----- Reklama -----
  • Airbnb skorzystał na World Series

    Monitor 11/04/2016

    Cieszący się coraz większą popularnością serwis Airbnb, oferujący tanie noclegi turystom i dodatkowy dochód mieszkańcom, podliczył wpływy uzyskane dzięki udziałowi Chicago Cubs w World Series.

    Najwięcej zarobili ci, którzy mieszkają w okolicy stadionu Wrigley Field. Wszyscy właściciele mieszkań i domów w całym Chicago, którzy za pośrednictwem internetowej firmy Airbnb wynajmowali swoje nieruchomości turystom w ostatni weekend października, kiedy mecze Word Series przeniosły się do naszego miasta, zarobili w sumie $2.6 mln.

    Jest to wynik wyższy o 30-40 procent w porównaniu do października ubiegłego roku i aż o 170 procent w porównaniu do października 2014 roku.

    W dniach, kiedy trzy mecze o mistrzostwo MLB pomiędzy Chicago Cubs i Cleveland Indians były rozgrywane na stadionie Wrigley Field, do Chicago przybyły dziesiątki tysięcy turystów. Ponad 9,000 z nich skorzystało z usług Airbnb.

    Kenny Stein wynajmuje jeden pokój w swoim mieszkaniu w dzielnicy Lakeview od prawie pięciu miesięcy. Jak tylko Cubs zdobyli National Championship League Series w dniu 22 października, zobaczył większe zainteresowanie swoim mieszkaniem. "Zarobiłem $407 za trzy noce" - powiedział. "Przeważnie wynajmowałem pokój za $75 za noc".

    Najbardziej oblegane były mieszkania oferowane do wynajęcia w okolicach stadionu w dzielnicach Wrigleyville i Lakeview, gdzie za noc płacono średnio $300. W innych dzielnicach stawka ta wynosiła $100. Zdarzały się mieszkania, za których wynajem płacono nawet po 1,000 dolarów za noc. To głównie apartamenty w najbliższym sąsiedztwie Wrigley Field.

    W Cleveland klienci Airbnb zostawili w dniach, kiedy rozegrano tam dwa pierwsze mecze World Series, 330 tysięcy dolarów. Wyniki finansowe obu miast nie uwzględniają 3-procentowego zarobku samej firmy Airbnb.

    Za pośrednictwem Airbnb, internetowego serwisu, który działa od 2008 roku, można wynająć zarówno miejsce do spania, mieszkanie, jak i cały dom. Wystarczy wejść na stronę Airbnb.com, wybrać jedną z setek tysięcy dostępnych ofert noclegu, a następnie skontaktować się z właścicielem nieruchomości, by ustalić z nim szczegółowe warunki wynajmu: termin przyjazdu oraz koszt noclegu.

    Każdy może wystawić swoje mieszkanie lub dom do wynajęcia za pośrednictwem Airbnb. Oczywiście za świadczone przez siebie usługi Airbnb pobiera prowizję w wysokości 3 procent od opłaty rezerwacyjnej.

    Wpłacone przez gościa pieniądze za nocleg trafiają najpierw na konto serwisu, a gospodarz otrzymuje całą kwotę dopiero w momencie, gdy jego gość zakończy swój pobyt. Dla użytkowników serwisu jest to coś w rodzaju zabezpieczenia przed ewentualnym niespodziankami ze strony gospodarzy.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Amazon otwiera trzeci magazyn w okolicy Chicago

    Monitor 07/29/2016

    Handlowy gigant, firma Amazon, otwiera trzecia magazyn w okolicach Chicago - tym razem w Romeoville.

    Spółka nie otrzymała żadnych lokalnych ani stanowych ulg podatkowych.

    Pracownicy nowego magazynu o powierzchni 750,000 stóp kwadratowych będą pakować i wysyłać duże przedmioty, takie jak telewizory, sprzęt sportowy, kajaki itd. - poinformowała firma w wydanym we wtorek komunikacie prasowym.

    "To dla nas bardzo ekscytujące. Jeśli pracodawca tej skali wchodzi na lokalny rynek i tworzy setki nowych miejsc pracy praktycznie z dnia na dzień, jest to niezwykle pozytywne zjawisko" - powiedział burmistrz Romeoville, Jan Noak.

    Po latach unikania tworzenia magazynów w Illinois, aby uniknąć podatków od sprzedaży, Amazon rozwija działalność w powiecie Will. Firma ogłosiła plany powstania pierwszego magazynu w Illinois zeszłego lata, magazyn o powierzchni 500,000 stóp kwadratowych zatrudniający 1,500 pracowników w Joliet. W maju Amazon poinformował, że planuje dodać nawet większy obiekt, o powierzchni 700,000 stóp kwadratowych z ponad dwoma tysiącami stałych miejsc pracy w Joliet.

    Sieć komunikacyjna powiatu Cook i łatwy dostęp do Chicago czynią go atrakcyjnym miejscem dla firm logistycznych, zwłaszcza takich jak Amazon, która stara się rozwinąć swoją ofertę i możliwość dostarczania przesyłek następnego lub tego samego dnia - powiedział John Greuling, prezydent i CEO Centrum Rozwoju Gospodarczego Powiatu Will.

    "To wspaniała wiadomość dla Romeoville. To firma, którą z dumą będziemy gościć u siebie" - powiedział.

    Powiat Will ma ponad 9 milionów stóp kwadratowych powierzchni użytkowej w trakcie zagospodarowywania i nadal widać duże zainteresowanie ze strony firm logistycznych, powiedział Greuling.

    Amazon ogłasza oferty pracy w pełnym wymiarze godzin w magazynie w Romeoville ze stawką $13/na godzinę.

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Aplikacja mobilna Dunkin Donuts

    Monitor 06/10/2016

    Sieć Dunkin Donuts zachęca swoich klientów w Chicago, aby omijali kolejki używając nowej aplikacji mobilnej, która umożliwia złożenie zamówienia, zapłacenie za nie i odebranie go przy ladzie.

    „Pragniemy osiągnąć zupełnie nowych poziom szybkości i wygody, która wyróżnia sieć Dunkin Donuts i pomaga uczynić nas ważną częścią codziennego życia milionów ludzi – powiedział Scott Hudler, wice prezes firmy. „Możliwość ominięcia kolejki przy zamawianiu swojej ulubionej kawy, ciastka lub kanapki o każdej porze dnia, to ogromna zaleta dla naszych zabieganych klientów. Staramy się wykorzystać nowe technologie, aby nasze produkty były jeszcze bardziej dostępne o każdej porze dnia”.

    Konkurencyjne sieci takie jak Starbucks, McDonald i Taco Bell mają również swoje aplikacje mobilne, które umożliwiają klientom złożenie zamówienia przez telefon komórkowy i zapłacenie za nie z wyprzedzeniem. 

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Backpage zablokował ogłoszenia dla dorosłych

    Monitor 01/13/2017

    Ogłoszeniowy portalBackpage.com zablokował serwisy dla dorosłych i poinformował, że na stronach tych pojawi się czerwony napis "cenzura". Jednocześnie wezwano użytkowników do walki o "zachowanie wolności w internecie".Backpage.com oskarżany jest o promowanie prostytucji i handel ludźmi.

    Senacka podkomisja opublikowała w poniedziałek raport, w którym zarzuciła Backpage.com ukrywanie dowodów działalności kryminalnej poprzez systematyczną edycję działu ogłoszeń dla dorosłych, by usunąć słowa, które wskazują na handel ludźmi. Tak było w przypadku od 70 do 80 procent ogłoszeń, a wszystko po to, by - jak zaznaczono w raporcie - “ukryć prawdziwą naturę transakcji".

    Krytycy twierdzą, że strona staje się coraz bardziej popularnym narzędziem komercyjnym propagującym wykorzystywanie seksualne. Śledczy senackiej podkomisji nazwali Backpage.com liderem w reklamie tego przestępstwa.

    Prawnicy strony twierdzą, że firma robi więcej niż inne podobne strony internetowe, by wyeliminować przypadki handlu nieletnimi. Twierdzą oni, że Kongres zatwierdził prawo do zachowania wolności słowa w internecie, zapewniając nietykalność stronom, które publikują materiały użytkowników.

    Dwadzieścia jeden stanów podpisało się pod petycją wzywającą Sąd Najwyższy do zajęcia się apelacją kobiet, które złożyły pozew przeciwko Backpage.com, twierdząc, że prawo federalne nie chroni strony internetowe, które pomagają tworzyć lub rozwijać treści zamieszczone przez osoby trzecie.

    Sąd Najwyższy USA w poniedziałek orzekł, że nie zajmie się apelacją trzech ofiar handlu żywym towarem, które oskarżają portal z ogłoszeniami o promowanie seksualnego wykorzystywania dzieci.

    Sędziowie pozostawili w mocy orzeczenie sądu niższej instancji, który nie zgodził się z tym, że Backpage.com ponosi odpowiedzialność, bo strona publikuje tylko treści zamieszczane przez użytkowników.

    Kobiety twierdzą, że zostały sprzedawane jako prostytutki w Massachusetts i Rhode Island za pośrednictwem ogłoszeń dotyczących usług towarzyskich zamieszczone na stronie, kiedy miały 15 lat. Ich prawnicy uważają, że Backpage.com nie powinien być chroniony ustawąś Communications Decency Act, ponieważ firma nie tylko publikuje ogłoszenia, ale stworzyła platformę ułatwiającą handel dziećmi. Backpage zaprzeczył tym zarzutom.

    Sędzia federalny odrzucił pozew kobiet, a federalny sąd apelacyjny w Bostonie podtrzymał to orzeczenie.

    W innej sprawie w ubiegłym miesiącu, sędzia z Kalifornii odrzucił pozew złożony przeciwko prezesowi Backpage, Carlowi Ferrerowi i byłym właścicielom Michaelowi Lacey'owi i Jamesowi Larkinowi, którym zarzucono stręczycielstwo.

    Sąd powołał się także w tej sprawie na prawo federalne o ochronie wolności słowa. Przedstawiciele kalifornijskich władz zapowiedzieli nowy pozew z nowymi zarzutami przeciwko firmie w oparciu o nowe dowody.

    Prokuratorzy twierdzili, że ponad 90 procent dochodów Backpage - miliony dolarów każdego miesiąca - pochodzi z ogłoszeń dla dorosłych, którym towarzyszą prawie nagie zdjęcia i które "zakodowanym językiem" promują seks za pieniądze.

    Szeryf powiatu Cook Tom Dart od wielu lat próbował zablokować serwis dla dorosłych na portalu Backpage.com, tłumacząc że pośredniczy on w prostytucji i handlu żywym towarem. Agenci biura Darta od 2009 roku dokonali ponad tysiąc aresztowań na podstawie informacji opublikowanych na portalu Backpage.

    Szeryf powiatu Cook wezwał karty kredytowe, by zablokowały realizację transakcji na portalu Backpage.com. W odwecie portal wytoczył pozew szeryfowi argumentując, że ten łamie przywileje podlegające pod wolność słowa.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Bar emerytowanego policjanta pod lupą IRS

    Monitor 06/10/2016

    Agenci IRS pozujący na potencjalnych nabywców baru na północy Chicago nagrywali rozmowy z jego właścicielem, obecnie emerytowanym chicagowskim policjantem, który ujawnił im sekrety prowadzenia tego biznesu przez 27 lat.

    Mężczyzna pracował w policji przez 32 lata, głównie w jednostce zajmującej się przestępczością zorganizowaną. Często przenikał w szeregi przestępców prowadzących różne biznesy. Poznał ich strukturę. "W ten sam sposób zorganizowałem mój biznes i udało się" - miał powiedzieć podstawionym agentom IRS jesienią ubiegłego roku.

    Agenci potajemnie nagrali audio i wideo z rozmów z emerytowanym funkcjonariuszem chicagowskiej policji, który chwalił się tym, jak udało mu się przez 27 lat z powodzeniem prowadzić bar w północnej dzielnicy.

    Z relacji agentów urzędu podatkowego wynika, że właściciel prowadził odręczne księgi, a biznes opierał się głównie na transakcjach gotówkowych, co wzbudziło podejrzenia, gdyż istniało prawdopodobieństwo zaniżania jego dochodów. 

    Tajną operację przeprowadzono we wrześniu ubiegłego roku, ale emerytowany policjant nie został jeszcze oskarżony. Z uwagi na brak postawionych zarzutów właściciel baru pozostaje anonimowy.

    Dziennik "Chicago Sun-Times" przypomina, że istnieją przepisy zabraniające funkcjonariuszom policji posiadania barów. Jednak rzecznik biura prokuratura federalnego i rzeczniczka Urzędu Skarbowego nie odnieśli się do tego.

    Rachunki od podatku od nieruchomości za bar wysyłane były do firmy kierowanej przez żonę emerytowanego policjanta, a on sam widnieje w dokumentach jako osoba zajmująca się finansami - wynika z informacji urzędników powiatowych i stanowych przekazanych dziennikowi "Chicago Sun-Times".

    Agent urzędu podatkowego zajmujący się sprawą poinformował, że bar został wystawiony na sprzedaż w sierpniu 2015 roku za $439,000. Postawiony agent IRS zadzwonił do policjanta i przedstawił się jako potencjalny nabywca, by umówić się na spotkanie w celu omówienia zakupu.

    Dwóch tajnych agentów IRS pozowało na partnerów biznesowych. Rozmawiali z właścicielem baru przez około 90 minut. Ponoć nie tylko chwalił się tym, jak udało mu się zbudować swój biznes na wzór tych prowadzonych przez zorganizowane grupy przestępcze, ale także jak ukryć jego rolę w barze.

    "Miałem 13 skarg do IAD (Internal Affars Divsion – wewnętrzny wydział policji) na to, że jestem właścicielem tawerny. Badali sprawę i powiedziałem im, że jestem właścicielem budynku. Tawerna płaci mi czynsz i wszystko, co się znajduje w barze jest moją własnością. Jestem właścicielem krzeseł, szklanek.... jestem właścicielem wszystkiego i dlatego płacą mi tak wysoki czynsz. Ale muszę tam chodzić, by dokonywać napraw" - powiedział emerytowany policjant. 

    Z relacji agentów IRS wynika, że tłumaczył, że "za każdym razem, kiedy szedł do baru, brał ze sobą skrzynkę z narzędziami, bo przypuszczał, że może być nawet nagrywany przez ludzi z wydziału IAD".

    Agenci twierdzą, że pokazał im dwie księgi rozrachunkowe, jedna - różowa "prywatna", druga - niebieska "publiczna". Oczywiście numery różniły się. Ponoć jego księgowy - adwokat, który wcześniej pracował dla IRSu, poradził mu, by oficjalnie podawał, że bar był zamknięty w określonych dniach, aby mógł w te dni korzystać z dochodów, by zapłacić pracownikom.

    W styczniu 2014 roku różnica w dochodach zapisanych w księdze rozrachunkowej „publicznej” i "prywatnej" wynosiła ponad $19,000. Emerytowany policjant chwalił się, że w 2014 roku zgłosił do IRS-u dochód brutto w wysokości $115,855, gdy naprawdę było to $338,144.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Bezpłatne bilety na Ticketmaster

    Monitor 06/24/2016

    Osoby, które kupiły bilety poprzez stronę Ticketmaster pomiędzy końcówką roku 1999 a początkiem 2013, mogą mieć prawo do bezpłatnych biletów na różne imprezy.

    Kwalifikujący się klienci strony Ticketmaster mogą spodziewać się e-maili, zawierających instrukcje na temat tego, co zrobić, aby dostać kupony na darmowe bilety na wybrane imprezy, a także zniżki na zakupy na stronie. Kupony będzie można wykorzystać w ciągu czterech lat.

    Są one wynikiem ugody prawnej dotyczącej nielegalnych opłat nakładanych przy zakupie biletów i efektem pozwu zbiorowego w tej sprawie.

    Magazyn Billboard donosi, że około 50 milionów może kwalifikować się do darmowych biletów.

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Bill Murray planuje otworzyć bar golfiarzy

    Monitor 12/30/2016

    Urodzony w Evanston aktor Bill Murray przymierza się do otwarcia własnej restauracji i baru w miejscowości Rosemont na północnych przedmieściach.

    Restauracja inspirowana byłaby filmem "Golfiarze", klasyczną komedią, w której wystąpił Bill w 1980 roku ("Caddyshack").

    Murray wraz z bratem planują otworzyć lokal w Crowne Plaza Hotel na River Road, naprzeciwko Rosemont Theatre. Nie wiadomo jeszcze, czy uda się ukończyć prace przed rozpoczęciem sezonu golfowego na wiosnę.

    Aktor ma już tego typu restaurację na Florydzie. Już od dzieciństwa spędzonego z miejscowości Wilmette, on i jego brat zafascynowali się golfem i obaj pracowali na lokalnych polach golfowych.

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Biznesowe wpadki kandydata na prezydenta

    Monitor 08/26/2016

    Republikański kandydat na prezydenta Donald Trump przekonuje wyborców, że jego sukces w biznesie kwalifikuje go do zajęcia miejsca w Białym Domu. Jego przeciwnicy polityczni starają się podważyć tę tezę ujawniając biznesowe wpadki miliardera z Nowego Jorku, także te w Chicago.

    Dziennik "Chicago Sun-Times" rozpisywał się ostatnio na temat niewynajętej od dłuższego czasu powierzchni handlowej u podstawy słynnego wieżowca Trumpa w centrum naszego miasta. Trump International Hotel and Tower to lśniący 92-piętrowy oszklony budynek przy 401 N. Wabash Avenue położony nad rzeką Chicago, na zachód od Michigan Avenue.

    Około 70,000 stóp kwadratowych powierzchni na poziomie tarasu położonego nad brzegiem rzeki nigdy nie zostało wynajęte odkąd budynek oddano do użytku w roku 2008. Potencjalnie Trump traci przez to miliony dolarów, które mógłby otrzymać z czynszu, tymczasem pustostan nie generuje żadnych przychodów.

    Nie wiadomo, dlaczego tak atrakcyjna przestrzeń handlowa, w tak rozpoznawalnym wieżowcu jak Trump International Hotel and Tower, nie zdobyła uznania wśród biznesów. Miliarder skarży się za to na straty, co potwierdzają dokumenty złożone w biurze asesora powiatu Cook przez kancelarię prawną starającą się o ulgę podatkową nieruchomości.

    Jeszcze w maju dziennikarze "Chicago Sun-Times" Chris Fusco i Tim Novak poinformowali, że Trump wynajął kancelarię Klafter & Burke, prowadzoną przez wpływowego radnego Eda Burke'a (14. dzielnica), dzięki której uzyskał serię udanych odwołań od naliczonego podatku od nieruchomości.

    Przedstawiciele kancelarii reprezentujący Trumpa w rozmowie udzielonej "Chicago Sun-Times" podkreślają, że nie jest łatwo wynająć taką przestrzeń, mimo że zajmują się tym pośrednicy nieruchomości z kilku różnych firm, zarówno z Chicago i Nowego Jorku. "Nikt tego nie chce, nawet na biura"- stwierdzają krótko.

    "Chociaż przestrzeń detaliczna ulokowana jest na dole jednego z luksusowych hoteli w Chicago, nie ma zainteresowania powierzchnią handlową, która nie ma bezpośredniego dostępu dla pieszych lub ruchu samochodowego" - podkreślono.

    "Przestrzeń do wynajęcia nie jest kwadratowa lub prostokątna, lecz zakrzywiona z dużymi kolumnami. Z punktu widzenia handlowców nie jest to korzystne" - stwierdzono nazywając ją " trudną do wynajęcia".

    Zupełnie inny obraz pojawia się w dokumentach złożonych w biurze asesora powiatu Cook w celu uzyskania obniżenia podatku od nieruchomości. Ta sama pusta przestrzeń określana jest jako dająca "duże możliwości dla potencjalnych najemców".

    Podkreślono, że deptak River Walk nad rzeką Chicago i obszary tarasowe są "idealne dla restauracji i sklepów szukających lokalizacji z bezpośrednim dostępem dla gości hotelu Trump Tower i mieszkańców kondominiów". Zwrócono uwagę na bezpośredni dostęp do Millennium Park i zakupową mekkę w Chicago - North Michigan Avenue, co sprawia, że ta "lokalizacji nie ma sobie równych na rynku".

    Jednak od październiku 2008 roku powierzchnia handlowa u podstawy wieżowca Trump pozostaje pusta, a na witrynach widniej informacja: “Retail Space Available".

    Kancelaria prawno-podatkowa Klafter & Burke należąca do radnego Eda Burke'a załatwiła Donaldowi Trumpowi 40-procentową ulgę podatkową w ciągu siedmiu lat, dzięki czemu miliarder zaoszczędził prawie $11.7 mln – wynika ze śledztwa "Chicago Sun-Times". Dziennik w artykule zatytułowanym "The Donald & the Democrat; Burke saved Trump $11.7M" przypominał, że w 2002 roku radny Burke głosował za przyznaniem zgody na budowę wieżowca Trump International Hotel & Tower.

    W 2010 roku Trump otrzymał też nieprzysługujący mu zwrot podatku w wysokości $23,649. Biuro skarbnika powiatu Cook już zapowiedziało, że Trump będzie go musiał zwrócić.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Boeing sprzedaje 100 samolotów za $11.3 miliarda

    Monitor 05/27/2016

    Firma Boeing Co sprzedaje 100 samolotów wartych według cen katalogowych około 11.3 miliardów dolarów wietnamskim liniom lotniczym VietJet.  VietJet stara się rozszerzać swoje usługi w zakresie lotów krajowych i międzynarodowych.

    Boeing poinformował w poniedziałek, że samoloty, wszystkie modele 737 Max 200, zostaną dostarczone pomiędzy rokiem 2019 a 2023.

    To była największa pojedyncza transakcja zakupu samolotów przez Wietnam – podała firma z Chicago.

    Umowa została podpisana w Hanoi, w Wietnamie, z udziałem prezydenta Baracka Obamy, który odwiedził ten kraj po raz pierwszy. VietJet planuje także kupić silniki samolotowe wartości 3 miliardów z Pratt & Whitney, producenta należącego do koncernu United Technologies Corp. z siedzibą w Farmington, w stanie Connecticut.  

    Monitor

     

    Czytaj wiecej
  • Bojkot konsumencki nie zawsze zgodny z prawem

    Monitor 07/01/2016

    W ostatnich dniach głośna stała się sprawa wyroku w sprawie związanej z bojkotem konsumenckim popularnego polskiego piwa marki Ciechan. Sprawa zaczęła się od opublikowanej na facebooku przez Marka Jakubiaka, właściciela browaru, jego dalekiej od zasad kultury wypowiedzi, będącej reakcją na doniesienia jednego z portali internetowych o tym, że bokser Dariusz Michalczewski jest zwolennikiem adopcji dzieci przez pary homoseksualne.

    Trudno nie przytoczyć nagannej wypowiedzi p. Jakubiaka: „Boks podobno szkodzi i to jest niepodważalny dowód na to! Wiem, że to już niemożliwe ale życzę Ci Dariuszu Mamusi z fujarką zamiast piersi będziesz miał co ssać!”

    Bezspornym jest, że treść komentarza była obraźliwa (sam zresztą jego autor wkrótce go usunął, przyznając, że nie wypadało jej umieszczać). Ponieważ p. Marek Jakubiak jest jedynym wspólnikiem i członkiem zarządu spółki Browary Regionalne Jakubiak sp. z o.o., produkującej popularne piwo, wśród przeciwników takiego języka zrodził się pomysł bojkotu piwa produkowanego przez spółkę. Bojkot ten przyjął formę m.in. rezygnacji przez niektóre zakłady gastronomiczne z podawania gościom piwa marki Ciechan czy publicznego wylewania zgromadzonych zapasów tegoż piwa.

    Do akcji wylania piwa Ciechan rzeczywiście doszło, a już w miesiąc później, prasa donosiła o wystosowanym do Fundacji Instytut Reportażu (do której należy kluboksięgarnia Wrzenie Świata) przez Browary Regionalne Jakubiak wezwaniu do zapłaty oraz przeprosin za wylewanie piwa Ciechan i nawoływanie do bojkotu jego produktów. Spółka wskazywała, że bojkot służył „deprecjonowaniu produktów browaru i namawianiu do niedokonywania ich promocji czy sprzedaży”. Kolejnym krokiem było pozwanie Fundacji – żądania pozwu, analogiczne do tych wysuwanych w wezwaniu, sprowadzały się do żądania zasądzenia od Fundacji 100,000 złotych na rzecz Muzeum Powstania Warszawskiego oraz zobowiązania do przeprosin. Fundacja broniła się, że bojkot miał charakter konsumencki, a jego celem było zwrócenie uwagi na problem mowy nienawiści i dyskryminacji.

    Sąd Okręgowy w Warszawie, który rozpoznawał sprawę, ogłosił wyrok 21 marca 2016 roku. Co prawda znacznie ograniczył żądaną przez powoda kwotę płatną na rzecz Muzeum Powstania Warszawskiego (do 5.000 zł), niemniej jednak przyznał pozywającej spółce rację i uznał, że inicjatywa Fundacji Instytut Reportażu stanowiła czyn nieuczciwej konkurencji.

    Po pierwsze, sąd zwrócił uwagę na to, że Browary Regionalne Jakubczyk Sp. z o.o. jest osobnym podmiotem niż Marek Jakubczyk, doszło zatem do nieusprawiedliwionego zjednania pewnej marki z określonymi poglądami. Z kolei bojkot konsumencki jest w pewnych okolicznościach dopuszczalny, jednak jego celem społecznym powinna być zmiana zachowania bojkotowanego podmiotu. Tymczasem bojkotujący nie mogli oczekiwać żadnej zmiany zachowania od spółki. Sąd uzasadniał, że wylewanie było wszak deprecjonowaniem marki i godzeniem w jej dobro. Tym samym działanie pozwanej wyczerpało znamiona czynu niedozwolonego określonego w art. 15 Ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, który przewiduje, że czynem nieuczciwej konkurencji jest utrudnianie innym przedsiębiorcom dostępu do rynku, a w przykładowym katalogu precyzującym, na czym polegać może takie utrudnianie, ustawodawca wskazał, że przez nakłanianie osób trzecich do odmowy sprzedaży innym przedsiębiorcom albo niedokonywania zakupu towarów lub usług od innych przedsiębiorców. Równocześnie warto zwrócić uwagę na art. 3 tej ustawy, zawierający klauzulę generalną – zgodnie z jego ustępem 1, czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.

    Pierwszym zatem problemem w tej sprawie jest problem odrębnej osobowości prawnej spółki z o.o. i utożsamianiem jej marek piwa z osobą Marka Jakubiaka. Warto jednak zwrócić uwagę, że wszystkie udziały w spółce należą do właśnie do niego, jego nazwisko jest składową częścią nazwy spółki a on sam zasiada w zarządzie i jest z nią silnie kojarzony. Drugim problemem jawi się natomiast to, czy bojkot był uzasadniony, skoro – jak ustalił sąd – Marek Jakubik wpis usunął i za niego przeprosił a, co istotniejsze, bojkotowana firma i tak nie mogła zmienić nic w swoim postępowaniu (za przykład tego, w jakiej sytuacji bojkot piw jej marki mógłby być uzasadniony, sąd wskazał niezatrudnianie osób o określonej orientacji seksualnej ze względu właśnie na tę orientację, co jednak nie miało miejsca).

    Z problemami tymi przyjdzie zmierzyć się jeszcze sądowi apelacyjnemu, ponieważ o ile od marca przeprosin ze strony właściciela klubokawiarni „Wrzenie świata” nie widać, zapewne – zgodnie z zapowiedzią – od wyroku Sądu Okręgowego została wniesiona apelacja.

    Ponieważ od marca przeprosin jednak nie widać, zapewne – zgodnie z zapowiedzią Instytutu Reportażu – od wyroku Sądu Okręgowego została wniesiona apelacja.

    Będziemy informować o tym, jak ostatecznie skończy się ten pionierski w polskim prawie spór związany z dopuszczalnością bojkotu konsumenckiego.

    Justyna Witas-Chłopek
    radca prawny
    www.jwrp.pl

    Czytaj wiecej
  • Chase likwiduje bankomaty w sklepach Walgreens

    Monitor 10/07/2016

    Znalezienie bankomatu Chase w Chicago od przyszłego roku na pewno będzie trudniejsze. Maszyny ATM do pobierania gotówki znikną ze sklepów sieci Walgreens.

    Nowojorski bank, który posiada 22 procent depozytów w okolicach Chicago, sprzedaje większość swoich bankomatów (ATM), w tym 442 znajdujące się w lokalnych sklepach sieci Walgreens.

    Chase ma 1,913 bankomatów w rejonie Chicago, a po zlikwidowaniu tych w sklepach Walgreens ich liczba spadnie do 1,471.

    "Właśnie rozpoczęła się akcja powiadamiania klientów w niektórych miejscach, że wkrótce maszyna ATM należąca do banku Chase nie będzie już dostępna" - powiedziała rzeczniczka banku Christine Holevas. Takie informacje klienci będą otrzymywać na ekranie bankomatu przy dokonywaniu transakcji.

    W kwietniu Chase poinformował, że sprzedaje 2,586 swoich bankomatów, w tym ze sklepów Walgreens, operatorowi maszyn ATM firmie Cardtronics. Warunki umowy nie zostały ujawnione.

    Firma Cardtronics jeszcze w tym roku poinformuje, kto przejmie zakupione od Chase maszyny ATM.

    Ponad dziesięć lat temu Chase rozpoczął ekspansję swoich bankomatów w sklepach Walgreens.

    Po kryzysie finansowym z września 2008 roku Chase zgodził się przejąć bank Washington Mutual i jego 2,300 oddziałów, w tym około 120 w rejonie Chicago. Tym samym liczba bankomatów Chase wzrosła z 7,000 do ponad 18,000.

    "Uprościliśmy naszą działalność i okazało się, że nasi klienci rzadziej korzystają z tych bankomatów" - powiedziała rzeczniczka Chase. Dodała, że klienci będą mogli znaleźć bankomat w ciągu pięciu minut od większości tych, które zostaną sprzedane.

    Bank Chase ma 372 oddziałów na terenie Chicago i jest zdecydowanym liderem na rynku depozytów.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Chicagowski bankier doradza Trumpowi

    Monitor 08/12/2016

    Stephen Calk, założyciel i przewodniczący, The Federal Savings z siedzibą w Chicago, został wybrany do zespołu ds. gospodarczych Donalda Trumpa. Stał się tym samym najbardziej rozpoznawalnym liderem lokalnego biznesu, publicznie popierającym kandydata republikanów na prezydenta.

    "Uważam, że jest to wielki zaszczyt" - powiedział Calk, który w ostatnich latach wspierał polityków po obu stronach nawy politycznej.

    Bronił też Trumpa. Jego zdaniem ludzie bardzo powierzchownie oceniają miliardera z Nowego Jorku. "Po moich osobistych interakcjach z panem Trumpem, nigdy nie uznałby go za osobę o seksistowskich czy rasistowskich poglądach. Myślę, że jest Amerykaninem, który mówi to, co myśli. Nie sądzę, że to pomaga w polityce, ale wiele jego wypowiedzi zostało źle zinterpretowanych" - ocenił Calk.

    Biznesmen koncentruje się na gospodarce. Będzie doradzać Trumpowi w zakresie regulacji i nadzoru bankowego, kredytów konsumpcyjnych i mieszkaniowych.

    "Nie jestem politykiem. Jestem biznesmenem" - podkreśla Calk, który po raz pierwszy spotkał Trumpa lata temu na imprezie charytatywnej.

    "Pomyślałem, ale to miła osoba" - maluje portret, który zaprzecza temu, jak ocenia się republikańskiego kandydata na prezydenta.

    "On był zainteresowany moją biznesową działalnością. Podobało mu się to, że jestem przedsiębiorcą, który zbudował swoją firmę od podstaw" - powiedział.

    51-letni Stephen Calk, biznesmen urodzony w Detroit, w przeszłości służył w wojsku. Jego mama była nauczycielką, a ojciec pracował przy sprzedaży w firmie International Latex Corp.

    Z powodu jego pracy rodzina przez jakiś czas mieszkała w Londynie. Calk chodził tam do szkoły. Spędził także krótki czas w Niemczech w ramach programu wymiany studentów.

    "Życie w Europie wpłynęło na to, jak patrzę na świat" - podkreśla. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych jego rodzina najpierw zamieszkała na Florydzie, a następnie na przedmieściach Chicago. "To było łatwe przejście" - mówi Calk, nazywając Chicago "tyglem kultur i religii".

    Po ukończeniu Stevenson High School w powiecie Lincolnshire, uczęszczał do akademii wojskowej West Point Prep i studiował marketing na University of Illinois na kampusie Urbana-Champaign. Po tym, jak został promowany do stopnia podporucznika, udał się do szkoły lotniczej, aby zrealizować marzenie o lataniu helikopterami.

    Po odejściu do rezerwy rozpoczął działalność biznesową. W latach 1985-2001 Calk założył firmę bankowości hipotecznej w Chicago, która z czasem osiągnęła zasięg krajowy.

    Później założył The Federal Savings Bank. Obecnie to jeden z największych kredytodawców w kraju w prywatnych rękach, którego roczne obroty aktywami sięgają ponad $4 miliardy.

    "Pamiętam, jak trudno było uzyskać kredyt " - wspominarozpoczęcie działalności gospodarczej. "Tak wielu ludzi nie mogło otrzymać pożyczki na działalność małych firm. Moim celem było im to ułatwić".

    Stephen Calk Gryf, ojciec trójki dzieci w wieku 9, 12 i 13 lat, ciągle stara się pogodzić rodzinę, biznes i studia. Zaliczył już siedem lat z dziewięciu międzynarodowych studiów podyplomowych na Harvard Business School.

    "To wielkie zobowiązanie. Ale była to niesamowita okazja, aby stać się częścią globalnej sieci w otoczeniu największych umysłów biznesu na świecie" - tłumaczy.

    Chicagowski bankier znalazł się teraz w gronie najbliższych doradców ds. gospodarczych republikańskiego kandydata na prezydenta. "Nie jestem jakimś bankierem z Wall Street" - podkreśla.

    "Popieram wprowadzenie ułatwień mieszkaniowych dla weteranów i osób kupujących dom po raz pierwszy. Mam doświadczenie w sprawach kredytów dla małych firm. Opowiadam się za ułatwieniami w tym zakresie".

    Trump: „Moje reformy będą największą rewolucją podatkową od czasu reformy Reagana. Doprowadzi to do wielu lat wzrostu gospodarczego i tworzenia miejsc pracy”

    "Winning the Global Competition" - to plan naprawy gospodarki, który w poniedziałkowym przemówieniu w Economic Club Detroit przedstawił Donald Trump.

    Kandydat republikanów na prezydenta przede wszystkim obiecał, że stawkę podatku dochodowego dla korporacji obniży z 35 do 15 procent.

    Najwyższa stawka podatkowa dla osób indywidualnych ma być obniżona z 39.6 do 33 procent. Podkreślił, że na obniżeniu podatku, uproszczeniu systemu, zmniejszeniu progów podatkowych z siedmiu do trzech, najbardziej skorzystają małe biznes i klasa średnia. 

    Trump obiecał też wyeliminowanie luk w systemie podatkowym, z których korzystają najbogatsi - tacy jak on sam - Amerykanie.

    Plan republikańskiego kandydata na prezydenta przewiduje też zniesienie podatku od spadków (estate or death tax). W 2016 roku tylko najbogatsi, którzy odziedziczyli co najmniej $5.45 mln (albo około $10 mln w przypadku małżeństw) płacili podatek do 40 procent.

    Miliarder zapowiedział także możliwość odpisania od podatków wydatków na opiekę nad dziećmi. Donald Trump, jeżeli wejdzie do Białego Domu, to ogłosi moratorium na wszystkie nowe regulacje, by "wyeliminować wszelką biurokrację, która niszczy miejsca pracy".

    Zapowiedział również reformę sektora energetycznego. Usunięcie obciążenia podatkowego sektora opartego na węglu, wprowadzonego w celu redukcji emisji gazów cieplarnianych, zdaniem Trumpa prowadzi do utraty setek tysięcy miejsc pracy.

    Gospodarczy plan republikanina skrytykowała Hillary Clinton. Demokratka stwierdziła, że reforma, którą chce przeprowadzić Donald Trump, nie pomoże najuboższym.

    "Jego plan podatkowy pozwoli na skorzystanie z olbrzymich ulg podatkowych korporacjom oraz najbogatszym, tak samo jak ludziom, którzy napisali jego przemówienie" - stwierdziła. Zdaniem Clinton jej plan podatkowy pomoże stworzyć 10 milionów miejsc pracy.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Divvy większym zagrożeniem dla taksówek niż Uber

    Monitor 01/13/2017

    Burmistrz Rahm Emanuel nie jest zbyt popularny wśród kierowców taksówek, a jego ostatnie komentarze na temat branży taksówkarskiej na pewno mu w tym nie pomogą.

    "Zanim taksówkarze zaczną się martwić Uberem, powinni niepokoić się wypożyczalniami rowerów" powiedział Emanuel w poniedziałek w Detroit.

    Nie wiadomo, jak poważne były te słowa burmistrza, wypowiedziane podczas konferencji dotyczącej przyszłości transportu, ale taksówkarzom i właścicielom medalionów na pewno nie było do śmiechu.

    Szybki rozwój usług takich firm jak Uber i Lyft spowodował drastyczny spadek wartości medalionów, które wykupić muszą osoby jeżdżące w Chicago taksówkami i wzbudził gniew branży taksówkarskiej, która jest niezadowolona, że kierowcy bez licencji podlegają mniej rygorystycznym zasadom niż właściciele taksówek.

    David Kreisman, rzecznik związku taksówkarzy powiedział, że ich zarobki spadły już o 50 procent po wejściu na rynek firm zajmujących się usługami transportowymi, takimi jak Uber i Lyft. "Burmistrz doskonale zdaje sobie sprawę z niesprawiedliwych działań jego administracji i tego, że usługi takie jak Uber i Lyft niszczą zdolność taksówkarzy do utrzymania swoich rodzin - tak dzieje się nie z powodu divvy lub nowo powstałych ścieżek rowerowych w mieście".

    Emanuel, którego brat jest inwestorem Ubera, lobbował przeciwko wprowadzeniu wymogu posiadania licencji przez kierowców tych firm. Nie wprowadzono również wymogu składania odcisków palców, do czego zmuszani się kierowcy taksówek.

    Przemawiając obok burmistrzów takich miast jak Atlanta, Detroit i Columbus, na imprezie sponsorowanej przez Forda i The New York Times, która miała miejsce w Detroit w poniedziałek, Emanuel zachwalał 150 mil ścieżek rowerowych, stworzonych przez jego administrację i rozwój publicznych wypożyczalni rowerów.

    "Chicago jest oceniane jako miasto numer jeden dla osób jeżdżących na rowerach, więc istnieje wiele różnych sposobów myślenia o transporcie" - powiedział. "To kwestia stylu życia".

    Zapytany w emailu czy Emanuel mówił poważnie, kiedy zasugerował, że Divvy jest większym zagrożeniem dla kierowców taksówek niż Uber, czy też żartował, a także czy był to żart w dobrym tonie biorąc pod uwagę inwestycje jego brata i żale taksówkarzy, rzecznik burmistrza Adam Collins napisał: "Oh, bądźmy poważni. Zawsze było wiadomo, że młodszy brat burmistrza nie potrzebuje pomocy, jeśli chodzi o jego sprawy biznesowe. Poza tym, to jest oczywiste: program wypożyczalni rowerów w Chicago odniósł wyraźny sukces, a liczba odbytych przejażdżek przekroczyła już 10 milionów".

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Dlaczego jest tak wiele sklepów z materacami?

    Monitor 08/19/2016

    Nawet prezes sieci Mattress Firm, Ken Murphy, zgadza się z tym, że Chicago ma prawdopodobnie zbyt wiele sklepów z jego branży. Dlaczego więc niemal na każdym rogu chicagowskich ulic powstają nowe?

    Na swoim najlepszym rynku w Houston w Teksasie Mattress Firm, największa taka sieć w USA, posiada jeden sklep na około 50,000 ludzi. W rejonie Chicago obecnie istnieje 235.

    Niektóre, te nierentowne, będą zamykane, ale nie od razu. Analitycy rynku nie mają wątpliwości, że ponad 200 sklepów sieci specjalizującej się w sprzedaży produktu, który ludzie średnio zakupują raz na dekadę, to naprawdę sporo.

    Mattress Firm weszła na chicagowski rynek dwa lata temu. W ubiegłym roku wyrosła jej nowa konkurencja - Sleep Number obok innej sieci American Mattress. Dodatkowo sprzedażą materacy zajmują się domy handlowe.

    Krótko po tym, jak Melissa Marik wprowadziła się do nowego mieszkania w lutym, w rejon ten przeniósł się sklep z materacami - Mattress Firm. Kobieta była tym zdumiona, tym bardziej, że na milowym odcinku ulicy Clybourn Avenue w dzielnicy Lincoln Park, było już kilka innych sklepów z materacami - w sumie pięć Mattress Firms, dwa American Mattresses i jeden Sleep Number. "Nigdy nie widziałam ludzi w tych sklepach" - stwierdza mieszkanka w rozmowie z dziennikiem "Chicago Tribune".

    "Niegdyś ludzie nabywali materace tylko w sklepach z meblami" - zwraca uwagę analityk branżowy Jerry Epperson z firmy Mann, Armistead & Epperson.

    "Ale producenci, którzy chcieli zachęcić klientów do wymiany materacy, nawet jeśli nie zostały one nabyte z nowym zestawem mebli do sypialni, rozpoczęli propagowanie idei wyspecjalizowanych sklepów z materacami, które zaczęły się rozprzestrzeniać szybko od 1990 roku" - dodał.

    Materace to produkty ze stosunkowo wysoką marżą, w sklepach nie potrzeba zbyt wielu pracowników, co oznacza, że dana lokalizacja nie musi sprzedawać ich dużo, by osiągnąć próg rentowności. Poza tym nie trzeba ich bardzo reklamować, bo ludzie i tak kupują je, kiedy ich potrzebują.

    Mattress Firm ma na terenie całego kraju ponad 3,472 swoich sklepów i ma zamiar rozbudować swoją sieć do około 4,500. Chce się stać pierwszą prawdziwie narodową marką w materacowej branży, ale analitycy rynku przewidują, że nie będzie to takie proste w obliczu rosnącej konkurencji, w tym także ze strony internetu.

    Młodsi klienci są bardziej otwarci na ideę kupowania materacy przez internet bez uprzedniego testowania ich w sklepach. To częściowo dlatego, że pokolenie Milenijne jest przyzwyczajone do zakupów online, ale również dlatego, że firmy internetowe marketingowo swoją ofertę kierują do młodych klientów, dla których liczy się łatwość zakupu.

    Sklepy kuszą klientów promocjami. Najbardziej popularne to dostawa do domu za darmo i możliwość zwrotu materaca po 100 nocach. Średnia cena za materac w ubiegłym roku wahała się od $500 do $999 w zależności od jego rozmiaru.

    To jest najpopularniejszy przedział cenowy i stanowi około 41 procent sprzedanych materacy w ubiegłym roku, według raportu KeyBanc, powołując się na dane International Sleep Products Association. Tylko 5 procent stanowiły te w cenie powyżej $2,000.

    Około 9,000 sklepów oferujących tylko łóżka i materace na terenie całego kraju wygenerowało około $11.5 miliarda przychodów w 2015 roku - według raportu firmy zajmującej się badaniem rynku IbisWorld.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Dobra praca nie wraca

    Monitor 04/22/2016

    “Musimy odbudować amerykański przemysł i na nowo spisać umowy handlowe po to, by największym hitem eksportowym USA nie były miejsca pracy” - uważa Bernie Sanders, demokratyczny kandydat na prezydenta. Wtóruje mu spore grono innych polityków, również republikańskich, także starających się o najwyższy urząd. Zniknięcie większości prac fabrycznych powszechnie uważane jest za główny powód problemów ekonomicznych kraju w ostatnich latach i stopniowego upadku klasy średniej, a ich przywrócenie wydaje się jedynym lekarstwem. Rozumowanie takie jest logiczne, ale tylko do pewnego stopnia. Przy zmieniającym się modelu ekonomicznym, powszechnej automatyzacji, niższych dziś stawkach za te same prace co kiedyś, nawet masowy powrót fabryk nie uratuje klasy średniej i nie wzmocni wystarczająco gospodarki. By było to możliwe, musielibyśmy zdobyć umiejętność podróży w czasie.

    W 1953 roku produkcja przemysłowa w USA stanowiła 28 procent całego PKB. W 2009 już tylko 11 procent. Największą liczbę miejsc pracy w fabrykach odnotowano w 1979 r. - niemal 20 milionów osób pracowało w tym sektorze gospodarki. Dziś jest to niecałe 12 milionów przy jednocześnie znacznie wyższej liczbie mieszkańców kraju.

    Przenoszenie produkcji poza granice zaczęło się w latach 80. i trwa do dziś, choć tempo tego procesu zwalnia. W latach 1989 - 2009 zniknęło prawie 6 mln. miejsc pracy w amerykańskim przemyśle. Ostatnie 6 lat to powrót około 700 tysięcy z nich. To zaledwie cząstka utraconych, ale kilka stanów oferuje firmom ulgi i dodatki mające cały proces przyspieszyć. Znaczący był rok 2014, gdy saldo miejsc pracy utraconych w wyniku przenosin produkcji poza granice i powstałych w kraju w wyniku amerykańskich i zagranicznych inwestycji wyniosło plus 10 tysięcy. Był to pierwszy pozytywny wynik w tym sektorze od 20 lat.

    W 2013 roku Whirlpool zdecydował się przenieść produkcję komercyjnych pralek z Meksyku do USA. Produkująca windy firma Otis zdecydowała się zrobić to samo. Następnie podobne plany ogłosił Caterpillar. Przykładów jest więcej.

    Wśród największych eksporterów światowych, USA znajdują się w czołówce pod względem opłacalności produkcji - informuje Boston Consulting Group, która wzięła pod uwagę nie tylko koszt zatrudnienia, ale również ceny energii i gazu, znacznie niższe w USA i obniżające końcową cenę produktów.

    Kolejne elementy mające wpływ na poprawę sytuacji to patriotyzm i tworzenie pozytywnego wizerunku korporacji. Już około 45 procent badanych przez Gallupa przyznaje, że robiąc zakupy stara się wybierać rodzime produkty. 64 procent respondentów gotowych jest zapłacić za nie wyższą cenę, jeśli nie będą one odbiegać jakością od zagranicznych. To wszystko ma wpływ na coraz częstsze powroty firm do kraju, choć na razie nie jest to zjawisko masowe. To jednak tylko jedna strona medalu.

    Przywrócenie utraconych miejsc pracy w przemyśle to dla wielu dobry pomysł. Oznacza bowiem, że młody mężczyzna bez perspektyw na wyższe wykształcenie mógłby prosto po szkole średniej rozpocząć wykonywanie konkretnego zawodu, przez kolejne kilkadziesiąt lat utrzymywać rodzinę na przyzwoitym poziomie, po czym w wieku 55 - 60 lat przejść na zasłużoną emeryturę. Tak, jak to było kiedyś. Te czasy minęły jednak bezpowrotnie i żaden polityk nie jest w stanie tego zmienić. Powinniśmy bowiem odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Czy powracające zakłady produkcyjne działają na podobnych zasadach jak wcześniej? Czy dają zatrudnienie na takim samym poziomie? Czy pozwalają na podobny zarobek?

    Praca wraca, ale jaka?

    Większość firm na budowę swych zakładów wybiera regiony, gdzie obowiązują prawa ograniczające wpływy związków zawodowych, tzw. right to work states. To z kolei oznacza, że zarobki są tam znacznie niższe. Gdyby nie to, mało która fabryka przywróciłaby rodzimą produkcję. Po przeliczeniu inflacji obecne wynagrodzenie szeregowego robotnika jest teraz bowiem niższe, niż to z 1985 roku - donosi Bureau of Labor Statistics.

    Oczywiście przywracanie miejsc pracy jest zjawiskiem pozytywnym Korzystają na tym zwłaszcza te miasta, które po podpisaniu układu NAFTA utraciły ich tysiące, gdy z dnia na dzień właściciele zakładów uciekali z produkcją za granicę.

    Jednak jakość oferowanych świadczeń w powracającym przemyśle jest w większości przypadków niższa i w bardzo niewielkim stopniu zaspokaja podstawowe potrzeby pracowników i ich rodzin.

    Spójrzmy na Tennessee, stawiane często jako przykład wzorowych rozwiązań dla inwestorów. To stan, w którym operuje wiele nowych zakładów produkcyjnych, zwłaszcza z branży motoryzacyjnej.

    Jednym z nich jest fabryka General Motors, która swym istnieniem podważa narzekania osób mówiących, że w Stanach Zjednoczonych nic się już dobrego nie produkuje. Powstaje tam bowiem jeden z najlepiej sprzedających się samochodów tej korporacji - Cadillac SRX - do tej pory składany w Meksyku. W halach o powierzchni prawie 7 mln. stóp kwadratowych pracuje ponad 3 tysiące osób i każdego miesiąca dochodzą kolejne. Ponieważ działają tam związki zawodowe, to świeżo zatrudniany pracownik może liczyć na prawie $20/godz. na start, udziały w zyskach, dobre ubezpieczenie zdrowotne, plan emerytalny i znaczące podwyżki z upływem czasu. Dla przyjętych do pracy to nagła, pozytywna zmiana w życiu.

    Fabryka GM jest jedną z wielu nowych w Tennessee, ale jedną z niewielu działających na takich zasadach. Większość pozostałych funkcjonuje podobnie do producenta podzespołów Magnetti Marelli, należącego do Fiat Chrysler Auto. Gdy w 2013 roku rozpoczęto tam wytwarzanie części, to od pracowników wymagano 12 godzinnych zmian, często siedem dni w tygodniu, przy stawce wynoszącej nieco ponad ustawowe minimum. Fabryka ta nie ma związków zawodowych, jak większość w tamtym rejonie. Na brak chętnych do pracy jednak nie narzeka, bo bezrobocie w okolicy jest bardzo wysokie. Między innymi dlatego w stanach takich jak Tennessee w zakładach branży motoryzacyjnej, które nie posiadają związków zawodowych, wynagrodzenie obniżyło się o 14 procent w okresie ostatnich 10 lat. Nie można więc powiedzieć, że nowe miejsca pracy porównywalne są do utraconych przed laty.

    Dlaczego wracają

    Jest wiele powodów, dla których kompanie decydują się na powrót do USA. Na przykład w Chinach rośnie wynagrodzenie i coraz trudniej jest kontrolować jakość wytwarzanych produktów. Do tego transport zajmuje sporo czasu i najbardziej opłacalne jest wytwarzanie dużych ilości różnych dóbr. Niektórym to nie odpowiada. Na miejscu można produkować mniej, szybciej, łatwiej dostosowując się do potrzeb rynku.

    Na początku tego wieku firma 9to5 Seating, wytwarzająca krzesła biurowe, przeniosła produkcję z Kalifornii do Chin. Globalne problemy ekonomiczne doprowadziły jednak do zamknięcia tam wielu fabryk i utraty wykwalifikowanych pracowników. Dodatkowo dewaluacja lokalnej waluty sprawiła, że podwyższył się koszt produkcji. Postanowiono więc wrócić do USA, ale do jednego z centralnych stanów, skąd można szybko wysyłać produkt w każde miejsce. Dodatkowym warunkiem opłacalności przedsięwzięcia była automatyzacja produkcji, dzięki której praca wykonywana w Chinach przez 22 osoby w Tennessee wymagałaby zaledwie pięciu. Do tego doszły ulgi i dodatki oferowane przez władze stanu. I tak w Union City powstała nowa firma, choć w miejscu likwidowanej fabryki Goodyear. Zatrudnia zaledwie 40 osób, choć w planach jest praca dla 80. Początkowa stawka to 9 dolarów na godzinę, minimalne świadczenia. Biorąc pod uwagę ograniczenie liczby pracowników opłacalność przedsięwzięcia porównywalna do działalności w Chinach.

    Jednak stawki te, mimo że wyższe od minimalnych w Tennesse, w najmniejszym stopniu nie przypominają unijnych, a tym bardziej znanych sprzed lat. Dziś ponad 600 tysięcy pracowników przemysłowych w USA zarabia ok. $9.50 na godzinę lub mniej, co stanowi o 7.7 proc. niższe wynagrodzenie od średniej krajowej. Kiedyś praca w fabryce gwarantowała stawki wyższe od średniej, tym samym pozwalała na w miarę dostatnie życie.

    Roboty przejmą naszą pracę

    Wspomniana wcześniej automatyzacja produkcji to kolejny powód, dla którego powracające fabryki nie przyczynią się do uratowania klasy średniej i w znaczącym stopniu nie wpłyną na spadek bezrobocia. Produkcja przemysłowa, która jeszcze niedawno napędzała Amerykę, już wkrótce wykonywana będzie niemal w całości przez roboty przemysłowe. Popełniają mniej błędów, nie potrzebują wakacji i przerw na lunch. Nie trzeba za nie płacić na social security, wykupywać ubezpieczeń, etc. Nikt nie ma wątpliwości, że wkroczyliśmy w erę automatyzacji, od której nie ma odwrotu. Niedawny raport Oxfordu mówi, że w okresie najbliższych 20 lat z powodu robotyzacji liczba miejsc pracy w przemyśle amerykańskim spadnie o kolejne 45 procent, a podobne badania Boston Consulting Group mówią o 22 proc. do 2025 r. Czy nam się to podoba, czy nie, pracę robotników fabrycznych stopniowo przejmują maszyny.

    Właśnie dlatego naciskanie na powrót fabryk nie jest najlepszym, długoterminowym rozwiązaniem dla tej części mieszkańców USA, których określa się mianem klasy średniej. Niezależnie, jak dobrze hasła tego typu brzmią w ustach polityków walczących o nasze głosy, nie jesteśmy w stanie zatrzymać postępu techniki.

    Co wcale nie musi być złą wiadomością.

    Zwróćmy uwagę, że latach 1970-2010 Produkt Krajowy Brutto zwiększył się w USA trzykrotnie, mimo ucieczki większości fabryk i wzrostu liczby mieszkańców. Choć dla milionów byłych robotników fabrycznych był i wciąż jest to bardzo ciężki okres, to dla przyszłych pokoleń oznacza to nadzieję na lepsze. Wystarczy uświadomić sobie, że dobrze płatne prace w przemyśle nie wrócą i tylko zmiana sposobu myślenia i umiejętność przewidywania przyszłych potrzeb rynku pracy może wpłynąć na poprawę sytuacji. Świat zmienia się i naiwnością jest wiara w powrót starego porządku. Trzeba się dostosować. Dobrze płatna praca klasy średniej to już nie linia montażowa w fabryce samochodów, ale raczej programowanie robotów, tworzenie do nich oprzyrządowania i testowanie ich umiejętności. Postęp wymaga planowania i przewidywania. Ekonomia przyszłości związana jest z nowoczesnymi technologiami, informatyką, komputerami, a nie zajęciami z poprzedniego wieku, które raczej nie wrócą.

    Ray Kurzweil, znany futurysta i inżynier z Google mówi:

    Bardzo łatwo jest wskazać zajęcia, które znikną w wyniku rozwoju automatyzacji. Jednak nie ma się czym martwić, bo w ich miejsce powstaną nowe. Ludzie pytają: Jakie? Nie wiem. Jeszcze nie zostały wymyślone i stworzone. Sześćdziesiąt pięć procent Amerykanów wykonuje dziś zajęcia, które nie istniały 25 lat temu. Dwie trzecie populacji USA w 1900 roku pracowało na farmach lub w fabrykach.

    Oczywiście istnieją inne teorie. Na przykład mówiąca o tym, że dzisiejsza kurcząca się i upadająca klasa średnia, w większości robotnicy fabryczni, a także ich następcy w przyszłym pokoleniu, nie dostosują się do zachodzących zmian. Podejmą się każdej, jakiejkolwiek pracy, byle tylko przetrwać, powiększając tylko zastępy najuboższych. Ale to już czarny scenariusz, miejmy nadzieję mało prawdopodobny.

    Na podst. theweek, marketwatch, theatlantic, usatoday, slate.com

    opr. Rafał Jurak

    Czytaj wiecej
  • Fabryka Skittles przenosi produkcję do Yorkville

    Monitor 06/17/2016

    Produkcja Skittles, doskonale znanych kolorowych owocowych cukierków, w przyszłym tygodniu zostanie uruchomiona w Yorkville.

    Koszt budowy nowoczesnej fabryki wyniósł $50 milionów, ponieśli go właściciele firmy Wm. Wrigley Jr. Co, która jest częścią spółki Mars, produkującej czekoladki M&Ms, Twix i Dove.

    Skittles wcześniej produkowane były w miasteczku Waco, w Teksasie, podobnie jak cukierki Starburst i batoniki Snickers. Skittles nadal będą produkowane w Teksasie, ale nowa linia produkcyjna w Yorkville, położonym 50 mil na południowy zachód od Chicago, pomoże firmie nadążyć za popytem.

    Skittles to najlepiej sprzedające się słodycze nie zwierające czekolady w całych Stanach Zjednoczonych.

    Firma Wrigley otrzymała ponad 3 miliony dolarów w ramach rozwoju projektu od stanu Illinois.

    W nowej fabryce znajdzie zatrudnienie 75 pracowników, w dodatku do już istniejących 300 miejsc pracy osób zatrudnionych przy produkcji gum, takich jak Juicy Fruit, Doublemint i Life Savers.

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Gubernator Bruce Rauner znosi podatek na tampony

    Monitor 08/26/2016

    Bruce Rauner podpisał ustawę eliminującą podatki od sprzedaży kobiecych produktów higienicznych.

    Republikański gubernator podpisał ustawę znoszącą tzw. "różowy podatek" na artykuły takie jak tampony i podpaski w piątek. Zmiana wejdzie w życie 1 stycznia.

    Illinois jest trzecim stanem, po Nowym Jorku i Connecticut, które w tym roku wyeliminowało ten podatek.

    Pomysłodawcą tego projektu była demokratka Melinda Bush z Grayslake. Mówi, że zamierza omówić także kwestię podatków na inne produkty, które kobiety muszą kupować, a mężczyźni nie.

    Urzędnicy Illinois nie odpowiedzieli na pytanie, o ile uszczupli to roczne przychody stanu.

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Gubernator Rauner zarobił 188 milionów w 2015 roku

    Monitor 11/11/2016

    Bruce Rauner opublikował swoje rozliczenie podatkowe za rok 2015, ujawniając, że wspólnie z żoną Dianą uzyskali ponad 188 milionów dolarów dochodu, co stanowi ogromny skok w stosunku do poprzedniego roku, gdy ich wspólny dochód wyniósł 58 milionów.

    Długoletni inwestor kapitałowy, Rauner zapłacił ponad 50 milionów podatków federalnych i stanowych, łączna stawka podatkowa wyniosła 26 procent.

    Prawo stanowe nie wymaga od gubernatora ujawniania swoich rozliczeń podatkowych, ale wielu wysokich rangą urzędników i polityków rutynowo dzieli się tymi informacjami ze społeczeństwem.

    Majątek Raunera szacowany jest na 500 milionów dolarów. 

    Monitor

    Czytaj wiecej
  • Handlowcy o podatku od toreb na zakupy

    Monitor 11/11/2016

    Handlowcy negocjują z administracją burmistrza Emanuela zaproponowany przez niego 7-centowy podatek od jednorazowych toreb na zakupy. Niektórzy radni zapowiadają swój sprzeciw.

    Stawka ma wynieść 7 centów od każdej jednorazowej torby plastikowej albo papierowej, w którą będą pakowane zakupy w sklepach na terenie Chicago. Handlowcy będą mogli zatrzymać dwa centy z tych siedmiu. Muszą także wykazać ten podatek na paragonach wydawanych klientom. I tu pojawia się problem.

    Tanya Triche, wiceprezes i doradca Illinois Retail Merchants Association, stowarzyszenia handlowców w Illinois, powiedziała, że spełnienie tego warunku ważnego dla celów rozrachunkowych może być trudne dla małych detalistów .

    "Jest wiele rzeczy, które można umieścić na paragonie, ale ogranicza to obecne oprogramowanie. Problemy mogą napotkać niektórzy z mniejszych detalistów, którzy mogą nie mieć zdolności zmiany tego systemu" - powiedziała Triche.

    Trzy lata temu Illinois Retail Merchants Association naciskało na wprowadzenie 10-centowego podatku od papierowych toreb, których produkcja kosztuje trzy razy więcej niż plastikowych. Podatek miałby umożliwić detalistom odzyskać koszty i zachęcić konsumentów do przynoszenia toreb na zakupy wielokrotnego użytku.

    Radny z 1. dzielnicy Joe Moreno, który przyczynił się do wprowadzenia dwa lata temu częściowego zakazu używania jednorazowych plastikowych toreb w Chicago, był przeciwko wprowadzeniu podatku.

    Twierdził on wówczas, że handlowcy mogą nakładać dodatkowe opłaty za jednorazowe torby i radni nie chcieli się jeszcze narażać mieszkańcom wprowadzając dodatkowych podatek.

    Ale burmistrz Rahm Emanuel zmienił zdanie, ponieważ częściowy zakaz używania jednorazowych toreb plastikowych zamienił się w farsę po tym, jak duże sieci takie jak Target i Jewel- Osco przeszły do grubszych plastikowych toreb, które mogą pomieścić do 22 funtów i nadają się do ponownego użycia co najmniej 125 razy.

    Tanya Triche, wiceprezes i doradca Illinois Retail Merchants Association, powiedziała, że detaliści zgodzą się na 7- centowy podatek od toreb, z którego przypadną im 2 centy, pod warunkiem, że burmistrz Rahm Emanuel zgodzi się na zniesienie zakazu plastikowych toreb.

    "Chcemy, aby nam pozwolono wrócić do cieńszych plastikowych toreb, które wcześniej zapewnialiśmy klientom. Cienkie plastikowe torebki kosztują 1 lub 2 centy. Te grubsze od 7 do 12 centów. Więc jest to duża różnica. Moglibyśmy obciąć koszty" - powiedziała Triche.

    "Mam nadzieję, że ludzie będą w końcu używać mniej toreb" - dodała.

    Radni Moreno i John Arena już zadeklarowali swój sprzeciw wobec 7-procentowego podatku od jednorazowych plastikowych toreb na zakupy i to nie dlatego, że dotknie on konsumentów, ale ze względu na środowisko.

    Ich zdaniem, jeśli przepisy mają coś zmienić w tym względzie i zatrzymać głównych detalistów przed obchodzeniem częściowego zakazu używania plastikowych toreb, to miasto powinno wprowadzić całkowity zakaz ich używania i nałożyć 10- centowy podatek na torby papierowe.

    Kiedy w Waszyngtonie wprowadzono 5-centowy podatek od jednorazowych toreb, konsumenci zmniejszyli wykorzystywanie ich o połowę. Zwolennicy opodatkowania toreb w Chicago liczą na podobny rezultat.

    Obowiązujący częściowy zakaz używania jednorazowych toreb plastikowych w Chicago radni uchwalili w maju 2014 roku. W myśl tych przepisów handlowcy są zobowiązani zapewnić klientowi torbę papierową albo plastikową wielokrotnego użytku. Jeżeli tego nie zrobią, zapłacą karę w wysokości od 50 do 150 dolarów, a za złamanie zakazu używania plastikowych toreb – od 150 do 250 dolarów za każdą “reklamówkę”.

    Wielkopowierzchniowe sklepy, takie jak Jewel-Osco, oferują klientom papierowe torby albo plastikowe wielokrotnego użytku, które wytrzymają ciężar 22 funtów i mogą być używane nawet 125 razy.

    3.7 miliona plastikowych toreb każdego dnia – tyle według obliczeń ekologów zużywają mieszkańcy Chicago. Czas ich rozkładu sięga nawet kilkuset lat, a używane są często jedynie przez kilka minut. “Każdego dnia nasze ulice, nasze chodniki, nasze parki zapełniają się tymi torbami” – powiedział radny Joe Moreno, pomysłodawca wprowadzenia zakazu.

    “Są okropne dla naszego środowiska” – dodał. Radny Moreno nazywa plastikowe torebki „reliktem przeszłości”, zauważając, że dostępne są inne opcje, na przykład torby wielokrotnego użytku.

    Torby wielokrotnego użytku produkowane są z materiałów ulegających biodegradacji i surowców odnawialnych.

    JT

    Czytaj wiecej
  • Kapsuła czasu otwarta w Gurnee Mills

    Monitor 08/12/2016

    Centrum handlowe Gurnee Mills świętuje swoje 25-lecie. Podczas uroczystych obchodów otwarta została kapsuła czasu, umożliwiając chwilowy powrót do przeszłości.

    Kapsuła została zakopana w dniu, kiedy otwarto centrum, czyli 9 sierpnia 1991 roku.

    W czasie uroczystego otwarcia burmistrz Gurnee, Kristina Kovarik, ostrożnie wyciągała każdy przedmiot z kapsuły i pokazywała go zgromadzonej publiczności.

    Większość przedmiotów to rzeczy z nazwą centrum handlowego, takie jak ulotki, torby na zakupy, koszulki, a także zdjęcia z ceremonii otwarcia, wizytówki czy lokalne gazety.

    Zawartość kapsuły zostanie wystawiona w tym tygodniu w środku centrum, przy wejściu E.

    W środku znajdowały się między innymi:
    - lokalna gazeta z 8 sierpnia 1991 roku
    - wstążka z imprezy otwarcia Gurnee Mills
    - torebka na pas tzw. fanny pack
    - kaseta magnetofonowa
    - koszulka z napisem Gurnee Mills
    - pamiątkowy kubek
    - inauguracyjna gazetka Gurnee Mills
    - pudełko płatków śniadaniowych Wheaties z wizerunkiem Michaela Jordana
    - pamiątka z rozgrywek Chicago Bulls z 1991 roku

    Monitor

    Czytaj wiecej