku nowych typów wirusów, których kody nie są znane producentowi oprogramowania antywirusowego. Nie jest jednak tak źle w wypadku mutacji istniejących wirusów, gdyż te są stosunkowo łatwo rozpoznawalne przez programy AV. Na szczęście dla nas nie jest tak łatwo wymyśleć coś zupełnie nowego w dziedzinie wirusów, chyba że "pomoże" hackerom w tym Microsoft publikując kolejny system z błędami w zabezpieczniach. Reasumując: aby zapewnić sobie w miarę dobrą ochronę antywirusową musimy przynajmniej dwa razy w miesiącu sprowadzać ze strony producenta oprogramowania antywirusowego uaktualnienia.

Większość programów AV wykonuje to automatycznie. Podczas tego transferu nie są przesyłane żadne informacje o naszym systemie i programach, tak więc nie musimy się obawiać "naruszenia naszej prywatności". Bardzo ważne jest aby przy woborze i instalacji programu uaktywnić moduł odpowiedzialny za filtrowanie poczty elektronicznej. Spowolnia to co prawda sprowadzanie poczty, ale uważam to za konieczność. Większość wirusów rozprzestrzenia się poprzez email jako załączniki do korespondencji. Najpopularniejsze programy antywirusowe w USA to Norton Antywirus, Macafee Viruscan, Antiviral Toolkit Pro.

Backup

Najlepszym zabezpieczeniem przed atakiem wirusowym jest aktualny backup danych i systemu. Obecnie jest na rynku kilkanaście różnych technik i kilkaset urządzeń do wykonywania kopii danych i systemu. Skupimy się na tych najbardziej skutecznych. Na system komputerowy składają się trzy podstawowe komponenty: hardware, system operacyjny (Windows) wraz z programami i wreszcie nasze dane. Hardware jest generalnie odporny na ataki wirusowe, więc nie będziemy się nim zajmować. Jeśli chodzi o system operacyjny wraz z programami - to odzyskanie tego komponentu po poważnym ataku wirusowym jest zwykle związane z utratą czasu i pieniędzy, jeżeli sami nie jesteśmy w stanie przeinstalować systemu. Aby zabezpieczyć się przed uszkodzeniem systemu, a właściwie spowodować jego szybkie odzyskanie polecam następującą metodę. Należy przy zamówienu komputera polecić podział dysku twardego na dwie części (partycje). Pierwszą - około 60% całej pojemności dysku i drugą - pozostałe 40%. Pierwsza partycja jest naszą systemową na której znajduje się system operacyjny i wszystkie programy. Druga - zawierać będzie nasze ważne dokumenty i dane. Należy następnie zainstalować wszystkie programy, jakich będziemy używali na naszym komputerze włączając w to oczywiście program antiwirusowy, internet i pocztę elektroniczną. W momencie, w którym już wszystko nam działa bez zarzutu tworzymy sobie dyskietkę systemową (boot disc) i kopiujemy na nią z wcześniej zakupionego programu "ghost" firmy Symantec zbiór o nazwie ghost.exe. Następnie restartujemy komputer z dyskietką w napędzie stacji dysków. Po restarcie powinniśmy zobaczyć czarny ekran z kursorem migającym obok literki "a:\_". Następnie wpisujemy słowo GHOST i naciskamy klawisz "ENTER", po czym wewnątrz programu wybieramy opcję - "Create image from partition" i jako źródlo "source" podajemy partycję C:, a jako cel partycję d:. Po kilku minutach proces tworzenia pliku "Image" kończy się i wynikiem jest duży zbiór z rozszerzeniem *.GHO, który pojawi się nam na dysku D: . Jeżeli posiadamy nagrywarkę CDR bardzo praktyczne jest wykonanie "image" właśnie na płyty CDR. Po wykonaniu tej operacji restartujemy komputer wyjmując wcześniej dyskietkę z napędu a: Po tak przygotowanym "lustrzanym odbiciu" zawartości dysku C: możemy spokojnie odzyskać jego zawartość w dowolnym momencie, kiedy system Windows odmówi nam posłuszeństwa. Najciekawsze jest to, że proces odzyskania całości zawartości dysku systemowego wraz z programami trwa zaledwie kilka minut i pozwala nam na uniknięcie czasochłonnego i często kosztownego ponownego konfigurowania systemu.

Trzeci, najwaýniejszy komponent, który musimy zabezpieczyă stanowią dane i dokumenty do naszych programów. W tym momencie mamy do dyspozycji szeroki wachlarz narzędzi i technik. Skupię się na tych najpopularniejszych. Nasze dane i dokumenty w odróżnieniu od programów i systemu operacyjnego zmieniają się praktycznie codziennie, więc wykonywanie miroru partycji przy użyciu programu takiego jak Ghost mija się z celem. Używanie napędu z ip do archiwizacji (pomijając jego małą pojemność) uważam za rozwiązanie niebezpieczne. Po pierwsze, w wypadku ataku wirusa dane na zip mogą tak samo zostać zniszczone, po drugie, bardzo często przez pomyłkę nowsze dane są opisane starszymi. Rozwiązanie archiwizacji przy użyciu zip drive spełnia swoje zadanie w wypadku użycia pięciu różnych zip dysków i codziennej ich rotacji i przy założeniu, że archiwizujemy tylko kilka zbiorów (np dane z Quick Books). Używanie nagrywarki CDR jako metody archiwizacji jest również niepraktyczne z tych samych powodów co zip drive z tym, że w tym wypadku rzadko dochodzi do pomyłkowego opisania nowszego zbioru starszymi danymi. Niemniej po raz kolejny ręcznie musimy dokonać procesu kopiowania danych na płytę CD, co w praktyce wiąże się z faktem, iż stosunkowo często zapominamy tego zrobić. Moim zdaniem, najlepszą metodą archiwizacji jest użycie backup-u taśmowego. Już za około ~$300 możemy kupić dobrej jakości urządzenie wraz z taśmami, które automatycznie (bez naszego udziału) przegrywa wszystkie dane z dysku na taśmę i w momencie potrzeby odzyskania danych możemy prawie zawsze być pewni, że je znajdziemy na taśmach. Jest to najbardziej pewna forma backup-u i każda firma powinna ją stosować. Dla porównania zysku z używania backup-u: koszty odzyskiwania utraconych danych z dysku twardego po ataku wirusowym lub uszkodzeniu dysku (o ile jest moýliwe odzyskanie danych) wynoszą co najmniej $1,500, a w niektórych wypadkach mogą sięgnąć nawet $8,000. W USA jest jedna, godna polecenia, profesjonalna firma zajmująca się odzyskiwaniem danych z uszkodzonych dysków: jest to firma Ontrack w Kalifornii.

Reasumując: aby zminimalizować szanse i skutki infekcji wirusowej należy:

 zainstalować program antywirusowy i dbać o to aby go uaktualniać przynajmniej dwa razy w miesiącu,

 nie należy otwierać załączników do poczty elektronicznej, które pochodzą z niewiadomego źródła lub których nie spodziewamy się otrzymać

 należy sprawdzić programem antywirusowym CD instalacje programów i dokumentów jeżeli instalujemy je z kopii,

 UTRZYMYWAĆ I SPRAWDZAĆ POPRAWNOŚĆ BACKUPu danych

 wykonać odbicie lustrzane (np. przy użyciu programu GHOST) partycji systemowej najlepiej na CDR

W wypadku zawirusowania systemu należy:

 bez paniki wykonać backup ważnych dokumentów na płytę kompaktową CDR lub zip drive. Kopiujemy tylko dokumenty, a nie programy!

 powiadomić znajomych, którym wysłaliśmy jakieś załączniki pocztą elektroniczną o możliwości wirusa

 zainstalować program antywirusowy i jeżeli jest to możliwe usunąć "intruza"

 jeżeli nie jest możliwe usunięcie wirusa po sprawdzeniu, że posiadamy już kopie wszystkich ważnych danych na płytach CDR lub taśmie (włączając w to kopie dysku D: z danymi) należy zdjąć partycje systemową C: i po ponownym jej utworzeniu ponownie skonfigurować system lub jeżeli posiadamy odbicie naszego dysku (Ghost) na płytach CDR odzyskanie "zdrowego systemu z tych płyt" i ponowne wgranie danych z backup. Pamiętajmy o tym, iż usunięcie partycji systemowej spowoduje usunięcie dysków logicznych, w tym naszego dysku D:. Jest to rozwiązanie ostateczne i mam nadzieję, że nie będziecie Państwo zmuszeni do aż tak drastycznych i pracochłonnych poczynań, a przede wszystkim w zasięgu ręki będziecie mieli kopie najświeższych danych.

Natione Britanicus, gente Anglicus, origine Gallicus, religione polonofilus

Za co winniśmy kochać Normana Davisa? Za to rzecz jasna, że wielkim polonofilem jest. Jak pisze "winienem się przedstawiać jako [...] religione polonofilus.Słabo wierzący, ale polonofilus. [...] Mimo, że uważam się za polonofila, to, co mówię o Polakach, nie zawsze im się podoba. [...] Warszawska Polityka pisze, że Davies, jeśli chodzi o okres po 1945 roku, nagle stracił talent i jest bardzo typowym przykładem "zniewolonego umysłu", za to Trybuna Ludu - że jestem rzecznikiem obiektywizmu. Ani w jednym, ani w drugim wypadku to nie moja wina" - czytamy w odczycie wygłoszonym na KUL-u w 1988 roku z okazji 10-lecia pontyfikatu Jana Pawła II, a zamieszczonym w nowej i niezwykle fascynującej książce Normana Daviesa pod tytułem "Smok wawelski nad Tamizą - eseje, polemiki, wykłady"- wydanej staraniem krakowskiego Znaku.

Historyk stylista, plasujący się w wielkiej tradycji Edwarda Gibbona i G.M. Trevelyan"a, pisze, a w zasadzie opowiada, w niezwykle zajmujący sposób o historii Polski, Europy i Świata. "Życie jest barwne. Gdzieś napisałem, że historyk, który pisze bezbarwnie, popełnia straszne przestępstwo, bo o przeszłości takiego kraju jak Polska można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była nudna. Zatem historyk musi próbować wprowadzić różne barwy, różne melodie, różne ludzkie intonacje w narracji, na przykład przez poezję, przez literaturę, przez różne fakty kolorowe itd. To jest konieczne, ale też strasznie ryzykowne [...]." Davies wydaje się uwielbiać to zagrożenie i jak sam żartuje, została mu jeszcze tylko do napisania historia wszechświata - wszystko poza tym już zostało przez niego opracowane, napisane i wydane. Nie jest to wbrew pozorom dowcip, ktory nie ma oparcia w rzeczywistych dokonaniach autora wielu pomnikowych opracowań historycznych.

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pracował nad monografią o wojnie polsko-bolszewickiej 1919/1920 wydaną w 1972 w wersji angielskiej i zatytułowaną Orzeł biały, czerwona gwiazda. Jak wszystko na świecie, tak i ta praca narodziła się ze zdziwienia, w tym przypadku odkryciem, że teść, uczestnik Cudu nad Wisłą, opowiadał mu o czymś, co oficjalnie nie istniało w polskiej historiografii.

Potem zdał sobie sprawę, że nie ma przekonującej i nowoczesnej w ujęciu historii Polski przeznaczonej dla czytelnika angielsko języcznego, postanowił więc opracować i wydać Boże igrzysko. Nota bene, dzięki zebranym w książce, a rozproszonym do tej pory w różnych publikacjach tekstom, możemy się dowiedzieć, że tytuł jest zapożyczony z fraszki Kochanowskigo nr 76 z Ksiąg trzecich:

Nie rzekł jako żyw żaden więtszej prawdy z wieka,

[...] Boże igrzysko jako tytuł wybrałem dlatego, że oddaje on moje podejście do historii Polski. Zwrot Kochanowskiego miał dla mnie natomiast sens inny - jako zabawka Boga, czyli antyczny piladeorum - dlatego pozwoliłem go sobie nieco zmienić: na God"s Playground, czyli kraj, gdzie Pan Bóg się bawił [...] Ja przez ten tytuł chciałem podkreślić centralną rolę religii chrześcijańskiej w historii Polski i, jak mi się zdawało, kapryśne i nieracjonalne działanie Opatrzności."

Serce Europy to kolejna monografia o wpływie "dziejów Polski na jej sytuację obecną", w odwrocónym chronologicznie porząku wydarzeń.

Potem powstała szczegółowa praca pod tytułem The Jews in Poland and the USSR, 1939-45. "Ponieważ areną Holocaustu była Polska pod okupacją niemiecką, rozpowszechniono mit, zgodnie z którym hitlerowcy dokonywali masowych mordów na Żydach z pełnym poparciem i przy współudziale Polaków. Niestety charakterystyka Polski jako "kraju nieuleczalnie antysemickiego stała się istotnym elementem prostackiego modelu historycznego [...] Zostałem wciągnięty w kilka nieprzyjemnych publicznych polemik, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie okazalo się, że pozytywna opinia o Marku Edelmanie jest w złym guście. W moim przekonaniu przeczesywanie historii w celach politycznych bądź sekciarskich jest nie do przyjęcia. [...] Nie ma [...] nic uwłaczającego pamięci pięciu czy sześciu milionów Żydów zgładzonych przez hitlerowców w latach 1039-45, jeśli ten szczególny przypadek zostanie przestudiowany - w rozmaitych aspektach - w kontekście wymordowania w tym samym czasie dwudziestu do trzydziestu milionów innych istot ludzkich w Europie Wschodniej.

W 1996 roku Davies wydaje Europę. Rozprawę historyka z historią, która jest , jak wskazuje tytuł orginału Europe. A History, p e w n ą w e r s j ą wydarzeń jakie miały miejsce na całym kontynencie europejskim. W tym potężnym tomie Davies próbuje dokonać opisu jednej Europy sztucznie podzielonej na Zachodnią i Wschodnią.

W 1999 ukazały się The Isles. A History, nie wydane jeszcze po polsku, ale już tłumaczonej przez Elżbietę Tabakowską. Jest to wielka, licząca w wydaniu brytyjskim 1365 stron, monografia niezwykle złożonych stosunków Wyspiarzy do siebie samych i do całej reszty zamieszkującej tereny za kanałem La Manche. Sam autor podkreśla w jednym z internetowych wywiadów, iż jego "związki są nie angielskie, a walijskie, jestem a propos - Anglo-Walijczykiem, a nie takim czystym Walijczykiem jak podaje Telewizja Polska często, ale to pozwala, żebym widział te komplikacje, te różne nurty narodowe - angielskie, walijskie, irlandzkie, szkodzkie - przez inne filtry niż przeciętny historyk brytyjski i to też wywołuje sensację w naszym kraju - piszę inaczej niż przeciętny historyk angielski."

Do tego jeszcze trzeba wspomnieć o zamierzonej monografii Europy Środkowej, której bohaterem zbiorowym będzie piastowsko-germańsko-żydowsko-śląsko-lwowski Wrocław - doskonała egzemplifikacja barwnej złożoności kulturowej tego regionu Europy.

Davies planuje też opracowanie wydarzeń składających się na II wojnę światową jako swoistą opowieść, albo po prostu A History - pewną historię określoną datami 1939-45. podziałem na Ma to być rozprawa ze stereotypowym, a ciągle popularnym w Europie i Stanach diabelskich nazistów i anielskich aliantów.

Zakres zainteresowań Normana Daviesa jest zaiste renesansowy, zasięg badań, które prowadzi od wielu lat jest oszałamiający, niespożyta energia i niewyczerpane siły w kreowaniu nowych pól badawczych oraz konsekwencja w przybliżaniu i oswajaniu Polski i Środkowej Europy wszystkim zainteresowanym zasługuje na nasze uwielbienie, bo wielkim polonofilem jest. Do tego wszystkiego teksty zamieszczone w tomie Smok wawelski nad Tamizą jasno pokazują, o tym będę pisał bardziej szczegółowo za tydzień, że "autor nie jest jedynie ograniczonym polonofilem: interesuje się wszak Francją i sportem, Walią i językoznawstwem, Hiszpanią i sztuką, a przede wszystkim stara się zmierzyć z formą nie tylko wielkiego tomiszcza, ale także aforyzmu i zwięzłego eseju. A przynajmniej tak mu się wydaje."

Zbigniew Kruczalak

www.domksiazki.com

Chester Sawko

Do Ameryki przyjechał w krótkich spodenkach harcerza, po latach poniewierki na "nieludzkiej ziemi" i dramatycznej wędrówce przez kilka kontynentów. W niedługim czasie osiągnął tu sukces, o jakim marzy większość emigrantów.

Dziś jest prezesem R.C. Coil Spring Manufacturing Company, Inc., właścicielem fabryk w Chicago i Arizonie, a wkrótce - także w Teksasie. Specjalizuje się w produkcji różnego typu sprężyn, w tym także owalnych, które od 42 lat wytwarza według tej samej, własnej technologii. Mimo wzrastającej konkurencji, jego sprężyny wciąż cieszą się opinią najlepszych w kraju. Mają zastosowanie w przemyśle motoryzacyjnym, elektronicznym i lotniczym. Jedna z nich wylądowała nawet - na pokładzie statku kosmicznego "Apollo 13" - na Księżycu. Ich odbiorcami są największe kompanie amerykańskie, jak General Electric, Ford, Chrysler, General Motors, a także wiele firm zagranicznych, m.in. japońskich i niemieckich.

Polskę odwiedził po raz pierwszy po 31 latach. Był w Częstochowie i spotkał się z Prymasem Tysiąclecia w Warszawie, któremu trzy dekady potem ufundował wspaniały pomnik na Jasnej Górze. Z dużym zaangażowaniem włączył się w akcję pomocy dla "Solidarności", a po roku 1989 - jako jeden z pierwszych zagranicznych biznesmenów - zaczął inwestować w Polsce. Jest współwłaścicielem fabryki wyrobu sprężarek - "Airpol" w Poznaniu i huty kryształów "Julia" w Szlarskiej Porębie.

Do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Ale jej owocami hojnie dzieli się z innymi. Działalność charytatywną prowadzi z takim samym rozmachem jak swój biznes. Od ponad 30 lat żadne większe przedsięwzięcie chicagowskiej Polonii nie może obyć się bez jego finansowego udziału. Wspomaga organizacje polsko-amerykańskie, stowarzyszenia i osoby prywatne. Cały czas szczodrze zasila Fundację Charytatywną Kongresu Polonii Amerykańskiej. Wspiera też wielkie, uniwersalne dzieła, jak ostatnio - budowę Centrum Kulturalnego im. Jana Pawła II w Waszyngtonie.

- Jeśli mógłbym sobie czegoś życzyć to tylko tego, żeby więcej pomagać innym ludziom - mówi. Dla siebie już nic więcej nie pragnę. Każdego dnia dziękuję Bogu za piękne życie.

* * *

Piękne - to nie znaczy usłane różami. Bo kolców było w nim chyba więcej. Niepodobna opowiedzieć o amerykańskiej karierze Chestera Sawki bez przypomnienia wcześniejszych kolei jego życia. Tym bardziej, że są tak mocno związane z losami znacznej części narodu polskiego. Ale jest to także bardzo osobista historia, której słucha się jak fikcyjnej opowieści. Zwłaszcza, kiedy on sam o sobie mówi: spokojnie, rzeczowo, uważnie dobierając właściwego słowa. I poprawną polszczyzną, bez śladu amerykańskiego akcentu. A minęło już ponad sześćdziesiąt lat, odkąd nie mieszka w Polsce. Wtedy też ostatni raz widział swój dom rodzinny w Kamiennym Moście na Białostocczyźnie. Był wiele razy w Polsce - szczególnie w ciągu ostatniej dekady - ale w tamte strony wciąż nie ma odwagi powrócić. "To zbyt bolesne wspomnienie" - krótko odpowiada. Z czasów dziecinnych zachowały się tylko dwie fotografie: ojca w mundurze gajowego i siostry z koleżankami. Wszystkie inne dokumenty, łącznie z jego metryką urodzenia, przepadły.

Na "nieludzkiej ziemi"

Nakaz deportacji otrzymali 10 lutego 1940 roku. Dobrze zapamiętał ten dzień, chociaż miał wtedy zaledwie 10 lat. Było jeszcze ciemno. Przez szyby i tak nic nie było widać, bo przypominały białe witraże. Zjawili się jak jeźdźcy Apokalipsy, tylko trzech ich było i na saniach. W sowieckich mundurach i z pepeszami. "Tatuś już wcześniej musiał coś przeczuwać, bo ukrył się w piwnicy. Ale szybko go znaleźli. Mamusi dali pół godziny na spakowanie. Wzięła to, co było pod ręką: chleb, suchary, kiełbasę... To nam potem uratowało życie. Zabrali rodziców, mnie i dwóch młodszych braci. Siostra w przeddzień zachorowała (panowała wówczas w okolicy groźna epidemia) i starszy brat zawiózł ją do szpitala. Sowieci szukali ich, ale jak się dowiedzieli, gdzie są, to dali spokój. Później, po śmierci siostry, aresztowali brata i przywieźli do naszego obozu."

Dowieźli ich na saniach do Wołkowyska. Tam już czekały załadowane ludźmi wagony towarowe. Ścisk był niemiłosierny. Kiedy w Baranowiczach przesiadali się do rosyjskiego pociągu, wiedzieli już dokąd jadą.

Po miesiącu dotarli na pokryte śniegiem pustkowie w okolicach Archangielska. Obóz znajdował się w przysiołku Tuszyłowo, w pobliżu płynęła rzeka Oniega. Krajobraz dziewiczy, pewnie na swój sposób piękny, ale wtedy wzbudzał tylko strach i nienawiść. Było przeraźliwie zimno, a racje czarnego chleba głodowe. Mieli prycze, ale spali pokotem na piecu - bo inaczej by pozamarzali. Ojciec ze starszym bratem wychodzili codziennie skoro świt do pracy przy wyrębie lasu, oddalonym ok. 30 km od bazy. A on pomagał matce w prowadzeniu ubogiego gospodarstwa. Martwił się, żeby było czym palić w piecu i co do garnka włożyć. - "Często o godzinie 5:00 rano stałem już w kolejce przed sklepem. Jeśli byłem jednym z pierwszych - co nieraz mi się udawało - mogłem kupić biały chleb, który był pieczony tylko dla służby obozu. Przydziałowy czarny był taki, że można było wodę wyciskać. I wciąż go brakowało. Pracujący dostawali 400 gramów, a pozostali "nieproduktywni" - połowę tego. Trudno opowiedzieć, co myśmy tam przeżyli: głód, brud, choroby, strach, poniżenie. Śmierć wciąż była blisko." Tak przemęczyli się półtora roku. W lipcu 1941 roku przyszła "amnestia". Starszy brat, jako jeden z pierwszych ochotników, wstąpił do formującej się w ZSRR armii polskiej gen. Władysława Andersa.

Droga do wolności

A Czesiu, wraz z rodzicami i młodszym rodzeństwem, wyruszył do Uzbekistanu. Dowiedzieli się, że kiedy tam dojadą, będą mogli przedostać się za granicę. Nie zastanawiali się za którą, każda kojarzyła się z wolnością. Ale droga do niej była niełatwa. Jechali w bydlęcych wagonach, człowiek na człowieku. Nie było wody, mleka, chleba. Wycieńczone organizmy nie wytrzymywały. Przetrwali tylko najodporniejsi. To właśnie podczas tego przejazdu zmarł jego malutki braciszek, który urodził się w Rosji. W Uzbekistanie przeżyli trzy miesiące (rodzice pracowali w kołchozie) i wyruszyli w dalszą tułaczkę. Z Krasnowodska statkiem towarowym do Pahlevi, a stamtąd samochodami wojskowymi do Teheranu. W Iranie zatrzymali się na pięć miesięcy. Najbardziej zapamiętał stamtąd uroczystość bierzmowania - "Tatuś znalazł gdzieś krótkie wojskowe spodenki i białą koszulę. Wyglądałem naprawdę odświetnie. Chyba najlepiej byłem ubrany." Bierzmował go sławny arcybiskup polowy Józef Gawlina. Chodził też po raz pierwszy od dawna do polskiej szkoły. Siedzieli na ziemi, nie było podręczników, piór i zeszytów, ale mieli wspaniałych nauczycieli. Stamtąd przedostali się do Karaczi, gdzie znów utknęli na kilka miesięcy. A potem już z Bombaju, na pokładzie amerykańskiego transportowca wojskowego USS "Hermitage", wyruszyli do Santa Rosa w Meksyku.

Pierwsze zetknięcie z ziemią amerykańską było w San Pedro w Kalifornii. Zobaczył inny, wspaniały świat. Mógł wreszcie najeść się do syta i pływać w basenie. - Kąpielówek nie mieliśmy, ale w kalesonach też było dobrze. Kąpaliśmy się stale, prawie przez 10 dni".

Hacjenda Santa Rosa

Wkrótce została ukończona budowa bazy w Santa Rosa, gdzie znalazło przystań około półtora tysiąca polskich uchodźców ze wschodu. Do dziś wspomina spędzone tam trzy lata, jako jeden z najszczęśliwszych okresów w swoim życiu. Znów poczuł się jak w domu. Chodził do normalnej szkoły, działał w harcerstwie, grał w piłkę z kolegami. Pieczę nad kolonią sprawował rząd polski w Londynie przy współudziale władz amerykańskich i meksykańskich. Wsparcia udzieliły także organizacje polsko-amerykańskie, jak Związek Narodowy Polski, Zjednoczenie Polskie Rzymsko -Katolickie, Kongres Polonii Amerykańskiej, Związek Polek w Ameryce. Z pomocą pospieszyły również organizacje katolickie, zwłaszcza National Catholic Welfare Council. Z Chicago przyjechały polskie Siostry Felicjanki, które otoczyły opieką szkołę i sierociniec. Tam też po raz pierwszy poznał swą przyszłą żonę. Stasia Grodzka miała za sobą podobne doświadczenia. Pochodziła z Polesia i wraz z rodziną została deportowana dokładnie tego samego dnia co oni. W Rosji straciła ojca i brata. Matka, żeby dziecko ratować, oddała ją do sierocińca. Odnalazły się dopiero w kilka lat po wojnie.

Pierwsze lata emigracji

W Santa Rosa mieli pozostać tylko do zakończenia wojny. Ale decyzje podjęte w Jałcie przekreśliły ich nadzieje na powrót do ojczyzny. Do Polski pod rządami komunistów nie chcieli wracać. Dlatego tez zdecydowali się w 1946 roku - jako jedna z pierwszych polskich rodzin - wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Pomógł im wujek z Chicago. Zamieszkali w polskiej dzielnicy, "na Młodziankowie" i zaczęli - podobnie jak inni emigranci - budować swoje życie od nowa. Wszyscy ciężko pracowali. Na szkołę nie było już czasu. Kilkunastoletni Czesław był najpierw pomocnikiem w biurze, potem uczniem zecera w drukarni "Dziennika Związkowego". Przez dwa lata pracował wraz z ojcem w firmie Johnson & Johnson.

Powołanie do służby wojskowej dostał w 1951 roku. Po szesnastotygodniowym treningu skierowano go do Korei. Nie walczył w pierwszej linii frontu, ale dobrze poznał okrucieństwo wojny. Służył w jednostce saperów, gdzie był dowódcą plutonu. Tam dopiero nauczył się dobrze języka angielskiego. Zdobył także inne doświadczenia, które potem przydały mu się w prowadzeniu własnej firmy. Armię opuścił po dwóch latach w stopniu starszego sierżanta. Do dziś dziwi się, że tak szybko dostał awans.

Własna fabryka

Po powrocie do cywila pracował w fabryce sprężyn American Spring Co., której właścicielem był Stanisław Dyba, i w kilku innych zakładach tej samej branży. Podczas wykonywania rutynowych czynności wymyślił projekt maszyny służącej do produkcji sprężyn owalnych. Próbował zainteresować nim właścicieli fabryk, gdzie poprzednio pracował, ale nikt nie traktował poważnie domorosłego wynalazcy. A on nie mógł spać po nocach, bo wiedział, że to dobry pomysł. Zdecydował się więc sam - za pożyczone od ojca 5 tysięcy dolarów - rozpocząć konstrukcję tej maszyny. Cztery firmy zgodziły się wykonać do niej części. Sam własnoręcznie wszystko poskładał i uruchomił. W 1959 roku rozpoczął już produkcję. Najpierw w piwnicy własnego domu we Franklin Park, gdzie nocami wraz z żoną hartował sprężyny w domowym piekarniku. A potem - w wynajętym pomieszczeniu o powierzchni ponad tysiąca stóp kwadratowych. Przez dwa lata sam tam pracował. Potem dołączył do niego najmłodszy brat Mieczysław. I przedsiębiorstwo powoli zaczęło się rozwijać. Na początku trudno było o klientów, ale z czasem i oni się znaleźli. I to tacy potentaci, jak: General Electric, Chrysler, Ford, General Motors. Dziś sprężyny owalne produkują też inni wytwórcy, ale jego wciąż są najlepsze. Podobnie niezastąpione są wynalezione przez niego ponad 42 lata temu maszyny. Nawet te komputerowe im nie dorównują.

Najlepiej biznes rozwijał się w latach 70. Teraz jest coraz większa konkurencja. Obecnie w swoich fabrykach zatrudnia ponad 60 osób.

- "Niegdyś było ich więcej, ale automatyzacja wyeliminowała niektóre stanowiska pracy". Sam szkoli nowych pracowników. Ma szczęście do ludzi - najczęściej szybko się uczą i solidnie, uczciwie pracują. Wielu doczekało tu emerytury, a teraz zastępują ich dzieci.

Inwestycje w Polsce

Chester Sawko był jednym z pierwszych zagranicznych przemysłowców, którzy po roku 1989 zaczęli inwestować w Polsce. Decydując się na ten krok, kierował się bardziej sentymentem niż kalkulacją biznesową. Uważał, że to jego obowiązek. Od 10 lat jest współwłaścicielem fabryki wyrobu sprężarek - "Airpol" w Poznaniu i huty kryształów "Julia" w Szklarskiej Porębie. - Ponad dwa lata temu zwrócili się do mnie udziałowcy, w większości Amerykanie polskiego pochodzenia, żeby ratować tę firmę. Wchodziła w grę kwota 80 tysięcy dolarów. Do tej pory wyasygnowałem już kilka milionów. Udało nam się wprowadzić wiele korzystnych zmian, wciąż jednak czekamy na dalszych inwestorów".

Rodzina

Mimo że dawno mógłby przejść na emeryturę, wciąż pracuje - chociaż może już nie tak intensywnie jak dawniej. Przez pierwsze 13 lat spędzał w fabryce 90 godzin tygodniowo. - "Nie miałem wolnych weekendów i urlopów. W domu byłem gościem. Żona jeszcze kilka lat temu powiedziała: Żałuję, że nie urodziłam sie sprężynką, bo wtedy bym wiedziała, że na pewno mnie kochasz". Ale razem są już od 47 lat. A dzieci i bez ojcowskiego chuchania wyrosły na porządnych ludzi. Mają trzech synów i córkę - wszyscy wykształceni, po studiach. Najmłodszy syn Paweł pracuje w firmie i pewnie przejmie tu ster. Wciąż jednak powtarza, że nie wie nawet połowy tego, co tatuś. Jurek i Marek kierują biznesem w Arizonie. A córka Julia zajmuje się domem, podobnie jak niegdyś jej mama. Doczekali się też już czterech wnuczek, które są wielką radością ich życia.

Powroty do Polski

Dzieci nie mówią po polsku, ale czują się Polakami. Marzy, żeby kiedyś z całą rodziną wybrać się do "kraju". Sam pojechał tam po raz pierwszy w 1971 roku, na uroczystości religijne związane z beatyfikacją

o. Maksymiliana Kolbego. Pewnie nie odważyłby się na ten krok, gdyby nie zachęta kardynała Johna Króla z Filadelfii, który przewodniczył delegacji amerykańskiej. Ale przeżył wówczas niezapomniane chwile. To właśnie podczas tej wizyty miał szczęście poznać osobiście Prymasa Tysiąclecia, któremu trzydzieści lat potem ufundował piękny pomnik na Jasnej Górze.

Radość dzielenia się z innymi

Najbardziej cieszy go pomoc innym ludziom. Jest szczodrym darczyńcą. Z dokumentów wynika, że na cele charytatywne przeznaczył już ponad dwa miliony dolarów. - " Zaczęło się od tego, że zwrócili się do mnie Rycerze Dąbrowskiego - fundacja zajmująca się stypendiami na studia podyplomowe. Potem było wiele innych organizacji, stowarzyszeń, przedsięwzięć... Wszystkie bardzo ważne i potrzebne". To w dużej mierze dzięki jego pomocy został wybudowany pomnik Mikołaja Kopernika w Chicago. Miał też znaczny udział w powstaniu Centrum Kopernikowskiego. Cały czas hojnie zasila Fundację Charytatywną Kongresu Polonii Amerykańskiej i pomaga Polsce. Ostatnio wspaniały dar - 250 tysięcy dolarów - złożył na budowę Centrum Kulturalnego im. Jana Pawła II w Waszyngtonie. Trudno wymienić wszystkie inicjatywy, które tak szczodrze wspierał. Sam też niechętnie o tym mówi. Bo czym tu się chwalić? Skoro może, to pomaga. Wynika to tylko ze zwykłej ludzkiej potrzeby dzielenia się. Do niego też ktoś kiedyś wyciągnął pomocną dłoń.

Zwiedził wiele wspaniałych zakątków świata, ale w Chicago czuje się najlepiej. Nie wyobraża sobie, żeby mógł gdzie indziej mieszkać. A Stany Zjednoczone to jego druga ojczyzna. Znalazł tu wolność, szczęście rodzinne, możliwość realizacji siebie. - Nie ma innego kraju tak łaskawego dla emigrantów - powtarza z przekonaniem. Przyjechałem tu w krótkich spodenkach harcerza. Bez języka, pieniędzy, wykształcenia... Wiele zawdzięczam ciężkiej pracy, wytrwałości i uczciwości. To pewnie niemodne dziś wartości, ale bez nich niewiele się osiągnie.

- Marzenia? Bogu dzięki mam tak piękne życie, że niczego więcej nie pragnę. Może tylko - więcej pomagać innym ludziom. I, żeby zdarzył się taki dobry weekend, kiedy będę mógł spokojnie się wyspać.

tekst: Danuta Peszyńska

fotografie: Iwona Biedermann

nie da się ich opisać, przekazać - można najwyżej wskazać,

gdzie ich szukać …

Efekt "Mozart"!!!

Poniższe sensacyjne i jakże fascynujące fakty z życia poddaję pod rozwagę nie tylko rodzicom, bo zjawiska i procesy, o których mowa dotyczą każdego z nas.

Efekt "MOZART"!!!

To hasło przewija się od kilku lat przez szpalty wszystkich pism codziennych i periodyków: od New York Timesa w rubrykach sensacji do fachowych pism naukowych, jak "Neurological Research", jako analiza skomplikowanych i kosztownych badań naukowych. Narobiło też sporo zamieszania w instytucjach rządowych: wyniki badań prowadzonych w latach 1995 - 2000 na zlecenie "Grupy 100" - koalicji ogólnoamerykańskich instytucji rządowych, organizacji artystycznych i uniwersytetów - zmusiły rząd do podjęcia decyzji o powrocie sztuki, zwłaszcza muzyki, do programów szkół publicznych. Ponieważ, jak dotąd, przeznaczone na ten cel pieniądze są kroplą w morzu potrzeb, edukacja jeszcze kilku conajmniej pokoleń będzie w dużej mierze zależała od świadomości i inicjatywy rodziców.

Wspomnianymi wyżej badaniami wpływu sztuki na edukację objęto ponad 100,000 uczniów szkół amerykańskich wszystkich stopni. Dane zostały zebrane i opracowane przez University of California at Los Angeles, Standford University, Columbia University, North Central Regional Educational Laboratory of Chicago, National Center for Gifted and Talented Children at the University of Connecticut oraz Chicago Arts Partnership in Education - połączonej grupy 23 szkół, 33 organizacji artystycznych i 11 powiatów stanu Illinois.

Już po wstępnym opracowaniu wyników nadano raportowi wiele mówiący tytuł:

"Champion of Change:

The Impact of the Arts on Lerning",

a po dokładnej analizie sporządzono sensacyjny w swojej wymowie raport, który przedłożono stosownym władzom. Po zapoznaniu się z nim, Minister Edukacji (Secretary of Education Washington, D.C. 20202), Mr. Richard Riley uznał go za tak ważny, że opatrzył stosowną własną przedmową i w tej ostatecznej formie dokument ten znalazł się we wszystkich właściwych urzędach, szkołach, nawet w Kongresie i, oczywiście, na internecie. Wśród wielu znaczących wniosków, Mr. Riley podkreśla wychowawcze znaczenie edukacji poprzez sztukę:

…"Największym wyzwaniem dla amerykańskiego systemu edukacyjnego jest ukierunkowanie dzieci i młodzieży na osiągnięcie sukcesu w szkole, a także w późniejszym życiu. Sztuka daje młodym ludziom podstawowe narzędzie: rozbudza pragnienie wiedzy (…) Naukowcy udowodnili że nauka przez sztukę nie tylko wpływa na to, jak młodzi ludzie uczą się i myślą, ale także jak się zachowują i jak czują…"

Każdy doświadczony pedagog potwierdzi, że kontakt ze sztuką nie tylko rozwija zdolności, ale przede wszystkim rozbudza pragnienie poznania, więcej - żądzę wiedzy, naturalną potrzebę aktywnego uczestniczenia w życiu, twórcze nastawienie do rzeczywistości, umiejętność abstrakcyjnego myślenia, zdolność koncentracji, a w wyniku tego łatwość uczenia się, odwagę subiektywnego spojrzenia i własnych ocen, a zatem rozwój indywidualności …

Powyższe badania, to jeden z wielu kierunków zmierzających do dokładnego poznania fenomenu "Effect Mozart".

(Inny, ściśle naukowy kierunek badań wyjaśnia wpływ muzyki na funkcje naszego organizmu - wyniki otrzymane w laboratoriach medycznych graniczą z opowieściami science fiction - o tym więcej i szerzej w następnym wydaniu "Monitora". )

Dziś zacznijmy od spraw najprostszych, tych które dzieją się wokół nas, dotyczą w zasadzie nas wszystkich:

Wpływ muzyki na procesy

edukacyjno-wychowawcze

dzieci i młodzieży.

Przyznam, że sama będąc muzykiem, ze zdumieniem odkrywam uświadamianą nam właśnie moc muzyki ("Power of music"). Tym chętniej dzielę się tymi rewelacjami z Państwem - są one przecież świetną pożywką dla naszych "muzycznych fascynacji"!

(na końcu opisu każdego eksperymentu czy badania podaję źródło, gdzie można znaleźć więcej informacji na ten temat)

Rytm i ułamki

Umuzykalnieni uczniowie klasy II są w stanie rozwiązywać zadania z ułamków programu klasy VI !

Jednym z najtrudniejszych zadań czekających matematyków w szkołach podstawowych jest wprowadzenie ułamków. Zadanie to spoczywa na nauczycielach klas II i III. Niezrozumienie tego zagadnienia może być i jest najczęstszą przyczyną wieloletnich kłopotów z królową nauk.

Drogą eksperymentu spróbowano wprowadzić ułamki posługując się muzyką, a ściślej wartościami rytmicznymi: od ósemki poprzez ćwierćnutę, półnutę aż do całej nuty. I poszło jak po maśle! Cztery miesiące gry na pianinie w połączeniu z zabawami rytmicznymi dały zaskakujące rezultaty: umuzykalnieni uczniowie otrzymali o 100% lepsze wyniki testów kontrolnych niż ich rowieśnicy uczeni metodą tradycyjną. Mało tego, w bardzo krótkim czasie dzieci te nabrały takiej swobody w operowaniu ułamkami, że rozwiązywały zadania z programu klasy VI!

Neurological Research, 15 marca, 1999

Lekcje fortepianu w połączeniu z matematycznym "Puzzle softwer" znacznie podniosły drugoklasistom wyniki testów z matematyki.

Nie tylko ułamki! Grupę uczniów II klasy podzielono na dwie: jedna część otrzymała lekcje fortepianu oraz matematyczny program komputerowy (matematyczne puzzle). Druga część również otrzymała ten sam program komputerowy, nie otrzymala jednak lekcji fortepianu. Po czterech miesiącach grupa "muzyczna" miała o 27 % lepsze wyniki testów niż grupa niemuzyczna.

Wniosek: muzyka uczy myślenia abstrakcyjnego, operowania praktycznego pojęciami proporcji, ułamków, przestrzeni i czasu (dynamika, agogika, rytm, wysokość i wzajemne relacje dźwięków). Dzieci, które we wczesnym etapie nauki posiądą te umiejętności mają dużo większą łatwość rozumienia skomplikowanych zagadnień matematyki wyższej i inżynierii.

Neurological Research, 15 Marca, 1999

Studenci, którzy uczyli się muzyki osiągają lepsze wyniki SAT

Profesor University of California w Los Angeles, Dr. James Cattedrall przeanalizował, na podstawie danych U.S. Department of Education, 10-letnią historię nauki ponad 25,000 studentów. Wyniki analizy dobitnie potwierdzają generalnie wyższe wyniki tych, którzy mieli kontakt z muzyką. Studenci ci mają lepsze wyniki zarówno standardowych testów, takich jak SAT, jak i egzaminów z literatury czy wiedzy ogólnej (reading proficiency exams). Dr. Cattedrall zwrócił uwagę na jeszcze jeden szczegół: zasada ta występuje niezależnie od pochodzenia i środowiska socjalnego, ani też od zamożności studentów.

Neurological Research, 15 Marca, 1999

Nauka muzyki pomaga w osiąganiu

lepszych wyników w nauce

dzieciom trudnym i mniej zdolnym!

W Rhode Island zbadano uczniów pierwszej klasy ośmiu szkół podstawowych. Z każdej klasy wyłoniono dzieci słabsze, które zarówno w testach przedszkolnych, jak szkolnych ujawniały pewne trudności, wynikające z różnych przyczyn. Dzieci te otrzymały dodatkowe zajęcia muzyczne i plastyczne, pozostałe dzieci uczyły się niezmienionym trybem. Po siedmiu miesiącach przeprowadzono testy porównawcze. Ich wyniki przeszły najśmielsze oczekiwania! Dzieci "słabsze" wyrównały swoje wyniki z pozostałymi, a w matematyce osiągnęły wyniki wyższe średnio o 22%!!!

Doświadczenie kontynuowano. W drugim roku dzieci otrzymujące "edukację artystyczną" prześcignęły rówieśników również w innych, niematematycznych przedmiotach. Nauczyciele odnotowali u nich poprawę zachowania, wzrost zaangażowania i aktywności na lekcjach. "Nature" 23 Maja, 1996

Lekcje muzyki pomagają dzieciom w osiąganiu lepszych wyników w nauce niż zajęcia komputerowe

Przedszkolaki zostały podzielone na trzy grupy: jedna otrzymała indywidualne lekcje gry na pianinie i śpiewu, druga otrzymala zajęcia komputerowe, trzecia nie otrzymala żadnych specjalnych zajęć. Po półrocznym okresie nauki dzieci uczące się muzyki uzyskały średnio 34% lepsze wyniki wszystkich testów psychomotorycznych.

Neurological Research, 28 Lutego, 1997

Studenci z "muzyczną przeszłością" stanowią 66% wszystkich przyjętych na studia medyczne.

Analiza 7,500 wyników testów i aplikacji na studia medyczne wykazała, że 66% dostających się na wydziały medyczne oraz 44% biochemików, to w przeszłości muzycy. Zdaniem doktora medycyny i biologa Lewisa Thomasa, osiągają oni sukcesy nie tylko w matematyce, ale i w przedmiotach humanistycznych, a także biologii i chemii.

"The Comparative Academic Abilities of Students in Education and in Other Areas of a Multi-focus University", "Phi, Delta, Kappa" Luty, 1994

Studenci, którzy otrzymali

edukację muzyczną są silniejsi

emocjonalnie, nie mają problemów

z nadużywaniem

alkoholu i narkotykami

Takie są wyniki badań prowadzonych przez University of Texas. Przeprowadzono również badania 362 studentów mające wykazać wytrzymałość na stres, problemy emocjonalne i problemy związane z nadużywaniem alkoholu. "Te badania są interesujące z wielu względów" komentuje Dr. Kris Chesky, "przede wszystkim obala mity o muzykach, wykazuje ich nieprzeciętną zdolność samokontroli i umiejętność koncentracji, nabyte w procesie nauki muzyki."

Huston Chronicle, 11 Stycznia, 1988

P.S.

"Chciałabym zapisać moje dziecko na lekcje muzyki, ale nie wiem, czy jest wystarczająco zdolne" - to najczęstsze obawy rodziców przychodzących do Akademii Muzyki Polsko-Amerykańskiej Orkiestry Symfonicznej w Chicago.

Uważny czytelnik zwrócił z pewnością uwagę, że nie ma w powyższych analizach mowy o muzycznych uzdolnieniach badanych dzieci i studentów, a tylko o tym, czy uczyły się muzyki. Słusznie!

Obalamy Mit nr1 stojący na przeszkodzie powszechnemu umuzykalnianiu dzieci w Polsce: kształci się przede wszystkim dzieci uzdolnione muzycznie.

Kardynalny błąd!!!

Możliwość edukacji muzycznej dziecka nie ma nic wspólnego z jego uzdolnieniami muzycznymi lub ich brakiem. Kształcenie muzyczne jest prowadzone tokiem

indywidualnym i daje efekty wychodzące daleko poza klawiaturę, nuty i problemy czysto muzyczne.

Czy kupując dziecku narty, sanki, łyżwy, prowadząc je na basen zastanawiamy się nad jego uzdolnieniami sportowymi? Czyż ruch nie jest warunkiem zdrowia fizycznego i psychicznego dzieci, niezależnie od ich predyspozycji i uzdolnień sportowych? Czyż nie jest aplikowany ze szczególną troską słabym, chorym i rehabilitowanym?

Podobnie jest z muzyką. Posłuchajcie największych autorytetów!

Shinichi SUZUKI:

"Jeśli dziecko słyszy dobrą muzykę od dnia swych narodzin i samo uczy się ją śpiewać i grać, rozwija swoją wrażliwość, dyscyplinę i wytrwałość. Jego serce staje się szlachetne."

Leonard BERNSTEIN:

"Dzieci muszą otrzymać muzykę w sposób tak naturalny, jak pożywienie, powinna im ona sprawiać taką przyjemność i radość, jak gra w piłkę - i musi to mieć miejsce na samym początku ich życia."

Jak muzyka działa na organizm, jaki może mieć wpływ na chorych i niedomagających fizycznie i psychicznie, jak może leczyć i rozwijać, jak stymulować, udoskonalać, pomagać i rozwijać - dowiecie się Państwo w następnym artykule.

O "Efekcie Mozart" możecie się Państwo dowiedzieć więcej słuchając Magazynu Muzycznego PASO, w każdy niedzielny wieczór od 8:30 do 10, w którym oprócz ciekawych informacji, przede wszystkim świetna muzyka, z rekomendacją!

Barbara Bilszta

część 4

Następny dzień przywitał nas pięknym słońcem. Patrząc na okolicę wyschniętą na pieprz nie trzeba się długo domyślać, że deszcz - to tutaj rzadkość. Po kąpieli zbieramy się do wyjazdu. I tu niemiła niespodzianka. Najpierw Wojtek skrzywił kierownicę, więc odbyło się małe prostowanie. Potem Rafał stwierdził, że w jego motorku nie wiedzieć dlaczego gdzieś zapodziało się ćwierć litra oleju. Mieliśmy jeszcze olej z Polski na dolewki, więc po uzupełnieniu braków i nasmarowaniu łańcuchów już bez przeszkód ruszamy na trasę. Po jakimś czasie wjeżdżamy w góry. Mijamy olbrzymie przestrzenie zupełnie bezludne, czasem tylko spostrzegamy namioty pasterzy. Kilkakrotnie w ciągu dnia napotykamy kontrolne posterunki policji, na których zatrzymują nas chyba tylko po to, by się nam przyjrzeć. Odnosimy wrażenie, że policjanci nie bardzo wiedzą jak czytać paszport i jedyną zrozumiałą dla nich częścią dokumentu jest zdjęcie. Na jednym z takich posterunków w dość dziwny sposób uzupełniamy zapasy wody. Otóż mieszkańcy odkopali sobie kawałek wodociągu, zrobili w nim dziurę, którą zatykają patykiem i takim to sposobem mają ciągle świeżą wodę. Na nocleg po raz kolejny wybieramy koryto suchej rzeki.

Droga ciągle wiedzie przez wspaniałe góry. Calutki dzień jedziemy po takich serpentynach, że włos się jeży na głowie na samą myśl, co by było gdyby nie wiedzieć skąd spadł śnieg. Ale na szczęście nam to nie grozi. Korzystając z tego że irańskie asfalty są świetne, zamykamy bieżniki naszych opon do końca. Góry cały czas śliczne i za każdą przełęczą, gdy wydaje nam się, że już ciekawiej być nie może, rozpościera się widok na następny szczyt i następną przełęcz, na której majaczy nitka drogi, którą będziemy jechać. Po przestudiowaniu mapy stwierdzamy, że jak się bardzo postaramy, to najbliższy nocleg możemy spędzić nad zatoką Perska. Dodajemy więc gazu i jeszcze bardziej kładziemy maszynki na "winklach". Tuż przed zachodem słońca dojeżdżamy nad zatokę. Niestety jest to kolejne z kilku rozczarowań na naszej wycieczce. Po pierwsze, żeby dojechać do zatoki, musimy się nieźle namęczyć, a jak już dojeżdżamy do wody, to okazuje się, że nie ma osłoniętego miejsca na nocleg. W dodatku woda ma temperaturę i konsystencję gęstej, przesolonej zupy. Przypomina nam się słone jezioro na początku naszej podróży po Iranie. Znowu jesteśmy zagrzebani, tym razem w piach, znowu nici z przyjemnej kąpieli i w dodatku wilgotność powietrza nas zabija. Próba kąpieli przynosi kiepski efekt. Woda jest cieplejsza od powietrza i nie przynosi ulgi. W dodatku jest tak słona, że szczypie całe ciało, a po wyjściu zużywamy prawie całą słodką wodę żeby się opłukać. Tym razem mimo zmęczenia mamy poważne problemy z zaśnięciem.

Poranek równie kiepski, jak poprzedni wieczór. Pół godziny po wschodzie słońca upał jest już tak nieznośny, że błyskawicznie podejmujemy decyzję o ewakuacji. Z małymi problemami wygrzebujemy się z grząskich wydm. Jeszcze tylko mały rajd brzegiem morza - tego nie możemy sobie odmówić i zatoka Perska pozostaje w tyle. Już wczoraj postanowiliśmy zrobić sobie dzień odpoczynku, więc jedziemy szukać miejsca, które spełniło by nasze oczekiwania. Wracamy jakieś dwieście kilometrów drogą, którą wczoraj przyjechaliśmy kierując się na Shiraz. Znowu cały dzień jedziemy przez góry, kładąc się z prawej na lewą na zakrętach. Tak więc następny "dzień odpoczynku" spędzamy na motorkach. Dopiero wieczorem udaje nam się znaleźć jakąś rzekę. Zjazd z drogi, przeprawa przez wodę na drugi brzeg, kąpiel i już śpimy.

Poranny wyjazd, nie mógł obejść się bez kłopotów. Podczas przejazdu przez rzekę, na samym jej środku Tomkowi spadł łańcuch. Wykonaliśmy więc podwodną operację nakładania łańcucha, podnieśliśmy Bartka, który wykapał się razem z motocyklem i w drogę do Shiraz, po kolejne przedłużenie wizy. Na miejscu, zanim znaleźliśmy odpowiednie biuro, błądząc udało nam się zwiedzić miasto. Po załatwieniu mnóstwa formalności dostajemy upragnione przedłużenie i troszkę spokojniej możemy udać się na miasto. Wykorzystując chwile wolnego czasu naprawiamy rozlatujące się sandały, wykonujemy telefony do Polski i uzupełniamy zapasy jedzenia. Teraz już możemy udać się na zwiedzanie Persepolis. W pewny momencie jeszcze w czasie zakupów Wojtek wybiega na ulicę, zaczyna machać rękami i krzyczeć. Nie jest to jego normalne zachowanie, więc okazujemy pewne zdziwienie. Efekt ten wywołał u niego widok przejeżdżającego normalnego motocykla. Normalnego to znaczy nie żadnej licencyjnej "setki" sprzed trzydziestu lat, tylko nowego ZZR-a. Począwszy od Tabriz poszukiwaliśmy w Iranie normalnego oleju, który nadawałby się do naszych nowoczesnych bądź co bądź motocykli. Nie ufaliśmy jakoś lokalnym sprzedawcom, którzy chcieli nam sprzedawać puszki pełne produktów tutejszego przemysłu petrochemicznego twierdząc, że to najlepszy olej na świecie i tutaj wszyscy go do motocykli stosują. Patrząc na tutejsze motocykle, woleliśmy nie ryzykować. Zobaczywszy więc "normalny" motocykl oczywiście go zatrzymaliśmy i chcieliśmy wyciągnąć od właściciela skąd bierze do niego olej. Niestety właściciel nie mówił w jakimkolwiek zrozumiałym dla nas narzeczu, ale od czego ręce. Zaprowadził nas do swego garażu, gdzie mieścił się również prowizoryczny serwis motocyklowy. Po upewnieniu się, że zawartość jednej z puszek z arabskimi znaczkami jest z powodzeniem stosowana do wyżej wymienionego ZZR-a zdecydowaliśmy się na zakup, bowiem do granicy z Pakistanem nie pozostało już wcale tak daleko, a nie wiedzieliśmy czy po drugiej stronie będzie można w ogóle kupić cokolwiek, i w jakiejkolwiek puszce. Pokrzepieni faktem zdobycia oleju, co naprawdę podniosło nas na duchu wyjechaliśmy z Shiraz odprowadzeni na rogatki przez naszego nowego motocyklowego kolegę. W związku z olejowym zamieszaniem do Persepolis dojeżdżamy wieczorem. Przed zmierzchem chcemy obejrzeć jeszcze położone nieopodal grobowce władców antycznego miasta i tu spotyka nas niespodzianka. U podnóża góry, w której wykute są grobowce zastajemy obozowisko następnych "kosmitów" na naszej trasie. Oczom naszym ukazuje się bowiem czerwony "pojazd księżycowy" zbudowany na podwoziu ciężarówki Scania na które nałożona jest część bagażowa, a na niej część mieszkalna. Pojazd otacza kolorowe miasteczko namiotów. Okazuje się że "kosmici" są z Anglii i co bardziej zdumiewające jest wśród nich Polka. Alina, bo tak ma na imię, opowiada nam o ich podróży i wyprawie. Ktoś kupił ciężarówkę, na niej zbudował ów pojazd, po czym skrzyknął przy pomocy internetu ludzi, którzy chcieliby pojechać w podróż po Azji. Specyfiką tej grupy było to, że cały wyjazd zorganizowany był dla ludzi wspinających się po skałach, a ich trasę wyznaczały co piękniejsze ściany Azji, pod które podjeżdżali i spędzali kilka dni na wspinaczce. Trasa ekipy Hot Rock przebiegała z Anglii, najkrótszą drogą przez Europę, Turcję, Iran, Pakistan, Indie, Nepal, Tybet, Chiny do Hong Kongu. Bardzo sympatyczna gromada świrów, jak się okazało nie tylko z Anglii, ale z całego świata. Wieczór upłynął nam na miłej rozmowie, przerwanej burzą piaskową, która rozpędziła nas do namiotów i ukołysała do snu. Po raz pierwszy mieliśmy okazję porównać nasze namioty z innymi. Obawiam się, że nie możemy wystawić Campusowi pochlebnych recenzji. Trudne warunki, to jest silny wiatr, po raz kolejny sprawiły, że nasze "domki" pokładały się na ziemi i "rzęziły ostatkiem sił".

O poranku żegnamy się z naszymi nowymi przyjaciółmi. Oni wyjeżdżają na poszukiwanie następnego miejsca do wspinaczki, a my na zwiedzanie Persepolis. Ceny biletów wstępu nieco nas szokują. Jak zwykle dla obcokrajowców są dziesięciokrotnie wyższe niż dla tubylców. No cóż, przecież przyjechaliśmy z krainy zgniłego kapitalizmu. Same ruiny Persepolis robią na nas olbrzymie wrażenie, chociaż wyobrażaliśmy sobie, że będą trochę większe. Kunszt budowniczych i rzeźbiarzy, którzy je wznieśli ciągle zadziwia swoją wspaniałością. Spędzamy prawie pół dnia na zwiedzaniu, robieniu zdjęć i ujęć do filmu. Naprawdę ciężko opisać słowami jak to wszystko wygląda, to trzeba zobaczyć. Z Persepolis udajemy się do położonego niedaleko Parseganu, wcześniejszej stolicy państwa perskiego. Niestety rozbijamy się o bramę ze strażnikiem, który znowu żąda od nas jakiejś złodziejskiej sumy za bilety. Niewiele myśląc znajdujemy sobie dziurę w płocie wystarczająco dużą by przejechać motocyklami i udajemy się na "zwiedzanie na kołach". Ma to tym większy sens, że ruiny rozrzucone są na bardzo dużym terenie. Nie doceniliśmy jednak czujności strażników. Po niedługim czasie zostajemy doścignięci przez nich rączym mini-busikiem. Krótka awantura i jedziemy grzecznie do bramy uiścić opłatę. Po dokończeniu zwiedzania ruszamy w dalszą drogę. Noc zastaje nas tym razem w bardo nieprzyjaznej okolicy. Wszędzie piach, kurz i strasznie kolczaste krzaki. No cóż jak się nie ma co się lubi , to się lubi co się ma. Znajdujemy więc kawałek płaskiego miejsca i rozbijamy obozowisko. Przed snem mamy jeszcze odwiedziny jakiegoś pana ze strzelbą powiazaną sznurkiem. I to by było na tyle atrakcji w dniu dzisiejszym.

Cały czas Iran i cały czas niemiłosierny upał. Mijamy słone jeziora i wielkie, płaskie, bezludne równiny. Raz na jakiś czas jakaś wioska. Nocujemy w jakimś przydrożnym dołku niedaleko podniszczonego meczeciku.

Rano oglądamy meczet i znajdujący się przy nim cmentarz, a potem jazda na wschód. Po południu zjeżdżamy z głównej drogi, żeby obejrzeć twierdzę Bam, którą Tomek wypatrzył wśród palmowych liści. To niesamowite co ludzie potrafią ulepić z piasku. Całe wielkie miasto wyglądające jak efekt zabawy dzieci na plaży. Na dodatek trafiamy na kręcenie jakiegoś filmu kostiumowego, więc wszędzie pełno jest statystów w strojach z minionej epoki. Tym razem naprawdę czujemy się jak w czasach Sindbada Żeglarza. Dokoła ryczą wielbłądy, rżą konie i przechadzają się kolesie z zakrzywionymi szablami. Odjazd. Zwiedzamy zabytek, po raz kolejny spotykając naszych przyjaciół z ekipy Hot Rock. Wspinamy się na sam szczyt wieży pałacowej z której rozpościera się niesamowity widok na okolice, pustynię i palmy. Twierdza, choć mocno zniszczona, naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza oglądana o zachodzie słońca. Zaczyna zmierzchać, więc zbieramy się do odjazdu, aby przed nocą znaleźć jakieś miejsce na nocleg. I znów niespodzianka. Przed wejściem do Twierdzy poznajemy irańską rodzinę, która zaprasza nas na święto Daktyla, a wcześniej do restauracji na tradycyjną sziszę, czyli fajkę wodną. Od nich dowiadujemy się, że nieopodal Bamu znajduje się miejsce o nazwie Jarge Adid. Jest to coś na kształt strefy bezpodatkowej, gdzie zachodnie korporacje budują swoje zakłady i mieszkania dla pracowników. Powstaje tam również miasto budowane przez Daewoo. Nowe Miasto dosłownie i w przenośni. Dziwne wrażenie gdy pośrodku pustyni, wjeżdża się przez ogromną bramę do oazy strzeżonej przez policjantów w białych liberiach. Oaza wypełniona stawami, kolorowo oświetlonymi fontannami, schludnymi i jasno oświetlonymi ulicami oraz nowymi budynkami. Nasi gospodarze zabierają nas na spacer po mieście z dumą prezentując jego walory. Nie robi ono na nas aż tak piorunującego wrażenia, ale widać, że wszyscy poznani tam Irańczycy są niesamowicie dumni z tego miejsca. Jesteśmy bardo zmęczeni, więc rezygnujemy z uczestnictwa w przedstawieniu z okazji święta Daktyla i z niekłamaną przyjemnością korzystamy z prysznica i możliwości snu pod dachem. W nocy słyszymy, jak nasi gospodarze pokazują swoim sąsiadom śpiących "białasów". No cóż.

Wyjeżdżamy wcześnie rano. Tego dnia chcemy zbliżyć się do granicy pakistańskiej. Rozpoczyna się pustynia. Upał osiąga chyba apogeum. Naprawdę ciężko w to uwierzyć komuś, kto jeździ motocyklem po Polsce, że jadąc ponad sto kilometrów na godzinę w krótkich spodenkach, w koszulce i bez kasku może być obrzydliwie gorąco i można się nieźle spocić. Znamienne jest chyba też to, że wentylatory w chłodnicach włączają się, gdy tylko zwalniamy poniżej sześćdziesięciu na godzinę. Co jakiś czas koło drogi widzimy padłe zwierzęta, nawet wielbłądy. W momencie, w którym nasz zapas benzyny zaczyna się kurczyć patrzymy na nie z coraz większym niepokojem. Czyżbyśmy i my mieli tak skończyć??? Po południu przyczepia się do nas wojskowy patrol, tzn. pick-up z karabinem maszynowym na pace i upiera się, że będzie nas eskortował aż do Zahedanu, twierdząc że to bardzo niebezpieczna okolica. Trzeba tu dodać, że od jakiegoś czasu jedziemy już wzdłuż granicy z Afganistanem, czyli jak mówią żołnierze, przez terytorium przemytników i różnej maści bandytów. Nie bardzo nam się podoba nasza eskorta. Obawiamy się, że chłopaki zażądają słonej opłaty za tę usługę. Tuż przed Zahedanem udaje nam się ich zgubić. Zatrzymujemy się na parkingu opuszczonego posterunku wojskowego. Do wieczora jest jeszcze chwila, więc postanawiamy wymienić olej, bo skończył się nam już zapas z Polski. Na początek robimy to tylko w motocyklu Rafała. Po pierwsze, nie mamy już "normalnego" oleju na dolewki, a jego motorek bierze go coraz więcej, po drugie czas najwyższy na wymianę, po trzecie skoro już kupiliśmy ten irański wynalazek, to nie będziemy go wozić w nieskończoność. Po wymianie oleju - krótką jazda próbna. Wszystko jest w porządku, więc dobrej myśli cofamy się trochę, aby oddalić się od miasta i na nocleg wbijamy się w przydrożne góry.

Dojeżdżamy do granicy. Po irańskiej stronie nie wygląda ona jeszcze najgorzej, ale nie wiemy jeszcze co nas czeka po drugiej. Załatwiamy formalności po stronie irańskiej. Niestety urzędnicy pakistańscy mają przerwę więc musimy czekać dwie godziny aż łaskawie ruszą się do roboty. W sumie spędzamy tam siedem godzin. W tej części świata czas naprawdę nie istnieje. Pakistan wita nas krajobrazem jak po bombardowaniu. No, ale co kraj to obyczaj. Pewnie tu tak jest, że przejście graniczne wygląda jak śmietnik i chlew w jednym. Na początek szok komunikacyjny. Musimy przestawić się na ruch lewostronny, ale droga jest dobra, a ruch nieduży, więc jakoś nam to idzie. Czeka nas odcinek około ośmiuset kilometrów wzdłuż granicy z Afganistanem, więc docieramy na nocleg do posterunku policji poleconego nam przez urzędnika na granicy. Miejsce bezpieczne, a wojsko przyjazne, poza tym jest się gdzie umyć, więc jest ok.! Jak się miało okazać, był to nasz pierwszy nocleg w tej najtańszej "sieci hoteli" w Pakistanie.

Prawie na dzień dobry dobra droga zamienia się w prawdziwe bezdroże. Szok, ale nie wiemy jeszcze, że będziemy musieli przyzwyczaić się do tego, że tutejsze drogi w niczym oprócz nazwy nie przypominają tego czym być powinny. No, ale motorki mamy uterenowione więc nie straszne nam dziury i wyboje. Najgorsze są ciężarówki, które ani myślą jechać swoim pasem (jakim pasem, tu nie ma pasów, a często nie ma nic) i w dodatku wzbijają straszne tumany kurzu, ograniczając widoczność do zera. Cały czas jedziemy przez pustynię i cały czas jest niemiłosiernie gorąco. W pewnym momencie spotykamy dzikie wielbłądy. Próbujemy je oswoić, ale są w tym temacie jakieś oporne. Rafał podejmuje nawet próbę otoczenia ich, ale niestety on jest sam, a ich kilka, więc skutek jest mizerny. Zatrzymujemy się w jakiejś osadzie, by się czegoś napić i tu spotykamy zjawisko, po którym zastanawiamy się czy nie powinniśmy siedzieć w domu przed telewizorem, a nie udawać wielkich podróżników. W oddali na horyzoncie widać punkt, który zbliża się w naszym kierunku. Po chwili w oazie zatrzymuje się stareńki Royal Enfield, a na nim - kobieta!!! Tak, kobieta. Z osłupienia wyrywa nas jej "Hy, where are you from guys!". To nieprawdopodobne, ta dziewczyna, od prawie roku samotnie podróżuje na motocyklu po Azji. Pół roku jeździła po Indiach, trzy miesiące po Pakistanie, teraz wybiera się do Iranu, a dalej przez Syrię, Arabię i Północną Afrykę do domu do Szwajcarii. Zamieniliśmy parę słów, wylała sobie kubeł wody na głowę, założyła na uszy słuchawki od walkmana i odjechała, a my jeszcze przez dłuższą chwilę nie mogliśmy otrząsnąć się z szoku. No to jest dowód na to, że wystarczy tylko chcieć. My również ruszamy dalej. Jeszcze tego dnia chcemy dojechać do Quetty, a właściwie do jeziora za przełęczą Bolan. Wieczorem mijamy Quettę i wjeżdżamy na przełęcz. Droga naprawdę jest koszmarna, a w dodatku robi się ciemno. Wszędzie tumany kurzu, wszyscy jeżdżą na długich światłach, albo zupełnie bez świateł. Jazda w takich warunkach graniczy z samobójstwem, więc po jakimś czasie rezygnujemy z poszukiwań jeziora i zaczynamy się rozglądać za miejscem na nocleg. Zjeżdżamy do jakiejś wioski, i po raz kolejny nocujemy na posterunku policji.

Po pożegnaniu z gościnnymi policjantami, udajemy się na dalsze poszukiwanie wody. Nie udaje nam się znaleźć jeziora, ale za to znajdujemy prawdziwy raj. Po skręceniu z głównej drogi i przejechaniu jakichś dziesięciu kilometrów po kamienistym bezdrożu oczom naszym ukazał się widok jaki mogą wyprodukować tylko spece od filmowej scenografii. Dojechaliśmy do dolinki, która położona pośród skalistej górskiej pustyni wypełniona była zielenią. Miejsce, naprawdę niesamowite, wręcz magiczne. Z otworu w skale wypływa woda, krystalicznie czysta, o temperaturze idealnej do kąpieli, pozwalającej spędzać w niej cały czas. Dookoła palmy, wodospady, skalne baseny. Po kilku dniach spędzonych na pustyni, widok po prostu powalił nas na kolana. Zaparkowaliśmy motorki obok chaty tubylca i rzuciliśmy się do wody. Wyciągnął nas z niej dopiero głód. Właściciel chaty pozwolił nam się rozbić na podwórku. Zresztą nawet jak by nie pozwolił i tak byśmy tam zostali. Posiłek i znowu do wody. Peer Gabe, bo tak nazywa się to miejsce, to naprawdę raj na ziemi. Niestety trafiliśmy na początek weekendu i po południu zaczęły zjeżdżać się ekipy miejscowych na imprezę. Od razu zaprzyjaźniliśmy się z zastanymi tam Afgańczykami i studentami z Quetty, którzy przyjeżdżają tam na weekendy. Bardzo sympatyczni goście. Spędzamy w ich towarzystwie ,bardzo wesoły dzień i wieczór. Nie musieliśmy się wcale umawiać. Wiedzieliśmy że w tym miejscu upłynie nam najbliższe kilka dni.

Jest pięknie. Mamy mnóstwo nowych znajomych. Calutki dzień spędzamy pławiąc się w coraz to nowym skalnym basenie. Odkrywamy ciągle nowe zakamarki tego pięknego miejsca. Pierwszy raz od dwudziestu siedmiu dni nie zapaliliśmy motocykli.