----- Reklama -----

Monitor 12/23/2016

Kilkanaście dni poprzedzających Boże Narodzenie to bardzo trudny okres w życiu większości z nas. Staramy się znaleźć w sercu dobroć i wyrozumiałość, ulec powszechnie panującemu pogodnemu nastrojowi i anielskiej muzyce. Zamiast tego częściej, niż zwykle zaglądamy na nasze konto bankowe i z westchnieniem wypowiadamy niecenzuralne słowa kierowane zwykle pod adresem drużyn sportowych, obsługi na lotniskach, czy pracowników urzędów stanowych. Jak to jest, że nie zwiększając stanu naszego posiadania właśnie w tym okresie wydajemy najwięcej pieniędzy? Do tego każda minuta w korkach wydaje się wiecznością, każde odśnieżanie samochodu syzyfową pracą.

Dla mężczyzn okres ten jest podwójnie stresujący. Obserwują oni bowiem kobiety, które już od miesiąca poukładane mają w jakimś kącie setki większych i mniejszych prezentów choinkowych. Dla najbliższych, dla nieco dalszych, dla całkiem nieznajomych i jeszcze kilka na wszelki wypadek. Ładne, kolorowe, ze wstążeczkami i kokardkami. Do tego w każdym pudełeczku jest coś innego.

My? My na dwa dni przed Bożym Narodzeniem wpadamy w panikę. Ta pcha nas do najbliższego centrum sklepowego, gdzie próbując zaparkować dostajemy pierwszych objawów zawału serca. Potem przedzieramy się przez tłumy kompletnie nierozumiejących naszej sytuacji ludzi, usilnie starających się nie dopuścić nas do wybranego stoiska. Zaczynamy opadać z sił, w ostatniej chwili chwytając pierwszą napotkaną rzecz i modląc się, iż żonie lub dziewczynie przypadnie ona do gustu. Najgorsze jest to, że we własnych oczach w zakupy wkładamy mnóstwo wysiłku i staramy się, by wyszło jak najlepiej, a potem jest jak zawsze.

Weźmy taki przykład. Na tydzień przed świętami żona pewnego znajomego miała problem z odpaleniem rano samochodu. Śpiesząc się do pracy pożyczyła pojazd męża pozostawiając mu niesprawny. Dał sobie radę, ale o wydarzeniu nie zapomniał. Jak mógł, skoro wielokrotnie słyszał wcześniej krytyczne słowa pod adresem swego SUV, jaki on wielki, czarny, jak się źle prowadzi, a zwłaszcza parkuje. Wiedział, iż żona źle się czuje za kierownicą jego samochodu, niepewnie bardzo. Nie chcąc w przyszłości narażać jej na taki stres kupił jej piękne, nowiutkie, kolorowe kable do ładowania akumulatora. Poprawna ich nazwa w języku polskim to “kable rozruchowe”, gdyby ktoś nie wiedział. Dorzucił do tego miotełkę do odgarniania śniegu, zapachową choinkę i buteleczkę sprayu do odmrażania zamków i szyb. Ładnie to wszystko zapakował i nawet miał jeszcze ekstra godzinę do Wigilii. Dumny był z siebie, bo chyba pierwszy raz od lat zamiast biżuterii, czy perfum kupił swej ukochanej coś naprawdę praktycznego i pożytecznego. Prezent się nie spodobał. Z wielu względów. Już samo opakowanie nie było zbyt eleganckie, choć przecież zużył pół rolki papieru i dwa opakowania taśmy klejącej. Nie była to biżuteria lub perfumy, nawet nie karta upominkowa do jakiegoś fajnego sklepu. Źle, że kupił to w ostatniej chwili, co do dziś jest dla niego niezrozumiałe, bo przecież jakie to ma znaczenie kiedy dokonuje się zakupów świątecznych? Ważne, by przed chyba… Najgorsze jednak, to zranione uczucia i duma kobiety. Jak on mógł zasugerować, że jest taka nieporadna w sprawach motoryzacyjnych? Świnia. Rodzina w sprawie prezentu była podzielona. Mężczyźni, w tym teść, uznali że facet ma głowę na karku i dba o żonę. Kobiety, włączając teściową, zajęły stanowisko odmienne, wyrażone przez żonę. Świnia. Przez tydzień była cisza w domu, potem sugestie z różnych stron i wewnętrzna potrzeba, by błąd jakoś naprawić. Znajomy kupił więc tygodniowy wyjazd w ciepłe kraje i sprawa została rozwiązana.

Tu przechodzimy do innego, choć związanego z opisanymi wydarzeniami tematu. Wielu ekonomistów wyznaje tzw. teorię równowagi upominkowej. Chodzi o to, że zaoszczędzone przed świętami na prezentach pieniądze i tak będziemy musieli wydać później. Badania prowadzono przez wiele lat na setkach tysięcy osób. Więc musi to być prawda. Otóż nie przykładając się do kupna świątecznego prezentu, wydając za mało, niemal automatycznie zmuszeni jesteśmy do zadośćuczynienia obdarowanej osobie później. Na jej urodziny, imieniny, rocznicę lub bez okazji. Tak to jest wszystko skonstruowane, że nie możemy kupować zawsze kiepskich prezentów i liczyć na udane pożycie małżeńskie. Prędzej, czy później obróci się to przeciw nam. Jeśli na Gwiazdkę kupimy wakacje w ciepłych krajach, to przez resztę roku możemy dawać perfumy i karty upominkowe. Ale jeśli pod choinkę sprawimy żonie kable do ładowania akumulatora, to później perfumy nie wystarczą i w którymś momencie i tak zmuszeni będziemy do wykupienia ciepłych wakacji. Jednak nie byle jakich, ale tych z wyższej półki. Zamożność nie ma tu znaczenia, chodzi o skalę. Jeśli kogoś stać na nowy samochód w prezencie, to druga strona będzie się nowego samochodu spodziewała. Robiąc uniki tylko opóźniamy moment jego zakupu. Podobno teoria ta jest uniwersalna dla całego świata, wszystkich grup etnicznych, religijnych i warstw społecznych. To samo dotyczy dzieci. Jeśli młodzież życzy sobie najnowszy Xbox, to kupujemy Xbox, bo sweterek nie wystarczy, a przed konsolą do gier nie uciekniemy.

Wesołych Świąt

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komentarz (0) Odsłony: 44

Aptekarze nie ostrzegają pacjentów przed mieszaniem leków, których zażycie w tym samym czasie może być niebezpieczne dla zdrowia i życia - taki jest wniosek z trwającego dwa lata dziennikarskiego śledztwa przeprowadzonego przez "Chicago Tribune".

Dziennikarze realizowali recepty w różnych aptekach na terenie metropolii. W jednym przypadku w aptece sieci CVS w Evanston reporterka przedstawiła dwie recepty: jedną na popularny antybiotyk, a drugą na lek na obniżenie cholesterolu.

Lekarstwa te zażywane osobno są stosunkowo bezpieczne, ale razem mogą spowodować poważne zmiany w tkance mięśniowej i doprowadzić do niewydolności nerek, a nawet śmierci.

Aptekarz powinien ostrzec pacjenta przed konsekwencjami wspólnego zażywania tych lekarstw, ale tak się nie stało. 

Tak samo było w innych przypadkach, kiedy dziennikarz "Chicago Tribune" pozujący na pacjenta wykupił inną parę potencjalnie śmiertelnych leków w aptece Walgreens na Magnificent Mile w centrum Chicago, a także w aptece w sklepie Wal-Mart w Evergreen Park, w Jewel-Osco w River Forest i w sieci Kmart w Springfield.

W sumie "Chicago Tribune" dotarło do 255 aptek, by sprawdzić, czy farmaceuci ostrzegają pacjentów przed zażywaniem niebezpiecznych dla nich par leków. 52 procent tych aptek sprzedało leki bez wspominania o potencjalnie zabójczej interakcji. 

Najgorzej pod tym względem było w przypadku sieci CVS, bo aż 63 procent leków zostało sprzedanych bez ostrzeżenia. Z kolei Walgreens, jeden z głównych konkurentów CVS, miał najniższy wskaźnik - 30 procent .

Lokalizacja nie ma znaczenia. Zaniedbania miały miejsce w ubogich dzielnicach na południu Chicago, jak również na zamożnych przedmieściach. Nawet Walgreens w szpitalu Northwestern Memorial Hospital w centrum Chicago nie przeszedł tego testu.

Niektórzy farmaceuci zachowali się profesjonalnie ostrzegając pacjentów przed interakcją leków: "Spadniesz na podłogę. Nie można zażyć tych dwóch leków razem" - powiedział aptekarz z Walgreens na północnym-zachodzie Chicago . "Widziałem ludzi, którzy trafili do szpitala po tej kombinacji" - ostrzegał inny farmaceuta z apteki w sklepie Kmart w Rockford.

Jednak większość z nich nie wspomniała o niebezpiecznej kombinacji zapisanych na różnych receptach lekarstw, które mogły spowodować udar mózgu, niewydolność nerek, niedotlenienia itd.

Wal-Mart, operator 4,500 aptek na terenie kraju, którego aptekarze nie wydali ostrzeżenia w przypadku 43 procent realizowanych recept, zapewnia że wprowadzi zmiany w systemie ostrzegania pacjentów. Podobną deklarację złożył Kmart, którego farmaceuci zawiedli w 60 procentach przypadków. Taki sam wskaźnik miała sieć Costco.

W walce o ochronę pacjentów przed niebezpiecznymi interakcjami leków to lekarze ponoszą znaczną odpowiedzialność. W końcu to oni wypisują te recepty. Ale jeden lekarz może nie wiedzieć, co przepisał inny.

Farmaceuci mają wyjątkową możliwość wykrycia niebezpiecznych interakcji leków i ostrzegania pacjentów, zapobiegając poważnym konsekwencjom - czytamy w analizie dziennika. Zresztą sami aptekarze stwierdzają, że jest to jeden z ich podstawowych obowiązków.

"Chicago Tribune" wybierając pary leków używanych w testach, konsultowała się w tej sprawie z wiodącymi ekspertami w dziedzinie interakcji środków farmakologicznych: profesorami farmacji Danielem Malonem z University of Arizona i Johnem Hornem z University of Washington.

Wybrano pięć leków, z których trzy stwarzają ryzyko zagrażające życiu. Pozostałe mogą spowodować omdlenie. Piąty - doustny środek antykoncepcyjny - w połączeniu z innym lekiem może prowadzić do nieplanowanej ciąży.

Według tych dwóch ekspertów, wszystkie leki były na rynku od wielu lat, a ich interakcje na pewno były dobrze znane farmaceutom.

W stanie Illinois farmaceuci, którzy wykryją poważne interakcje zapisanych leków, muszą skontaktować się z lekarzem. Powinni także ostrzec pacjentów.

Ulotki informacyjne wydawane razem z lekarstwem zostały uznane za niewystarczające. Werbalne ostrzeżenie w tym przypadku jest priorytetowe. Poza tym niektóre ulotki nie ostrzegają o specyficznych interakcjach, a eksperci podkreślają, że pacjenci często wyrzucają je bez ich czytania.

Dlaczego tak wiele aptek nie ostrzega przed niebezpieczną kombinacją leków?

Mayuri Patel, farmaceuta z apteki w sklepie Wal-Mart w Northlake na zachodnich przedmieściach, powiedziała, że zwykle realizuje 200 recept w ciągu 9 godzin pracy, średnio jedną na 2.7 minuty.

W innej aptece Wal-Mart, gdzie przechodziła szkolenie, była jeszcze bardziej zajęta: "W trakcie 10-godzinnej zmiany razem z dwoma innymi farmaceutami realizowaliśmy 600 recept". To przekłada się na jedną receptę na dwie minuty.

Kiedy dotarł do niej dziennikarz "Chicago Tribune" podający się za pacjenta wyłapała potencjalnie śmiertelną parę leków na jego receptach, ostrzegając go.

Trudno powiedzieć, dlaczego tak wielu farmaceutów zawiodło w tym samym przypadku, ale badania wskazują m.in. na pośpiech.

Kilka aptek wydało ryzykowne pary leków bez ostrzeżenia w czasie krótszym niż 15 minut. W przypadku apteki w sklepie Kmart w Valparaiso w stanie Indiana było to 12 minut, a w aptekach na północy Chicago - nawet pięć minut.

"Czas realizacji każdej recepty jest rejestrowany przez system, a to jest najgorszy koszmar farmaceutów" - powiedział Deepak Chande, były szef farmaceutów w aptece CVS w Worth na południowo-zachodnich przedmieściach.

Większość aptek używa oprogramowania, który wykrywa możliwe interakcje, ale eksperci twierdzą, że ostrzeżenia komputerowe pojawiają się tak często, że farmaceuci mogą "ze zmęczenia ignorować wiele powiadomień".

JT

Komentarz (0) Odsłony: 102

Studia produkcji filmowej i telewizyjnej w Chicago dostaną ulgi w podatkach od nieruchomości, które - jak wynika z analizy "Chicago Sun-Times" - kosztować będą podatników $4 miliony w ciągu najbliższych kilkunastu lat. 

Cinespace Chicago Film - studio produkcji telewizyjnych hitów “Chicago Fire" i “Empire” - otrzymało od stanu Illinois grant w wysokości $17 milionów, a o cięcia podatku od nieruchomości w Chicago ubiegało się od trzech lat.

Firma argumentowała, że niższe stawki podatków pozwolą jej zwiększyć powierzchnię studia wybudowanego na terenach dawnej stalowni Ryerson Steel na zachodzie Chicago, zakupionych dzięki grantowi przyznanemu przez administrację byłego gubernatora Pata Quinn.

Burmistrz Rahm Emanuel przyznał Cinespace w październiku 2013 roku jedną z 10 takich ulg podatkowych. Ten typ cięć podatkowych (Class C tax break) dotyczy firm, które zagospodarowały opuszczone tereny poprzemysłowe.

Biuro asesora powiatu Cook Josepha Berriosa zatwierdziło decyzję 11 listopada tego roku, a Cinespace dopiero latem 2017 roku otrzyma niższy rachunek za podatki od nieruchomości. Oszczędności będą jednak poważne, w sumie $3.5 mln mniej za podatki w nadchodzących latach.  

Cinespace zapłaciło $638,370 za podatek od nieruchomości w tym roku. W przypadku wprowadzenia ulgi podatkowej rachunek wynosiłby około $263,000 - czyli prawie 60 procent mniej.

60-procentowe ulgi podatkowe przyznane na budynki-studia będą obowiązywać przez 10 lat, a następnie spadną do 40 procent w jedenastym roku i 20 procent w dwunastym i ostatnim roku. Następnie Cinespace wznowi płacenie podatku na normalnym poziomie.

"Kiedy Cinespace przyjechało do Chicago w 2011 roku, tereny zamkniętej huty były opuszczone, a właściciel po zwolnieniu 1,500 ludzi nie zamierzał inwestować w to miejsce" - powiedział rzecznik studia Eric Herman. "Cinespace zakupiło ten teren i zagospodarowało go” - dodał.

"Cinespace dzięki temu stworzyło 7,500 miejsc pracy przy produkcjach filmowych i wydało $3 mld w Illinois, napędzając gospodarkę dzielnicy North Lawndale" - podliczał rzecznik studia.

Cinespace jest firmą rodzinną zarządzaną przez byłego dewelopera Alexa Pissiosa. Nabywając teren po hucie Ryersona w 2011 roku deklarował, że powstanie tam największe studio filmowe na wschód od Los Angeles.

Firma Pissiosa zapłaciła $12.25 miliona za dawne budynki fabryczne zlokalizowane na obszarze kilku przecznic i przerobiła je na studia produkcji telewizyjnych i filmowych.

W latach 2009 i 2010 Cinesace dostało cztery granty od stanu Illinois w wysokości $17.3 mln na remont budynków po hucie Ryersona. Administracja byłego gubernatora Pata Quinna przyznała studiu piąty grant w wysokości $10 milionów i to zaledwie na kilka godzin przed opuszczeniem urzędu w ubiegłym roku.

Ale gubernator Bruce Rauner zmusił studio do zwrotu tych pieniądze po tym, jak dziennik "Chicago Sun-Times" doniósł, że stan przyznał Cinespace dotację na zakup dodatkowej ziemi, która najwyraźniej nie była na sprzedaż.

Dzięki zainteresowaniu producentów filmowych Illinois do stanowej kasy wpłynęło $330 milionów w 2015 roku, o 18 procent więcej niż we wcześniejszych latach. Ale podatnicy stracili miliony dolarów na ulgach podatkowych oferowanych filmowcom. Czy zatem warto stawiać na przemysł filmowy?

Od 2008 roku kiedy wprowadzono program kredytów podatkowych dla filmowców (Illinois Film Production Services Tax Credit), stan przyznał 1,095 ulg podatkowych filmom, serialom telewizyjnym i kampaniom reklamowym na sumę $268 milionów.

Program ulg podatkowych dla filmowców wprowadzono w 2008 roku za rządów gubernatora Roda Blagojevicha. Jego następca Pat Quinn także go kontynuował. Program (film tax credit) wygaśnie w 2021 roku, chyba, że ustawodawcy go przedłużą.

Illinois nie jest jedyne, bo podobne ulgi podatkowe filmowcom oferuje 38 innych stanów. Konkurencja jest więc duża.

Kalifornia na przykład wprowadza nawet 20-procentowe ulgi podatkowe dla producentów seriali telewizyjnych, którzy przeniosą się tam z innych stanów. Z oferty skorzystał FX Networks, który produkcję popularnego serialu “American Horror Story” przeniósł z Luizjany do Kalifornii.

Pojawiła się jeszcze konkurencja spoza USA - Kanada i czy inne kraje, które także chcą zdobyć amerykańskich producentów filmowych kusząc ich różnymi finansowymi udogodnieniami.

Z jednej strony filmowe produkcje kreują nowe miejsca pracy, przynoszą rozgłos, ale z drugiej musimy pamiętać, że nie rozwiązuje to problemów stanu. Taka inwestycja jest tymczasowa, podobnie jak w przypadku projektów budowlanych. Wraz z ich zakończeniem wielu ludzi traci prace.

Lista filmów nakręconych w Chicago od 1896 do 2014 roku jest naprawdę imponująca. Bywały lata, w których w naszym mieście powstało nawet 30 filmów - od wielkiej kinowej produkcji "Transformers" po popularny serial o chicagowskich strażakach "Chicago Fire". Ostatnio do tej listy dołączył jeszcze "Empire".

I chociaż gwiazdy są nadal hollywoodzkie, to istnieje szansa, by pojawić się u ich boku i zaistnieć na małym ekranie. Przeważnie producenci poszukują u nas na miejscu statystów albo osób do mniejszych ról. Chętnych nie brakuje. Do ogłaszanych co jakiś czas castingów ustawiają się długiego kolejki chętnych.

JT

Komentarz (0) Odsłony: 40

Kierowcy będą mieli opcję ominięcia korków na autostradzie Eisenhowera, jeżeli zapłacą za przejazd albo znajdą pasażerów na carpooling (zbiorowy przejazd samochodem). 

Stanowy departament transportu przedstawił plany związane z przyszłością Ike (I-290), najstarszej i drugiej w kolejności najruchliwszej autostrady w metropolii chicagowskiej.

Plan nosi nazwę "High-Occupancy Toll", a jego realizacja kosztowałaby $2.7 miliarda. Już wiadomo, że na pewno prace, które miałyby być finansowane przez stan i rząd federalny, nie rozpoczną się przed 2020 rokiem.

Projekt zakłada poszerzenie I-290 o jeden pas w każdym kierunku pomiędzy Mannheim Road i Austin Boulevard. Te dodatkowe pasy nazwane przez inżynierów "HOT" będą miały za zadanie rozładowanie ruchu na najbardziej zakorkowanym odcinku. Dostępne będą dla samochodów przewożących trzech lub więcej pasażerów (carpooling), autobusów albo dla tych kierowców, którzy zapłacą za przejazd.

Dzięki dodatkowym pasom czas przejazdu ma przyspieszyć aż o 56 procent, bo 25 procent ruchu z trzech obecnych pasów przejmą nowe pasy HOT.

Podobne rozwiązania (dodatkowe pasy dla carpoolingu czy płatne) wprowadzono w Kalifornii i na Florydzie, gdzie kierowcy albo rejestrują swoje samochody jako pojazdy zbiorowego transportu (carpool) lub używają specjalnego transpondera, jak I- Pass, do opłaty za przejazd.

Dochody z opłat przekazywane byłyby na utrzymanie i modernizację autostrady I- 290, która pozostaje bezpłatna od oddania jej do użytku w 1950 roku.

Zwolennicy carpoolingu przekonują, że to oszczędność nie tylko po stronie kierowcy, ale także pasażera. Coraz więcej kierowców docenia fakt, iż zabierając ze sobą dodatkowe osoby, mogą zaoszczędzić, ale przy niższych cenach paliwa chodzi bardziej o skrócenie czasu dojazdu do pracy czy obniżenie kosztów za parkowanie samochodu.

Początkowo kojarzeniem podróżnych zajmowały się lokalne instytucje, które przyjmowały oferty przejazdów i zapytania o wolne miejsca przez telefon. Ponad dekadę temu carpooling na dobre przeniósł się do internetu - kierowcy i pasażerowie kontaktują się ze sobą omawiając szczegóły wspólnego przejazdu, w tym miejsce spotkania i kwestię podziału kosztów.

Idea carpoolingu narodziła się Stanów Zjednoczonych podczas II wojny światowej, kiedy to rząd zachęcał Amerykanów do grupowego podróżowania w celu zmniejszenia zużycia benzyny w transporcie indywidualnym. Pomysł odrodził się podczas kryzysu naftowego w latach 70-tych.

Ponowny wzrost zainteresowania grupowymi dojazdami wywołały zmiany klimatyczne, wzrost emisji dwutlenku węgla, popularyzacja idei zrównoważonego rozwoju, a także wzrost ilości pojazdów i natężenia ruchu drogowego. 

JT

Komentarz (0) Odsłony: 70