----- Reklama -----

Monitor 12/09/2016

Stare powiedzenie mówi, by nie oceniać się samemu, ale pozwolić na ocenę innym i wyciągać wnioski. Oczywiście nie wszystkie opinie powinniśmy traktować serio, bo często bywa, że ktoś szuka u nas wad na siłę. Czasami jednak warto zastanowić się, czy spostrzeżenia innych nie są trafne. Pomyślałem, że warto zebrać nieco opinii na temat Stanów Zjednoczonych, ale dotyczących codziennego życia i zachowań mieszkańców. Niepoważne i mało istotne sprawy, jak polityka i gospodarka zostawimy sobie na później.

Mieszkańcy USA pod wieloma względami różnią się od innych nacji. Cechuje ich wyjątkowy patriotyzm i przywiązanie do symboli narodowych. Odwiedzający nas turyści z całego świata niemal od razu zwracają uwagę na flagi. Wszędzie, w każdym miejscu i przy każdej okazji. To nic złego, nawet niektórzy nam tego nieco zazdroszczą. Ale chwilę potem wchodząc do sklepu i widząc półpłynny, żółty ser w słoiku uśmiechają się pod nosem. Według Europejczyków spożycie kiepskiego sera przekracza tu wszelkie normy. W związku z tym jedną z najmniej rozumianych przez obcokrajowców potraw amerykańskich jest popularny mac&cheese, podstawa wyżywienia nastolatków. Dodatkowo Francuzi na przykład, nie mogą zrozumieć, jak w sumie prosty w produkcji ser może być tak drogi. Dolara za plasterek? Dziękuję, nie.

Zagraniczni podróżni w większości pochodzą z cywilizowanych krajów. Nie są im obce nowinki techniczne, nawet te sprzed 100 lat. Jednak w przeciwieństwie do Amerykanów nie nadużywają ich przy każdej okazji. Weźmy taką klimatyzację. Jest wszędzie i zawsze włączona. Nawet zimą, gdy temperatura podniesie się niebezpiecznie wysoko, do poziomu 70 F. Wszyscy bez wyjątku turyści narzekają na chłód w budynkach i pojazdach. Jestem przekonany, że odwiedzający Was znajomi i rodzina też zwracają na to uwagę. U mnie goście z zagranicy zaczynają od zamknięcia i szczelnego zakrycia ręcznikiem kratki wentylacyjnej swego pokoju sypialnego. Sam nie wiem, co o tym myśleć. Akurat lokalne zamiłowanie do chłodu bardzo mi odpowiada, podobnie jak spora ilość lodu we wszelkich napojach. To też innym wydaje się dziwne. W Europie doproszenie się o szklankę wypełnioną lodem graniczy z cudem i kończy się zwykle przekupieniem kelnera, który dostarcza ją potem w tajemnicy, robiąc dziwne miny i kręcąc głową. Turyści w USA zamawiając cokolwiek do picia od razu zaznaczają - mało lodu!

Dziwi też amerykańska tradycja zostawiania napiwków. Wprawdzie nie jest to obowiązek, ale od 10 do 30 proc. wypada do rachunku dorzucić, bo napotkamy okrutne spojrzenie kelnera. Inne nacje też je dają, choć bardziej symboliczne i naprawdę w ramach podziękowania za dobrą obsługę. Poza Japonią, gdzie zostawienie napiwku jest obraźliwe. Częściowo zgadzam się z opiniami przyjezdnych, bo czasami mam wrażenie, że ta dobrowolna przecież dopłata jest wymuszana bezpodstawnie. Szanując jednak tradycję nie wyłamuję się i zwykle zostawiam więcej, niż się należy.

O gigantycznych porcjach jedzenia krótko. Europejczycy i Azjaci robią tu zdjęcia pełnych talerzy, by pochwalić się nimi po powrocie wśród znajomych. Niektórzy nawet celowo udają się do fast foodów. By doświadczyć słowa “supersize”.

Właśnie zdałem sobie sprawę, że miejsca nie wystarczy na dokładne opisy, więc już w skrócie o spostrzeżeniach turystów w USA. Nie mogą miedzy innymi pojąć swobody, z jaką Amerykanie noszą ubrania sportowe poza siłownią, a klapki poza plażą. Sporo problemów mają z odróżnianiem nominałów lokalnych banknotów, które wyglądają tak samo. Wszystkie są zielone! Autentycznie wkurza ich fakt, że ceny w sklepach i restauracjach podawane są bez wliczonego podatku. Większość nazywa to oszustwem. Uśmiechający się do nich na ulicy ludzie i pozdrawiający zdawkowym Hi! też nasuwają podejrzenia, iż coś jest nie w porządku. Picie kawy to dla większości świata chwila przyjemności i relaksu. Tu pije się ją idąc po ulicy z dużego kubła, co jest dla wielu nie do zaakceptowania. Francuzi mają łzy w oczach, gdy w restauracji przynoszą im zamówione “francuskie pieczywo”. Zresztą Włosi też przy tej okazji przeżywają dramat.

Kolejny punkt muszę nieco rozwinąć. Chodzi bowiem o amerykańskie zamiłowanie do pozwów sądowych. Na prawniczym blogu przestawiono scenkę, jaka miała miejsce podczas wykładu na jednej z uczelni. Do klasy zaproszono prawnika amerykańskiego i niemieckiego. Mieli skomentować hipotetyczny wypadek w zoo. Na murku odgradzającym wybieg dla niedźwiedzia rodzice posadzili dziecko, które spadło w dół i zostało pożarte przez zwierzę. Co teraz?

Amerykański prawnik wyjaśnił, że w jego kraju ogród zoologiczny pozwany zostałby przez rodziców o wielomilionowe odszkodowanie, niedźwiedź uśpiony, a zoo jeszcze zapłaciłoby sporą sumę na jakiś publiczny cel.

Niemiecki prawnik stwierdził, iż rodzice uznani zostaliby za idiotów i odpowiedzialnych za śmierć dziecka, pewnie musieliby zapłacić zoo za kłopot i zepsucie reputacji. Tak nakazuje zdrowy rozsądek – stwierdził.

Pozostawiam to bez komentarza.

To, co jednak dziwi wszystkich najbardziej, to przywiązanie do starego systemu miar i wag, mającego jeszcze imperialne korzenie. Z wyjątkiem USA, Birmy i Liberii, wszystkie kraje posługują się systemem metrycznym. Prostym, łatwym, wydajnym. Gram, kilogram, litr, etc. Nawet Anglia poczyniła wielki wysiłek, by dorównać reszcie świata. Z wyjątkiem piwa i mleka wszystko można tam kupić na kilogramy i litry. Odległości wciąż są tam w milach, a złoto w uncjach, jednak już niedługo. Stany Zjednoczone wykazują niezrozumiały opór w tej materii i dumę z faktu, że przeciętnemu człowiekowi z innej części świata dwa dni zajmuje obliczenie temperatury powietrza, dawki lekarstwa, czy długości korytarza w hotelu.

Oczywiście Amerykanie też wytykają innym dziwactwa, ale o tym może przy innej okazji.

Miłego weekendu

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komentarz (0) Odsłony: 103

W przyszłym tygodniu minie 35 lat od wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Dyskusje wokół niego wciąż zamykają się wokół pytania „czy był mniejszym złem?”. Warto jednak pamiętać, jakim złem był.

„Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać. Gasnącej gospodarce zadawane są codziennie nowe ciosy. Warunki życia przytłaczają ludzi coraz większym ciężarem. Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji”. Tymi słowami w swoim przemówieniu radiowo-telewizyjnym z 13 grudnia 1981 roku gen. Wojciech Jaruzelski rysował sytuację, w której przyszło mu podjąć decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego. Obraz wyłaniający się z tych zdań jest niewątpliwie czarny – przed oczami pojawia się państwo w stanie upadku, stojące na skraju anarchii lub, co gorsza, wojny domowej.

Wiele było w tym prawdy, chociaż generał w swoim przemówieniu nie wziął pod uwagę kilku istotnych czynników. Gospodarka znajdowała się w ciężkim stanie, ale był to skutek dłuższego procesu – charakterystycznego dla PRL złego zarządzania, niezważania na sprawy konsumpcji czy wreszcie przeinwestowania w latach 70. z użyciem zachodnich kredytów, które trzeba było spłacać, a nie było czym. Już od 1975/1976 roku gospodarka wchodziła w fazę stagnacji, czego symbolem stało się coraz gorsze zaopatrzenie czy utrudniające życie przerwy w dostawach prądu. Skutkiem tego była wielka fala strajków w lipcu i sierpniu 1980 roku, z której narodziła się „Solidarność”.

Okres od sierpnia 1980 roku do grudnia 1981 roku był pełen napięć politycznych pomiędzy rządzącymi komunistami a „Solidarnością”. Przez kraj przelewały się fale strajków i protestów. Warto jednak pamiętać, że aktywny udział w ich prowokowaniu miała też władza – w marcu 1981 roku na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy milicja pobiła miejscowych działaczy związkowych, w tym Jana Rulewskiego. W odpowiedzi doszło do zaostrzenia sytuacji oraz strajku ostrzegawczego, który sparaliżował cały kraj. Na kilka dni przed 13 grudnia, milicja stłumiła protest studentów Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie, domagających się traktowania ich jak studentów, a nie funkcjonariuszy.

W samej partii komunistycznej aż wrzało od napięć i wewnętrznych sporów. W PZPR, ale również w MSW czy w wojsku istniała silna frakcja „twardogłowych”, którzy gotowi byli „stłumić kontrrewolucję”, a jeśli trzeba było, to wezwać na pomoc ZSRR. Moskwa wspierała te grupy, podobnie jak pozostałe państwa sąsiedzkie – NRD czy Czechosłowacja, która była gotowa zemścić się na Polsce za to, że ta w 1968 roku wysłała żołnierzy by stłumić tzw. praską wiosnę. Z drugiej strony istniały w partii liczne środowiska (głównie wśród intelektualistów), które wierzyły, że możliwa jest zmiana systemu komunistycznego w Polsce i pogodzenie PZPR i „Solidarności”.

W tym wszystkim ekipa gen. Jaruzelskiego, który od zimy 1981 roku był premierem, a od października I sekretarzem KC PZPR, przyjmowała pozycję centrową. Musiała liczyć się z „betonem”, ale nie śpieszyło się jej do siłowego, a więc krwawego rozwiązania. Próbowała wciągać do swoich szeregów ludzi, których można było uznać w ówczesnej sytuacji za „liberalnych”, ale wszystkie propozycje „porozumienia narodowego” były w zasadzie próbą rozbrojenia „Solidarności”, nie zaś rozwiązania konfliktu.

Być może Wojciech Jaruzelski myślał, że ratuje Polskę przed „większym złem” – wojną domową i krwawą interwencją ZSRR. Wydaje się jednak, że ratował przede wszystkim siebie i swoją ekipę. Moskwa chciała, by kryzys w Polsce rozwiązać jak najszybciej – sama była zaangażowana w Afganistanie, władzę w USA przejął Ronald Reagan, zwolennik twardej polityki wobec komunizmu, dodatkowo obawiano się, że „polska choroba” zarazi społeczeństwa innych demoludów. Najlepszym wyjściem było, gdyby Polacy załatwili sprawę swoimi rękami, bez konieczności interwencji. Nie można jednak wykluczyć, że gdyby sytuacja potoczyła się naprawdę źle, to w grę wszedłby wariant siłowy. Jaruzelski musiał to wiedzieć, jak również pamiętać, że szybko można znaleźć się dla niego zmiennik, a on sam, jak Aleksander Dubczek w 1968 roku, zostanie aresztowany i wywieziony do Rosji.

Przyjął więc wariant, który na wojskowych planach operacyjnych mógł wyglądać obiecująco – uderzyć szybko, zastraszyć społeczeństwo i w celny sposób pozbawić „Solidarność” kierownictwa. Być brutalnym, ale unikać ofiar. Przy okazji odciąć Polskę od świata i pokazać się jako sprawiedliwy, aresztując skompromitowanych poprzedników, z Edwardem Gierkiem na czele. Zimowy spokój wykorzystać do tego, by naprawić gospodarkę i umeblować na nowo państwo.

Plan Jaruzelskiego udał się tylko w pierwszej części – udało mu się aresztować większość kierownictwa opozycji i rozbić „Solidarność” oraz zastraszyć społeczeństwo. Jednak gdy w kolejnych dniach zginęły pierwsze osoby, w tym górnicy w kopalni „Wujek”, okazało się, że stan wojenny nie będzie „chirurgiczną operacją”, ale „wojną polsko-jaruzelską”. Nie udało się też poprawić sytuacji gospodarczej. A beznadzieja ogarnęła Polskę na kolejne lata...

Tomasz Leszkowicz

Komentarz (0) Odsłony: 150

W Oak Lawn problemy z restauracją sieci Chuck E. Cheese, popularnym miejscem przyjęć urodzinowych dla dzieci, pojawiły się niemal po jej otwarciu w połowie lat 80-tych. Po ostatniej strzelanie, do której doszło przed lokalem, władze miasteczka ogłosiły, że zostanie zamknięta.

Burmistrz Oak Lawn Sandra Bury powiedziała, że mężczyzna, który opuścił w ubiegłą sobotę wieczorem Chuck E. Cheese odjeżdżał sprzed lokalu znajdującego się przy 4031 W. 95th St., kiedy jego samochód został ostrzelany z innego pojazdu.

Z informacji świadków wynika, że padło około 13 strzałów. W samochodzie znajdowały się dwie osoby niepełnoletnie.

Policja z Evergreen Park poinformowała, że ranny 26-letni mężczyzna, mieszkaniec Chicago, opuścił szpital po udzieleniu mu pomocy medycznej. Nie złożył jednak zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa kryminalnego.

"Potwierdziliśmy, że w naszym lokalu nie doszło do sprzeczki lub innej sytuacji związanej z tym wydarzeniem" - czytamy w oświadczeniu rzecznika prasowego sieci Chuck E. Cheese.

"Jako firma od dłuższego czasu obecna w tym w społeczeństwie, współpracujemy z departamentem policji w Evergreen Park w toczącym się dochodzeniu. Również chcemy zapewnić rodziców i opiekunów, że podejmujemy odpowiednie środki, by zapewnić im bezpieczeństwo w naszych restauracjach" - stwierdzono.

Nie był to odosobniony incydent związany z przemocą, do której doszło w okolicach tej lokalizacji Chuck E. Cheese. W tym roku policja z Oak Lawn odebrała ponad 40 zgłoszeń z prośbą o interwencję, a w 2014 roku przed restauracją doszło do dużej bójki. Już wtedy próbowano cofnąć licencję i zamknąć lokal.

W sumie od 2011 roku policja odebrała ponad 300 telefonów ze zgłoszeniem incydentów z użyciem przemocy w restauracji i w jej okolicach, a ponad dwadzieścia osób zostało aresztowanych w samym Chuck E. Cheese, głównie za bójki i zakłócanie porządku.  

JT

Komentarz (0) Odsłony: 114

Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie kwestii odpowiedzialności członków zarządu za niewypłacalność spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Niestety nierzadko zdarza się, że pomimo korzystnego wyroku, nie ma szansy na odzyskanie wierzytelności od firmy, ponieważ jest ona całkowicie niewypłacalna. W takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest skorzystanie z tzw. subsydiarnej odpowiedzialności członków zarządu. Polega ona na tym, że w określonych sytuacjach to członek zarządu spłaci długi niewypłacalnej spółki.

Przesłanki odpowiedzialności członka zarządu za długi spółki

Zasadą jest, że członkowie zarządu spółki odpowiadają za jej zobowiązania, jeśli egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna. Jest to odpowiedzialność solidarna członków zarządu, czyli wierzyciel żądanie zapłaty należnej mu kwoty może skierować do wszystkich członków zarządu łącznie lub też wybranego przez siebie członka zarządu. Odpowiedzialność na podstawie art. 299 kodeksu spółek handlowych stanowi wyjątek od zasady, iż za zobowiązania spółki osoby fizyczne z nią związane nie odpowiadają.

Odpowiedzialność członków zarządu może powstać jeżeli egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna. A więc najpierw konieczne jest uzyskanie wyroku przeciwko spółce, przeprowadzenie przeciwko spółce egzekucji, a następnie – stwierdzenie bezskuteczności egzekucji. W praktyce najczęściej takim stwierdzeniem jest postanowienie komornika o bezskuteczności egzekucji. Jednak można również uruchomić odpowiedzialność członków zarządu na podstawie informacji komornika o stanie egzekucji, z której to wynikać będzie, że nie przyniesie ona oczekiwanych efektów.

Zasady odpowiedzialności członka zarządu

Członek zarządu odpowiada za zobowiązania spółki, które zostały zaciągnięte w czasie, gdy pełnił funkcję w zarządzie. Ponadto zgodnie z art. 299 kodeksu spółek handlowych członek zarządu może uwolnić się od odpowiedzialności jeżeli wykaże, że we właściwym czasie zgłosił wniosek o ogłoszenie upadłości lub w tym samym czasie wydano postanowienie o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo o zatwierdzeniu układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu, albo że niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości nastąpiło nie z jego winy, albo że pomimo niezgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości oraz niewydania postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo niezatwierdzenia układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu wierzyciel nie poniósł szkody. Na podobnych do członków zarządu zasadach za zobowiązania spółki odpowiadają jej likwidatorzy. Odpowiedzialność subsydiarna jest natomiast wyłączona wobec prokurentów spółki.

Odpowiedzialność członka zarządu – tryb postępowania

W przypadku zamiaru uruchomienia odpowiedzialności odszkodowawczej członka / członków zarządu, procedura egzekwowania wierzytelności uruchamia się od nowa. A zatem wierzyciel musi najpierw wezwać członka zarządu do dobrowolnego spełnienia świadczenia. Następnie – po bezskutecznym upływie terminu na zapłatę wskazanego w wezwaniu – wierzyciel może wystąpić do sądu z pozwem o zapłatę. Istotne jest, aby prawidłowo ustalić adres do doręczeń dla pozwanego, ponieważ wskazanie złego adresu może stanowić podstawę do uchylenia wyroku nawet na etapie egzekucji zasądzonej nim kwoty. Adres do doręczeń członek zarządu wskazuje wraz z wnioskiem o rejestrację składanym do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego. Każdy zainteresowany może przeglądać akta rejestrowe spółki, a więc również – zapoznać się z tym adresem. Przed złożeniem pozwu dobrze jednak dodatkowo wystąpić o ustalenie adresu do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

W przypadku pozwów składanych na podstawie art. 299 kodeksu spółek handlowych sądy rzadko wydają nakazy zapłaty. Należy więc liczyć się, że przed uzyskaniem wyroku, sprawa będzie procedowana w normalnym procesie. Oznacza to, że niestety może trwać nawet kilka lat. Należy jednak zauważyć, że sprawy o zapłatę z art. 299 kodeksu spółek handlowych są coraz popularniejsze i sądy wydają często wyroki zasądzające obowiązek zapłaty żądanej kwoty.

Z odpowiedzialności za zobowiązanie członek zarządu – jak wskazano wyżej – może zwolnić się wykazując, że złożył na czas wniosek o ogłoszenie upadłości lub też – że niezgłoszenie wniosku o upadłość nastąpiło bez winy członka zarządu. Te okoliczności stosunkowo trudno udowodnić w sądzie, ponieważ przesłanki zgłoszenia wniosku o upadłość są bardzo restrykcyjne i nawet przejściowa niewypłacalność de facto obliguje do złożenia takiego wniosku.

Członkowie zarządu najczęściej powołują się na przesłankę braku szkody, tj. wykazują, że pomimo niezgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości oraz niewydania postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo niezatwierdzenia układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu wierzyciel nie poniósł szkody. Innymi słowy w toku sprawy próbują udowodnić że sytuacja spółki była w chwili powstania zobowiązania na tyle zła, że nawet gdyby doszło do zgłoszenia wniosku o upadłość, to wierzyciel i tak nie miałby szans na zaspokojenie.

Prowadzenie sprawy przeciwko członkom zarządu na podstawie art. 299 ksh wymaga wprawy i doświadczenia, dlatego w tym zakresie warto skorzystać z pomocy prawnika.

Justyna Witas-Chłopek
radca prawny
tel. +48 12 307 02 66
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komentarz (0) Odsłony: 154