----- Reklama -----

Monitor 01/06/2017

30 kwietnia 2016 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o lasach przyznająca lasom państwowym prawo pierwokupu gruntów leśnych zbywanych odpłatnie. Uprawnienie to ma pomóc osiągnąć planowane zwiększenie zalesienia powierzchni kraju. Nowa regulacja może utrudnić sam proces obrotu gruntami leśnymi z uwagi na jego wydłużenie, a w wyjątkowych sytuacjach – także możliwość kwestionowania ceny uzgodnionej przez strony.

Na czym polega prawo pierwokupu

Uprawnienie to oznacza, że w przypadku gdy właściciel nieruchomości stanowiącej las, będący osobą fizyczną, osobą prawną, czy podmiotem niemającym co prawda osobowości prawnej, ale posiadającym zdolność prawną, będzie chciał przenieść prawo własności nieruchomości stanowiącej las prywatny, to w każdym przypadku o planowanej transakcji będzie trzeba powiadomić właściwą jednostkę organizacyjną Lasów Państwowych (nadleśniczego), która będzie mogła – z pominięciem planowanego nabywcy – nabyć nieruchomość leśną za cenę co do zasady ustaloną przez strony transakcji.

Definicja lasu prywatnego

Za las prywatny są uznawane nieruchomości, które oznaczone zostały jako las w ewidencji gruntów i budynków, albo przeznaczone do zalesiania w miejscowym planie zagospodarowania terenu, albo – w decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Ponadto lasem prywatnym będą nieruchomości objęte uproszczonym planem urządzenia lasu lub tzw. lasy rozdrobnione o pow. do 10ha, dla których decyzja starosty wydana na podstawie inwentaryzacji stanu lasów określa zadania z zakresu gospodarki leśnej.

Nie tylko sprzedaż

W przypadku gdy do przeniesienia własności ma dojść wskutek zawarcia umowy innej niż umowa sprzedaży lub wskutek jednostronnej czynności prawnej, Lasy Państwowe zachowują prawo do nabycia nieruchomości, „za zapłatą równowartości pieniężnej”. Ustawa wskazuje, w jaki sposób należy wyliczyć ową równowartość.

Po pierwsze: wartość gruntu leśnego może wynikać z treści czynności prawnej (tj. być podana przez jej strony). W takiej sytuacji Lasy Państwowe będą obowiązane do zapłaty tej właśnie kwoty.

Jeśli z treści umowy nie wynika wartość nieruchomości, Lasy Państwowe, w imieniu których działa nadleśniczy, określą ją stosownie do przepisów ustawy o gospodarce nieruchomościami, tj. na podstawie operatu szacunkowego. W takiej sytuacji właściciel, który nie zgadza się z ustaloną kwotą, w terminie 14 dni od otrzymania informacji nt. ustalonej wartości nieruchomości, może wystąpić do sądu o ustalenie wartości nieruchomości.

Wyłączenia

Nowych przepisów nie stosuje się m.in. kiedy nabywcami nieruchomości są: małżonek zbywcy, krewni lub powinowaci w linii prostej bez ograniczeń a w linii bocznej do trzeciego stopnia, osoba związana ze zbywcą z tytułu przysposobienia, opieki lub kurateli. Podobnie w razie dziedziczenia omawiane przepisy nie znajdują zastosowania. Prawo pierwokupu nie obejmuje wreszcie sytuacji, w których nabywcą nieruchomości jest jednostka samorządu terytorialnego, kiedy dochodzi do zbycia gospodarstwa rolnego.

Wykonanie prawa

Niezwłocznie po zawarciu umowy sprzedaży lub innej umowy objętej nową regulacją, strony umowy (zbywca w przypadku sprzedaży) zawiadamiają o jej treści właściwego nadleśniczego. Nadleśniczy ma miesiąc na wykonanie prawa pierwokupu lub uprawnienia do nabycia własności za jej równowartość. Oświadczenie w przedmiocie wykonania prawa składane jest w formie aktu notarialnego. Ponieważ Nadleśniczy sam nie podejmuje decyzji o skorzystaniu z przyznanego mu uprawnienia (wymagana jest do tego zgoda Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych, uzyskiwana za pośrednictwem właściwego terytorialnie Regionalnego Dyrektora Lasów Państwowych), należy liczyć się z tym, że nowe uprawnienie Lasów Państwowych będzie realnie opóźniało transakcje na rynku.

Cena odbiegająca od wartości rynkowej

Samo prawo pierwokupu stanowi pewną niedogodność, jednak nie powinno ujemnie wpływać na sam rynek nieruchomości leśnych. Natomiast największe wątpliwości, z punktu widzenia prywatnych właścicieli, może budzić regulacja z art. 37g znowelizowanej ustawy o lasach, która dopuszcza możliwość kwestionowania przez Nadleśniczego ustalonej ceny sprzedaży lub wartości gruntu. Otóż zgodnie z tym przepisem, jeżeli nadleśniczy uzna, że cena określona w umowie sprzedaży lub odpowiednio w innej umowie, lub też jednostronnej czynności prawnej, rażąco odbiega od wartości rynkowej gruntu, w szczególności przekracza jej wartość określoną przez rzeczoznawcę majątkowego, Nadleśniczy może, w terminie 14 dni od dnia złożenia oświadczenia w przedmiocie skorzystania z prawa pierwokupu, wystąpić do sądu o ustalenie ceny tego gruntu. Sąd natomiast w odpowiedzi na taki wniosek ma ustalić cenę w oparciu o wartość nieruchomości określoną zgodnie z przepisami o gospodarce nieruchomościami. Trudno wyrokować na tym etapie, jakie praktyczne znaczenie będzie miała ta regulacja, ale z całą pewnością może ona budzić uzasadniony niepokój. W praktyce daje bowiem narzędzie do wpływania przez Lasy Państwowe na transakcyjną cenę nieruchomości leśnej. Pozostaje mieć nadzieję, że przepis ten będzie stosowany wyłącznie w odniesieniu do transakcji, gdzie cena rzeczywiście jest rażąco zawyżona, a nie do takich – gdzie cena ustalona przez stronny jest po prostu inna niż kwota wynikająca z operatu szacunkowego.

Justyna Witas-Chłopek
radca prawny
tel. +48 12 307 02 66
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komentarz (0) Odsłony: 113

To nagranie wideo szokuje na całym świecie. Wyraz potępienia popłynęły z Białego Domu. Brutalne zdarzenie, do którego doszło na zachodzie Chicago, transmitowane było na żywo na Facebooku. Napastnicy są czarnoskórzy a torturowany przez nich mężczyzna biały.

Cała czwórka oprawców, dwóch osiemnastolatków i dwie siostry, została aresztowana i oskarżona w związku z wielogodzinnym torturowaniem 18-letniego niepełnosprawnego umysłowo mieszkańca północnych przedmieść Chicago. Prokuratura postawiła im także zarzuty przestępstwa dokonanego z nienawiści. Na nagraniu padają przekleństwa pod adresem „białych ludzi” i Donalda Trumpa.

Na filmie nagranym smartfonem, który zobaczyły miliony ludzi na całym świecie, widać jak młody mężczyzna, który jest związany i zakneblowany, jest bity, kopany, przypalany papierosem, zmuszany do picia wody z toalety. Napastnicy obcinają mu włosy i ranią nożem jego skalp. Torturowany upośledzony mężczyzna jest zakrwawiony. Przerażony krzyczy. Błaga o litość. “Dlaczego to robicie?”.

Oprawcy każą mu powtarzać: "Kocham czarnoskórych". Słychać jak jeden z 18-latków wykrzykuje przekleństwa pod adresem prezydenta elekta i białych: "F-Trump" i "F-white people".

Transmisja na żywo na Facebooku trwała 30 minut, ale 18-latek z Crystal Lake był torturowany przez około 6 godzin przez 18-letniego Jordana Hilla z Carpentersville i trójkę z Chicago: 18-letniego Tesfaye'a Coopera, 18-letnią Brittany Covington, 24-letnią Tanishię Covington. Wszyscy w piątek staną przed sądem.

Atak na 18-latka miał miejsce w domu sióstr Covington przy 3300 West Lexington na zachodzie Chicago. Jordan Hill znał torturowanego 18-latka ze szkoły w Aurorze na zachodnich przedmieściach. W sylwestra rodzice odwieźli go pod McDonald's w Streamwood, tam miał spotkać się z Hillem, który zaprosił go na nocleg do domu. 

Podjechał skradzionym vanem. Przez trzy kolejne dni Hill z osiemnastolatkiem odwiedzał jego znajomych. Późniejsza ofiara spała w samochodzie.

We wtorek przyjechali do domu sióstr Covington przy 3300 West Lexington na zachodzie Chicago. To właśnie w tym mieszkaniu doszło do tortur upośledzonego 18-latka. Związali go i zaciągnęli w róg mieszkania. Stąd przeprowadzana jest transmisja na żywo w internecie.

Jedną z sąsiadek zaniepokoiły dźwięki wydobywające się z mieszkania i zagroziła, że zadzwoni na policję. Wtedy siostry skopały jej drzwi i ukradły jakieś rzeczy. Policja pojawiła się na miejscu o godz. 5.15 po południu i aresztowała siostry. Ofiara ich tortur uciekła zanim przybili funkcjonariusze. 

Około godz.5.30 po południu we wtorek jeden z policjantów zauważył osiemnastolatka  przy 3400 West Lexington Street. Wyglądający na zagubionego mężczyzna był zakrwawiony i mimo mrozu miał na sobie tylko podkoszulek, szorty i klapki na nogach. Był wyraźnie zdezorientowany i w szoku. Odwieziono go do szpitala.

Wkrótce ustalono, że to poszukiwany nastolatek ze Streamwood. Rodzice zgłosili zaginięcie syna po tym, jak nie wrócił do domu. Niepokoiło ich to, że nie wziął lekarstw. Otrzymali też wiadomość tekstową od kogoś, kto twierdził, że przetrzymuje ich syna.

Cała czwórka sprawców przyznała się do winy. Na razie nie upubliczniono, czy powiedzieli, jakim kierowali się motywem.

Tylko 24-letnia Tanishia Covington miała w przeszłości problemy z prawem. Była aresztowana i stanęła przed sądem za kradzież w sklepie w 2005 r., pobicie w 2009 r. i przemoc domową w 2014. W kwietniu ub. roku dostała wyrok w zawieszeniu. 

Komendant Eddie Johnson mówił na konferencji prasowej ogłaszając aresztowanie sprawców, że nawet po ponad 20 latach służby w policji "robi mu się niedobrze jak ogląda takie nagrania, jak to z tortur 18-latka".  

"Zastanawiasz się, dlaczego ludzie robią takie rzeczy innym. Jestem policjantem od ponad 20 lat i widziałem rzeczy, których nie powinniście nigdy widzieć, nie powiem, że to mnie zaszokowało, ale na pewno robi się niedobrze" - mówił.

Nagranie szokuje, bulwersuje i przeraża. Wiele pytań pozostaje na razie bez odpowiedzi. Wyraz potępienia popłynęły z Białego Domu.

"Podły" - tak czyn czwórki czarnoskórych torturujących białego mężczyznę określił m.in. prezydent Barack Obama, który udzielił wywiadów wyjątkowo pięciu różnym stacjom telewizyjnym z Chicago.

W swoim komentarzu nawiązał do eskalacji przemocy w naszym mieście. Chicago jest dziwnym wyjątkiem w skali kraju, jeżeli chodzi o przestępczość - stwierdził. "Na ironię w miastach w całym kraju odnotowano historycznie niski wskaźnik przestępczości" - stwierdził w rozmowie udzielonej telewizji ABC7. Natomiast w wywiadzie ze stacją WGN powiedział, że jest sfrustrowany skalą przestępczości kryminalnej w Chicago. "Znam te społeczności i kocham, mieszka tam wielu dobrych ludzi" - dodał.

JT

Komentarz (0) Odsłony: 190

Rok 2016 chyba wszyscy zapamiętamy. Każdy z innego powodu. A może nie? Przecież w poprzednich latach wydarzyło się sporo, a dziś mało z tego pamiętamy. Ważne jest również w jakiej części świata żyjemy. Spójrzmy choćby na języki i najważniejsze w nich wyrazy.

W USA określenie roku ma wydźwięk pejoratywny, nacechowane jest negatywnymi emocjami i odzwierciedla jeden z niechlubnych elementów zakończonej już kampanii wyborczej. “Post truth” nawet bez tłumaczenia brzmi groźnie. Rok pod wieloma względami nie był najlepszy, podzielił nas, osłabił. Ale to nie znaczy, że reszta świata postrzega 2016 podobnie.

W Japonii słowem roku, a właściwie znakiem, wybrano “kin”, określające pieniądze lub złoto. Opinia publiczna głosując na to określenie nawiązała do rekordowej liczby medali olimpijskich dla tego kraju, afery związanej z nadużyciami w publicznych funduszach, a także koloru włosów Donalda Trumpa, wkrótce prezydenta. Serio, Japończycy wydają się spoglądać na świat inaczej, bardziej różowo, i nawet w nienajlepszych wiadomościach starają się dostrzec coś pozytywnego.

Dobrym źródłem poznania myśli innych mieszkańców naszej planet jest wyszukiwarka google. W Europie w ostatnich 12 miesiącach jednym z najczęściej wpisywanych do niej słów była “ksenofobia”. Oczywiście związane to jest z problemem uchodźców, ale w inny sposób, niż moglibyśmy się domyślać. Tak naprawdę to wiadomość ta jest dobra, oznacza, że ludzie jeszcze są w stanie dostrzec u siebie i innych niebezpieczne emocje.

Naukowcy z Cambridge Dictionary w 2016 roku też obserwowali wzrost zainteresowania poszczególnymi słowami i wyrażeniami we własnych wydawnictwach i na stronach internetowych. Zwyciężyło “paranoidalny”. Moglibyśmy nad tym fenomenem zastanawiać się długo, ale wystarczy rozejrzeć się wokół i wszystko zaczyna być jasne.

O wybranym na słowo roku “post truth” przez Oxfrod dużo pisaliśmy i słyszeliśmy, więc przechodzimy dalej, zwłaszcza że wspomniane było na początku tego tekstu. Przenosimy się do Norwegii, gdzie wybór padł na “hverdagsintegrering”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza codzienną integrację. Określenie to stało się popularne po wystąpieniu tamtejszej premier, która na początku roku zwróciła uwagę na światowy chaos i spokój w jej kraju. Zachęcała do stopniowej integracji z uchodźcami. Małymi krokami. Zabrania nowego dziecka w szkole na trening piłki nożnej razem z synem lub córką. Zatrudnienie w firmie osoby o egzotycznym nazwisku, nawet uśmiechnięcie się do nowoprzybyłego spotkanego na zakupach. W ubiegłym roku do Norwegii dotarło kilkadziesiąt tysięcy osób z Bliskiego Wschodu, co dla tego niewielkiego, północnego kraju było sporym wydarzeniem. Norwegowie uważnie obserwują wydarzenia w innych krajach i mają się na baczności, jednocześnie nie przeszkadza im to w wyrażaniu życzliwości i pomocy innym.

W Chinach też bawiono się w podobny sposób. Mam na myśli wybór słowa oczywiście. W przeprowadzonej tam ogólnokrajowej sondzie wybór padł na określenie “gui”, czyli prawo lub regulacja. Chińczycy czują, że rząd zaczyna ich w ostatnich latach nieco bardziej kontrolować. Po okresie odwilży wszystko tam wraca do normy.

Jest jeszcze jedno określenie, wyróżnione w Chinach w 2016 r. To “xiao mubiao”, co przetłumaczyć można na “małe kroczki”. Nie chodzi wcale o jakąś nową formę treningu, czy zabawy. Sprawa jest poważna i dla przeciętnego mieszkańca zachodu, do niedawna najbardziej zamożnej części świata, już mało zrozumiała, niestety. “Xiao mubiao” odnosi się do pierwszych kroków w biznesie. Jak powiedział w jednym z wywiadów najbogatszy mieszkaniec tego kraju, Wang Jianlin, należy wyznaczyć sobie niewielkie cele, a do bogactwa dochodzić małymi krokami. Na początek trzeba zarobić 100 milionów yuanów, czyli uwaga, ok. 14 milionów dolarów. Tak, uśmiechnąłem się najpierw o tym czytając, ponownie pisząc o tym tutaj. No bo jak się nie uśmiechnąć? Chyba podobna reakcja wystąpiła u wielu mieszkańców Chin, choć z różnych powodów. Dla jednych było to zabawne stwierdzenie, dla innych biznesowe objawienie i dobra rada. Wspólnymi głosami wybrano więc “małe kroczki” jako jedno z najważniejszych powiedzeń roku.

Austria pozostała przy polityce. Chyba. Nie jestem pewien. Wybrane przez ten kraj słowo roku to “bundespraesidentenstichwahlwiederholungsverschiebung”. Związane jest z wyborami, które są ciągle powtarzane i z różnych powodów unieważniane. Faktycznie, Austriacy do urn wędrowali w 2016 czterokrotnie, od kwietnia do grudnia. Długi okres, długie słowo. Prawie jak nazwa wulkanu w Islandii.

Jest jeszcze Australia. Kraj o którym słyszeli wszyscy, zna go mało kto. Żyją tam na uboczu najważniejszych wydarzeń globalnych, przynajmniej tak nam się wydaje. Potwierdza to wybrane tam określenie roku: “demokratyczna kiełbasa”. Proszę nie mylić jej z naszą “kiełbasą wyborczą”. Australijczykom chodzi o faktyczną wędlinę, grillowaną i serwowaną na bułce z dodatkami w punktach wyborczych. Ponieważ głosowanie jest tam obowiązkowe (w tym roku wzięło w nim udział 90 proc. społeczeństwa) to i kiełbasy zjada się sporo. Ponieważ kampania wyborcza w Australii była wyjątkowo długa jak na ten kraj (2 miesiące!), kandydaci nieciekawi, pogoda upalna, to uznano że najciekawszym elementem głosowania była kiełbasa. I tak zostało. Jak tu nie myśleć, że Australijczycy pochodzą z innej planety?

Żyjemy w wielkiej, globalnej wiosce, ale granice oddzielające różne kraje, kultury i języki wciąż funkcjonują. Wcale nie żyjemy tym samym, mamy różne spostrzeżenia i potrzeby. Fakt, w minionym roku większość spraw dotyczyła polityki, ale w jakże innym wymiarze, czego nie podejrzewalibyśmy oglądając wyłącznie amerykańskie media. Więc w Nowy Rok proponuję “małymi kroczkami”, zajadając “demokratyczną kiełbasę” i rozmyślając o “kin”. Będzie dobrze.

Miłego weekendu.
Rafał Jurak

Komentarz (0) Odsłony: 63

Nawet najbardziej komfortowe, najnowocześniejsze samoloty pasażerskie nie są w stanie zadowolić najbogatszych. Chcą latać szybko, dużo szybciej. Co najmniej z taką prędkością, z jaką było to możliwe do 2003 roku, gdy podróż między kontynentami można było pokonać na pokładzie Concorda. Chętnych, by słono płacić za możliwość lotu z prędkością co najmniej dwukrotnie większą niż jest to możliwe obecnie jest wielu. Już niedługo będą mieli taką możliwość.

Od czasu katastrofy naddźwiękowego Concorda w 2003 roku i uziemienia wkrótce potem wszystkich znajdujących się w eksploatacji maszyn upłynęło sporo czasu. Wydawało się, że na następcę nie trzeba będzie długo czekać, od wielu lat trwały bowiem w kilku krajach prace nad podobnymi, nowocześniejszymi samolotami pasażerskimi. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie nie jest aż tak wielkie, by usprawiedliwiać miliardy dolarów inwestowane w biura konstrukcyjne. Większość projektów zlikwidowano, kilka zawieszono. Na wiele lat najbogatsi tego świata zmuszeni zostali do podróżowania tak jak reszta z nas, z prędkością zaledwie 600 mil na godzinę, a nie jak wcześniej ponad 1,300.

Wiadomo było jednak, że taka sytuacja nie potrwa wiecznie. W końcu mamy postęp techniki, do tego człowiek musi stawiać sobie wyzwania. Dobrze, gdy znajdą się chętni, by takie projekty finansować.

Prób było i jest sporo. Krótko po wycofaniu Concorda ze służby pojawiło się kilka koncepcji samolotu naddźwiękowego drugiej generacji. W 2003 roku plany budowy ogłosiły firmy japońskie. Dwa lata później Japońska Agencja Kosmiczna rozpoczęła testy modelu samolotu w tunelu aerodynamicznym, który byłby w stanie zabierać na pokład 300 pasażerów i lecieć z prędkością Mach 2. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to wprowadzenie samolotu do służby przewiduje się na lata 2020–2025. Brytyjska firma Reaction Engines Limited jest zaangażowana w program badawczy LAPCAT, który to bada możliwość zaprojektowania napędzanego wodorem 300 miejscowego samolotu A2, zdolnego do lotu z prędkością powyżej Mach 5 non stop na trasie Bruksela – Sydney w przeciągu 4 godzin i 36 minut. Nad stworzeniem naddźwiękowca pracuje Lockheed Martin, który realizuje zamówienie firmy Supersonic Aerospace International. W maju 2008 roku została potwierdzona warta 3 mld dolarów przedsprzedaż naddźwiękowego biznesowego odrzutowca Aerion SBJ firmy Aerion Corporation. Projekt jest nadal aktualny, widoczny jest jednak brak postępów nad budową prototypu.

Najbliższy realizacji wydaje się więc projekt XB-1. W hangarze numer 14 na lotnisku Centennial w stanie Kolorado grupa inżynierów kończy budowę pierwszego od czasów Concorda samolotu pasażerskiego, pozwalającego podróżować z prędkością ponaddźwiękową. Dziewiczy lot samolotu zaplanowany jest już na koniec tego roku. Oczywiście testy potrwają chwilę, ale jeśli wszystko zakończy się sukcesem, to niedługo będziemy mieli do dyspozycji aż dwa modele samolotów naddźwiękowych nowej generacji – pasażerskie liniowce i znacznie mniejsze, korporacyjne odrzutowce.

Osoby regularnie korzystające z Concordów zwykły nazywać je “rakietami”. Po pierwsze ze względu na prędkość, ale także charakterystyczną falę uderzeniową (tzw. boom), która trzęsła budynkami na ziemi. Najgłośniej było podczas startów i lądowań. Koszt latania z taką prędkością był wysoki, zarówno dla pasażerów jak i dla planety. Potężne silniki spalały nieprawdopodobne ilości paliwa, za samolotem ciągnął się więc długi ogon trujących gazów i dymu. Jeśli dziś miałby powstać podobny samolot, to musiałby on zostać nieco zmodyfikowany i dostosowany do obecnych wymogów ochrony środowiska.

Mająca siedzibę w Denver korporacja o nazwie Boom Technology praw fizyki nie zmieni, ale dzięki zastosowaniu nowoczesnych rozwiązań jest podobno w stanie sprawić, że piętno pozostawiane na planecie przez jej samoloty naddźwiękowe będzie nieco mniejsze. Na pewno nie fala uderzeniowa, bo projektowany XB-1 będzie szybszy od Concorda. Przewidywana prędkość przelotowa to 1,600 mph, a więc fala dźwiękowa, czyli tzw. boom, jeszcze większy. Dlatego maszyna wykorzystywana będzie głównie na trasach, które niemal w całości przebiegać będą nad wodą – Pacyfikiem i Atlantykiem. Niewielkie odcinki nad lądem pokonywane mają być z tradycyjną prędkością obecnych samolotów pasażerskich, czyli w ślimaczym tempie ok. 600 mph. To również pozwoli na korzystanie z regularnych portów lotniczych, na których obowiązują zaostrzone w ostatnich latach przepisy dotyczące hałasu.

Jeśli chodzi o wygląd, to wiele się nie zmieni. Okazało się, że kształt Concorda był na tyle zaawansowany, że pod względem aerodynamiki niewiele można nowego zrobić. Samolot z Denver będzie bardzo podobny, choć mniejszy. Concord zabierał na pokład 100 pasażerów i obok pełnopokładowych samolotów liniowych wyglądał jak mniejszy, szczupły kuzyn. XB-1 będzie samolotem mogącym na początek pomieścić 50 osób.

Pod każdym innym względem nowy naddźwiękowiec będzie się różnił od pierwowzoru. Głównie dzięki tworzywom, które zastąpią popularne dotąd aluminium. Poszycie samolotu podobne będzie nieco do stosowanego w Boeingach 787, a także w projektowanych wahadłowcach kosmicznych nowej generacji. W ten sposób kadłub samolotu będzie nie tylko lżejszy, ale również bardziej odporny na wysokie temperatury. To ważne, bo w przypadku lotu z prędkością naddźwiękową powierzchnia samolotu nagrzewa się do ponad 300 st. F.

Drugą znaczącą zmianą będą silniki. W tej chwili nikt odpowiednich do tego celu nie produkuje. Boom Technology postanowiło wykorzystać istniejące rozwiązania i do swych potrzeb przystosować konstrukcję używaną w dzisiejszych samolotach pasażerskich. Na razie nie wiadomo, której firmy. Wiadomo jednak, że będzie on zmniejszony i na pewno znacznie bardziej oszczędny od stosowanego w Condcordach.

XB-1 będzie bardzo kosztowny w budowie i eksploatacji. Nie stanowi to jednak problemu, bo nie będzie to przecież samolot dla każdego.

Pomysł jest taki, by opuścić Nowy Jork o 6 rano, przybyć do Londynu na lunch, spędzić tam kilka godzin, a następnie zjeść kolację ponownie w Nowym Jorku. To właśnie trasy północnoatlantyckie mają liniom lotniczym przynieść odpowiedni dochód. Według badań opublikowanych przez Aviation Week zapotrzebowanie na nowoczesne, niewielkie naddźwiękowce będzie duże. Na początek potrzebnych będzie aż 350 samolotów wielkości XB-1.

Cena biletu

Po przeliczeniu kosztów okazało się, że cena miejsca w nowym samolocie podobna będzie do obecnego w biznes klasie regularnego samolotu pasażerskiego. Teoretycznie. Nikt bowiem nie wierzy, że linie lotnicze do tego się ograniczą. W końcu ludzie chcący latać z taką prędkością i w ciągu jednego dnia odwiedzać dwa kontynenty chcą być również postrzegani jako klasa wyższa. A za status płaci się więcej.

Kto pierwszy?

Niewielu chyba zaskoczy informacja, iż jako pierwszy w kolejce do zakupu 10 egzemplarzy odrzutowców firmy Boom jest Richard Branson i jego linie Virgin. W końcu od lat oferuje najbardziej ekskluzywne przeloty, obiecuje również loty w kosmos. Pierwszy miał się dobyć w 2009 roku. Wciąż czekamy…

Jeśli rzeczywiście pierwszym użytkownikiem XB-1 będą linie Virgin, to i tak poczekamy jeszcze parę ładnych lat. Choć pierwszy lot zaplanowany jest na koniec 2017 r. to z udziałem pasażerów prawdopodobnie odbędzie się nie wcześniej, niż w 2023. To tylko i aż sześć lat. Zważywszy na częste opóźnienia z tego typu projektami, wydaje się że data będzie bardziej odległa.

Co robią inni?

Samoloty Boom Technology są już na ukończeniu. Ale nie są to jedyne projekty. W Reno w stanie Nevada powstaje wspomniany wcześniej Aerion AS2. Choć prace nad nim zwolniły, to nie zostały wstrzymane. Jest to całkiem inny projekt, niektórzy twierdzą, że bardziej realistyczny. Firma Aerion we współpracy z Airbusem tworzy niewielki samolot naddźwiękowy o maksymalnej prędkości 1,000 mph. W porównaniu z XB-1 to niewiele. Jednak wciąż dużo szybciej niż obecnie. Podróż z Paryża do Waszyngtonu skróci się z 7 godzin 50 minut do 4 godzin 45 minut. Również konstrukcja kadłuba bardziej przypominała będzie obecne samoloty, konstruktorzy AS2 zrezygnowali z charakterystycznego, wrzecionowatego kształtu i wzorowanych na Concordach skrzydeł. Mniejsza prędkość pozwoli na przeloty nad lądem bez wzbudzania fali dźwiękowej, właściwie to będzie ona powstawała, ale do ziemi już nie dotrze.

Żadne daty nie są jednak znane. Możemy domyślać się jedynie, iż prace nie są tak zaawansowane jak w przypadku Boom Technology i na Aeriona poczekamy nieco dłużej. Wiele osób nie może się już jednak doczekać. AS2 będzie bowiem typowym naddźwiękowcem dla elit - niewielkim, ekskluzywnym i superwygodnym, podobnym do obecnie używanych Gulfstreamów i francuskich Dassault Falcon 8X, które kosztują od 58 do 67 milionów dolarów. AS2 wyceniony został na 120 milionów, niewielki koszt zważywszy, że będzie najbardziej elitarnym samolotem dla biznesmenów, pozwalającym należeć do wąskiego klubu jego posiadaczy.

Jednym z najwspanialszych elementów lotu Concordem była podobno wysokość 60,000 stóp nad ziemią, czyli około 20,000 wyżej od współczesnych samolotów pasażerskich. Z takiej wysokości widać już, że Ziemia jest okrągła. Zarówno XB-1 jak i AS2 będą latać nieco niżej, bo na wysokości ok. 51 tysięcy stóp, czyli 9.6 mil. Efekt już nie ten sam, ale podobno zaokrąglenie naszej planety będzie wciąż widoczne.

Wraz z pojawieniem się tego typu maszyn, a stanie się to jak widzimy niedługo, w pewien sposób nawiążemy do początków lotnictwa. Ale tylko w pewien sposób. Chodzi o przywilej latania. W tej chwili niemal każdy może sobie na to pozwolić. Wraz z powrotem naddźwiękowców znów niektóre elementy lotu dostępne będą wybranym. Tak jak w 1933 roku, gdy United Airlines uruchomiły pierwsze połączenia pomiędzy Newark i San Francisco na pokładach najnowocześniejszego wówczas Boeinga 247. Bilet w jedną stronę kosztował ok. 160 dolarów, czyli dzisiaj 3 tysiące, a było to w czasach Wielkiej Depresji i naprawdę niewielu stać było na taki kaprys.

Spójrzmy na to jeszcze inaczej. W dobie walki ze zmianami klimatu, coraz bardziej oszczędnymi pojazdami wszelkiego typu, etc. budowa naddźwiękowców wydaje się fanaberią. Zanieczyszczają tak, jak kilkanaście regularnych liniowców, tyle samo, co one zużywają paliwa. Huk i skok ciśnienia podczas przekraczania bariery dźwięku i podczas lotu jest tak wielki, że zakazane są od lat nad zamieszkałymi obszarami. Wraz z prędkością zwiększa się ryzyko wypadku. Wszystko po to, by zadowolić grupę najbardziej zamożnych, bądź zaspokoić korporacyjne potrzeby szybkiej zmiany stref czasowych. Dlatego jedni uważają, że na dłuższą metę to się nie uda. Inni, że bez tego nie byłoby postępu.

Na podst.: dailybeast, Wikipedia, boomsupersonic.com
opr. Rafał Jurak

Komentarz (0) Odsłony: 178